0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: 21.11.2010 RZESZOW , 4 LETNI PAWEL STEPIEN POMAgencja GazetaA MAMIE DANUCIE WRZUCIC KARTY DO GLOSOWANIA DO URNY WYBORCZEJ W OKREGOWEJ KOMISJI WYBORCZA NR 79 NA OSIEDLU BIALA . OSIEDLE W ZESZLYM ROKU ZOSTALO PRZYLACZONE DO RZESZOWA . FOT. KRZYSZTOF KOCH / Agencja Wyborcza.pl21.11.2010 RZESZOW ,...

W trakcie zorganizowanego 31 lipca 2026 przez środowisko Mateusza Morawieckiego festiwalu Rozwój+Wy jednym z głównych tematów była demografia. Panel miał alarmistyczny tytuł: „Demografia albo marginalizacja. Jak uratować przyszłość Polski?”. Wśród dyskutantów znalazł się Bartosz Marczuk, były wiceminister rodziny w rządzie PiS, od lat zajmujący się polityką demograficzną. Przed rokiem 2015 Marczuk pisał o demografii jako dziennikarz – był zastępcą redaktora naczelnego „Rzeczpospolitej". Ma pięcioro dzieci.

Jego nazwisko jest w tej historii istotne. Marczuk od kilkunastu lat broni pomysłu, by rodzice mogli głosować również w imieniu swoich niepełnoletnich dzieci. W 2013 roku przekonywał, że zmusiłoby to polityków do poważniejszego traktowania interesów młodego pokolenia. W wydanej przez niego w 2025 roku wspólnie z Michałem Kotem książce „Jak uniknąć demograficznej katastrofy” głosowanie w wyborach za dzieci ponownie znalazło się wśród proponowanych reform państwa.

A teraz znalazło się też w propozycjach samego Mateusza Morawieckiego, a ściślej mówiąc, w raporcie stowarzyszenia Rozwój Plus na temat demografii, który oferuje pakiet reform dla Polski.

Pomysł od dawna obecny na polskiej prawicy pozostaje jednak żywy w jego programowym otoczeniu. Brzmi egzotycznie, ale nie jest polskim wynalazkiem, ani tym bardziej Marczuka. Ma nazwę, autora i prawie czterdzieści lat poważnych debat za sobą.

Przeczytaj także:

Jeden człowiek – jeden głos?

Paul Demény nie był działaczem konserwatywnej organizacji rodzinnej, lecz jednym z najważniejszych demografów drugiej połowy XX wieku.

Urodził się jako Pál György Demény w 1932 roku w Nyíregyházie na Węgrzech. Studiował ekonomię w Budapeszcie i pracował w węgierskim urzędzie statystycznym. W 1957 roku wyjechał jako tłumacz swojego przełożonego na konferencję do Szwajcarii i do komunistycznych Węgier już nie wrócił. Studiował w Genewie, później trafił do Stanów Zjednoczonych. W 1961 roku uzyskał doktorat z ekonomii na Princeton.

To ważny trop. Jego nauczycielami byli tam Frank Notestein i Ansley Coale, najważniejsze postacie rozwijającej się po wojnie formalnej demografii, a także ekonomiści William Baumol, Oscar Morgenstern i Jacob Viner. Sam Demény później wykładał na Princeton i pracował w tamtejszym Office of Population Research, jednym z czołowych ośrodków badań nad zagadnieniami ludnościowymi.

Intelektualnie należał więc przede wszystkim do świata powojennej ekonomii ludności i formalnej demografii. Nie był uczniem Friedmana czy Hayeka, a głosowanie rodzinne nie wyrastało z konserwatywnej teorii rodziny. Interesowały go dzietność, starzenie się społeczeństw i sposób, w jaki prywatne decyzje milionów rodzin składają się na problemy całych państw.

Od 1973 roku pracował w Population Council w Nowym Jorku. Założył tam „Population and Development Review”, jedno z najważniejszych czasopism demograficznych świata. W 1986 roku opublikował artykuł „Pronatalist Policies in Low-Fertility Countries: Patterns, Performance, and Prospects”. Analizował w nim, co państwo może właściwie zrobić, gdy ludzie mają coraz mniej dzieci.

Na końcu pracy pojawia się radykalna propozycja. Skoro dzieci są członkami społeczeństwa, dlaczego przez pierwszych kilkanaście lat życia mają pozostawać całkowicie bez politycznej reprezentacji? Demény proponował przyznanie prawa głosu od urodzenia. Dopóki dziecko nie może wykonać go samodzielnie, robią to rodzice lub opiekunowie.

To istotna różnica.

W potocznym opisie głosowanie Demény’ego oznacza: rodzic dostaje dodatkowy głos za każde dziecko. W jego konstrukcji właścicielem głosu jest jednak dziecko, a rodzic tylko głosuje w jego imieniu. Przy dwojgu rodziców głos można na przykład podzielić między nich po połowie.

Zwolennicy twierdzą więc, że zasada „jeden człowiek – jeden głos” nie zostaje naruszona, lecz doprowadzona do końca. Dzieci też są ludźmi i obywatelami, tyle że obecnie ze względu na wiek całkowicie wyłączonymi z wyborczej arytmetyki.

Przeciwnicy odpowiadają pytaniem znacznie prostszym: czy dwulatek naprawdę zagłosowałby na tę samą partię co jego ojciec? W praktyce dodatkową władzę otrzymuje przecież dorosły, a zapewnienie, że korzysta z niej w imieniu dziecka, jest nieweryfikowalne.

W tym miejscu pomysł Demény’ego zderza się z dwustuletnią historią walki o równość głosu.

Kiedy bogaty miał więcej demokracji

Zasada „jeden człowiek – jeden głos” wydaje się dziś oczywista. Historycznie jest jednak stosunkowo młoda.

Pierwsze parlamentarne demokracje długo uzależniały udział w wyborach od majątku, podatków, płci, rasy czy pozycji społecznej. Prawo głosu przysługiwało tym, o których zakładano, że mają wystarczająco duży materialny udział w losach państwa.

Konstytucja Stanów Zjednoczonych nie określiła nawet, kto może głosować, pozostawiając tę sprawę stanom. Na początku byli to przede wszystkim biali mężczyźni posiadający majątek. Dopiero w pierwszych dekadach XIX wieku kolejne stany zaczęły usuwać cenzusy majątkowe.

Proces ten kojarzy się z Andrew Jacksonem i „demokracją jacksonowską”, choć Jackson go nie rozpoczął. Gdy został prezydentem w 1829 roku, większość stanów już zniosła albo właśnie znosiła majątkowe ograniczenia dla białych mężczyzn. Jackson i tworzona przez niego Partia Demokratyczna potrafili natomiast znakomicie wykorzystać nowy masowy elektorat: wiece, partyjną mobilizację i politykę prowadzoną w imieniu „zwykłego człowieka”.

Demokracja ta pozostawała zarazem brutalnie selektywna. W części stanów równolegle ze znoszeniem cenzusów majątkowych umacniano ograniczenia rasowe: głosować mógł biedny biały mężczyzna, ale nie zamożny Afroamerykanin.

Po wojnie secesyjnej XIV poprawka z 1868 roku ustanowiła zasadę równej ochrony prawnej i obywatelstwa. XV poprawka, ratyfikowana dwa lata później, zakazała odmawiania prawa wyborczego ze względu na rasę, kolor skóry lub wcześniejsze niewolnictwo.

Amerykańskie Południe przez następne dziesięciolecia obchodziło ten zakaz za pomocą podatków wyborczych, testów umiejętności czytania, „grandfather clauses” (tzw. klauzule dziadka) i przemocy. Dopiero Voting Rights Act z 1965 roku dał władzom federalnym skuteczne narzędzia do zwalczania tych praktyk.

XIV poprawka stała się później także podstawą współczesnej amerykańskiej doktryny „one person, one vote”. W 1964 roku w sprawie „Reynolds v. Sims” Sąd Najwyższy uznał, że okręgi wyborcze powinny obejmować zbliżoną liczbę mieszkańców.

Nie wystarczy dopuścić ludzi do urny: ich głosy powinny mieć możliwie podobną wagę.

Głosy tylko dla mężczyzn

Jeszcze dłuższą drogę przeszła Wielka Brytania.

Reforma rządu lorda Greya z 1832 roku zlikwidowała część słynnych „zgniłych miasteczek” i poszerzyła elektorat, lecz utrzymała cenzus majątkowy. Większość robotników nadal nie mogła głosować.

Reforma Benjamina Disraelego z 1867 roku mniej więcej podwoiła liczbę wyborców w Anglii i Walii, ale prawo głosu wciąż pozostawało związane z posiadaniem albo wynajmowaniem nieruchomości.

