0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Fot. Mateusz Skwarczek / Agencja Wyborcza.plFot. Mateusz Skwarcz...

Premier Donald Tusk i minister finansów i gospodarki Andrzej Domański przedstawili niedawno propozycję reformy systemu podatkowego. Proponowane zmiany prowadziłyby do obniżenia obciążeń z tytułu PIT, finansowanego podniesieniem podatków dla największych firm, ograniczeniem preferencji dla najlepiej zarabiających ryczałtowców oraz zwiększeniem tzw. daniny solidarnościowej.

Z jednej strony reforma ma stosunkowo niewielki zakres, co wynika z ponad dwóch dekad nieprzerwanego zadłużania się sektora finansów publicznych.

Z drugiej strony nie sposób nie docenić pierwszej od dawna próby dorosłej, uczciwej rozmowy o podatkach w Polsce. W mojej ocenie właśnie ten aspekt reformy może się okazać jej największą wartością dodaną w długim okresie.

Zanim jednak do niego przejdziemy, przyjrzyjmy się najpierw temu, komu i ile zostanie w portfelu dzięki proponowanym zmianom oraz czy przedstawione źródła ich finansowania są optymalne.

„Oko na dobrobyt” to cykl OKO.press, w którym ekonomiści z grupy eksperckiej Dobrobyt na Pokolenia piszą o wydarzeniach ważnych dla polskiej i światowej gospodarki, omawiają wyniki badań naukowych i objaśniają złożoną rzeczywistość gospodarczą w jej najważniejszym, społecznym wymiarze.

Zacznijmy od tej części reformy, która obniża podatki.

Dotyczy ona osób rozliczających się na tzw. zasadach ogólnych, wśród których największą grupę stanowią pracownicy etatowi.

  • Rząd proponuje podniesienie progu, do którego obowiązywałaby 12-proc. stawka PIT, z obecnych 120 tys. zł do 130 tys. zł rocznego dochodu.
  • Od dochodów pomiędzy 130 tys. zł a 150 tys. zł podatnicy odprowadzaliby już nie 32, lecz 24 grosze z każdej złotówki dochodu.
  • Obecna stawka 32 proc. obejmowałaby natomiast dopiero dochody przekraczające 150 tys. zł rocznie.

Na propozycjach rządu skorzystają zatem podatnicy, których dochody – uwaga: podlegające opodatkowaniu – przekraczają 120 tys. zł rocznie, o ile rozliczają się według skali podatkowej.

Marketing polityczny

W praktyce, po uwzględnieniu składek odliczanych od podstawy opodatkowania, pracownik zatrudniony na umowie o pracę musiałby zarabiać około 11 900 zł brutto miesięcznie, aby skorzystać na reformie. Jej koszt fiskalny szacowany jest na około 10 mld zł. W świetle skali deficytu finansów publicznych, do którego przyczyniają się obecnie m.in. koszty zbrojeń oraz brak reform w zakresie transferów społecznych, nie jest to duża kwota.

Z punktu widzenia marketingu politycznego ta część reformy osiąga istotny cel. Około 3-3,5 mln podatników zapłaci niższy PIT. Czynienie rządzącym zarzutu z tego, że za pomocą reform fiskalnych próbują zwiększyć poparcie dla siebie, byłoby jednak przykładem politycznego naiwniactwa. Podobna motywacja towarzyszyła wprowadzeniu programu 500 plus; w zamierzeniu jego autorów podobnie miał zadziałać również Polski Ład.

Podatki – zło wcielone

Rząd jednocześnie wskazuje, skąd zamierza pozyskać środki na pokrycie ubytku dochodów wynoszącego około 10 mld zł. W przeszłości politycy zbyt często opowiadali, że wystarczy „nie kraść” albo „uszczelnić system”. Były to obietnice równie mądre jak przyrzeczenie całkowitego wyeliminowania wypadków za pomocą kolejnych reform kodeksu ruchu drogowego.

Polskie społeczeństwo nie było szczególnie zainteresowane tym, aby takim obietnicom powiedzieć „sprawdzam”. Konsekwencją tego milczącego paktu między politykami a obywatelami było nieustanne zadłużanie się sektora finansów publicznych w celu zaspokojenia oczekiwań Polaków dotyczących skali wydatków publicznych i transferów.

