0:000:00

0:00

Prawa autorskie: Fot. Sławomir Kamiński / Agencja GazetaFot. Sławomir Kamińs...

Chęć uzyskania czterech negatywnych odpowiedzi w referendum może łatwo obrócić się przeciwko obecnej władzy. Piąta odpowiedź negatywna będzie wydawała się po prostu logiczna. Na miejscu opozycji już szykowałabym plakaty z pytaniem numer 5: „Czy popierasz obecny rząd?”

PiS usiłuje odwrócić logikę. Po ośmiu latach rządów zamierza zapytać społeczeństwo o cztery problemy. Trzy pytania zaczynają się od słów: „Czy popierasz?”. Czwarte rozpoczyna fraza: „Czy jesteś za?” Mogłoby się wydawać, że na tym etapie rządzący sformułują pytania w taki sposób, jeśli będą chcieli uzyskać poparcie dla swoich decyzji.

Ale PiS wpadł na inny pomysł. Chce, by wyborcy odpowiedzieli negatywnie na pytania w referendum, bo te nawiązują (luźno) do programów opozycji. Tyle że potem mają zareagować pozytywnie i poprzeć rządzących. To wyjątkowo skomplikowany układ. Krok po kroku wyjaśniamy dlaczego. Opisujemy również, jakich technik propagandowych użył PiS przy formułowaniu pytań, aby osiągnąć zamierzony efekt.

Przeczytaj także:

Mało realne oczekiwania PiS-u

Łącząc wybory parlamentarne z referendum, składającym się z czterech pytań, partia rządząca zawiesza Polakom poprzeczkę wyjątkowo wysoko. Oczekuje ona od wyborców, że ci:

  • Pójdą głosować;
  • Zorientują się, że pytania referendalne dotyczą programów ugrupowań opozycyjnych, a nie rządu, dlatego na wszystkie należy odpowiedzieć „nie”;
  • Zauważą, że chociaż dzisiaj ugrupowania opozycyjne najczęściej nie głoszą wcale takich haseł (a przynajmniej nie wprost), to jednak kiedyś je głosiły („wyprzedaż państwowych przedsiębiorstw” jest hasłem rodem z lat 90.) albo dziś mogłyby je głosić;
  • Zaznaczą odpowiedzi „NIE” przy czterech pytaniach;
  • W tym momencie dokonają umysłowej wolty: po odpowiedzi na pytania referendalne przestawią się na myślenie pozytywne i skonstatują, że: „Te pytania są o złej opozycji, a ja przecież popieram dobry rząd PiS i muszę to zaznaczyć na drugiej kartce”;
  • Po raz trzeci zagłosują na kandydatów Zjednoczonej Prawicy.
Oczekiwania PiS, że duża liczba wyborców przejdzie cały ten proces w zaplanowany sposób, są mało realne.

Tym bardziej że jednocześnie pytania w referendum są skonstruowane tak, by wywołać silne emocje. PiS liczy więc na zgodne z planem zachowania wyborców, którym emocje będą utrudniać zdroworozsądkowe myślenie. A wtedy dokonanie umysłowej wolty i przejście z myślenia „nie popieram” na „zaraz, przecież jednak popieram, tylko na innej kartce” będzie jeszcze trudniejsze.

Wyborcy „impulsowi”? Zbyt skomplikowane

To nie koniec trudności, które PiS piętrzy przed wyborcami. W Polsce część obywateli (tych politycznie niezdecydowanych) nie zastanawia się nad głosowaniem wcześniej niż w wyborczy weekend. Wskazują na to choćby wyniki wyszukiwań w Google w czasie ciszy wyborczej. Skokowo rośnie wówczas liczba zadawanych w internecie pytań: „kiedy wybory?” Nie: gdzie, kto, jaki program. Jakaś liczba Polaków przypomina sobie o obywatelskim obowiązku w ostatniej chwili. O tym, na kogo zagłosują, czasami decydują dopiero w drodze do lokalu wyborczego.

Przypomina to znane marketingowcom zakupy impulsowe, które dokonywane są bez większego namysłu, pod wpływem odruchu czy chwilowych emocji. Dla zrealizowania takich zakupów ustawia się stojaki z produktami przy sklepowych kasach. Niektórzy w podobny sposób wybierają swoich parlamentarnych przedstawicieli. Wiedząc o tym, wróćmy do referendalnych pytań.

Aby ułatwić decyzję osobom popierającym kogoś „impulsowo”, trzeba dać im prosty przepis na głosowanie, który da się szybko zapamiętać, a potem łatwo zrealizować.

Na przykład: „Cztery razy NIE”. Pod tym względem pytania referendalne PiS są spójne, wszak chodzi właśnie o cztery negatywne odpowiedzi. Ale przecież rządzący nie biją się dziś o wyniki referendum! Zależy im na wynikach głosowania do parlamentu. A tu już pisowski przepis na głosowanie brzmi inaczej. Można go opisać jako: „Na jednej kartce – cztery razy nie, na drugiej – tak dla PiS”. A to zapamiętać dużo trudniej.

Pytania sugerują odpowiedź „TAK”

A jeśli PiS liczy na zdroworozsądkowych, a nie impulsowych wyborców? W tym przypadku rządzący także piętrzą przed wyborcami trudności. Zdroworozsądkowi, by w ogóle odpowiedzieć na pytania, będą starali się dociec, o co w nich chodzi. Nawet jeśli nie zrobią tego wcześniej,

stojąc w lokalu wyborczym z kartką w ręku będą próbowali poddać pytania, choć podstawowemu rozpoznaniu. I mimo że będą mieli różne poglądy, podstawowe reguły komunikacyjne zadziałają.

Jakie to reguły?

  1. Kiedy pytanie brzmi „Czy popierasz” lub „Czy jesteś za?” (a tak zaczynają się wszystkie pytania referendalne), automatyczną reakcją jest odpowiedź „TAK”. Takie frazy niejako sugerują odpowiedź pozytywną. Nie przez przypadek unika się ich w dobrych badaniach opinii publicznej. PiS oczekuje więc, że wyborcy pokonają automatyczny odruch, doczytają pytania do końca i dopiero wtedy zajmą stanowiska. Ryzykowne (dla władzy) oczekiwanie.
  2. W pytaniu czwartym autorzy poszli jeszcze dalej. Zaczyna się ono od słów: „Czy popierasz likwidację bariery…” Kto nie jest za likwidacją bariery, jakiejkolwiek, ręka w górę! Polskie społeczeństwo od lat słyszy hasła o tym, że trzeba likwidować bariery – rozmaite, choćby architektoniczne, ale i na przykład klasowe. Likwidacja barier kojarzy się pozytywnie. Czyli znów pytanie narzuca odpowiedź na „tak”.

Po co im to referendum?

Rządzący więc utrudniają, a nie ułatwiają wyborcom odpowiadanie w referendum w taki sposób, w jaki sami oczekują. Po co im w ogóle to referendum? Żeby zwiększyć frekwencję wyborczą. Jednym z powodów, dla których Polacy nie głosują, jest brak zainteresowania polityką. Jak wynika z badań Marty Żerkowskiej-Balas (SPWS), przeprowadzonych w 2011 roku, na ten powód absencji wyborczej wskazało najwięcej, bo ponad 20 proc. ankietowanych, którzy nie uczestniczyli w wyborach.

PiS liczy, że pytania referendalne pobudzą społeczeństwo do udziału w wyborach. Rzeczywiście, silne emocje, potrzeba obrony status quo, lęk i poszukiwanie bezpieczeństwa mogą zadziałać mobilizująco. Takie oddziaływanie PiS ćwiczył w 2019 roku, kiedy wygenerował nieistniejącego wroga – „ideologię LGBT”. I do tego stopnia wystraszył nią Polaków, że przynajmniej niektórzy zagłosowali na prawicę, by „ocalić cywilizację chrześcijańską”. Zresztą w 2015 roku PiS doszedł do władzy także na rozbudzaniu lęku, tyle że wobec imigrantów muzułmańskich.

Dziś PiS próbuje te sukcesy powtórzyć.

Tyle że nic nie będzie już takie, jak kilka lat temu, choć PiS nie potrafi w to uwierzyć. Emocje mają to do siebie, że wygasają.

Układ nerwowy każdego człowieka, wielokrotnie pobudzany przez ten sam bodziec, w końcu do niego przywyka. Gdy może, stara się go unikać (to nie jest komfortowe – czuć silny strach przez lata). Gdy nie może, dostosowuje się. Kiedy więc dziś Polacy słyszą po raz kolejny o podniesieniu wieku emerytalnego, wyprzedaży przedsiębiorstw państwowych i muzułmańskich imigrantach – nie wywołuje to w nich tak silnego poruszenia jak kiedyś. Niektóre osoby ten przekaz może wręcz zniechęcać do udziału w wyborach.

Dziewięć technik propagandy

A jednak PiS stara się, jak może. Trzecie pytanie referendalne zawiera oczywiste sformułowania manipulacyjne. Wprowadzono je nie tylko po to, by uzyskać oczekiwaną odpowiedź, ale też, by wywołać określony stan emocjonalny.

Pytanie brzmi: „Czy popierasz przyjęcie tysięcy nielegalnych imigrantów z Bliskiego Wschodu i Afryki, zgodnie z przymusowym mechanizmem relokacji narzucanym przez biurokrację europejską?” Mamy tu aż dziewięć technik propagandy! Są to:

  • Hiperbola: technika, która polega na niezgodnym z faktami wyolbrzymianiu sytuacji. W tym przypadku chodzi o sformułowanie o „tysiącach nielegalnych imigrantów”. Według unijnego mechanizmu relokacji w Polsce miałoby się znaleźć maksymalnie 1800 migrantów, nie można więc mówić o tysiącach. Do tego unijny mechanizm przewiduje możliwość zwolnienia z tej kwoty dla państwa, które już znajduje się pod presją migracyjną, tak jak Polska obecnie (chodzi o migrantów z Ukrainy). Co oznacza, że realnie „tysiące migrantów” to (prawdopodobnie) zero.
  • Dyktat, czyli używanie słów wskazujących, jaką decyzję należy podjąć, połączony z dysfemizmem, czyli zastępowaniem słowa neutralnego wyrazem nacechowanym negatywnie. W analizowanym pytaniu chodzi o słowa: „nielegalnych”, „przymusowym”, „narzucanym”, „biurokrację”. Wszystkie te wyrazy służą wykreowaniu negatywnego obrazu mechanizmu relokacji oraz sugerowaniu, że zgoda na ów mechanizm byłaby zgodą na narzucany przez biurokratów przymus.

Półprawdy, niejasności i argumentum in terrorem

Kolejne techniki to nadmierne uproszczenie i celowe niejasności. W tym przypadku to sprowadzenie unijnego pakietu migracyjnego do stwierdzenia o przyjmowaniu „tysięcy nielegalnych imigrantów z Bliskiego Wschodu i Afryki” i pominięciu innych istotnych informacji, które mogłyby mieć wpływ na odpowiedzi.

Półprawdę czy może nawet wprost oszustwo także mamy w analizowanym pytaniu. W unijnym mechanizmie relokacji chodzi o wszystkich imigrantów, w pytaniu wskazuje się ich pochodzenie (Afryka i Bilski Wschód), choć takich zapisów tam nie ma. Zaś pakiet migracyjny nie jest „narzucany przez biurokrację europejską”, lecz negocjowany przez kraje członkowskie.

Wskazanie na pochodzenie migrantów jest celowe. Chodzi o wykorzystanie istniejących w polskim społeczeństwie uprzedzeń. Imigranci z Bliskiego Wschodu i Afryki kojarzą się z muzułmanami. Choć to nadmierne uproszczenie (te regiony zamieszkują wyznawcy różnych religii, także chrześcijanie), właśnie muzułmanów Polacy obawiają się najbardziej.

Wykorzystanie uprzedzeń jest kolejną techniką propagandową. Ponieważ w tym przypadku uprzedzenie oparte jest o silny lęk, mamy tu także technikę nazywaną „argumentum in terrorem” oraz syndrom oblężonej twierdzy.

Ten ostatni jest doskonale znany PiS-owi, ponieważ polega na wzbudzaniu poczucia zagrożenia ze strony mniej lub bardziej wymyślonego wroga. W 2019 roku syndrom ten wywołano w oparciu o osoby LGBT+, dziś w ten sam sposób ma zadziałać wizja „tysięcy nielegalnych imigrantów z Bliskiego Wschodu i Afryki”.

Czy opozycja wykorzysta referendum?

Z doniesień medialnych wiadomo, że PiS przebadał pytania referendalne przed ich upublicznieniem. Z całej puli propozycji wybrano te, wobec których reakcji badanych były zbieżne z celami rządzących. Nie wzięto jednak pod uwagę dwóch elementów. Po pierwsze: nie badano czterech pytań razem ani nie sprawdzano, jak zadziałają one na decyzje wyborcze.

Po drugie: przeoczono, że tak sformułowane pytania mogą być prezentem dla konkurentów PiS.

Dzisiaj bowiem opozycja może dać wyborcom znacznie prostszy przepis na głosowanie niż „cztery razy NIE, ale piąty raz TAK, tylko na innej kartce”.

Na przykład może się podpiąć pod „cztery razy NIE” i rozszerzyć to na „pięć razy NIE”, w tym NIE dla rządzących. Opcji jest dużo.

Pytania referendalne są też oczywistą wskazówką, których tematów partie opozycyjne nie powinny poruszać w kampanii wyborczej. Bez ich aktywności w referendalnych kontekstach czy bez wywoływania sporu na te tematy wzbudzenie społecznych emocji będzie jeszcze trudniejsze. A wtedy pisowski pomysł na wyborczą mobilizację spali na panewce.

;

Udostępnij:

Anna Mierzyńska

Analizuje funkcjonowanie polityki w sieci. Specjalistka marketingu sektora publicznego, pracuje dla instytucji publicznych, uczelni wyższych i organizacji pozarządowych. Stała współpracowniczka OKO.press

Komentarze