Osobną walkę stoczyły kobiety. W 1918 roku Brytyjki powyżej 30. roku życia otrzymały prawo głosu pod określonymi warunkami. Pełne zrównanie z mężczyznami nastąpiło dopiero w 1928 roku.

I nawet wtedy Brytyjczycy nie od razu doszli do czystej zasady jednego głosu. Jeszcze do reformy z 1948 roku część obywateli mogła głosować więcej niż raz dzięki posiadaniu majątku w innym okręgu albo związkom z uniwersytetem.

Jeszcze bardziej pouczający jest przykład Belgii. W 1893 roku wprowadzono tam powszechne prawo wyborcze dla mężczyzn. Każdy miał co najmniej jeden głos, lecz majątek, wykształcenie albo status ojca rodziny mogły przynieść następne. Ojciec po 35. roku życia, spełniający określone kryteria podatkowe, otrzymywał głos dodatkowy.

Dopiero po I wojnie światowej Belgia przeszła do i tak z naszego punktu widzenia konserwatywnej zasady „jeden mężczyzna – jeden głos”.

Kierunek zmian w nowoczesnych demokracjach był więc przez dwa stulecia dość wyraźny: od cenzusów, głosów ważonych i przywilejów grupowych do indywidualnego, równego prawa wyborczego.

Pozostał spór o wiek. W większości państw głosuje się od 18. roku życia. Austria w 2007 roku obniżyła wiek wyborczy we wszystkich wyborach do 16 lat.

W Szwajcarii na poziomie federalnym obowiązuje 18 lat, ale kanton Glarus dopuszcza 16- i 17-latków do głosowań kantonalnych i lokalnych.

To odpowiedź dokładnie odwrotna od Demény’ego: zamiast dawać głos rodzicom, wcześniej pozwolić młodemu człowiekowi zagłosować samemu.

Francuzi byli pierwsi

Demény nie wymyślił rodzinnego głosowania od zera. Podobne projekty pojawiały się w Europie dużo wcześniej i miały czasami znacznie mniej liberalne uzasadnienie.

We Francji już w XIX wieku pojawiały się koncepcje, zgodnie z którymi podstawową jednostką polityczną powinien być nie obywatel, lecz rodzina. W 1923 roku deputowany Henri Roulleaux-Dugage zaproponował powszechne prawo wyborcze bez względu na wiek i płeć, ale głosy niepełnoletnich dzieci miał wykonywać ich ojciec. Projekt trafił do debaty parlamentarnej, lecz parlament rozwiązano przed podjęciem decyzji.

Jeszcze ciekawszy epizod przyniósł reżim Vichy. Projekt konstytucji z 1943 roku przewidywał podwójny głos dla ojca, ewentualnie matki, rodziny mającej co najmniej troje dzieci poniżej 21. roku życia. Hasło Pétaina „Praca, Rodzina, Ojczyzna” miało znaleźć odzwierciedlenie nawet w arytmetyce wyborczej. Projekt nigdy nie wszedł w życie.

Różnica wobec Demény’ego jest zasadnicza. Historyczne „family voting” mogło być pomysłem patriarchalnym, nagradzającym głowę wielodzietnej rodziny. Demény tymczasem wychodził od prawa dziecka, nie od szczególnych zasług jego ojca.

Węgrzy byli najbliżej

Najpoważniejsza współczesna próba odbyła się na Węgrzech.

Kiedy Fidesz Viktora Orbána pisał w 2011 roku nową konstytucję, do narodowej konsultacji trafiło pytanie, czy rodzice powinni otrzymywać prawo głosu związane z wychowywaniem niepełnoletnich dzieci.

József Szájer (ten od łamania obostrzeń pandemicznych w Brukseli, zatrzymany przez policję podczas ucieczki z “prywatnego spotkania”. W jego plecaku znaleziono narkotyki, do których posiadania się nie przyznał), jeden z architektów konstytucji, mówił o kilku wariantach: po głosie za każde dziecko albo jednym dodatkowym głosie niezależnie od liczby dzieci. Argumentował, że osoby poniżej 18. roku życia są największą grupą całkowicie pozbawioną politycznej reprezentacji.

Pomysł przepadł w konsultacjach. Orbán mówił później, że „serce go boli”, iż odrzucono rodzinne prawo wyborcze i deklarował, że kiedyś chciałby do dyskusji wrócić.

Nie wrócił na tyle skutecznie, by nowe głosy znalazły się w konstytucji.

To ważny test tej idei. Fidesz miał większość pozwalającą mu przebudować węgierski porządek konstytucyjny, a mimo to rodzinnego głosowania nie wprowadził.

Niemcy chcieli dać głos od urodzenia

Inny wariant pojawiał się w Niemczech. W 2008 roku grupa 46 deputowanych z CDU/CSU, SPD i FDP zaproponowała „Wahlrecht von Geburt an” – prawo głosu od urodzenia.

Rodzice wykonywaliby głos małego dziecka, ale przewidziano ciekawy bezpiecznik. Gdy dziecko uznałoby, że jest już wystarczająco dojrzałe, mogłoby wpisać się do rejestru wyborców i przejąć swój głos jeszcze przed ukończeniem 18 lat.

Podobna inicjatywa została odrzucona już w 2005 roku. Przeciwnicy wskazywali na problemy konstytucyjne i na trudność, której nie da się usunąć żadnym przepisem: rodzice prawdopodobnie głosowaliby zgodnie z własnymi przekonaniami, nie z hipotetycznymi poglądami dziecka.

W Japonii głosowanie Demény’ego pozostało przede wszystkim projektem akademickim.

Badacze analizowali je jako sposób na osłabienie politycznej przewagi coraz liczniejszego starszego elektoratu. Jeżeli emeryci i ludzie zbliżający się do emerytury tworzą coraz większy blok wyborczy, partie mają silniejszą zachętę do wydawania pieniędzy na ich potrzeby, a słabszą do inwestowania w dzieci i młode rodziny. Głosy dzieci miały tę kalkulację zmienić.

Pomysł dotarł również do Stanów Zjednoczonych. JD Vance w 2021 roku proponował, by dzieci otrzymały głosy wykonywane przez rodziców.

Uzasadniał to jednak znacznie bardziej politycznie niż Demény: przekonywał, że ludzie posiadający dzieci mają większy udział w przyszłości kraju niż bezdzietni. Kiedy wypowiedź wróciła podczas kampanii prezydenckiej w 2024 roku, Vance określił swoją propozycję jako „eksperyment myślowy”.

Gowin próbował dwa razy

Polska debata jest starsza, niż może się wydawać.

Jarosław Gowin i jego nowa wówczas partia Polska Razem przedstawili propozycję głosowania rodzinnego w 2013 roku. Każde niepełnoletnie dziecko oznaczałoby dodatkowy głos wykonywany przez rodziców.

Bartosz Marczuk był wtedy jednym z najbardziej zdecydowanych obrońców pomysłu. Argumentował, że włączenie dzieci do wyborczej arytmetyki zmusi polityków do uwzględniania interesów rodzin i młodszego pokolenia.

Andrzej Zoll odpowiadał pytaniem, które do dziś pozostaje jednym z najprostszych kontrargumentów: dlaczego głos starszego obywatela miałby w praktyce ważyć mniej niż głos młodego ojca kilkorga dzieci?

Gowin wrócił do projektu w 2018 roku, już jako wicepremier, podczas konwencji PiS i Zjednoczonej Prawicy. Przekonywał, że rodzice małych dzieci powinni dysponować również ich głosami, ponieważ wychowując przyszłe pokolenie, myślą o przyszłości całego kraju.

Koalicjanci przyjęli pomysł chłodno. Ryszard Terlecki, który teraz odszedł z PiS wraz z ekipą Morawieckiego, nazwał go wtedy „księżycowym”. Na tej samej konwencji Mateusz Morawiecki przedstawiał własny pakiet propozycji, ale rodzinnego głosowania w nim nie było.

Osiem lat później Marczuk znów uczestniczy w dyskusji programowej środowiska Morawieckiego, a w najnowszej książce nadal wymienia głosowanie za dzieci wśród recept na kryzys demograficzny.

Kto właściwie reprezentuje dziecko?

Za pomysłem Demény’ego stoi problem, który przez czterdzieści lat nie zniknął.

W starzejącym się społeczeństwie przeciętny wyborca jest coraz starszy. Tymczasem ludzie, którzy najdłużej będą odczuwać konsekwencje dzisiejszych decyzji o długu publicznym, edukacji, polityce rodzinnej czy klimacie, mają niewielką siłę wyborczą albo nie mają jej wcale.

Demény chciał zmienić tę arytmetykę.

Jeżeli rodzina ma troje dzieci, przy urnie polityczną reprezentację otrzymywałoby pięciu obywateli, a nie dwóch. Partie musiałyby zacząć zabiegać także o interes ludzi, którzy jeszcze nie otrzymują emerytur, nie płacą podatków i nie oglądają spotów wyborczych.

Problem zaczyna się przy pytaniu, kto właściwie wie, jaki jest interes dziecka. Rodzic reprezentuje je w szkole, szpitalu i przy wielu czynnościach prawnych. Zwolennicy modelu pytają więc: dlaczego nie przy urnie?

Przeciwnicy odpowiadają, że wybór polityczny różni się od zgody na zabieg medyczny. Nie istnieje obiektywnie „właściwa” partia dla pięciolatka.

Dochodzi do tego cała seria problemów praktycznych. Co z rodzicami głosującymi na różne partie? Rozwód? Opieka naprzemienna? Czy głos dziecka dzielić na pół? Co zrobić, kiedy szesnastolatek ma poglądy dokładnie przeciwne do poglądów rodziców?

Jest jeszcze problem politycznie najpoważniejszy. Dzietność nie rozkłada się jednakowo między grupami społecznymi, religijnymi, etnicznymi i dochodowymi. Reforma zaczynająca się jako elegancka teoria reprezentacji młodego pokolenia może bardzo szybko zostać potraktowana jako sposób zmiany struktury elektoratu na korzyść określonych środowisk.

Historia prawa wyborczego podpowiada, żeby takie projekty zawsze oglądać również od tej strony.

W Polsce potrzebna byłaby zmiana konstytucji

Artykuł 62 Konstytucji przyznaje prawo udziału w wyborach obywatelowi, który najpóźniej w dniu głosowania kończy 18 lat. Artykuł 96 stanowi, że wybory do Sejmu są powszechne, równe i bezpośrednie.

Głosowania Demény’ego nie można więc wprowadzić poprawką do kodeksu wyborczego. Wymagałoby zmiany konstytucji i rozstrzygnięcia, czy rodzic wykonujący głos innego obywatela da się pogodzić z zasadą równości i bezpośredniości wyborów.

Szanse na wprowadzenie takiego systemu są dziś bliskie zeru.

Nie chodzi wyłącznie o brak większości potrzebnej do zmiany konstytucji. Współczesne demokracje niezwykle niechętnie odchodzą od indywidualnej równości głosu. Niemcy dyskutowały i odmówiły. Fidesz miał polityczną siłę pozwalającą napisać węgierską konstytucję od nowa i również się wycofał. W Japonii propozycja pozostała domeną naukowców.

W żadnej współczesnej demokracji głosowanie Demény’ego nie stało się trwałym elementem wyborów ogólnokrajowych.

Sam problem jest jednak coraz mniej akademicki.

Europa się starzeje, dzieci rodzi się coraz mniej, rośnie polityczna siła starszych wyborców. Rządy muszą równocześnie finansować emerytury, ochronę zdrowia, obronność, edukację i inwestycje potrzebne ludziom, którzy podatnikami będą dopiero za kilkanaście lat.

Przez ostatnie dwa stulecia demokracje odpowiadały na problem braku reprezentacji przede wszystkim poszerzaniem kręgu osób mogących głosować samodzielnie: od mężczyzny bez ziemi, przez czarnych Amerykanów i kobiety, po szesnastolatka w dzisiejszej Austrii.

Demény postawił pytanie inaczej: co zrobić z człowiekiem, który już istnieje, ale jest jeszcze za młody, żeby samemu postawić krzyżyk?

Jego odpowiedź prawdopodobnie pozostanie akademicką ciekawostką. Pytanie będzie jednak wracać.

Radosław Korzycki

Były korespondent polskich mediów w USA, regularnie publikuje w gazeta.pl i Vogue, wcześniej pisał do Polityki, Tygodnika Powszechnego, Gazety Wyborczej i Dwutygodnika. Komentuje amerykańską politykę na antenie TOK FM. Oprócz tego zajmuje się animowaniem wydarzeń kulturalnych i produkcją teatru w warszawskim Śródmieściu. Dużo czyta i podróżuje, dalej studiuje na własną rękę historię idei, z form dziennikarskich najlepiej się czuje w wywiadzie i reportażu.

Komentarze