Prawa autorskie: Agnieszka Sadowska / Agencja Wyborcza.plAgnieszka Sadowska /...
30 listopada 2021

Rozmowy przy płocie. Reporterzy OKO.press słuchają ludzi z zakazanej strefy

Babcie modlą się przy ikonach. Sąsiad martwi się, że straci pole. Rodzina oddaje ostatnie schabowe. Policjant chwali się kamizelką kuloodporną. Strażnik pozwala wrzucić jedzenie dla migrantów na ciężarówkę. Żubry utknęły po drugiej stronie płotu. A cała wioska - ubożeje. Byliśmy w strefie stanu wyjątkowego

"Idę po polu. Biegnie facet i krzyczy: »Kurwa, gdzie?«. »A pan co? Ja na swoim« — mówię. Ten znów: »Gdzie mi tu idziesz?«. To powtarzam, że na swoim. Patrzę na drugą stronę a tam, kurwa, ilu ich tam było! (łapie się za głowę) Pół lasu ludzi! To przeprosił mnie w końcu, że się pomylił" - opowiada nam przy samej granicy emerytowany rolnik zaciągając po białorusku.

Po raz kolejny ruszyliśmy na Podlasie, żeby sprawdzić, jak wygląda codzienność mieszkańców pogranicza.

Co przeżywają ludzie zamknięci między drutem żyletkowym a punktami kontrolnymi?

Strefa zakazana? Tylko na papierze

Większość przepraszała - są zbyt zmęczeni, by rozmawiać. Marzena (imię zmienione) zgodziła się od razu. Mieliśmy spotkać się za granicą strefy i pójść po okolicznych lasach. Rano Marzena napisała, żebyśmy wzięli coś do jedzenia i picia. "Po drodze mogą być potrzebujący". Do bagażnika zapakowaliśmy zgrzewkę wody, konserwy, chleb, słodycze.

Samochód parkujemy w polu, przed granicą strefy. By nie zwracać na siebie uwagi, chowamy się za stogami siana. Przy okazji — idealna kryjówka przed zimnem i wilgocią.

Nagle wiadomość od Marzeny: "Jedźcie dalej. Nie dojdę do was". Zastanawiamy się, co nas czeka, jeśli spotkamy służby. Pouczenie? Grzywna? Areszt?

"Samochód mam nadzieję nieoznakowany? Żadnego logo OKO.press? — sprawdza nas M. — To dojedźcie do check-pointu. Tam będę czekać. Powiem policjantom, że jesteście moimi przyjaciółmi z Warszawy. Potem wsiądę do waszego auta i pojedziemy do mnie".

W międzyczasie mija nas kilka wojskowych ciężarówek, które prują przez okoliczne wsie z prędkością 80 km/h. Gdy dojeżdżamy do punktu kontrolnego już z daleka macha do nas uśmiechnięta Marzena. "Jak tam? Ja już po trzeciej dawce" — rzuca. Przytulamy się na przywitanie, jakbyśmy znali się od lat. "Dajcie panom dokumenty do sprawdzenia i otwórzcie bagażnik" — pomaga policjantom w pracy.

"Jak mówiłam, wezmę ich do siebie na godzinkę" — zapewnia. Policjanci rzucają okiem, na to, co przewozimy i puszczają dalej. "Miłego dnia" — mówią i serdecznie machają, jak to młodzi do młodych. Tak właśnie trafiamy nie tylko do strefy, ale i miejscowości, która leży mniej niż kilometr od granicy z Białorusią.

W nocy z 30 listopada na 1 grudnia, kończy się oficjalnie stan wyjątkowy na terenach pogranicza. Ale restrykcje, na mocy ustawy o ochronie granic, potrwają dłużej. Nadal reporterzy będą musieli się nagimnastykować, by sprawdzić, co dzieje się przy płocie. Aktywiści kombinować, jak — mimo zakazów — pomagać tym, którzy utknęli na granicy. A mieszkańcy — będą coraz bardziej osamotnieni.

Jak już pisaliśmy, kilkoro naszych dziennikarek i dziennikarzy relacjonowało już wcześniej wydarzenia ze strefy, m.in. podczas interwencji humanitarnych z pomocą dla migrantów wziętych w kleszcze przez służby obu krajów. Anton Ambroziak i Hanna Szukalska zbierali swój materiał kilkaset metrów od granicy.

Nie chcemy robić z siebie ani bohaterek, ani tym bardziej chojraków, bo wiemy o podobnej pracy innych redakcji. To po prostu zawodowy odruch i potrzeba, by opisywać to, co naprawdę dzieje się przy granicy. Chodzi też o odczarowanie „wojennej narracji” i hurrapatriotycznych propagandowych uniesień w rodzaju „Murem za polskim mundurem”. O pokazanie cierpienia migrantów i smutnego losu mieszkańców zakazanych terenów.

Babcie mówią, że idzie kolejna wojna

"Kawa, czy spacer?" — pyta Marzena. "Spacer" — odpowiadamy.

"Słusznie, zobaczycie, jak się tutaj żyje. Tylko, proszę, bez nazwisk i miejscowości. Anonimowo można więcej".

Mijamy stare, drewniane chaty z ozdobnymi gankami, stodoły przerobione na super agroturystykę i zagrody ze zwierzętami. Tylko ludzi brak. "Wymarła wieś" - mówimy.

"O tej porze roku zawsze tak jest. Mieszkańcy to głównie starzy ludzie. Nie wychodzą z domów. Tyle że normalnie są turyści. Staruszkowie mogą sobie ich przez okno zobaczyć i się cieszą. Turysta kupi lokalne produkty, zatrzyma się na nocleg, da dorobić. To dzięki nim wieś żyła przez cały rok" — opowiada Marzena.

“Teraz smutno się tu żyje. Jak przejedzie wojskowa kolumna, to babcie modlą się przy ikonach, mówią, że idzie kolejna wojna. To doświadczone pokolenie. Pamiętają biedę, nędzę, przeganianie z miejsca na miejsce. Jedna armia przechodziła i grabiła, druga - paliła chaty. Połowa mieszkańców ogląda tu białoruską telewizję. Wiedzą, do czego jest zdolny jest Łukaszenka. I najlepiej rozumieją zagrożenie”.

Strażnik się łamie, pozwala przekazać jedzenie

Marzena opowiada, że na główną drogę, którą spacerujemy, migranci wychodzili już w środku lata.

"Był początek sierpnia. Późno w nocy kończyliśmy imprezę. Nagle sąsiadka napisała, że koło jej domu są goście, uchodźcy. Daliśmy im pić i jeść, zadzwoniliśmy po Straż Graniczną. Wtedy wszyscy dzwoniliśmy. Bo przecież to nasi chłopcy - zabiorą na placówkę, pomogą. Nikt się nie zastanawiał, co się z migrantami stanie. Wszystko zmieniło się po Usnarzu.

Usnarz to był wybuch. Cała Polska zrozumiała, co zgotował nam Łukaszenka. Ale dopiero dzieci z Michałowa poruszyły świat. Gdzie są dzieci z Michałowa?”.

Marzena przypomina historię z końca września 2021. Grupa ponad 20 osób złapana w Szymkach, za granicą strefy, błagała funkcjonariuszy z placówki SG w Michałowie, by nie odsyłali ich z powrotem na granicę. Wśród nich było ośmioro dzieci. Czekały na pomoc siedząc na zimnym asfalcie i mokrych trawnikach. Otulały się wzajemnie, płakały.

- To wtedy zaczęliście patrzeć służbom na ręce?” - pytamy.

“Jednej nocy wyjechaliśmy do dużej grupy. Wśród nich była kobieta w ciąży. Przyjechała lekarka, udzieliła pomocy. Zebraliśmy deklaracje, że proszą o ochronę międzynarodową, chcą zostać w Polsce. Straż Graniczna obiecała, że zabiorą ich do ośrodka. Nie uwierzyliśmy. Kilka dni później jedna pani ze Straży Granicznej powiedziała nam, że oni wcale nie prosili o pomoc, tylko chcieli jechać do Niemiec. Dlatego funkcjonariusze odesłali ich na granicę.

Innej nocy sąsiad dzwonił i mówi, że było przekroczenie granicy. »Marzena, ludzie są w lesie«. Zaczęliśmy się pakować. Nie zdążyliśmy. Koleżanka, która miała najbliżej wybiegła na drogę.

Zablokowała ciężarówkę i mówi, że chce tylko dać im jeść. Strażnik pyta: »Komu?«. A ona: »Tym, co ich macie na pace«. Chłopak wymiękł. Pozwolił jej wrzucić pakiety z jedzeniem za plandekę, za którą siedzieli migranci.

Przewieźli tych biednych ludzi z jednej części lasu, na drugą. Wtedy pierwszy raz tak płakałam. No, przerażające”.

- Teraz już nie dzwonicie po służby?

“Różnie ludzie podchodzą. Są tacy, którzy wierzą, że to, co robi straż, to świętość. Inni nie potrafią być obojętni na ludzką krzywdę”.

Piwniczka dla każdego

- A tak w ogóle, to kto pomaga?

“Połowa wioski tak, połowa nie. I to dzieli ludzi jeszcze bardziej. Ale ja nie będę się kryć z tym, co robię. Przez całe życie w tym kraju muszę udowadniać, że nie jestem wielbłądem. Nie jestem i kropka. A pomaganie jest legalne. Zresztą, to nie jest żadna sieć pomocowa, ale ludzka.

Jak widzę człowieka, który idzie drogą, jest wyczerpany, pobity, pogryziony przez psa, to jak mam mu nie pomóc? To są zwyczajne ludzkie odruchy.

Zaglądam w paszporty, a tam stempel sprzed miesiąca. Myślę, gdzie spędzili ten czas? W moim pięknym lesie, w którym dziś leży pewnie pełno ludzkich ciał?”.

- Pukają też do drzwi?

“Do mnie nie, bo mieszkam na uboczu. Ale do sąsiadów tak, ciągle. I musimy radzić sobie sami. W okolicy działają aktywiści, ale nasza wieś jest geograficznie odcięta. Organizujemy się na miejscu.

Mamy taką otwartą piwniczkę, w której zbieramy ubrania i jedzenie. Każdy może wejść i zabrać coś dla potrzebujących. Albo dla siebie.

Jakiś czas temu spotkałam uchodźców siedzących w lesie. Dookoła stoi Straż Graniczna z bronią. Nie zatrzymałam się, kazali przejechać. Gryzłam się, że nic nie zrobiłam.

Więc zapakowałam samochód ubraniami i jedzeniem, i wracam. Na miejscu była już tylko jedna rodzina: kobieta, mężczyzna i dziecko. Pytam, czy mogę podać im pakiety. Dziecko płacze. Wyciąga ręce, że chce kurtkę. Strażnicy się zgodzili. Powiedziałam im o tej piwniczce, z której można pobierać ciepłe ciuchy i jedzenie. »Też możecie sobie wziąć« — mówię. Oni na to: “Okej, okej”. Może jestem naiwna, ale wierzę w spontaniczne odruchy serca”.

- I co, przyszli?

“Nie wiem, tu nikogo nie sprawdzamy. Możesz zostać anonimowym bohaterem”.

Kiedyś tu było jak na osiedlu chronionym

“Możemy zawrócić albo iść dalej w las, pod samą granicę. Jak spotkamy patrole, to mówimy, że idziemy do rezerwatu” — instruuje Marzena. Na leśnych, błotnistych drogach widać ślady kół. Marzena tłumaczy, że cała Puszcza jest “równo rozjechana”.

“A jak prosiliśmy o ścieżki rowerowe dla turystów, to słyszeliśmy, że nie ma pieniędzy. Teraz wszystko pięknie utwardzone, nawet sąsiad składakiem przejdzie. Tak samo z internetem. Błagaliśmy o szybsze pasmo, ale było nie po drodze. A teraz? W jeden dzień wszystko działa” - mówi.

- Jak wcześniej żyliście z pogranicznikami?

“Od wejścia do strefy Schengen pogranicznicy kojarzyli się z samym dobrem. Przyjeżdżali na kawę, rozmawialiśmy sobie. Czułam się tu jak na osiedlu chronionym. Jak interweniowali, to tylko, żeby pouczać turystów”.

- Pouczać?

“Spójrzcie, do granicy dochodzi pole. O tam, gdzie stoi brzózka - Marzena wskazuje na płaski teren, który otula las - Ustawodawca mówi, że 15 metrów przed pasem granicznym nie można już chodzić. Ale informacja znajduje się dopiero na granicy. Jak dojdziesz, to przeczytasz, że zawiniłeś. A nieznajomość prawa nie zwalnia cię z obowiązku jego przestrzegania. Paranoja. Taka jak z granicą strefy, sami strażnicy nie do końca wiedzą, gdzie się zaczyna”.

Mieszkańcy strefy nauczyli się już rytmu służb. “Rotacja ludzi jest ogromna. A teraz tworzą 750 dodatkowych etatów” — mówi Marzena. I wymienia: “Zmiana warty co osiem godzin. Dziennie pod naszymi oknami przejeżdżają dziesiątki wozów.

Jak na pace widać ludzi to na pewno żołnierze. Jak opuszczają plandekę to znaczy, że wywożą uchodźców na granicę”.

Od miesiąca lasy patrolują też oddziały konne policji. “Patrzcie, tutaj widać ślady” - dodaje.

Marzena mówi, że najłatwiej rozmawia się z policjantami. “Ostatnio wracam do domu. W punkcie kontrolnym chłopak już mnie nawet nie sprawdza. Każe tylko otworzyć bagażnik. I mówi: »Niech pani uważa. W wiosce dziś straszne rzeczy się dzieją«. Miał zasłoniętą twarz, ale słyszę, że młody chłopak. Faktycznie, tamtego dnia działo się. Straż i policja na sygnale, samochody wojskowe, broń. W nim to budzi strach, we mnie - raczej złość. To samo usłyszałam dziś, jak czekałam na was w punkcie kontrolnym. »Proszę uważać to są niebezpieczni ludzie« - mówi do mnie jeden z funkcjonariuszy i pokazuje, że ma kamizelkę kuloodporną. To dopiero mnie rozsierdziło”.

- Dlaczego?

“Bo państwo abdykowało. Ja nie wiem, która z tych osób, które dotarły do granicy jest niebezpieczna. To od rządu, służb i instytucji publicznych oczekuję, że będzie weryfikować ludzi, którzy przekraczają nasze granice.

Po to chyba mamy ośrodki, żeby tam tych ludzi sprawdzać?

Jak to było z Polakami w latach 80.? Moi znajomi masowo uciekali z kraju. Też przekraczali zieloną granicę, też dostawali partyzancką pomoc, ale na końcu trafiali do ośrodków. W Stambule weryfikacja trwała nawet rok, ale to lepsze niż skazywanie ludzi na tułaczkę, a nas - obywateli kraju - na potencjalne niebezpieczeństwo”.

Zamiast Żubrów przychodzą uchodźcy

“A tutaj macie granicę - Marzena pokazuje żyletkową konstrukcję, która przecięła pola - Zaraz pewnie któryś wyleci i nas pogoni”.

“Po drugiej stronie chodzą ludzie: w jedną i w drugą stronę. Białorusini spędzają ich jak zwierzęta. Jak ich strażnicy widzą naszych, to strzelają na postrach, żeby migranci się rozproszyli, pochowali w lesie".

- Ludzie chcą muru, który zamierza budować rząd?

“Tak, bo uważają, że to uporządkuje sytuację. Mówią: albo wszystkie państwa będą bez murów, albo granice trzeba umocnić. Przecież kiedyś, wszyscy byliśmy jednym wielkim skupiskiem wsi. Nagle granica nas podzieliła. Ale w spisie powszechnym większość podała tu narodowość białoruską. Ten sztuczny podział nie dokonał się trzy miesiące temu. Zresztą już w '81 roku mur stanął po stronie białoruskiej. On nie leci równolegle do granicy, ale wydziela pas, w którym dziś zamykani są uchodźcy. Jak przyszło Schengen, to Unia chętnie płaciła Łukaszence za obronę granic. Przestali płacić? To ten znalazł sposób na szantaż. Po co było się dogadywać z rzezimieszkiem? No, ale dość o polityce”.

Marzena wskazuje nam pole dochodzące do granicy. “Tu jest fajny paśnik dla żubrów. Zazwyczaj było ich siedem, osiem, ale w tym roku nie przychodzą. One też utknęły po drugiej stronie”.

Ludzie nie mają rekompensat, bo nie rejestrowali usług

Pierwszy raz przez chwilę idziemy w milczeniu. Spacer trwa już ponad dwie godziny, a nadal nie spotkaliśmy żadnego mieszkańca. Mijają nas tylko służby: konno, albo w opancerzonych wozach. “Ludzie też liczą, że jak oni zbudują mur, to wrócą turyści i będziemy zarabiać” - Marzena wraca do tematu.

- Nie dostajecie rekompensat od rządu?

“Na Podlasiu większość kwater przyjmuje gości na zasadzie: ugościli - pojechali. Większość usług nie jest ewidencjonowana. Wiem, że tak nie powinno być, ale gdyby ludzie zaczęli prowadzić działalność, noclegi nie byłyby już tak tanie. Tak tu już jest i wszyscy przymykają oko: mieszkańcy, turyści, gminy i w końcu państwo. I teraz okazuje się, że prawie nikt nie ma prawa do rekompensaty” - opowiada Marzena.

Gdy w listopadzie sama poszła złożyć wniosek w urzędzie wojewódzkim, usłyszała, że na pieniądze musi poczekać. “Pani w okienku mówi mi, że mogę ubiegać się tylko o rekompensatę za ostatnich X tygodni. Dlaczego? Bo w każdej chwili stan może być odwołany, a pieniędzy nie da się wydać do przodu. Mówię, że potrzebuję kasy, żeby żyć normalnie. Ona wzrusza ramionami. Czyli najpierw umrzesz z głodu, a potem dostaniesz wypłatę.

Zubożenie tych terenów będzie ogromne, nieodwracalne. Najstarsi żyją z emerytur, ale ci w wieku średnim, którzy nie mają gdzie dorobić, naprawdę mają kiepsko.

Lokalna rodzina, która je schabowe od święta, oddała swoje ostatnie kotlety uchodźcom. A im kto pomoże? Ludzie się wkurzają, bo znów wyręczają państwo. I znów zostają sami.

My musimy wcześniej wiedzieć, kiedy nas otworzą, żeby zapraszać turystów. Oni nie przyjadą do nas z dnia na dzień. Normalnie o tej porze robiliśmy rezerwacje na przyszły rok. Boimy się, że te lasy zaczną odstraszać. Ludzie nie będą chcieli spacerować po grobach ludzi, którym nie pomogliśmy. To koszmar”.

- Ale może uda się wam odczarować las?

“Trzeba będzie poruszyć niebo i ziemię. Wiecie, jak tu jestem, to prawie nie śpię. Mam sypialnię z widokiem na granicę. Zostawiam otwarte okno. Już miesiąc temu było mi zimno, a leżałam w murowanym domu, pod puchową kołdrą. Zawsze mogłam wziąć jeszcze koc. To wszystko skończy się głębokim PTSD [Zespół Stresu Pourazowego]. Czasem uciekam stąd do Gdańska. Ale inni nie mogą, nie mają pieniędzy. Wciągnięci w to pomaganie, wyczerpani, nie mają przyczółka, żeby odreagować.

Sołtys zamknął się na trzy spusty i milczy. Batiuszka mówi, że pomagać trzeba, ale on to musi dom budować. A gdy dopytuję, czy nie może się jednak zaangażować, to mówi, że czuje się atakowany.

Nawet nie wiecie, jak bardzo ludzie czują się tu osamotnieni”.

My tu na swoim!

Po trzech godzinach spotykamy wreszcie innych mieszkańców.

Piotr i Anna prowadzą agroturystykę. Krzysztof jest emerytowanym rolnikiem i zaciąga po białorusku. Marzena przedstawia nas jako przyjaciół z Warszawy. I opowiada sąsiadom, jak doszliśmy pod samą granicę.

K.: "Na 200 metrów do płotu nie podejdziesz. Jak zaczną budować mur, to mi pole pod granicą zabiorą. To jeszcze ta sosna przecież moja".

P.: "Nic nie zabiorą. Na budowę tylko 15 metrów potrzebują. Powiedzą, że nie możesz tam chodzić, ale nic nie zapłacą. Albo trzeba będzie się zgłosić do Wielkiego Brata, żeby czujniki cię nie wykazały".

M: "A widzieliście, jak utwardzili teren w lesie na te swoje jazdy?".

K.: "Dawno nie byłem, rowerem dziś przejadę".

P.: "Ale grzyby się skończyły. To jaką wymówkę znajdziesz?".

K.: "A co ja się będę bał? Chodziłem i chodzić będę. Idę ostatnio po polu. Biegnie facet i krzyczy: »Kurwa, gdzie?«. »A co pan? Ja na swoim« - mówię. Ten znów: »Gdzie mi tu idziesz?«. To powtarzam, że ja na swoim. Patrzę na drugą stronę a tam, k**wa, ilu ich tam było! (łapie się za głowę) Pół lasu ludzi! To przeprosił mnie w końcu, że się pomylił".

P.: "Dobrze, że gazem po oczach nie dał. Kiedyś legitymację chcieli, kto ja jestem. To ja do niego: »To ja najpierw poproszę pana legitymację«.

M.: "Jak jedziesz do Białegostoku, to weryfikują po twarzach".

K.: "Do Damiana do roboty, taki jeden czarniutki przyszedł. Policjant patrzy na niego i pyta: »A co to za jeden?«. »No, robotnik«. A policjant: »Niech no słowo chociaż powie po polsku«. A ten na to: »Dzień dobry«" (śmiech).

P.: "Jak można po cerze kogoś weryfikować? Paranoja".

M.: "A jak tu pędzą bez oznakowania? Jednym razem prawie mnie szmyrgnęło auto".

P.: "Jakby cię rozjechali, to wiesz, nie ma sprawcy, nie ma ciała. Wezmą cię do lasu wywiozą - jak uchodźcę" (śmiech).

K.: "Dziś było sześciu łebków na drodze. Młode chłopaki. Janek pobiegł, dał im jeść i pić, ale zaraz straż przyjechała. Zabrali i kopa do domu. No i strzelają, strasznie".

M.: "Kto?"

K.: "No Białorusini, a kto? Nie nasi. Tak jak wtedy, gdy u nas czterech było i jedna kobieta. Na prawej nodze żadnego paznokcia nie miała. Od kolby całą nogę miała spuchniętą. Patrzeć na to nie mogłem.

Pogotowie zabrało, policję wezwali. Masakra".

M.: "A jak macie z turystami?"

P.: "Wojsko kwater szuka, tylko strach wpuścić. Oni syfiarze straszni. Na razie nie chcą dać żadnych pieniędzy. Jak nie będzie turystów, to będziemy odpoczywać. Tylko trochę szkoda, że dom wyremontowany, a stoi pusty".

*Imiona bohaterów zmienione

Udostępnij:

Hanna Szukalska

Architektka, dziennikarka i psycholożka. Pisze m.in. o psychologii, psychiatrii i planowaniu przestrzennym. Relacjonuje protesty. Robi ilustracje i infografiki.

Anton Ambroziak

Dziennikarz i reporter. W OKO.press od 2017 roku. Wcześniej pracował w kulturze i współtworzył trzeci sektor. Za pracę dziennikarską uhonorowany nagrodami: Amnesty International „Pióro Nadziei” (2018), Kampanii Przeciw Homofobii “Korony Równości” (2019). Najchętniej pisze o usługach publicznych i prawach człowieka. Entuzjasta data journalism i human stories

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne