0:00
07 czerwca 2021

Burza nad gigantami paliwowymi: sądy i akcjonariusze nakazują im ostrą redukcję emisji

Shell, ExxonMobil czy Chevron mogły dotychczas spokojnie zapewniać, że ochrona klimatu jest dla nich bardzo ważna, a potem jak gdyby nigdy nic dalej zarabiać na niszczeniu planety. Ostatnie wyroki sądów oraz decyzje akcjonariuszy pokazują, że to już przeszłość

Wydrukuj

Polskie firmy paliwowo-energetyczne powinny uważnie przyglądać się temu, co w ostatnich dniach rozegrało się w Holandii i Stanach Zjednoczonych. Choć nasi giganci naftowi i energetyczni to maluchy w porównaniu do np. Royal Dutch Shell, ExxonMobil, czy Chevrona, także nad nimi zbierają się burzowe chmury, pierwsze wyładowania już zresztą słychać.

To właśnie Shell, ExxonMobil i Chevron, spółki o łącznej kapitalizacji ponad 570 mld dolarów, musiały – wszystkie jednego dnia – zmierzyć się z własną przyszłością.

Sąd – to przypadek Shella - oraz akcjonariusze ExxonMobil i Chevrona zdecydowali bowiem, że firmy te robią zbyt mało, by ochronić środowisko i klimat przed negatywnymi skutkami swojej działalności. W praktyce oznacza to ograniczenie, a w dalszej kolejności stopniową rezygnację z działalności, na której koncerny zbudowały swoją potęgę – czyli z wydobycia ropy naftowej i gazu.

Brzmi jak mrzonka? Niekoniecznie. Największy kanadyjski producent ropy z piasków roponośnych, firma Suncor Energy (kapitalizacja 46 mld dolarów, przychody w I kw. 8,7 mld dolarów) już ogłosiła ograniczenie tempa wzrostu produkcji i stosunkowo skromne inwestycje w wydobycie. Jednocześnie firma zapowiedziała inwestycje w energię odnawialną, wodór i wychwytywanie CO2.

Shell, Saudowie i Kreml

Do tej pory wielkie spółki naftowe mogły spokojnie produkować kolejne raporty o odpowiedzialności korporacyjnej i zapewniać, że dobro planety i ochrona klimatu są dla nich bardzo ważne. W przypadku firm działających globalnie – często w krajach, gdzie prawo ochrony środowiska i polityka klimatyczna są słabe bądź nie istnieją – deklaracje te pozostawały na papierze (czy raczej w pdf-ach na firmowych stronach traktujących o relacjach inwestorskich). Do niedawna, konkretnie do 26 maja 2021.

Tego dnia sąd w Hadze nakazał firmie Royal Dutch Shell zredukowanie emisji dwutlenku węgla (CO2) o 45 proc. do roku 2030 w stosunku do poziomu z roku 2019. Wyrok obejmuje również dostawców i klientów firmy. Pozew przeciwko gigantowi – 55,6 mld dolarów przychodu i 5,7 mld dolarów zysku netto w I kw. 2021 roku – złożyło holenderskie biuro organizacji Friends of the Earth wraz z innymi NGO-sami i ponad 17 000 obywatelami w 2018 roku.

„Shell jest jednym z największych na świecie producentów i dostawców paliw kopalnych. Emisje CO2 grupy Shell, jej dostawców i klientów przekraczają emisje wielu krajów. Przyczynia się to do globalnego ocieplenia, które powoduje niebezpieczną zmianę klimatu i stwarza poważne zagrożenia dla praw człowieka, takich jak prawo do życia i prawo do poszanowania życia prywatnego i rodzinnego” - orzekł sąd w wyroku.

Shell należy do największych emitentów CO2 na świecie. W latach 1965-2017 firma wyemitowała do atmosfery prawie 32 mld ton CO2, czyli prawie 2,5 proc. globalnych emisji, podliczył w 2019 roku amerykański think-tank Climate Accountability Institute.

W zestawieniu 25 największych światowych firm-emitentów CO2 czołowa piątka korporacyjnych emitentów CO2 na świecie to:

  • państwowa – a faktycznie rodzinna - spółka saudyjskiej rodziny królewskiej Saudi Aramco (skumulowane emisje CO2 w latach 1965-2017: 59,3 mld ton; prawie 4,4 proc. światowych emisji);
  • notowany na giełdzie amerykański Chevron (43,35 mld ton; 3,2 proc emisji);
  • kontrolowany przez Kreml Gazprom (43,23 mld ton; 3,2 proc. emisji);
  • kolejna amerykańska spółka giełdowa ExxonMobil (41,9 mld ton, 3,1 proc. emisji);
  • oraz irańska National Iranian Oil Company (35,66 mld ton; 2,6 proc. emisji).

Skumulowanie emisji CO2 w latach 1965-2017 największych firm paliwowych przedstawia poniższy wykres:

Ostatnia na liście brazylijska firma Petrobras wyemitowała w latach 1965-2017 ok. 8,7 mld ton dwutlenku węgla, czyli mniej więcej 0,6 proc, światowych emisji. Dla porównania - według szacunków prawników z ClientEarth, należąca do PGE Elektrownia Bełchatów wyemitowała od początku działalności ok. 1 mld ton, czyli ok. 0,07 proc. światowych emisji. Oszacowanie powstało na bazie danych PGE dotyczących produkcji energii elektrycznej w Bełchatowie i jej emisyjności.

Trujesz? Spójrz w lustro

Dlaczego wyrok sądu w Hadze jest tak ważny? „Przede wszystkim sąd orzekł, że międzynarodowa korporacja – odpowiedzialna za znaczną część emisji gazów cieplarnianych – musi przestrzegać tych samych zasad, których przestrzegają kraje w ramach paryskiego porozumienia klimatycznego. Wcześniejsze orzeczenia dotyczyły państw narodowych i ich zobowiązań, ale nigdy poszczególnych firm” – pisze w komentarzu miesięcznik Foreign Policy.

Rzeczywiście, do czasu orzeczenia w sprawie Shella, sędziowie wskazywali rządy jako odpowiedzialne za zaniechania w sprawie klimatu, nakazując zwiększenie wysiłków.

Tak było np. w przypadku Niemiec. Pod koniec kwietnia niemiecki Federalny Trybunał Konstytucyjny uznał, że nadrzędny cel klimatyczny państwa, czyli neutralność klimatyczna w roku 2050, jest niewystarczający i nakazał osiągnięcie go pięć lat wcześniej. Również w kwietniu sąd w Paryżu uznał, że rząd francuski jest odpowiedzialny za nieosiągnięcie celu redukcji emisji gazów cieplarnianych o 40 proc. do roku 2030. Pozywające organizacje zarzuciły rządowi, że tempo spadku emisji jest dwakroć wolniejsze od przewidzianego prawem.

Wreszcie pod koniec 2019 roku Sąd Najwyższy Holandii nakazał rządowi cięcie emisji o 25 proc. do końca 2020 roku (względem poziomu z roku 1990), przyznając rację powodowi, fundacji Urgenda. Wszystkie te sprawy łączą powództwa – głównie ze strony organizacji klimatycznych takich jak Fridays for Future, Greenpeace, Friends of the Earth, i inne, ale też zwykłych obywateli.

„Sąd [w Hadze] wyraźnie orzekł, że podmioty niepaństwowe, takie jak duże firmy energetyczne, mają konkretne zobowiązania do pomocy w realizacji celów paryskich, które mają na celu utrzymanie wzrostu temperatury na świecie poniżej 2°C powyżej poziomu sprzed epoki przemysłowej. Tak więc orzeczenie, mimo że jest zaskarżone, jest przełomowe w tym sensie, że trafia do rzeczywistych podmiotów odpowiedzialnych częściowo za szkodliwe emisje (a także za utrzymanie funkcjonowania społeczeństwa poprzez dostarczanie paliwa do samochodów, autobusów i ciężarówek, które umożliwiają codzienne życie). Orzeczenie jest również ważne dla Shella i innych firm naftowych, ponieważ sędzia wezwał do absolutnych cięć emisji Shella, co znowu jest bardziej ambitne niż własne plany firmy, aby po prostu obniżyć emisyjność” – pisze Foreign Policy.

Wyrok haskiego sądu jest sygnałem dla firm, że ich plany redukcji emisji będą analizowane znacznie wnikliwiej niż do tej pory. Shell bowiem przedstawił w kwietniu „Strategię transformacji energetycznej”, zakładającą zmniejszenie emisyjności swoich produktów o 20 proc. do 2030 roku i wyzerowania emisji netto do 2050 roku. Strategia uzyskała poparcie akcjonariuszy, niemniej sąd – choć przyznał, że firma zrobiła krok naprzód – wytknął dokumentowi, że jest za mało konkretny i zawiera za dużo zastrzeżeń.

Bunt akcjonariuszy

W USA niemal NGO-sowskie zacięcie wykazali akcjonariusze ExxonMobil (przychód w I kw. 57,6 mld dolarów, zysk netto 2,73 mld) i Chevrona (odpowiednio 31,1 mld i 1,4 mld). Zbiegiem okoliczności tego samego dnia, w którym haski sąd wydał wyrok w sprawie Shella, Engine No.1, fundusz hedgingowy i mikroskopijny (zaledwie 0,02 proc. akcji) udziałowiec ExxonMobil wprowadził dwoje reprezentantów do rady dyrektorów firmy.

Engine No. 1 to fundusz hedgingowy założony przez weterana branży Chrisa Jamesa, by zarobić na rosnącym zainteresowaniu inwestorów instytucjonalnych funduszami, których strategią jest m.in. pozytywny wpływ na środowisko, opisuje przedsięwzięcie „Financial Times”.

Według Engine No. 1 wyniki ExxonMobil rozczarowują, ponieważ firma nie zdołała dopasować swojej strategii do zmieniających się okoliczności. Przede wszystkim gigant z Teksasu „nie przyjmuje do wiadomości”, że popyt na paliwa kopalne może spaść, w związku z czym nie podjęła, jak do tej pory, żadnych działań, by zmierzyć się ryzykiem - piszą „dysydenci”. W domyśle – nowi członkowie i członkinie zarządu zamierzają pracować na rzecz podjęcia tych działań.

Ten tydzień przyniósł Engine No. 1 jeszcze jeden sukces – 2 czerwca po ostatecznym podliczeniu głosów akcjonariuszy w wyborach rady dyrektorów ExxonMobil okazało się, że fundusz wprowadził do niej trzecią z czworga zaproponowanych osób. W radzie dyrektorów ostatecznie zasiedli więc Gregory Goff, Kaisa Hietala i Alexander Karsner.

Kampania przeciwko „dysydentom” kosztowała ExxonMobil 35 mln dolarów. „Jesteśmy wdzięczni akcjonariuszom za wnikliwe rozpatrzenie kandydatur i cieszymy się, że te trzy osoby będą współpracować z całym zarządem, aby pomóc ExxonMobil z korzyścią dla wszystkich akcjonariuszy” – odpisał kalifornijski fundusz na pytanie OKO.press.

W gładkiej korpomowie ukryty jest kluczowy aspekt zmian – nie tylko w ExxonMobil i Chevronie (o tej firmie za chwilę), ale wkrótce w dziesiątkach firm działających w branży paliw kopalnych i energetyki. Otóż Engine No. 1 ze swoim 0,02-procentowym udziałem w ExxonMobil wprowadził do zarządu trzy na 12 osób, bo kampania funduszu dostała potężny wiatr w żagle. Engine No. 1 wsparł bowiem trzeci pod względem wielkości akcjonariusz ExxonMobil, fundusz BlackRock, posiadający 4,81 proc. akcji firmy o wartości ok. 11,7 mld dolarów.

„Exxon musi dokonać oceny strategii firmy (…) pod kątem możliwości gwałtownego spadku popytu na paliwa kopalne w nadchodzących dziesięcioleciach. Obecna niechęć firmy [do takiej oceny] może podważyć jej długoterminową stabilność finansową” – napisał BlackRock. Amerykańskie media ochoczo przytaczały tę swoistą reprymendę, przypominając jednocześnie, że jeszcze cztery lata temu magia ExxonMobil działała i poza światem biznesu. Były prezes firmy Rex Tillerson był sekretarzem stanu – odpowiednikiem naszego ministra spraw zagranicznych – w administracji Donalda Trumpa.

Oczywiście zmiany nie będą ani szybkie, ani proste. Aktualne plany ExxonMobil wciąż zakładają ośmiokrotne zwiększenie produkcji ropy i gazu np. w Gujanie i niemal podwojenie w tzw. basenie permskim, bogatym w ropę i gaz obszarze obejmującym zachodni Teksas i południowo-wschodni Nowy Meksyk. Wszystko zaledwie do końca 2025 roku.

„Analitycy twierdzą, że dążenie do szybkiego wzrostu produkcji ropy naftowej i uzależnienie od ryzykownych i kosztownych projektów powstrzymało rozwój firmy w ostatnich latach. A jednak reakcją ExxonMobil było jeszcze większe zaangażowanie w ropę i gaz (…). Gdy konkurenci obawiają się spadku popytu na ropę i rozpoczęli zwrot w kierunku transformacji od paliw kopalnych do czystej energii, Exxon wciąż obstawia, że ropa ma przyszłość” - napisał Financial Times już w październiku zeszłego roku.

Za nasze i wasze emisje

Firmie Chevron, którą – tak się składa - fundusz Engine No. 1 wskazuje jako jednego z konkurentów ExxonMobil, który w kształtującej się nowej, niskowęglowej rzeczywistości radzi sobie całkiem nieźle, również dostało się od akcjonariuszy.

26 maja 61 proc. akcjonariuszy firmy pomimo sprzeciwów zarządu wsparło uchwałę walnego zgromadzenia, by Chevron ograniczył emisje z tzw. zakresu 3. Są to emisje „powstałe w całym łańcuchu wartości, np. w wyniku wytworzenia surowców lub półproduktów, zagospodarowania odpadów, transportu surowców oraz produktów, podróży służbowych pracowników czy użytkowania produktów przez końcowych użytkowników” (definicja za firmą Bureau Veritas).

Krótko mówiąc, Chevron ma odpowiadać nie tylko za emisje wytworzone bezpośrednio, np. w procesie wydobycia ropy bądź gazu, ale także za emisje podwykonawców czy klientów firmy.

Tak duże wsparcie oznacza, że już niedługo do Chevronu i innych firm przestaną płynąć pieniądze inwestorów, np. funduszy inwestycyjnych, których statut wyklucza inwestycje w firmy nieprzestrzegające zasad poszanowania środowiska i klimatu. To już się dzieje – w 2014 roku z branży paliw kopalnych wycofano 52 mld dolarów. Pod koniec 2020 roku – prawie 270 razy tyle, bo ponad 14 bln, mimo spowolnienia trendu wywołanego przez pandemię koronawirusa.

Big Oil, Big PiS

W Polsce nie ma tak ogromnych firm, jak ExxonMobil czy Shell, niemniej konglomerat kontrolowanych przez rząd PiS spółek wydobywczych i energetycznych już odczuwa presję. Flagowym przykładem była sprawa wytoczona przez Fundację ClientEarth Prawnicy dla Ziemi spółce Enea. ClientEarth jako akcjonariusz firmy doprowadził na drodze sądowej, iż zarząd Enei przyznał, że poddając głosowaniu na walnym zgromadzeniu akcjonariuszy realizację Ostrołęki C, nie posiadał informacji co do rentowności projektu, który do momentu porzucenia pochłonął ok. 1,5 miliarda złotych.

Enea już wcześniej miała problemy z Ostrołęką ze strony np. banków, które w swoich strategiach przyjęły wycofanie się z zaangażowania w inwestycje w paliwa kopalne. W 2019 roku spółka ogłosiła zamiar pozyskania z obligacji ok. miliarda złotych na sfinansowanie Ostrołęki. Z grupy banków obsługujących emisję obligacji wypadł ING. „Po przyjęciu nowego podejścia do energetyki węglowej bank postanowił wycofać się z tego projektu” – powiedział wówczas serwisowi Green News Piotr Utrata, rzecznik prasowy ING w Polsce.

“Wydarzenia za oceanem całkowicie zmieniają postrzeganie firm z sektora paliw kopalnych przez akcjonariuszy w kontekście regulacji prawnych wymuszających na firmach uwzględnienie zagrożeń środowiskowych wynikających z ich działalności. Konkretne firmy będą musiały zmienić sposób myślenia o działalności w konkretnych działach i branżach. Firmy takie, jak PGE czy Orlen będą musiały wziąć pod uwagę, że zapotrzebowanie na paliwa kopalne będzie malało” – mówi Robert Suligowski, prawnik i członek Rady Krajowej Partii Zielonych.

Na razie presja na polskie spółki wywierana jest głównie metodami prawnymi podważającymi zasadność inwestycji przede wszystkim z punktu widzenia zagrożenia dla środowiska. Stowarzyszenie „Nie dla kopalni Złoczew” wraz z polskim biurem Greenpeace i Fundacją Frank Bold walczy o unieważnienie dokumentów planistycznych gminy torujących drogę do ewentualnej inwestycji PGE w nową odkrywkę węgla brunatnego w podsieradzkiej gminie.

Z kolei Czesi zaskarżyli koncesję wydobywczą kopalni Turów w Europejskim Trybunale Sprawiedliwości, doprowadzając do zastosowania tzw. środka tymczasowego w postaci wstrzymania wydobycia (dopiero po tej decyzji ETS Polska podjęła rozmowy z Pragą o ograniczeniu wpływu przygranicznej kopalni na środowisko po czeskiej stronie).

„W sprawie Ostrołęki Fundacja ClientEarth Prawnicy dla Ziemi wywróciła proces inwestycyjny od strony ładu korporacyjnego. Dalej mogą pójść inwestorzy finansowi, np. fundusze emerytalne. W końcu akcjonariusze mniejszościowi też są po to, by zarabiać na swoich udziałach” – uważa Suligowski.

Pomimo przepisów kodeksu spółek handlowych wspierających akcjonariuszy mniejszościowych, na rodzimy Engine No. 1 przyjdzie jeszcze poczekać, uważa Michał Hetmański, prezes Fundacji Instrat.

“W Polsce wpływ akcjonariuszy mniejszościowych nie jest tak istotny jak w krajach z rozwiniętymi rynkami kapitałowymi. U nas spółki są zdominowane przez większościowego akcjonariusza - albo skarb państwa albo jednego z najbogatszych Polaków - a ci nie liczą się ze zdaniem współwłaścicieli firmy. OFE niestety takiej presji nie wywierały, dlatego tak ważne jest upodmiotowienie małych inwestorów czy nawet pojedynczych akcjonariuszy, którzy mogą sporo namieszać w planach firmy i zarządu, który nierzadko podejmuje szkodliwe dla firmy, klimatu i swoich pracowników decyzje" - mówi Hetmański.

Udostępnij:

Wojciech Kość

W OKO.press pisze głównie o kryzysie klimatycznym i ochronie środowiska. Publikuje także relacje z Polski w mediach anglojęzycznych: Politico Europe, IntelliNews, czy Notes from Poland.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne