Ustalanie maksymalnych stawek dla lekarzy to pudrowanie trupa. Żeby rozwiązać problem horrendalnych zarobków, część szpitali trzeba zlikwidować. Rząd boi się wziąć za to odpowiedzialność i woli, żeby szpitale likwidowały się same. W efekcie część ludzi może zostać bez opieki.
Media od tygodni wyciągają kolejne historie dotyczące szokujących zarobków lekarzy. Dotychczasowym rekordem jest 26 tys. zł na godzinę i ponad 300 tys. zł dniówki – takie faktury wystawiali szpitalom neurochirurdzy działający wspólnie na terenie kilku województw, co opisała Wirtualna Polska.
„Czy leci z nami lekarz?” – takie pytanie padło na pokładzie samolotu PLL LOT ze Sztokholmu do Warszawy. Wśród pasażerów znalazł się kardiolog, który udzielił pomocy pacjentowi na pokładzie, a kilka dni później wystawił liniom lotniczym fakturę na 500 zł za wykonanie usługi, czym wprawił Polskę w osłupienie. Było to w… 2016 roku (sprawę opisała wówczas „Polityka”) , a Polska osłupiała dziś po raz kolejny, bo historia wróciła do debaty publicznej na fali ekscytacji zarobkami lekarzy.
Internetowy komentariat żyje więc zarobkami lekarzy, co zmusza premiera i ministrę zdrowia do podjęcia działań, bo opinia publiczna oczekuje zmian. A skoro opinia publiczna wskazuje palcem na wysokie płace, to ministra zdrowia reaktywnie proponuje reformę zarobków lekarzy. Problem w tym, że wysokie płace to nie przyczyna problemów, tylko ich skutek.
Ministra zamiast oferować rozwiązania likwidujące przyczyny, oferuje puder, który przykryje kolące Polaków w oczy lekarskie kominy płacowe. Tymczasem puder nie jest neutralny – jego gruba warstwa zaszkodzi, bo zatka pory. Chodzi o szpitale powiatowe, w których może zabraknąć lekarzy i w efekcie pozamykane zostaną ważne dla lokalnej społeczności oddziały.
Ministra zdrowia być może doskonale o tym wie. Jednak jej zadaniem nie jest zreformowanie systemu ochrony zdrowia, a jedynie zażegnanie kryzysu wizerunkowego rządu. Reform nie chce premier Donald Tusk – mówili niedawno OKO.press politycy koalicji. Tusk woli przeczekać do kolejnych wyborów zgodnie z zasadą: nie myli się ten, kto nic nie robi.
Tymczasem należałoby zrobić dwie rzeczy:
skończyć z łamaniem prawa pracy przy zatrudnianiu lekarzy i zlikwidować część szpitali. I jedno, i drugie od lat żadnemu politykowi nie chce przejść przez gardło.
Pierwsze zadanie jest mniej ważne z punktu widzenia działania systemu, bo jest konsekwencją jego działania, a nie przyczyną patologii. Jest jednak ważne z punktu widzenia sprawiedliwości społecznej.
70 proc. lekarzy udaje firmy i rozlicza się ze szpitalami, wystawiając faktury za kontrakty. Kluczowe jest tu słowo „udaje”.
8 lipca 2026 roku weszła w życie wielka reforma Państwowej Inspekcji Pracy, która daje inspektorom prawo do przekształcania pozornych umów cywilnoprawnych i kontraktów B2B w umowy o pracę. Przedsiębiorcom trudno to przełknąć.
Kamil Sobolewski, główny ekonomista Pracodawców RP, na antenie TVP Info podkreślał kilka dni temu, że skoro podstawą przekształcenia umów cywilnoprawnych w etaty mają być trzy kryteria – wyznaczone miejsce pracy, czas pracy i nadzór pracodawcy – to czy PIP skorzysta ze swoich uprawnień i zgodnie z nowymi przepisami przekształci wszystkie kontrakty, na których pracują lekarze w publicznym systemie ochrony zdrowia?
Lekarze wszystkie te kryteria wypełniają, więc państwo powinno zacząć wdrażanie nowych przepisów od siebie – uważa Sobolewski. I ma rację – niezależnie od tego, czy apelował o likwidację kontraktów lekarzy poważnie, czy ironicznie, by bronić pracodawców prywatnych.
Problem w tym, że państwo tego nie zrobi, tym samym nie tylko łamiąc prawo, lecz także naruszając zasadę równości. Lekarze wydają się wyjęci spod prawa pracy, co daje im dodatkowe przywileje. W trwającej dyskusji na temat zarobków padają pomysły, by wprowadzić rozwiązania podatkowe zachęcające do zamiany umów B2B na umowy o pracę. Tymczasem dziś mamy rozwiązania odwrotne – system podatkowy lekarzy do etatów zniechęca.
„Puls Biznesu” wyliczył niedawno, że lekarz na B2B, który rozlicza się ryczałtem, od pensji 133 tys. zł miesięcznie płaci jedynie 1 385 zł składki zdrowotnej. Ta kwota odpowiada składce zdrowotnej, jaką płaci pracownik na etacie zarabiający 17,9 tys. zł brutto. Nie mówiąc już o podatkach – etatowiec z taką pensją wpada w drugi próg podatkowy i płaci stawkę PIT 32 proc., podczas gdy lekarz na kontrakcie płaci 14 proc. niezależnie od zarobków.
Ministra zdrowia Jolanta Sobierańska-Grenda zmieniać tego nie planuje. Nie planuje też likwidacji kontraktów. Dlaczego? Przypuszczalny powód w debacie publicznej pada od lat: mamy za mało lekarzy, żeby każdy z nich pracował tylko na etacie; kontrakty pozwalają łatać braki kadrowe.
Pytanie, które w tym momencie należy sobie zadać, brzmi:
czy rzeczywiście mamy za mało lekarzy, czy może za dużo szpitali, które trzeba obsadzić personelem medycznym?
W Polsce na 1000 mieszkańców przypada 4,04 lekarza, mniej więcej tyle, ile wynosi średnia UE – 4–4,2. Jeszcze w 2022 roku wskaźnik ten wynosił tylko 3,5.
Jesteśmy za to znacznie powyżej średniej, jeśli chodzi o liczbę łóżek szpitalnych. Według najświeższych danych Eurostatu sprzed zaledwie kilku dni, mamy w Polsce 620 łóżek szpitalnych na 100 tys. mieszkańców. Tymczasem średnia dla całej UE to 507 łóżek. Najwięcej jest w Bułgarii – 870 na 100 tys. mieszkańców. Najmniej w Szwecji – 187.
W Polsce liczba łóżek jest względnie stała od lat, podczas gdy w innych krajach europejskich spada. W ciągu ostatnich 20 lat liczba łóżek szpitalnych w Polsce spadła z 650 do 620 na 100 tys. mieszkańców. Tymczasem we Francji w tym samym czasie spadła z 740 do 545, w Niemczech – z 826 do 759, a w Holandii z 470 do 221.
Cięcia liczby łóżek szpitalnych nie są celem samym w sobie. Przykładowo, Holandia zreformowała swój system tak, by szpitale w miarę możliwości zastępować opieką ambulatoryjną, którą z kolei rozbudowała. Natomiast opieka nad przewlekle chorymi została przeniesiona z drogich w utrzymaniu szpitali do wyspecjalizowanych domów opieki. To po prostu zmiana modelu świadczeń zdrowotnych.
Tymczasem w Polsce kolejne rządy boją się podjąć dyskusję o poważnej reformie systemu. Efekt? Sama wiceministra zdrowia Katarzyna Kęcka mówiła kilka dni temu na antenie radiowej Jedynki, że „w oddziałach powiatowych średnie obłożenie łóżek wynosi 30 proc”.
A przecież żeby oddział mógł działać, musi mieć pełną obsadę personelu medycznego. Tak marnujemy zasoby kadry medycznej, by dyżurowała w niemal pustych szpitalach.
Jednocześnie sama ministra zdrowia Sobierańska-Grenda powiedziała w październiku zeszłego roku w wywiadzie dla Medonet, że „30 proc. szpitali w naszym kraju to nadmiar”. Dziś, kiedy jej resort jest na celowniku opinii publicznej, o zamykaniu szpitali już nie mówi.
Premier Tusk wezwał ministrę do przedstawienia propozycji rozwiązania problemów w systemie ochrony zdrowia, które wybuchły rządowi w twarz po publikacjach Portalu Zero, a potem kolejnych mediów. I Sobierańska-Grenda takie propozycje przedstawiła. Zajęła się zwalczaniem saloników VIP, wpychaniem się do kolejki i irytującymi opinię publiczną gigantycznymi zarobkami lekarzy.
Są to recepty na bolączki wizerunkowe rządu, a nie fundamentalne problemy opieki zdrowotnej w Polsce.
Tymczasem – choć Ministerstwo Zdrowia nie chwali się tym szczególnie głośno – próbuje jednak odpowiedzieć na problem zbyt dużej bazy szpitalnej w Polsce. Od 1 lipca prowadzony jest bowiem konkurs, w którym do wydania jest ponad 1,1 mld zł z Funduszu Medycznego na konsolidację placówek.
Obecny kształt bazy szpitalnej w Polsce zmusza szpitale do konkurowania o kontrakty i kadrę, co ostatecznie wywołuje sztuczny popyt na świadczenia, aż po formy patologiczne, jak to było w przypadku słynnej spółki neurochirurgów, którzy wystawiali szpitalom faktury na 26 tys. zł za godzinę pracy.
Po pieniądze z programu konsolidacyjnego mogą sięgnąć placówki, które mają już opracowany plan konsolidacji, czyli są gotowe do przeprowadzenia tego procesu. Problem w tym, że niekoniecznie są to podmioty, które powinny zostać objęte konsolidacją.
— Dobrowolna konsolidacja może omijać placówki znajdujące się w najtrudniejszej sytuacji. Najłatwiej połączyć szpitale stabilne organizacyjnie i finansowo. Znacznie trudniej przekonać niezadłużoną placówkę do konsolidacji ze szpitalem obciążonym dużym długiem — mówi OKO.press dr Maria Libura, doktor nauk medycznych i nauk o zdrowiu Collegium Medicum Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie, ekspertka ds. zdrowia Klubu Jagiellońskiego i członkini Polskiej Sieci Ekonomii.
Ekspertka podkreśla, że zadłużenie nie zawsze wynika ze złego zarządzania. Może być skutkiem niedoszacowania świadczeń, ustawowego wzrostu kosztów pracy albo utrzymywania działalności niezbędnej dla bezpieczeństwa mieszkańców, ale nierentownej przy obecnych zasadach finansowania.
— System nie może pozostawić szpitalom wyłącznie tych procedur, które przynoszą zysk. Ktoś musi wykonywać również świadczenia potrzebne pacjentom, choć źle wycenione. Oczywiście najlepiej byłoby te wyceny skorygować — dodaje dr Libura.
Jej zdaniem plan ministerstwa zdrowia to nie konsolidacja, a „selekcja przez finansowe wyczerpanie”. — Czeka się, aż któryś właściciel samorządowy nie będzie już w stanie utrzymać oddziału. Niektóre oddziały zamykają się też z powodu braków kadrowych albo małej liczby pacjentów. Spadek liczby łóżek może wówczas dobrze wyglądać w zestawieniu, ale sam w sobie nie świadczy o poprawie działania systemu” – mówi dr Libura.
Poprawy działania nie będzie bez analizy potrzeb zdrowotnych mieszkańców. Ekspertka podkreśla, że mapy potrzeb zdrowotnych istnieją, ale nie stały się dotąd wiążącą podstawą organizowania sieci szpitalnej. Ministerstwo uruchamia instrumenty restrukturyzacji, zanim wyniki mapowania zostaną przełożone na konkretny, uzgodniony regionalnie podział zadań między placówki.
— Problemem jest nie tyle sama liczba łóżek szpitalnych, choć rzeczywiście mamy ich relatywnie dużo na tle Europy, ile ich rozmieszczenie i struktura. Nie tworzą one racjonalnie zaplanowanej, funkcjonalnie powiązanej sieci. Są miejsca w Polsce, gdzie szpital stoi obok szpitala i takie, gdzie powstały białe plamy. Brakuje też koordynacji między placówkami. Formalnie istnieją poziomy referencyjności, ale w praktyce nie zawsze wiadomo, który ośrodek powinien przejąć trudniejszy przypadek, a przekazanie pacjenta często zależy od doraźnych ustaleń — mówi dr Libura.
Samo zmniejszenie liczby łóżek szpitalnych według obecnego planu ministerstwa sytuacji nie poprawi, a nawet może ją pogorszyć, za co wszyscy zapłacimy żywą gotówką. W programie konsolidacyjnym ministerstwa jest bowiem jeszcze jeden absurd wart uwagi – szpitale, które zdecydują się na zamknięcie oddziału, przez dwa lata będą otrzymywać 50 proc. rozliczanych świadczeń z ostatniego roku swojego działania!
Innymi słowy, szpitale będą dostawać pieniądze za to, żeby nie leczyły.
— Intencją jest zamortyzowanie kosztów zmiany i umożliwienie przeprofilowania działalności. Mechanizm ten tworzy jednak paradoksalny bodziec: przez pewien czas można otrzymywać publiczne środki za oddział, który przestał udzielać świadczeń. Takie pieniądze powinny być ściśle powiązane z rzeczywistą transformacją placówki, na przykład rozwojem ambulatoryjnej opieki specjalistycznej, rehabilitacji, opieki jednodniowej albo opieki długoterminowej. Inaczej pieniądze przeznaczone na leczenie trafią do szpitala, a pacjenci nie otrzymają żadnej alternatywy — wyjaśnia dr Libura.
Jest jeszcze drugi plan, który miałby polegać na likwidacji 30 proc. nadmiarowych szpitali, o których mówiła ministra zdrowia. Propozycje zmian, z którymi ostatnio – wezwana do odpowiedzi – wyszła ministra zdrowia, a które jej szef Donald Tusk najwyraźniej uznał za wystarczające, dyskutowane były już w grudniu 2025 roku, czyli na długo przed wybuchem afery w Szpitalu Południowym w Warszawie.
Wówczas dr hab. n. med. Cezary Pakulski, lekarz anestezjolog i intensywista, pisał w opinii dla OKO.press, że skończy się to
kadrowym upadkiem medycyny powiatowej, zamknięciem oddziałów oraz konsolidacją części szpitali w formie spółek z różnym udziałem własności prywatnej.
Jeszcze inne zostaną przejęte przez firmy prywatne. Według dr. Pakulskiego ostatecznie z mapy szpitali może zniknąć 30 proc. podmiotów. Czyli dokładnie tyle, ile ministra uznaje za nadmiarowe. Problem w tym, że jedne zamkną się na zawsze, inne wrócą z innymi usługami, a wyznacznikiem będzie zysk.
Tymczasem w jednostkach nastawionych na zysk czymś zwyczajnym jest wykonywanie wyłącznie finansowo opłacalnych świadczeń nielimitowanych, a pomijanie w planach operacyjnych chorych z zabiegami z grup limitowanych (po wykonaniu limitu), kosztotwórczych czy ogólnie z niskim wskaźnikiem rentowności.
Ostatecznie doprowadzimy do sytuacji, w której nie będzie miał kto prowadzić finansowanego ze środków publicznych oddziału chorób wewnętrznych czy geriatrii. W szpitalach nie będzie SOR-ów czy oddziałów intensywnej terapii, a zabezpieczenie OIOM-owe w postaci zawsze dostępnego łóżka, sprzętu i personelu zostanie wykupione lub zarezerwowane w pobliskim szpitalu publicznym.
Zmierzamy więc do zmiany mapy rozmieszczenia szpitali w Polsce, ale będzie ona wynikiem polityczno-ekonomicznych targów, a nie potrzeb zdrowotnych mieszkańców.
— W pierwszej kolejności powinniśmy się zastanowić nie nad tym, ile szpitali ma pozostać w Polsce, ale jakie zadania powinny wykonywać poszczególne placówki, aby razem tworzyły bezpieczną sieć opieki dla mieszkańców danego regionu — podkreśla dr Libura.
— Nie da się tego zrobić bez skupienia na poziomie województwa odpowiedzialności za planowanie sieci, podział zadań między placówki i koordynowanie całych ścieżek leczenia. Jednemu podmiotowi trzeba przyznać kompetencje pozwalające zaprojektować racjonalną sieć nie tylko szpitali, ale całej opieki zdrowotnej. Dziś odpowiedzialność jest rozproszona, co prowadzi do chaosu i marnowania pieniędzy — dodaje ekspertka.
Już w 2017 roku (za rządów PiS) mniej więcej taki pomysł miał ówczesny minister zdrowia Konstanty Radziwiłł. Szpitale zakwalifikowane do sieci podstawowego szpitalnego zabezpieczenia uzyskały stabilniejsze, w dużej części ryczałtowe finansowanie, natomiast świadczenia poza siecią miały być kontraktowane konkursowo.
Nic z tego nie wyszło, bo po pierwsze – jak wskazuje dr Libura – kryteria kwalifikacji bazowały przede wszystkim na dotychczasowej działalności placówek zamiast na kompleksowej analizie potrzeb mieszkańców. W rezultacie utrwalono znaczną część istniejącej struktury razem z jej nieracjonalnościami.
Po drugie, z przyczyn politycznych do tej sieci krok po kroku dorzucano kolejne szpitale i w końcu znalazły się tam prawie wszystkie. I plan stracił sens.
— Szpital powiatowy bywa jednym z największych lokalnych pracodawców, dlatego jego przyszłość ma ogromne znaczenie dla polityki lokalnej. Samorządom zależy na utrzymaniu placówki nawet wtedy, gdy z punktu widzenia całego regionu należałoby zmienić jej profil. Szpital może być również wykorzystywany jako miejsce obsadzania stanowisk według klucza politycznego — wyjaśnia dr Libura.
W efekcie rozdawania tych synekur bardzo spadła jakość zarządzania w ochronie zdrowia. — Szpitale wciąż są w niewielkim stopniu rozliczane z wyników leczenia, bezpieczeństwa pacjentów i jakości całych ścieżek opieki. Kontrola koncentruje się przede wszystkim na zgodności formalnej i prawidłowości rozliczeń — mówi dr Libura.
— W takich warunkach na stanowisko dyrektora może trafić ktoś bez wystarczającego doświadczenia w ochronie zdrowia i przygotowania do strategicznego zarządzania tak złożoną organizacją. Taka osoba może podpisywać niekorzystne umowy, podejmować nieracjonalne decyzje i nie mieć żadnej koncepcji rozwoju placówki — dodaje ekspertka.
Niestety, brakuje strategii na poziomie województwa i całego kraju. — Powiat jest zwykle zbyt małą jednostką, aby samodzielnie dysponować odpowiednimi zasobami finansowymi, analitycznymi i kadrowymi. Potrzebni są fachowcy, którzy potrafią ocenić, który oddział można bezpiecznie przekształcić lub zamknąć, a który musi pozostać, mimo że przy obecnych zasadach finansowania przynosi straty — mówi dr Libura.
Ekspertka podsumowuje, że integracja zarządzania szpitalami na poziomie województwa nie musi w każdym przypadku oznaczać przeniesienia własności wszystkich placówek na jeden podmiot, ale szpitale należące do różnych właścicieli powinny zostać podporządkowane regionalnemu planowi.
— Ktoś musi mieć kompetencje, aby podzielić zadania i zakończyć wieczne targi interesów — mówi dr Libura.
Wróćmy raz jeszcze do punktu wyjścia – tego, z którego patrzą dziś i społeczeństwo, i premier z ministrą zdrowia, czyli do pensji lekarzy.
Zdaniem dr. Michała Zabdyr-Jamróza z Instytutu Zdrowia Publicznego Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego z lekarzami są dwa systemowe problemy.
— Po pierwsze, paradoksalnie, mamy zbyt oszczędną administrację. Na ten cel NFZ wydaje tylko 1 proc. swojego budżetu. To powoduje, że nie stać nas na porządne syntezy i analizy zebranych danych w odniesieniu do potrzeb zdrowotnych. Dlatego m.in. mamy ogromne luki w całościowej wiedzy o sytuacji personelu medycznego — mówi OKO.press dr Zabdyr-Jamróz.
— Po drugie, personel ten funkcjonuje w modelu niedostatecznie uregulowanego rynku wewnętrznego. To właśnie sprawia, że lekarze mogą niesamowicie windować swoje wynagrodzenia, czy to ze względu na rzadkość danej specjalizacji, czy słabą pozycję przetargową lokalnego szpitala — dodaje.
W ten sposób powstają kominy płacowe. Nagminnie dzieje się to nie w wielkich ośrodkach miejskich z dużymi zasobami, tylko tam, gdzie zasobów jest mało, szpitale są zadłużone i nie mają alternatywy.
— Lekarz ma największą przewagę negocjacyjną tam, gdzie szpital walczy o przetrwanie, byle tylko utrzymać zdolność do udzielania jakiegoś zakresu świadczeń.
Mamy tak nieracjonalnie ustawiony system, że – jak mówi słynne prawo Pratchetta o butach – najbiedniejszy płaci najwięcej — mówi dr Zabdyr-Jamróz.
System wymusza zachowania egoistyczne, eksploatacyjne jako najbezpieczniejsze, bo tylko one są racjonalne. — Jeśli taki lekarz nie wykorzysta swojej pozycji przetargowej, zrobi to ktoś inny, a on będzie frajerem. W takich realiach etos zawodowy będzie erodował, bo system na to pozwala i to promuje. Potem mamy nierówności zarobkowe wśród personelu medycznego i kompletne niezrównoważenie skutkujące kolejkami i malejącym dostępem do świadczeń — mówi dr Zabdyr-Jamróz.
W takich realiach, jeśli nagle przeznaczymy znaczne środki na podwyżki – i to bez żadnych obostrzeń co do ich zrównoważonego wydatkowania – pieniądze skumulują się u najlepiej zarabiających. Pasuje tu metafora przesuszonej ziemi, która, nagle obficie podlana, nie jest w stanie równomiernie wchłonąć wody – wszystko spływa w miejsca najniżej położone.
— Problemu kominów płacowych nie da się rozwiązać przy dalszym niedofinansowaniu systemu. To system naczyń połączonych. Jeśli nagle wprowadzimy górne limity płac, pojawi się ryzyko odpływu personelu do sektora prywatnego. To nieuniknione przy pełzającej prywatyzacji i komercjalizacji, które są oczywistym skutkiem zaniedbań i niedofinansowania — podkreśla dr Zabdyr-Jamróz.
Zdaniem specjalisty kominy płacowe to tylko jeden z symptomów szerszej choroby. Jeśli chcemy jej zaradzić, powinniśmy tak uregulować rynek wewnętrzny, żeby nie opierał się na strukturalnym egoizmie, ale żeby był współzawodnictwem zorientowanym na jakość i długofalowe efekty zdrowotne dla pacjentów.
Trzeba też zwalczać wielowładztwo. Szpitale należą dziś do setek różnych właścicieli: powiatów, miast, samorządów województw, uczelni medycznych, ministerstw, instytutów itd. Nie chodzi nawet o to, żeby szpitalami zarządzał jeden podmiot w województwie, tylko żeby pieniądze płynęły do nich jednym strumieniem, nie dwoma, jak to ma miejsce obecnie.
Obecnie kto inny planuje inwestycje, a kto inny świadczenia. Za strumień pieniędzy na inwestycje, np. w oddziały szpitalne czy w sprzęt, odpowiada właściciel szpitala, czyli często samorząd lokalny. Natomiast odrębnie zarządzane są pieniądze na realizowanie świadczeń zdrowotnych, które kontraktuje NFZ.
— Przez ustawowy dualizm, czyli rozdział płatnika (NFZ) od świadczeniodawcy (szpitale itp.), dochodziło do sytuacji, w której dwa publiczne szpitale w tym samym rejonie mogły uznać, że zainwestują w jakiś oddział dobrze wycenionych świadczeń, a potem jeden był zdziwiony, że nie dostał pieniędzy na realizowanie świadczeń. Bo tak miał działać rynek wewnętrzny: konkurencja polega na odsianiu opcji „słabszej”. Szczególnie że NFZ ma ograniczone zasoby. To tylko jeden z przykładów na to, jak nasz system marnował zasoby: przez inwestycje niezgodne z mapami potrzeb i przerastające zasoby na świadczenia — wyjaśnia dr Zabdyr-Jamróz.
Według eksperta finansowemu dualizmowi można by zaradzić na wiele sposobów. Generalnym celem jest koordynacja inwestycji i świadczeń według map potrzeb zdrowotnych. Kluczowe jest tu dobre wyważenie zalet koordynacji centralnej i decentralizacji.
Najmocniejsza opcja to powrót do integracji roli podatnika i świadczeniodawcy. Wtedy np. NFZ miałby kontrolę i nad wydatkami na świadczenia i nad inwestycjami. Tylko to oznaczałoby, że szpitale samorządowe musiałby przejąć na własność minister zdrowia czy NFZ. Jest to niewykonalne ze względów politycznych, prawnych i organizacyjnych. Niesie też ryzyko skrajnej centralizacji i pogorszenia responsywności na potrzeby lokalne.
Bardziej sensowne byłoby przejęcie szpitali na poziomie regionalnym przez oddziały wojewódzkie NFZ albo innego regionalnego płatnika publicznego. Takie rozwiązanie też jest jednak – przyznaje dr Zabdyr-Jamróz – w praktyce nierealizowalne, bo wymagałoby zmiany struktury własnościowej szpitali.
W tej chwili realizujemy najsłabszą z opcji, mówi dr Zabdyr-Jamróz. To system IOWISZ (Instrument Oceny Wniosków Inwestycyjnych w Systemie Zdrowotnym) na poziomie centralnym i wojewódzkim.
— To w zasadzie taki „certyfikat potrzeby”, swego rodzaju zgoda na jakąś inwestycję. Kiedyś oznaczała ona tylko szansę na wsparcie finansowe. Teraz jest warunkiem, żeby dana inwestycja mogła przełożyć się na kontrakty z NFZ. Jak łatwo się domyślić, to tylko reakcyjne narzędzie i wciąż traktowane jest przez samorządy raczej jako biurokratyczna obstrukcja, a nie realne wsparcie w planowaniu.
Jest też druga możliwość: wirtualna integracja. — Nie zmieniamy struktury właścicielskiej, tylko władzę nad szpitalem oddajemy jakiejś regionalnej instytucji, która w realnie zintegrowany sposób koordynuje zarówno wydatki na świadczenia, jak i wydatki na inwestycje. I myślę, że przy dzisiejszych rozwiązaniach technologicznych jest to rozwiązanie absolutnie wykonalne — mówi dr Zabdyr-Jamróz.
To by oznaczało oczywiście odebranie autonomii właścicielom szpitali, czyli zwykle samorządom.
— No i pewnie oznaczałoby w jakimś stopniu likwidację części powiatowych szpitali, bo wtedy byłoby widać czarno na białym, gdzie świadczenia zdrowotne są potrzebne, a gdzie nie. Ale aktualnie taka likwidacja i tak się zapowiada – tyle że wcale nie według map potrzeb zdrowotnych, ale bardziej w oparciu o mechanizmy rynku wewnętrznego i egoizmu strukturalnego — przyznaje ekspert.
Za rok wybory parlamentarne. O ile politycy zawsze boją się dużych reform, o tyle teraz boją się ich jeszcze bardziej. Dlatego ministra zdrowia udaje, że nie rozumie, że jedynie używa pędzelka do nakładania makijażu.
Z drugiej strony właśnie teraz mamy (teoretycznie) świetny moment na przeprowadzenie głębokich reform w systemie zdrowotnym.
— Skala ujawnianych patologii sprawia, że część grup interesu znalazła się pod silniejszą presją, a opinia publiczna dostrzegła, jak słabe są mechanizmy kontroli publicznych pieniędzy — mówi dr Libura.
Ekspertka podkreśla zarazem, że dyskusja medialna skupia się na rażąco wysokich płacach zamiast na przyczynach ich zaistnienia. — Wszyscy wskazują palcem i mówią: „Patrzcie, ile oni zarabiają!” Społeczne oburzenie kieruje się wtedy na najbardziej widoczny efekt, a nie na reguły finansowania, słabą kontrolę, rozproszenie odpowiedzialności i konkurencję o deficytową kadrę. W ten sposób możemy stracić impet potrzebny do rzeczywistej zmiany — mówi dr Libura.
Gdyby ktoś jednak w końcu zdecydował się na reformę szpitali, likwidując część z nich, trzeba koniecznie stworzyć pacjentom alternatywy. Nie można przecież zamknąć szpitala powiatowego i ludzi zostawić bez opieki, dodaje dr Libura.
— Część placówek można przekształcić w lokalne centra zdrowia oferujące diagnostykę, ambulatoryjną opiekę specjalistyczną, leczenie jednodniowe, rehabilitację, opiekę długoterminową, opiekę domową i zabezpieczenie nagłych przypadków. Warunkiem jest wcześniejsze zbudowanie alternatywy dla szpitala oraz zapewnienie sprawnego transportu i możliwości przekazywania chorych wymagających hospitalizacji do większych ośrodków — mówi ekspertka.
Zmiany powinny iść w parze ze zmniejszeniem liczby porad specjalistycznych.
W Polsce aż co druga porada lekarska jest specjalistyczna. Tymczasem w Holandii – zaledwie co szósta.
— Lekarz rodzinny mógłby odgrywać znacznie większą rolę w prowadzeniu pacjenta przez system, co pokazał pilotaż opieki koordynowanej. Potrzebuje jednak dostępu do diagnostyki, konsultacji specjalistycznych, informacji ze szpitala oraz skuteczniejszych narzędzi koordynacji opieki. Większą rolę powinny otrzymać także pielęgniarki i inne zawody medyczne. Podstawowa opieka zdrowotna musi być bardziej zespołowa, a odpowiedzialność za pacjenta nie może kończyć się na wystawieniu skierowania — podkreśla dr Libura.
Zdrowie
Jolanta Sobierańska-Grenda.
Donald Tusk
Ministerstwo Zdrowia
likwidacja szpitali
NFZ
pensje lekarzy
zarobki lekarzy
Dziennikarka ekonomiczna, absolwentka Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej na Uniwersytecie Jagiellońskim oraz podyplomowych Studiów Systemu Finansowego i Polityki Monetarnej Instytutu Nauk Ekonomicznych Polskiej Akademii Nauk. Publicystka, producentka wideo online, autorka podcastów, host w studio TV na żywo. Byłam przywiązana do tematyki gospodarczej od kilkunastu lat, głównie w zakresie makroekonomii, finansów i bankowości oraz rynku mieszkaniowego. Obecnie gospodarka jest dla mnie interesująca przede wszystkim w połączeniu z kontekstem społecznym oraz politycznym. Wcześniej byłam związana ze Spidersweb.pl, Money.pl i Onetem, a jeszcze wcześniej z „Gazetą Giełdy Parkiet”. Współpracowałam także z „Dziennikiem Gazetą Prawną” i „Gazetą Wyborczą”.
Dziennikarka ekonomiczna, absolwentka Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej na Uniwersytecie Jagiellońskim oraz podyplomowych Studiów Systemu Finansowego i Polityki Monetarnej Instytutu Nauk Ekonomicznych Polskiej Akademii Nauk. Publicystka, producentka wideo online, autorka podcastów, host w studio TV na żywo. Byłam przywiązana do tematyki gospodarczej od kilkunastu lat, głównie w zakresie makroekonomii, finansów i bankowości oraz rynku mieszkaniowego. Obecnie gospodarka jest dla mnie interesująca przede wszystkim w połączeniu z kontekstem społecznym oraz politycznym. Wcześniej byłam związana ze Spidersweb.pl, Money.pl i Onetem, a jeszcze wcześniej z „Gazetą Giełdy Parkiet”. Współpracowałam także z „Dziennikiem Gazetą Prawną” i „Gazetą Wyborczą”.
Komentarze