Spora część społeczeństwa uważa podatki za zło wcielone. Wyrazem tego są populistyczne zobowiązania polityków do ich niepodnoszenia. Mnie osobiście nasuwa to skojarzenie z obradami Sejmu Niemego w 1717 roku. Wprowadził on wprawdzie stałe podatki służące finansowaniu wojska, lecz ustanowił je (przyznajmy uczciwie, pod rosyjskim naciskiem politycznym i militarnym) na śmiesznie niskim poziomie. Skutki zapaści finansowej i wojskowej Pierwszej Rzeczypospolitej znamy z lekcji historii i zapewne nie chcemy tej lekcji przerabiać ponownie.

Dzisiaj rola państwa jest postrzegana zupełnie inaczej. A jej realizowanie kosztuje. Obok wydatków na zbrojenia, oczekujemy od państwa edukacji na wysokim poziomie, sprawnej służby zdrowia i nowoczesnej infrastruktury. Państwa świadczącego usługi publiczne na wysokim poziomie nie da się jednak sfinansować samymi dobrymi chęciami i wiarą w to, że jakoś to będzie. Jeśli chcemy sprawnego i bezpiecznego państwa, musimy uczciwie rozmawiać także o źródłach jego finansowania. Dlatego chcę docenić szczerość rządzących – nawet jeśli jest ona częściowo wymuszona okolicznościami – którzy wprost przyznają, że obniżkę PIT trzeba jakoś sfinansować.

Wyższe podatki dla najbogatszych

Po stronie finansowania najważniejszą propozycją jest podniesienie stawki CIT z 19 do 22 proc. dla przedsiębiorstw osiągających ponad 50 mln euro rocznych przychodów oraz dla podatkowych grup kapitałowych. Rząd chce również obniżyć limit przychodów uprawniający do rozliczania się ryczałtem z 2 mln euro do 250 tys. euro, a stawkę daniny solidarnościowej od nadwyżki dochodów ponad milion złotych podnieść z 4 do 5 proc.

Osobno zaproponowano czasowe zwiększenie stawki CIT dla największych firm energetycznych i paliwowych. Kierunek redystrybucji jest więc czytelny: obniżkę PIT mają sfinansować osoby osiągające najwyższe dochody, przedsiębiorcy korzystający z preferencyjnego ryczałtu oraz największe firmy.

Poszczególne elementy tego pakietu należy jednak oceniać odmiennie. W przypadku CIT trzeba pamiętać, że podatku nie płacą abstrakcyjne „korporacje”. Jego ciężar ponoszą ostatecznie właściciele kapitału, pracownicy albo klienci – zależnie od tego, czy firmy ograniczą dywidendy i inwestycje, zmniejszą tempo wzrostu wynagrodzeń czy też podniosą ceny. Ograniczenie ryczałtu i podniesienie daniny solidarnościowej odpowiadają natomiast na inny problem: rażące nierówności wpisane w konstrukcję polskiego systemu podatkowego.

Pierwszy krok w słuszną stronę

System ten jest pełen wyjątków i preferencji, przez co wysokość obciążeń często zależy bardziej od formy uzyskiwania dochodu niż od rzeczywistej zdolności do ponoszenia ciężarów publicznych. Trudno uznać za sprawiedliwą sytuację, w której informatyk osiągający milion złotych rocznego przychodu może korzystać z 12-procentowego ryczałtu, podczas gdy pielęgniarka lub nauczyciel zarabiający wyraźnie mniej podlega skali PIT oraz pełnemu oskładkowaniu. Dlatego ograniczenie dostępu do ryczałtu i podniesienie daniny solidarnościowej uważam za kroki w dobrym kierunku.

Pozytywnie należy ocenić również sam fakt, że rząd otwarcie wskazuje źródła finansowania obniżki PIT. Uczciwa rozmowa o podatkach musi bowiem dotyczyć zarówno związanych z nimi kosztów, jak i korzyści finansowanych z uzyskiwanych w ten sposób dochodów. Optymalny podatek nie jest podatkiem najniższym, lecz takim, który pozwala sfinansować potrzebne wydatki możliwie sprawiedliwie i przy jak najmniejszych szkodach dla aktywności gospodarczej.

Obecny pakiet nie rozwiązuje problemu deficytu finansów publicznych, ale może stać się początkiem poważniejszej rozmowy o zaprojektowaniu systemu od nowa, na przykład wokół daniny jednolitej, łączącej PIT oraz składki w jedno przejrzyste i progresywne obciążenie.

*dr Piotr Denderski – ukończył SGH (metody ilościowe w ekonomii) i UW (matematyka). Doktorat obronił w holenderskim Instytucie Tinbergena. Odbył staże badawcze na London School of Economics oraz New York University. Obecnie zatrudniony w University of Leicester na stanowisku Associate Professor oraz jako adiunkt w INE PAN.

Komentarze