26 grudnia 2020

Rodzice-suflerzy: odrobią za dziecko zadanie i napiszą klasówkę. Cyrk na kółkach w polskiej szkole

Polska szkoła musi zmierzyć się z plagą nieuczciwości w czasach nauczania zdalnego. Rodzice coraz częściej odrabiają za dzieci zadania domowe, piszą wypracowania, a nawet uczą, jak ściągać na klasówkach. Kogo za to winić?

21 listopada 2020 rząd ogłosił, że przerwa świąteczna wraz z feriami potrwa ponad trzy tygodnie, od 23 grudnia do 17 stycznia 2021. Pandemia już nie raz wywracała do góry nogami szkolny kalendarz, dlatego nauczyciele uznali, że nie chcą ryzykować: klasyfikację uczniów trzeba przeprowadzić jak najszybciej. Szczególnie że rząd jest równie nieprzewidywalny jak sam koronawirus.

W grudniu zaczęła się szaleńcza gonitwa. Uczniowie próbowali poprawiać stopnie i wyciągać średnie, a nauczyciele musieli uzbierać jak największą liczbę ocen, by potem z czystym sumieniem usiąść do wypełniania tabelek. Okazuje się, że ten wyścig po jak najwyższe stopnie nie był równy.

"Można popaść w paranoję" — mówi OKO.press nauczycielka matematyki jednej z poznańskich szkół podstawowych. "Moi trójkowi uczniowie z dnia na dzień doznali olśnienia. Podczas klasówek wyłączali kamery, a potem odsyłali bezbłędnie rozwiązane zadania. Wiem, że nie była to samodzielna praca. Ale co mogę poradzić?".

Nie pomagało nawet odpytywanie ustne. "Wyłączali mikrofony, by po chwili wrócić z poprawną odpowiedzią. Niektórzy nawet nie udawali" - mówi nauczycielka.

I dalej:

"Słyszałam szepty, narady rodzinne, ganienie za złą odpowiedź. Gdy dopytasz o szczegóły, okaże się, że dziecko jest »zielone«. Nic nie rozumie, tylko powtarza po rodzicu. Cyrk na kółkach".

Przeczytaj także:

Horror domowej szkoły

To nie jest odosobniony przypadek. W relacjach medialnych ze szkoły online czytamy o rodzicach-suflerach, rodzicach-asystentach, a w końcu rodzicach-oszustach.

Odrabiają za dzieci prace domowe, piszą wypracowania, wysyłają zadane tematy do prywatnych korepetytorów, pomagają ściągać na klasówkach.

Po części może to tłumaczyć fakt, że dla wielu rodziców nauczanie zdalne było pierwszym bliższym zetknięciem z koszmarem, jaki polskim dzieciom funduje system edukacji. A na dodatek stało się to w warunkach kompletnego chaosu, gdy lekcje online były zupełnie nieprzygotowane.

"Wiosną przeżywałam horror. Każdy dzień zaczynał i kończył się sprawdzaniem, gdzie odbywają się lekcje, co jest zadane, jaki jest zakres materiału. Jeden link przychodził na maila, inny na Facebooka, a reszta informacji wisiała w dzienniku elektronicznym. Teraz jestem poza tym, bo postanowiłam, że moi synowie będą uczyć się samodzielnie. Trochę z boku obserwuję całą dezorganizację.

Dzieci mają ogromny problem, żeby skupić się na lekcjach: co chwilę zerkają w telefon, przysypiają, jedzą. Dalekie jest to od tego, co nazywamy efektywnym uczeniem"

— mówi OKO.press mama uczniów siódmej i ósmej klasy szkoły podstawowej.

Niektórzy idą więc na skróty. Na sygnał, że dziecko jest zmęczone, nie rozumie, nie chce, reagują niezdrowym zaangażowaniem, które przeradza się w wyręczanie.

"Przeraża mnie, co będzie, gdy dzieci wrócą do szkół. Jak na powrót nauczyć ich samodzielności i uczciwości, skoro już wiedzą, że łatwiejsze rozwiązania są pod ręką? Klucz do zadania z fizyki znajdziesz w internecie, a pracę plastyczną zrobi mama. Poniekąd było tak zawsze. Możesz ściągać, dopóki ktoś cię na złapie. Polska szkoła nigdy surowo nie karała za oszustwa. Ale teraz to się nasiliło" — dodaje nasza rozmówczyni.

Co na to nauczyciele? Póki co apelują o racjonalność: "nie uczcie dzieci niesamodzielności", "pomagajcie, ale nie wyręczajcie".

Ściąganie i oszukiwanie to najgorsze szkolne praktyki. Nie tylko dlatego, że są treningiem nieuczciwości. Pogłębiają nierówności i obniżają motywację — zarówno tych, którzy obchodzą system, jak i tych, którzy próbują być fair. Po co się starać, skoro od początku jesteś na pozycji straconej?

Ale więcej niż o rodzicach, mówi nam to o wadliwym systemie edukacji, który skupia się na wiedzy pamięciowej, mierzeniu, ocenianiu i niezdrowej rywalizacji.

Polska szkoła nierówności

To szaleństwo nie zaczęło się dziś.

"Już wcześniej rodzice, którzy mieli zasoby, wyręczali dzieci w pracach domowych, kupowali usługi edukacyjne prywatnie. Nie bez powodu mamy tak rozbuchany rynek korepetycji" — mówi OKO.press Paweł Marczewski, ekspert Fundacji im. Stefana Batorego.

Z badań CBOS wynika, że w 2019 roku już co trzeci rodzic w Polsce wysyłał dziecko na dodatkowe zajęcia. W czasie rządów PiS ten odsetek, wskazujący na prywatyzację usług edukacyjnych, wzrósł ponad dwukrotnie — z 14 do 32 proc.

To jasno pokazuje, że w szkole skurczyła się przestrzeń na skuteczne nauczanie i coraz więcej zdań przerzucanych jest na dom.

"Dlaczego rodzice wybierają korepetycje? Często dlatego, że dzieci nie radzą sobie z przeładowaną, anachroniczną podstawą programową. Rodzice mają świadomość, że w polskim systemie jest wiele braków, które trzeba uzupełniać poza szkolnymi murami. W ten sposób kupują swoim dzieciom większe szanse na sukces" — dodaje Marczewski.

Nauka zdalna pogłębia nierówności. Jak zaznacza Marczewski, dzieci dzieli już nie tylko status materialny rodziny, ale też kompetencje cyfrowe, dostęp do sprzętu, warunki mieszkaniowe, a czasem także kwestie prozaiczne: przepracowani rodzice, rodzeństwo, którym też należy się zająć, czy zdolność do koncentracji.

W najtrudniejszej sytuacji znaleźli się najmłodsi uczniowie z klas I-III. Z badań wynika, że okres wczesnoszkolny jest kluczowy dla rozwoju kompetencji i wyrównywania szans.

"To właśnie wtedy dzieci uczą się uczyć, poznają czym jest instytucjonalna szkoła, co to znaczy odrabiać zadania domowe. W warunkach nauczania online jest to praktycznie niemożliwe" — tłumaczy Marczewski.

Stracone koronapokolenia

Jak pokazują badania Alison Andrew z brytyjskiego Institute for Fiscal Studies, niektórym uczniom zaległości z czasów pandemii nie uda się odrobić do końca edukacji. Różnicę robi już sama liczba godzin poświęcanych obecnie na naukę.

„Zamożniejsi uczniowie spędzają nad książkami 5,8 godzin dziennie, a ich mniej zamożni koledzy 4,5 godziny”

– piszą w omówieniu badań analitycy z GRAPE.

I dalej: „Zamożni rodzice częściej deklarują, że ich dzieci mają dostęp do interaktywnych źródeł zdalnej edukacji, takich jak zajęcia on-line czy indywidualne spotkania video z nauczycielami, czy korepetytorami. W tym samym czasie ponad połowa uczniów szkół podstawowych z niezamożnych rodzin informuje, że w domu nie ma możliwości wygospodarowania dla nich miejsca do nauki. Wreszcie, w zamożnych domach znacznie częściej rodzice deklarują, że czują się na siłach pomagać swoim dzieciom w nauce”.

A to oznacza, że rośnie nam pokolenie straconych szans.

Organizacje społeczne w stanowisku z grudnia 2020 piszą o uczniach uciekających z systemu: 48 proc. badanych nauczycieli zarówno szkół podstawowych, jak i liceów i techników wskazało, że w edukacji zdalnej nie uczestniczy co najmniej jedno z ich uczniów i uczennic. W szkołach branżowych ten problem jest jeszcze większy – wskazało na niego aż 58 proc. badanych.

Kolejna kwestia to „zdalni wagarowicze”, czyli osoby, które logują się na lekcje, ale wcale w nich nie uczestniczą.

Wyjątkowo niepokojące są też dane OECD, które wskazują na lawinowy spadek motywacji do nauki.

"Łatwiej wyposażyć dziecko w smartfona czy komputer, niż zainwestować czas i energię, by zachęcić uczniów do szkoły"

— mówi Marczewski.

A różnice w poziomie motywacji mają charakter klasowy. "Ogólna tendencja jest taka, że rodzice zamożniejsi, którzy częściej mogą pozwolić sobie na pracę z domu, częściej też pomagają dzieciom.

Nie możemy też udawać, że dzieci, które wrócą do szkół nie będą się borykać ze skrajnym zniechęceniem, a czasem wręcz poważnymi problemami adaptacyjnymi"

— dodaje ekspert.

PiS odpuścił edukację

Polski rząd nie zrobił nic, by w tej wyjątkowo trudnej sytuacji pomóc uczniom i nauczycielom. Nauczanie zdalne wciąż opiera się na wysiłku samorządów, dyrektorów, pedagogów i rodziców. Mimo zapowiedzi ministrów Dariusza Piontkowskiego i Przemysława Czarnka podstawa programowa nie została odchudzona, a resort edukacji, by ratować statystyki, zmienił tylko wymagania egzaminacyjne dla tegorocznych maturzystów i uczniów klas ósmych.

Rządzący nie mają też żadnego pomysłu na to, jak zaopiekować się uczniami, którzy potrzebują wsparcia psychologicznego. Kryzys zdrowia psychicznego to problem, na który polska szkoła nie potrafiła lub nie mogła, ze względów instytucjonalnych, odpowiedzieć już przed pandemią.

Nikt nie myśli też w końcu o nauczycielach, zniechęconych złą polityką płacową, a także powszechną spychologią.

To nie "leniwi" uczniowie, "przebiegli" rodzice, czy strajkujący nauczyciele są winni temu, że jest jak jest. Polski system edukacji roku 2020 jest niewydolny i trzyma się tylko heroicznym wysiłkiem ich wszystkich.

Udostępnij:

Anton Ambroziak

Dziennikarz i reporter. W OKO.press od 2017 roku. Wcześniej pracował w kulturze i współtworzył trzeci sektor. Za pracę dziennikarską uhonorowany nagrodami: Amnesty International „Pióro Nadziei” (2018), Kampanii Przeciw Homofobii “Korony Równości” (2019). Najchętniej pisze o usługach publicznych i prawach człowieka. Entuzjasta data journalism i human stories

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne