30 lipca 2021

Ruski ład. Tropimy rosyjskie ślady w Polsce. Są liczne

„Ruski ład”, powiedzenie użyte przez Donalda Tuska, nie powinno się nam kojarzyć tylko ze sposobem myślenia niektórych prawicowych polityków czy ich inicjatywami legislacyjnymi. „Ruski ład” to też opis Polski słabej, infiltrowanej, podatnej na zewnętrzne wpływy. Oto przykłady

Trzy lata więzienia za szpiegostwo na rzecz Rosji dla byłego pracownika Ministerstwa Energii. Zarzuty szpiegostwa, postawione: byłemu doradcy Andrzeja Leppera; 43-latkowi mieszkającemu przy granicy z Obwodem Kaliningradzkim; „aktywiście” z Olsztyna. Rosyjscy dziennikarze z zakazem wjazdu do Polski. Polacy, podpalający siedzibę Towarzystwa Węgrów Zakarpackich na zlecenie. Albo oficjalnie wizytujący zajęty przez Rosję Donieck.

To tylko kilka rosyjskich śladów w Polsce z ostatnich lat – tych, o których wiemy na pewno. Z pewnością jest ich dużo więcej.

Rosyjskie służby budują swoje wpływy w naszym kraju od zawsze. Przynajmniej od połowy drugiej dekady XXI wieku wykorzystują do tego celu internet – sieciowa wojna informacyjna jest tania, doskonale też przygotowuje grunt pod tradycyjne operacje.

Nie zaniedbują przy tym klasycznej aktywności - mamy w Polsce zarówno rosyjskich szpiegów, rosyjskie prowokacje, jak i farmy rosyjskich trolli w sieci. Kremlowskie służby niekoniecznie docierają do Polski bezpośrednio – czasem korzystają z pośrednictwa obywateli innych państw, oficjalnie pozostając z boku. Ale nigdy o nas nie zapominają.

Im bardziej Polska jest podzielona i skonfliktowana, a więc wewnętrznie słabsza – tym łatwiej podmiotom zewnętrznym wpływać na zachowania ludzi i decyzje polityków. „Ruski ład”, powiedzenie użyte przez lidera PO Donalda Tuska w czasie jego lipcowego wystąpienia w Gdańsku, nie powinno się nam kojarzyć tylko ze sposobem myślenia niektórych prawicowych polityków czy inicjatywami legislacyjnymi. „Ruski ład” to też opis Polski: słabej, infiltrowanej, podatnej na zewnętrzne wpływy nie tylko w przestrzeni politycznej, ale i społecznej.

"Uciekajcie, wszyscy zginą"

Maj 2019 rok. Polska jest w chaosie – od miesiąca trwa wielki strajk nauczycieli. Pedagodzy mimo strajku decydują, że przeprowadzą egzaminy dojrzałości w szkołach ponadpodstawowych. Uczniowie, ich rodzice, nauczyciele, władze oświatowe – wszyscy są zdezorientowani nietypową sytuacją.

Ktoś postanawia tę sytuację wykorzystać. W dniu pierwszego egzaminu maturalnego (pisemny z języka polskiego) do szkół przychodzą maile. Typowa treść: „Islamski terrorysta przygotował zasobnik z gazem bojowym fosgen. O godzinie 9 nastąpi wybuch. Uciekajcie wszyscy zginą". Szkoły alarmują policję, jest zarządzana ewakuacja, egzaminy opóźniają się. W czasie matur tego rodzaju wiadomości dotrą do prawie 700 placówek. W żadnej ze szkół nie ma bomby. Jest za to coraz większy chaos.

Rok później polscy śledczy informują: inspiratorami akcji były rosyjskie służby, a dokładniej – wywiad wojskowy GRU. Choć to nie GRU rozesłało maile, tylko Polacy, to jednak funkcjonariusze rosyjskiego wywiadu byli moderatorami czatu internetowego, dostępnego w tzw. darknecie, i tam namawiali młodych Polaków do wysyłania maili.

Udało im się. Choć matury się odbyły, funkcjonariusze zapewne uznali akcje za udaną – celem wojny hybrydowej, prowadzonej między innymi za pomocą sieci internetowej, jest bowiem przede wszystkim potęgowanie chaosu w atakowanym kraju. Dokładnie tak jak w maju 2019 w Polsce.

Choć powszechnie wydaje się, że rosyjskie służby interesują się głównie polską polityką, wiele tropów, a czasami także śledztw, pokazuje, że to mylne założenie – oddziałują na różne przestrzenie życia społecznego. Ich aktywność można by porównać do siania zatrutego ziarna: rozsiewają je wszędzie, gdzie mogą, wykorzystując okazje. Sieją zarówno w partiach politycznych czy urzędach, jak i wśród zwolenników medycyny alternatywnej, antysystemowych aktywistów, skrajnej prawicy, weteranów PRL-owskich służb mundurowych czy wśród zbuntowanych nastolatków. I obserwują, gdzie ziarno wykiełkuje. Tam, gdzie znajduje podatny grunt, robią wszystko, by wyrósł z niego silny chwast, oplatający zwojami jak największą liczbę ludzi.

Im więcej chaosu, podziałów, nienawiści – tym lepszy efekt takiej pracy. Bo kraj chaotyczny to kraj słaby, w którym można budować własne wpływy nawet bez działań militarnych. To oszczędna, a więc opłacalna wojna – dlatego rosyjskie służby prowadzą ją cały czas, w szeregu państw.

Czat sterowany przez rosyjskie GRU

Na sterowanym przez GRU internetowym czacie nie dyskutowano tylko o mailach do szkół. Tak jak na wszystkich tego rodzaju forach, było tam bardzo dużo treści pedofilskich. Wymieniano się też licznymi instrukcjami na temat działań nielegalnych, np. jak prowadzić stalking w sieci, by nie zostać złapanym, gdzie kupić broń, jak przygotować sfałszowane dokumenty, niezbędne do weryfikacji konta na Facebooku. Pojawiały się także oferty sprzedaży baz danych osobowych.

Ale zupełnie poważnie rozważano też, w jaki sposób zorganizować atak terrorystyczny, by zginęło w nim jak najwięcej osób. Jak przeprowadzić w Polsce pucz i ile osób jest do tego potrzebnych. Skąd wziąć broń i gdzie kupić fałszywe paszporty.

Zamieszczono tam również link do niejawnych materiałów szkoleniowych polskiej policji na temat wykrywania cyberprzestępczości. Rozpatrywano też pomysł, by podszyć się pod rekruterów, werbujących chętnych do pracy w tzw. cyberwojskach, wyłudzając w ten sposób dane osobowe.

Czat został zablokowany, a polskim śledczym udało się powiązać dane połączeń internetowych i wykryć, że miały związek z serwerami z Sankt Petersburga, na które w innych państwach natrafiono wcześniej. I zidentyfikowano je – jako używane przez rosyjskie GRU.

Nie ma dużych śledztw, są ustalenia dziennikarzy i badaczy

Takie twarde dowody na aktywność rosyjskich służb zdarzają się w Polsce rzadko. Głównie dlatego, że niewiele śledztw dotyczących wojny informacyjnej jest w Polsce prowadzonych.

O aktywności Rosjan w czasie kampanii wyborczej prezydenta Donalda Trumpa w 2016 rok w USA wiadomo, ponieważ przeprowadzono tam szczegółowe śledztwo na ten temat. Także kampanię na rzecz Brexitu w Wielkiej Brytanii dokładnie badano, podobno jak wyciek maili, który miał uderzyć w kandydującego wówczas na prezydenta Francji Emanuela Macrona.

W Polsce tego rodzaju postępowań albo nie ma, albo ich wyniki, przekazywane opinii publicznej, to powierzchowne ustalenia, które nie pozwalają odkryć rzeczywistej sieci powiązań i kontaktów. Dlatego o „rosyjskim śladzie” w polskiej polityce najwięcej wiemy nie z prokuratorskich śledztw, lecz z książek dziennikarzy i niezależnych badaczy:

- Grzegorza Rzeczkowskiego, który w książce „Katastrofa posmoleńska” opisał, w jaki sposób środowiska związane z Rosją wykorzystały katastrofę smoleńską (2010 rok) do podzielenia Polski na dwa wrogie obozy; a w książce „Obcym alfabetem. Jak ludzie Kremla i PiS zagrali podsłuchami” opisał związki Rosjan z aferą podsłuchową z 2015 roku, zwłaszcza z oskarżonym w tej sprawie Markiem Falentą. Afera miała bardzo silny wpływ na porażkę wyborczą Platformy Obywatelskiej i PSL w 2016 roku;

- Tomasza Piątka, który w wydanej w 2017 roku książce „Macierewicz i jego tajemnice” opisał dokumenty, które świadczą o związkach z rosyjskimi służbami Antoniego Macierewicza, wiceprezesa PiS, wówczas ministra obrony narodowej w rządzie PiS (w odpowiedzi Macierewicz złożył zawiadomienie do prokuratury, zarzucając Piątkowi przemoc i groźby wobec funkcjonariusza państwowego; obecnie jednak nie toczy się żadna sprawa w tym zakresie z powództwa Macierewicza);

- Klementyny Suchanow, która w publikacji „To jest wojna. Kobiety, fundamentaliści i nowe średniowiecze” opisała działania ultrakatolickich fundamentalistów na świecie, w tym w Polsce, wykazując wsparcie rosyjskich oligarchów dla związanych z tym nurtem organizacji - także tych, które działają w naszym kraju.

Jednak rosyjskie ślady są dziś widoczne w Polsce w wielu innych miejscach. Wojna informacyjna, którą badam w sieci od kilku lat, to tylko jeden z elementów hybrydowych działań podejmowanych w Polsce przez Rosję – może najbardziej płynny i trudny do uchwycenia. Przyjrzyjmy się więc najpierw śladom, badanym przez służby i organy ścigania.

Piskorski i „Kursk”

W maju 2016 roku Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego zatrzymuje Mateusza Piskorskiego, byłego posła Samoobrony i byłego doradcę Andrzej Leppera do spraw zagranicznych, założyciela Stowarzyszenia „Europejskie Centrum Analiz Geopolitycznych”, przewodniczącego założonej w 2015 roku partii „Zmiana”.

ABW stawia mu zarzuty szpiegostwa na rzecz rosyjskiego oraz chińskiego wywiadu. Sąd wydaje decyzję o tymczasowym aresztowaniu, potem wielokrotnie przedłuża areszt, mimo to proces wciąż się nie rozpoczyna. Po zatrzymaniu Piskorskiego partia „Zmiana” w zasadzie przestaje funkcjonować, ale związani z nią ludzie raczej nie zmieniają swoich poglądów, wielu wciąż jest aktywnych publicznie.

Po dwóch latach aresztu, w maju 2018 grupa robocza ONZ ds. arbitralnych zatrzymań apeluje do polskich władz o uwolnienie Piskorskiego i zakończenie postępowania. W 2019 roku sąd wyznacza kaucję na 200 tys. zł. Po jej zebraniu Piskorski wychodzi na wolność, choć wciąż ciążą na nim zarzuty - odpowiada przed sądem z wolnej stopy.

Szybko się aktywizuje, nie ukrywa swoich prorosyjskich poglądów. Kontaktuje się między innymi ze Stowarzyszeniem „Kursk”, które „dba o pamięć” rosyjskich i radzieckich cmentarzy i pomników w Polsce, a obecnie zajmuje się renowacją dawnej siedziby sztabu 1 Warszawskiej Dywizji Piechoty im. Tadeusza Kościuszki w Sielcach w Rosji nad legendarna Oką.

Stowarzyszenie dostało zgodę na remont budynku i jego wieloletnią, bezpłatną dzierżawę, od - jak samo się chwali - Ministerstwa Obrony Federacji Rosyjskiej. Na czele tego ministerstwa stoi minister Siergiej Szojgu, jeden z najbardziej lojalnych ludzi Putina. To właśnie Szojgu przyznał w maju 2020 medal „Za Zasługi Dla Obronności Kraju” (czyli dla Rosji) Jerzemu Tycowi, prezesowi „Kurska”. Żoną Tyca jest Rosjanka Anna Zacharian, która w 2018 roku została deportowana z Polski na wniosek służb – miała stanowić zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego Polski.

Piskorski współpracuje też z Niemcem Manuelem Ochsenreiterem – jeszcze kilka miesięcy temu prowadzili wspólny, geopolityczny kanał „Die Guten Menschen!” na You Tube. Na zdjęciu, zamieszczonym na głównej stronie kanału, widać nie tylko twarze prowadzących, ale również postać Aleksandra Dugina – rosyjskiego filozofa i publicysty o nacjonalistycznych poglądach.

Dugin był wcześniej uważany za osobę mającą wpływ na Putina, dziś jest nieco dalej od Kremla, za to blisko oligarchy Konstantego Małofiejewa, właściciela rosyjskiej TV Tsargrad, z którą Dugin współpracuje. Małofiejew wspiera też międzynarodowych, ultrakatolickich fundamentalistów, których opisywała w swojej książce Klementyna Suchanow.

Xportal, nacjonaliści i rosyjskie kontakty

Dla Dugina materiały z kanału „Die Guten Menschen!”musiały być ważne, skoro wielokrotnie udostępniał je na własnym fanpage`u na Facebooku. Piskorski nie jest jego jedynym kontaktem z Polską – książki Dugina tłumaczy na język polski i wydaje Xportal.pl, z którym związani są: Bartosz Bekier, Konrad Rękas i Ronald Lasecki.

To kolejna grupa w Polsce, która nie ukrywa swoich prorosyjskich poglądów i chętnie współpracuje z putinowską Rosją. Artykuły osób związanych z Xportal można przeczytać na portalu Dugina geopolitica.ru, udzielają też wywiadów dla mediów i telewizji rosyjskich, jeżdżą do części Ukrainy, zajętej w 2014 roku przez Rosję.

Bartosz Bekier był tam w maju 2014 roku, a o swoim wsparciu dla „separatystycznych dążeń wschodniej Ukrainy” opowiadał w polskich stacjach telewizyjnych. Przeprowadził wówczas wywiad z przewodniczącym Rady Donieckiej Republiki Ludowej (prorosyjskiej i antyukraińskiej).

Tak brzmi wprowadzenie do wywiadu, widoczne na stronie Xportal.pl: „27 maja, podczas pobytu w Doniecku, redaktorzy Xportal.pl uzyskali wyłączną możliwość przeprowadzenia wywiadu z Przewodniczącym Prezydium Wysokiej Rady Donieckiej Republiki Ludowej. W trakcie rozmowy rozpoczął się atak na miasto przeprowadzony głównie z powietrza przez oddziały wierne Kijowowi, który został odparty przez powstańców mimo licznych strat w ich szeregach”. Dzień przed tym wywiadem, 26 maja, w okolicach Doniecka zaginęła czteroosobowa ekipa obserwatorów OBWE. 24 maja niedaleko Słowiańska (obwód doniecki) w ataku moździerzowym zginął włoski dziennikarz i jego tłumacz, a francuski fotoreporter został ranny. Zaś Bekier słuchał o planach utworzenia „suwerennej Noworosji” lub przyłączenia ukraińskiej republiki do Federacji Rosyjskiej.

Bartosz Bekier to także lider nacjonalistycznej organizacji „Falanga”. Obecnie ma ona niewielkie realne znaczenie wśród polskich nacjonalistów, ale to właśnie on w czasie protestów Strajku Kobiet jesienią 2020 roku w wywiadzie dla portalu Onet.pl poinformował, że „w Warszawie ma się zebrać 10 tys. narodowców, z których część jest »przeszkolona z taktyki walki«".

„Jeśli po którejkolwiek ze stron pojawią się prowokatorzy, to niewykluczone, że dojdzie do walk na większą skalę. Myślę, że radykałowie po obu stronach sporu szykują się na ten scenariusz” – mówił. Jego słowa okazały się nieprawdą, ale wywołały ogromne emocje społeczne.

Jeśli komuś wydaje się, że polscy zwolennicy różnych środowisk politycznych w Rosji działają wyłącznie w swoich środowiskowych niszach i nie mają wpływu na innych Polaków – myli się. Z reguły mają oni szerokie powiązania personalne i mocno pracują nad tym, by nawiązywać kolejne kontakty. Często pojawiają się w nowo powstających grupach antysystemowych, aby podsycać emocje i prowokować do gwałtownych działań.

Polacy podpalali budynek na Ukrainie - na zlecenie

Wróćmy do niemieckiego kolegi Mateusza Piskorskiego, Manuela Ochsenreitera. Ciekawe zeznania na jego temat składał Michał P., skazany w marcu 2020 r. na trzy lata pozbawienia wolności. Michał P. był organizatorem akcji podpalenia budynku Towarzystwa Węgrów Zakarpackich – Stowarzyszenia Kultury Węgierskiej w Użhorodzie na Ukrainie, w 2018 roku.

Budynek podpalało trzech Polaków, a Michał P. miał także podżegać do przestępstwa, a nawet opłacić swoich współpracowników. Prokuratura uznała jego działania za przestępstwo o charakterze terrorystycznym, którego celem było „publiczne nawoływanie do nienawiści na tle narodowościowym pomiędzy Ukraińcami a Węgrami", a także wywołanie „zakłócenia ustroju Ukrainy i pogłębienia podziałów narodowościowych pomiędzy Ukraińcami i Węgrami".

Michał P., jak pisał na portalu Onet.pl Marcin Wyrwał, w 2015 roku należał zarówno do partii „Zmiana” Mateusza Piskorskiego, jak i do organizacji „Falanga” Bartosza Bekiera. W trakcie śledztwa na temat podpalenia budynku na Ukrainie zeznał, że zleceniodawcą ataku był właśnie Manuel Ochsenreiter, wówczas pracownik biura poselskiego posła Markusa Frohnmeiera ze skrajnie prawicowej partii Alternatywa dla Niemiec (AfD).

Cytując za Onet.pl: „Ochsenreiter miał poznać się z Michałem P. na jednej z konferencji geopolitycznych. Według zeznań Michała P., podczas rozmowy przez komunikator internetowy Telegram na początku stycznia 2018 r. Ochsenreiter zaproponował mu atak na węgierski budynek w Użhorodzie. (…)Według Michała P., Ochsenreiter deklarował, że celem akcji jest skompromitowanie środowiska banderowskiego na Ukrainie. Chodziło o podszycie się pod ukraińskich nacjonalistów, a tym samym zaognienie konfliktu pomiędzy Ukraińcami i Węgrami. Ochsenreiter zobowiązał się pokryć koszty całej operacji i przesłał adres i charakterystykę budynku w Użhorodzie. Zadaniem Michała P. było zwerbowanie odpowiednich ludzi i koordynacja całej akcji”.

Ochsenreiter zaprzeczył jakimkolwiek powiązaniom z tym zdarzeniem. W Niemczech trwa śledztwo w tej sprawie.

Czytając tę historię warto pamiętać, że zaognianie konfliktów narodowościowych, zwłaszcza na Ukrainie, to jedna z podstawowych metod wojny hybrydowej, prowadzonej przez rosyjskie służby. A niemiecka skrajna prawica zupełnie nie ukrywa swoich rosyjskich kontaktów.

Oskarżenia o szpiegostwo

Procesy z zarzutami o szpiegostwo na rzecz Rosji nie są w Polsce wcale takie rzadkie. W lipcu 2019 warszawski Sąd Okręgowy skazał za to na trzy lata Marka W., byłego pracownika Ministerstwa Gospodarki, a potem Ministerstwa Energii. W latach 2014-2016 miał on współpracować z rosyjskim wywiadem wojskowym GRU: przekazywał informacje dotyczące polityki energetycznej Polski, pomagał tworzyć charakterystyki osób, zatrudnionych w resorcie, którymi interesowały się rosyjskie służby.

Jak podawała wówczas gazeta.pl, Marek W. „miał informacje o kluczowych dla polskiej energetyki projektach, był zaangażowany w pozyskiwanie unijnych środków na rzecz projektów dywersyfikacji dostaw gazu do Polski. Z materiałów ABW wynika, że mężczyzna przekazywał rosyjskim służbom specjalnym informacje na temat planowanych działań polskiego rządu w sprawie Gazociągu Północnego - Nord Stream 2”.

W ostatnich tygodniach ABW zatrzymało kolejne dwie osoby, w sprawie których trwa śledztwo, związane ze szpiegostwem na rzecz Rosji. Pierwszym zatrzymanym był 43-letni Marcin K., mieszkający niedaleko granicy Polski z Obwodem Kaliningradzkim.

„Realizował zlecone zadania, w tym przekazywał rosyjskim służbom specjalnym informacje i materiały z zakresu wojskowości oraz o podmiotach i polskich obywatelach, czyli dane istotne dla działań rosyjskich na terenie i na szkodę RP” – informował media Stanisław Żaryn, rzecznik ministra koordynatora służb specjalnych. Marcin K. miał się przyznać do zarzucanych mu czynów i złożyć obszerne wyjaśnienia.

Być może poinformował śledczych także o swoich kontaktach, skoro zaledwie kilka tygodni później, 31 maja, zatrzymano Janusza N., także pod zarzutem szpiegostwa na rzecz Rosji. On akurat nie przyznał się do winy, obecnie przebywa w tymczasowym areszcie.

„Podejrzany prowadził aktywność na rzecz Federacji Rosyjskiej. Janusz N. próbował dotrzeć, na zlecenie ustalonych osób działających na rzecz rosyjskiego wywiadu, do polskich oraz zagranicznych polityków, w tym pracujących w Parlamencie Europejskim. Działalność podejrzanego, prowadzona na terenie Polski, Unii Europejskiej i innych krajów, wpisywała się w rosyjskie przedsięwzięcia propagandowo-dezinformacyjne podejmowane w celu osłabienia pozycji Rzeczpospolitej Polskiej w UE i na arenie międzynarodowej.” – poinformowało ABW. – „Podczas czynności procesowych śledczy przeszukali miejsca zamieszkania Janusza N. oraz siedziby związanych z nim podmiotów. W toku działań zabezpieczono ponad 300 tys. zł oraz dużą ilość nośników danych”.

Zakazano im wjazdu do Polski

Janusz N. mieszkał w Olsztynie. Kiedy istniała partia „Zmiana”, założona przez Piskorskiego, był w jej zarządzie. Potem założył własną organizację pozarządową o szumnej nazwie „Europejska Rada na rzecz Demokracji i Praw Człowieka”. Był częstym komentatorem polskiej wersji rosyjskiego Sputnika. Występował tam jako: polski publicysta, politolog, działacz społeczny oraz prezes własnego stowarzyszenia.

Wywiadów udzielał między innymi Leonidowi Swirydowowi. To rosyjski dziennikarz, który ma zakaz wjazdu do państw Schengen na wniosek Polski, obowiązujący (na razie) do końca 2025 roku – wg polskich służb stwarza on zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego. Swirydow został wydalony z Polski w 2015 roku, także był podejrzewany o działalność szpiegowską.

Natomiast w 2018 roku wydalono z Polski Rosjankę Jekaterinę C. Przyjechała do naszego kraju w 2013 roku, na studia na jednej z uczelni. Działała w środowiskach prorosyjskich, ale też w grupach antagonizujących stosunki polsko-ukraińskie. Według informacji podawanych wtedy przez Polskie Radio 24, Jekaterina C. była odpowiednikiem oficera prowadzącego agenturę. Inspirowała i dostarczała komunikaty, a także pozyskiwała Polaków do współpracy. Dysponowała funduszem operacyjnym. Razem z innymi osobami inspirowała polskie środowiska promoskiewskie do działań, które miały prowadzić do lansowania narracji opracowanej w Moskwie na temat stosunków polsko-ukraińskich i polityki historycznej.

Jak informował rosyjski „Sputnik”, Jekaterina C. była między innymi moderatorką „jednej z facebookowych grup, poświęconej rosyjsko-polskiej przyjaźni”. Jest ich na Facebooku kilka. To te, które najłatwiej zidentyfikować jako szerzące typowe dla Kremla narracje. Ich członkowie wyrażają między innymi swoje uznanie dla Władimira Putina i zachwycają się rosyjskimi paradami wojskowymi. Są mniej groźne niż inne, których członkowie ukrywają swoje związki z Rosją, za to szerzą treści antyunijne, antyukraińskie, antyamerykańskie i anty-NATO. Jeszcze trudniej znaleźć rosyjskie ślady w sieciowych dyskusjach na tematy inne niż polityczne. A jednak tam są.

O rosyjskiej wojnie informacyjnej w Polsce – w kolejnym tekście.

Udostępnij:

Anna Mierzyńska

Analityczka mediów społecznościowych, specjalizuje się w analizie dezinformacji. Z OKO.press współpracuje od 2017 roku. Autorka książki "Efekt niszczący. Jak dezinformacja wpływa na nasze życie".

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne