Informacje pochodzą od służb specjalnych państw współpracujących z Polską – podał premier Donald Tusk. Zaś węgierskie media ujawniły, że działający na Węgrzech Instytut Romanowskiego za władzy Orbána dostał tam równowartość aż 4 mln zł
„Służby innych państw z regionu, z którymi współpracujemy, potwierdziły nam informację, że pan Romanowski znajduje się na 99 procent – tak na wszelki wypadek to mówię – w Naddniestrzu. W Tyraspolu” – mówił Tusk we wtorek 18 sierpnia 2026 przed posiedzeniem rządu w obecności dziennikarzy.
Premier dodał: „Chyba nie trzeba tu komentarza. Sam ten fakt wystarczy za cały komentarz, nie tylko na temat pana Romanowskiego, ale całej formacji politycznej [PiS-red.], która korzystała z takich ludzi i do dzisiaj ich kryje”.
Jeśli ostatecznie potwierdzi się, że Marcin Romanowski jest w Naddniestrzu, to będzie świadczyć, że wybrał drogę byłego sędziego Tomasza Szmydta, który uciekł z Polski do Białorusi Łukaszenki.
Do zbuntowanej republiki Naddniestrza – na początku lat 90. oderwała się od Mołdawii i jest blisko Moskwy – też nie da się wjechać bez zgody tamtejszych służb, które są kontrolowane przez służby rosyjskie (nadal stacjonują tam rosyjskie wojska). A już na pewno bez zgody tych służb nie wjedzie tam poszukiwany polityk ważnej partii dużego unijnego kraju.
Nasuwa się kolejne pytanie, czy Romanowski w zamian za zgodę na ochronę przed polskimi organami ścigania w Naddniestrzu poszedł na współpracę z tymi służbami. I czy dostałby od nich paszport na fałszywą tożsamość, bo sam pisał, że takim się posługuje.
Naddniestrze jako miejsce swego pobytu wskazał wcześniej sam Marcin Romanowski w liście, który dwa tygodnie temu dostał Sąd Okręgowy w Warszawie. Jest to wniosek o wydanie listu żelaznego, który chroniłby Romanowskiego w Polsce przed aresztowaniem.
W zamian musiałby stawiać się w prokuraturze, a potem w sądzie na swoim procesie za aferę Funduszu Sprawiedliwości (prokuratura nie wysłała jeszcze aktu oskarżenia, bo nie może zakończyć wątku Romanowskiego). Wniosek napisany jest na komputerze, ale Romanowski go podpisał ręcznie. Wysłanie listu potwierdził jego obrońca, adwokat Bartosz Lewandowski.
(Na zdjęciu u góry Romanowski stoi z lewej, a Lewandowski z prawej).
W tym liście Romanowski jako miejsce pobytu wskazał adres w Tyraspolu, stolicy Naddniestrza. Ale list nadano w graniczącym z Mołdawią miasteczku Bendery. Co budziło wątpliwości, bo ktoś mógłby tylko wjechać na chwilę z Mołdawii i wrzucić list do skrzynki.
Wątpliwości budził też adres jego pobytu w Tyraspolu, bo jak ujawniliśmy w OKO.press, pod tym adresem jest pusty plac z jednym budynkiem biurowo-usługowym i pętlą autobusową.
Z kolei „Rzeczpospolita” pisała, że w Tyraspolu – w pobliżu tego placu – jest parafia świętej Trójcy, czyli sercanie. A sercanie to Zgromadzenie Księży Najświętszego Serca Jezusowego (męskie zgromadzenie zakonne), do którego należy ksiądz Michał O., jeden z oskarżonych już w aferze Funduszu Sprawiedliwości.
Na informacje podane przez premiera Tuska zareagował obrońca Romanowskiego adwokat Bartosz Lewandowski. Na portalu X napisał, że wezwie premiera na świadka do sądu, by zeznawał w sprawie o uchylenie ENA dla Romanowskiego i w sprawie o wydanie listu żelaznego. Będzie dowodził, że skoro Romanowskiego nie ma na terenie UE, to sąd powinien uchylić ENA i wydać mu list żelazny.
Tyle że praktyka sądowa pokazuje, że w tego typu postępowaniach sąd nie przeprowadza dowodu z przesłuchania świadków. Bazuje na dokumentach dostarczonych przez strony postępowania.
Z kolei artykuł 607a kodeksu postępowania karnego mówi, że ENA wydaje się wtedy, gdy jest podejrzenie, że poszukiwany przebywa na terenie UE. I dlatego Sąd Okręgowy w Warszawie niedawno odmówił wydania ENA za byłym ministrem sprawiedliwości Zbigniewem Ziobrą, który przed zarzutami za aferę Funduszu Sprawiedliwości ukrywa się w USA. Ta argumentacja miałaby dowodzić, że ENA za Romanowskim jest bezzasadne.
Ale w sprawie sędziego Szmydta, który dostał azyl na Białorusi, stołeczny sąd wydał ENA. Z kolei poznański sąd w sprawie obywatela Polski przebywającego w USA, też wydał ENA. Bo wystarczy, że prokuratura wykaże, że poszukiwany ma związki z Polską – np. ma tu nieruchomości – i w każdej chwili może pojawić się w kraju.
To nie koniec. W ostatnich dniach węgierski portal Átlátszó ujawnił, że powołany w 2025 roku Węgiersko-Polski Instytut Wolności, na którego czele stał Marcin Romanowski, dostał 350 milionów forintów (to ok. 4 mln zł). Instytut powstał po tym, jak Romanowski uciekł do Budapesztu i dostał tam azyl od rządu Viktora Orbána.
Spekulowano, że Instytut powstał tylko po to, by Romanowski miał tam zajęcie i dodatkowe dochody. Instytut utworzono przy prawicowym Centrum Praw Podstawowych, które organizowało prawicowe konferencje CPAC na Węgrzech i było łącznikiem pomiędzy węgierską prawicą a popierającym prezydenta Donalda Trumpa ruchem MAGA.
Portal Átlátszó ujawnił, że równowartość 4 milionów złotych dla Instytutu Wolności została przekazana przez Batthyany Lajos Alapitvany (BLA). To powołana na początku lat 90. fundacja, która – jak podaje portal – w ostatnich latach dzieliła publiczne fundusze na sprzyjające Fideszowi Viktora Orbána organizacje.
Portal podaje, że z 350 milionów forintów dla Instytutu, 269 milionów miało zostać przeznaczone na koszty osobowe związane z niezbędnymi działaniami, wydarzeniami i reklamą. 25 milionów miało być przeznaczone na podróże, 20 milionów na publikacje książkowe, a 35 milionów na sprzęt IT, prawników, czy tłumaczenia.
Z oświadczenia majątkowego, które Romanowski złożył w Sejmie – nadal jest posłem PiS – wynika, że w 2025 roku zarobił w Instytucie ok. 200 tysięcy złotych (17,5 miliona forintów). Portal policzył, że 142 miliony forintów Instytut wydał na umowy dla osób zatrudnionych, w tym dla „węgiersko-polskiej grupy roboczej”.
Prokuratura Krajowa, która jeszcze przed ucieczką Romanowskiego z Polski postawiła mu zarzuty za aferę Funduszu Sprawiedliwości, nie zgadza się na wydanie listu żelaznego. A jej zdanie jest kluczowe, bo PiS tak zmienił przepisy, że bez zgody prokuratora listu sąd wydać nie może.
Swoje stanowisko Prokuratura Krajowa ogłosiła w komunikacie we wtorek 18 sierpnia. Zamieszczono go przed ogłoszeniem przez premiera informacji o miejscu pobytu Romanowskiego.
Prokuratura w komunikacie napisała: „W piśmie skierowanym dziś do Sądu Okręgowego w Warszawie prokurator zajął stanowisko, że brak jest podstaw do uwzględnienia wniosku podejrzanego Marcina Romanowskiego o wydanie listu żelaznego. Prokurator zwrócił się również do właściwych organów Rumunii i Mołdawii o ustalenie, czy Marcin Romanowski przekraczał granice tych państw oraz, czy przebywa lub przebywał na terytorium Mołdawii, w tym na terenie Naddniestrza”.
I dalej: „W piśmie do Sądu prokurator wskazał, iż nie dysponuje obecnie procesowym potwierdzeniem, że Marcin Romanowski przebywa pod wskazanym przez siebie adresem w Tyraspolu. Samo oświadczenie podejrzanego w tym zakresie jest niewystarczające. Z uzyskanych wstępnych danych wynika, że podejrzany nie przekroczył granicy Republiki Mołdawii w ciągu ostatnich pięciu lat. Nie potwierdzono również, aby przekraczał granice państw sąsiadujących, tj. Rumunii i Ukrainy”.
Tyle że Romanowski twierdzi, że ma paszport na fałszywą tożsamość.
Prokuratura w komunikacie podkreśla: „Nadto prokurator wskazał, że dotychczasowa postawa procesowa Marcina Romanowskiego nie daje rękojmi przestrzegania warunków ewentualnego listu żelaznego. Podejrzany uchylał się od czynności procesowych, kwestionował legalność działań organów, opuścił Polskę, a następnie Węgry w celu uniknięcia zatrzymania, a także publicznie deklarował brak zamiaru powrotu do kraju w związku z toczącym się przeciwko niemu postępowaniem karnym.
Na brak rzeczywistej gotowości do pozostawania do dyspozycji organów wskazuje również zawarta we wniosku informacja o posiadaniu przez podejrzanego »legalnego paszportu na inną tożsamość«, bez wskazania tej tożsamości ani okoliczności wydania dokumentu”.
Sąd Okręgowy w Warszawie nie wyznaczył jeszcze terminu posiedzenia, na którym rozpozna wniosek o wydanie listu żelaznego. Decyzję wyda jednak neosędzia, bo wniosek Romanowskiego trafił do specjalnej sekcji przy XII wydziale karnym.
W tej sekcji są sami wadliwi neosędziowie karniści. Zostali odsunięci przez prezesa sądu od wydawania wyroków w sprawach karnych, bo ze względu na ich status – są powołani przez nielegalną neo-KRS – wyroki wydane z ich udziałem i tak by uchylił Sąd Apelacyjny w Warszawie. Dla dobra obywateli nie wydają więc już wyroków, tylko załatwiają sprawy proceduralne, niekończące się wyrokiem. I to ta sekcja zajmuje się m.in. listami żelaznymi.
Znane jest już nazwisko neosędziego, który rozpozna wniosek Romanowskiego. To neosędzia Konrad Mielcarek, który jest jednocześnie komisarzem wyborczym. Jeśli odmówi on listu żelaznego – a zgodnie z uchwalonymi przez PiS przepisami decydujące jest stanowisko prokuratury – to odwołanie rozpoznają też neosędziowie ze specjalnej sekcji Sądu Apelacyjnego w Warszawie. W tej zaś sekcji są m.in. byli rzecznicy dyscyplinarni Ziobry, czyli Piotr Schab, Przemysław Radzik i Michał Lasota.
Prokuratura może jednak złożyć wniosek o wyłączenie neosędziów z sekcji zarówno w sądzie okręgowym, jak i w sądzie apelacyjnym. Jeśli wszyscy oni zostaną wyłączeni, to wtedy wniosek Romanowskiego o wydanie listu żelaznego rozpozna legalny sędzia. Ale cała procedura potrwa miesiące, bo każdego neosędziego trzeba wyłączać w odrębnej decyzji.
Afery
Sądownictwo
Marcin Romanowski
Donald Tusk
Zbigniew Ziobro
Waldemar Żurek
Ministerstwo Sprawiedliwości
Prokuratura
Prokuratura Krajowa
Europejski Nakaz Aresztowania
Fundusz Sprawiedliwości
Naddniestrze
praworządność
Absolwent Wydziału Dziennikarstwa i Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego. Od 2000 r. dziennikarz „Gazety Stołecznej” w „Gazecie Wyborczej”. Od 2006 r. dziennikarz m.in. „Rzeczpospolitej”, „Polska The Times” i „Gazety Wyborczej”. Pisze o prawie, sądach i prokuraturze.
Absolwent Wydziału Dziennikarstwa i Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego. Od 2000 r. dziennikarz „Gazety Stołecznej” w „Gazecie Wyborczej”. Od 2006 r. dziennikarz m.in. „Rzeczpospolitej”, „Polska The Times” i „Gazety Wyborczej”. Pisze o prawie, sądach i prokuraturze.
Komentarze