0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Fot. X/Mateusz MorawieckiFot. X/Mateusz Moraw...

Irena Kotowska, prof. SGH, honorowa Przewodnicząca Komitetu Nauk Demograficznych PAN i członkini Rządowej Rady Ludnościowej w rozmowie z OKO.press mówi m.in.:

  • Prawicowa ocena sytuacji demograficznej jest sprzeczna ze współczesną wiedzą o procesach demograficznych.
  • To nieprawda, że to wykształcone kobiety nie chcą mieć dzieci. Dane naukowe burzą prawicową narrację, okazuje się bowiem, że spadek płodności, z którym mierzymy się po 2010 roku, wynika głównie ze spadku dzietności wśród kobiet o niższym wykształceniu.
  • Wśród kobiet z niższym wykształceniem dochodzi do głębokiej polaryzacji zachowań prokreacyjnych – częściej występuje u nich albo bezdzietność albo troje lub więcej dzieci.
  • Za to u kobiet z wyższym wykształceniem zjawisko całkowitej bezdzietności dotyczy rzadziej niż kobiet z niższym wykształceniem.
  • Wrogi stosunek do kobiet zniknął, gdy z rządu zniknął PiS. Ale obecny rząd głosu ekspertów też nie zawsze słucha.

Agata Kołodziej, OKO.press: Czy prawica w Polsce nie ma przypadkiem obsesji na punkcie liczby ludności? Pierwszy merytoryczny raport Stowarzyszenia „Rozwój Plus” dotyczy właśnie demografii. Na samym wstępie czytam w nim, że musimy walczyć o każdego obywatela, bo w 2060 roku liczba Polaków nie może spaść do 28 milionów. Naprawdę nie może?

Prof. Irena E. Kotowska, demografka, honorowa Przewodnicząca Komitetu Nauk Demograficznych PAN i członkini Rządowej Rady Ludnościowej: Może. Większy problem tkwi w tym, że ta prawicowa narracja uniemożliwia zrozumienie istoty problemu. Sam spadek liczby ludności nie oznacza jeszcze katastrofy – w różnych okresach historycznych populacje się zmniejszają lub rosną.

W tego typu wypowiedziach niepokoi mnie jednak coś innego: interpretowanie ludności wyłącznie w kategoriach narodu. Wyraźnie widzieliśmy to w rządowej Strategii Demograficznej opracowanej za czasów PiS przez minister Barbarę Sochę. Tamten dokument w istocie nie był strategią demograficzną, lecz programem pronatalistycznym. W tej ciągłej trosce o utrzymanie wielkości populacji dostrzegam więc kontekst stricte nacjonalistyczny.

A tak na marginesie — ocena sytuacji demograficznej Polski i pomysły, jak ją zmieniać, przedstawione przez premiera Morawieckiego i jego stowarzyszenie, nie są wcale nowe.

Prawica tkwi w teoriach sprzed 50 lat

Jak to?

Nawiązują do opublikowanej jesienią 2025 roku książki Macieja Kota i Bartosza Marczuka o tym, jak uniknąć katastrofy demograficznej. Książka była mocno krytykowana przez demografów. Główny zarzut badaczy procesów ludnościowych dotyczył tego, że przedstawiona ocena sytuacji demograficznej w Polsce i na świecie jest sprzeczna ze współczesną wiedzą o procesach demograficznych oraz powiązaniach między ludnością i rozwojem.

Co to znaczy?

Autorzy straszą katastrofą demograficzną, utożsamiając ją ze spadkiem liczby ludności, sugerując, iż można jej zapobiec poprzez zwiększenie płodności i odpowiednie zarządzanie imigracją. Tymczasem depopulacja występująca w rosnącej liczbie krajów świata to konsekwencja zmian płodności i umieralności na nowym etapie rozwoju demograficznego. Dyskutujemy o tym etapie od pięciu dekad, odwołując się do teorii przejścia demograficznego, czego oni najwyraźniej nie zauważyli.

Czytelnicy może też nie. Proszę to wyjaśnić.

Model przejścia demograficznego, który powstał w rozwiniętej formie już w latach 40. XX wieku, opisuje przemiany procesu reprodukcji ludności od reprodukcji tradycyjnej z wysoką liczbą urodzeń i zgonów do reprodukcji nowoczesnej — rodzi się mniej dzieci, ale żyjemy znacznie dłużej, a coraz więcej osób dożywa zaawansowanego wieku.

W latach 1950-2021 średnia długość życia na świecie wzrosła z 49 do 71,7 lat – o prawie 23 lata.

No właśnie. Kiedy w latach 60. i 70. XX wieku dyskutowano o osiągnięciu tego etapu reprodukcji ludności, oczekiwano, że dzietność będzie oscylować wokół poziomu zapewniającego prostą zastępowalność pokoleń. W efekcie wielkość populacji miała ustabilizować się – co prawda starsza demograficznie ze względu na zmiany struktury wieku pozostawałaby jednak wolna od wahań liczby ludności.

Prosta zastępowalność pokoleń, czyli kobieta rodzi średnio dwoje dzieci, a wskaźnik dzietności jest na poziomie 2,1?

Tak. Już w końcu lat 60. zaobserwowano w krajach skandynawskich, że współczynnik dzietności spadł poniżej tej wartości. Początkowo sądzono, że to jedynie chwilowa zmiana. Szybko jednak okazało się, że ten trend się utrwala i zaczyna obejmować kolejne kraje europejskie, a także kraje poza Europą. W połowie lat 80. narodziła się koncepcja tzw. drugiego przejścia demograficznego. Opisuje ona ten etap przemian reprodukcji ludności, w którym dzietność pozostaje poniżej poziomu odtwarzalności pokoleń, czyli poniżej wartości 2,1.

Od pierwszej dekady XXI w. mówimy o tzw. fazie post-tranzycyjnej. Charakteryzuje ją nadwyżka zgonów nad urodzeniami, nasilająca się depopulacja i silne zmiany struktury wieku. Ten etap rozwoju demograficznego jest od kilku dekad opisywany przez naukowców wraz z konsekwencjami ekonomicznymi i społecznymi, a także rozwiązaniami polityki publicznej wspierającej prokreację. Badacze są zgodni odnośnie do tego, iż powrót do płodności gwarantującej zastępowalność pokoleń jest niemożliwy, podobnie jak odwrócenie depopulacji czy starzenia się ludności.

A tymczasem we wspomnianej książce, na której oparta jest demograficzna narracja prawicy, ta wiedza jest pomijana. Opis przejścia demograficznego kończy się na dojściu do fazy reprodukcji nowoczesnej z płodnością oscylującą wokół poziomu gwarantującego zastępowalność pokoleń. Spadek wielkości populacji występujący później prowadzi według nich do katastrofy demograficznej.

Czyli to, że Polska ma obecnie współczynnik dzietności bliski zaledwie 1,1, to jest w porządku i nic złego się nie dzieje?

Nie. Demografowie kilka dekad temu uznali, że spadek dzietności poniżej 2,1 jest składową dalszych przemian reprodukcji ludności. W wielu krajach współczynnik ten długo pozostawał wyższy niż 1,6. Ale w połowie lat 80. pojawiły się jednak wartości poniżej 1,5, a taki już określamy niską dzietnością.

Przeczytaj także:

Senior to nie zagrożenie

I to już jest problem?

Tak, ze względu na nasilenie depopulacji i zmian struktury wieku. Początkowo te głębokie spadki płodności w krajach post-socjalistycznych traktowaliśmy jako reakcję na szoki gospodarcze i polityczne. Liczyliśmy na to, że z czasem wspierając aktywność zawodową kobiet, promując partnerski model rodziny, a także ułatwiając łączenie pracy z obowiązkami opiekuńczymi, doprowadzimy do odbudowy płodności. Przykładem były kraje skandynawskie czy Francja, gdzie odpowiednia polityka rodzinna, dostrzegająca zmianę ról społecznych kobiet i mężczyzn, zadziałała. Do pierwszej dekady XXI w. dzietność pozostawała tam poniżej poziomu zastępowalności pokoleń, ale nie spadła poniżej 1,5.

Z perspektywy czasu widzimy jednak, że to nie był okresowy spadek wywołany kryzysem, ale tendencja, która się utrwala. I wyjście z tego jest niezwykle trudne.

No dobrze, więc co możemy zrobić? Można sięgać do pieniędzy jak PiS, a teraz sam Morawiecki?

Stop! Właśnie robimy to, co nieustannie ma miejsce w debacie o zmianach demograficznych – skupienie uwagi wyłącznie na płodności. Zapominamy, że na odtwarzanie pokoleń i strukturę wieku ludności wpływają trzy procesy: płodność, umieralność oraz migracje.

Na punkcie płodności mamy już wręcz obsesję, migracjami straszymy i dostrzegamy w ogóle faktu, że ludzkie życie sukcesywnie się wydłuża. W debacie dominuje negatywna narracja, która traktuje starzenie się populacji jako zagrożenie dla rozwoju kraju, a osoby starsze przedstawia wyłącznie jako obciążenie.

I to pokazuje, jak mylna jest percepcja samej zmiany demograficznej. Musimy wreszcie pojąć, co dzieje się z tymi trzema procesami. Transformacja reprodukcji ludności przynosi nie tylko zmiany liczby ludności, ale przede wszystkim głęboką zmianę struktury wieku.

Starzenie się ludności to nie klęska – to nieunikniona cecha przekształceń reprodukcji ludności. Gdy spada płodność i maleje umieralność, podstawa piramidy wieku się zawęża, a na jej szczycie przybywa osób starszych. Od pewnego momentu ta nowa struktura wieku staje się czynnikiem, który utrwala depopulację.

Pieniądze nie zmieniają motywacji

Wracam do pytania, jak sprzyjać decyzjom prokreacyjnym? 500+ poprawiło wskaźnik dzietności, ale tylko na krótko. To może 4800 zł, jak proponuje teraz Mateusz Morawiecki, poprawi na dłużej?

To bzdura. Już nie mogę słuchać tych propozycji, które bezrefleksyjnie pompują wydatki budżetowe. Ich autorzy w ogóle nie zastanawiają się, skąd wziąć na to pieniądze. Środki te pochodzą przecież z podatków, a osób, które je płacą, będzie drastycznie ubywać z powodu zmniejszania się zasobów pracy. Spada nasza baza podatkowa, a politycy proponują zwykłe rozdawnictwo.

Zarówno ta nowa propozycja, jak i program 800+ nie zmienią trwale płodności. Krótkotrwały wzrost obserwowany w latach 2016 – 2017 wynikał głównie z tego, iż z programu 500+ skorzystali rodzice, którzy już wcześniej planowali drugie lub kolejne dziecko i przyśpieszyli swą decyzję. Demografowie uprzedzali, że nie można się spodziewać trwałej poprawy płodności.

Prawica żyje jednak ciągle w przekonaniu, że bezpośrednie transfery pieniężne mogą zmienić motywacje ludzi. To fundamentalny błąd. Bardziej istotne dla zmniejszenia kosztów dzieci ponoszonych przez rodziców są inwestycje w rozwój usług publicznych dobrej jakości. Nowa propozycja premiera Morawieckiego to kontynuacja tego absurdu i przekonania, że rozdawanie gotówki zachęci do prokreacji.

W prawicowej trosce o prokreację w Polsce uderza mnie potężna hipokryzja. Z jednej strony politycy lamentują nad niską dzietnością, straszą ciągłym spadkiem liczby ludności, z drugiej – bez mrugnięcia okiem wycofali się z finansowania programu in vitro, który jest przecież instrumentem wspierania zamierzeń tysięcy ludzi o posiadaniu potomstwa. Nie mówiąc już o drakońskiej ustawie antyaborcyjnej i tragicznej w skutkach atmosferze wokół tej regulacji, czy nagonce na antykoncepcję. To wszystko było i jest dla kobiet po prostu upokarzające.

Ale tego już nie ma. Mateusz Morawiecki dziś nawet już publicznie przyznaje, że naruszenie tzw. kompromisu aborcyjnego to był błąd. Wrócił też program in vitro.

Nadal mamy jednak ideologiczną wojnę. Zauważmy, że w debacie prawicy ciągle pomija się kluczowy fakt, udokumentowany badaniami: coraz więcej kobiet i mężczyzn ma i będzie miało problemy z poczęciem dziecka. To wymaga nie tylko nowoczesnej diagnostyki, ale przede wszystkim wzrostu świadomości wśród dorosłych oraz edukacji młodszych pokoleń. Wiedza o zdrowiu w kontekście prokreacji jest w polskim społeczeństwie dramatycznie niska. Nie można jej sprowadzać się wyłącznie do kwestii kontaktu seksualnego. Chodzi o świadomość własnego stanu zdrowia i barier dotyczących możliwości poczęcia dziecka.

A edukacja zdrowotna w zakresie seksualności nadal nie będzie w szkołach obowiązkowa.

Jako demografowie, podobnie jak środowisko medyczne, wiązaliśmy nadzieje z wprowadzeniem rzetelnej edukacji zdrowotnej do szkół. Tymczasem polityczny opór i nagonkę znów przyniosą efekty stricte antynatalistyczne. Młodzi ludzie, gdy w przyszłości zechcą zostać rodzicami, zderzą się ze ścianą, nie wiedząc wcześniej o możliwych barierach zdrowotnych.

Rzecz w tym, że dzieci pojawiają się coraz później. A to z kolei sprawia, że ewentualne problemy z poczęciem są także diagnozowane później, a na leczenie niepłodności (nie mylić z bezpłodnością) pozostaje mniej czasu ze względu na spadek biologicznej możliwości poczęcia wraz z wiekiem kobiety. Wiemy także, że coraz więcej kobiet i mężczyzn doświadcza niepłodności.

Badania pokazują, że liczba dzieci, jaką ludzie chcieliby mieć, jest większa niż liczba dzieci, które mają. Ta luka płodności wskazuje, że w debacie publicznej należy pytać „dlaczego Polacy nie mają tyle dzieci, ile chcieliby mieć” zamiast „dlaczego Polacy nie chcą mieć dzieci”.

Ludzie chcą. Ale nie mogą

Dlaczego nie mają tyle, ile by chcieli?

Właśnie jedną z barier prokreacji jest niepłodność. Międzynarodowe badanie Generations and Gender Survey, realizowane też w Polsce, potwierdziło znaczenie tej bariery. Wyniki dla Polski pokażemy oficjalnie we wrześniu. Natomiast wyniki analizy danych planowanej i rzeczywistej liczbie dzieci, które zebrano w 10 krajach w latach 2020-2023 wśród respondentów w wieku 42–50 lat, pytanych także o doświadczenie niepłodności, są porażające.

Co się okazało?

Prawie połowa badanych kobiet i mężczyzn u progu pięćdziesiątki deklaruje, że chciała mieć więcej dzieci. Luka płodności dotyczy więc niemal co drugiej pary. Ponadto w grupie osób, które mają mniej dzieci, niż planowały, aż 22 proc. mężczyzn i 32 proc. kobiet doświadczyło niepłodności.

Natomiast wśród osób, które chciały mieć dzieci, ale ostatecznie pozostały bezdzietne, doświadczenie niepłodności miało 18 proc. mężczyzn i również 32 proc. kobiet.

Co ciekawe, niepłodność staje się barierą powiększenia rodziny także dla rodziców, którzy mają już jedno dziecko. Wśród rodziców jednego dziecka, którzy nie spełnili swych zamierzeń rodzicielskich, aż 30 proc. mężczyzn i 37 proc. kobiet, doświadczyło niepłodności. Te wyniki potwierdzają, że zdrowie reprodukcyjne jest jedną z istotnych przyczyn luki płodności.

Prawica ma na to wyjaśnienie. Sam Jarosław Kaczyński mówił przecież, że „młode kobiety dają w szyję” zamiast rodzić, więc zajmują się nie tym, czym powinny w odpowiednim czasie. Poza tym idą na studia i o dzieciach myślą dopiero potem. Czyli za późno. A w dodatku są lepiej wykształcone niż mężczyźni, więc zaczynają się z nimi rozmijać i trudno im tworzyć pary ze względu na duże różnice światopoglądowe. Czyli polskiej demografii szkodzi alkohol i edukacja.

Komentarz dotyczący alkoholizmu kobiet jako przeszkody macierzyństwa to krzywdząca demagogia. Zostawmy to.

Natomiast stwierdzenie o wykształceniu jako barierze prokreacji nie jest zgodne ze stanem wiedzy.

Najnowsze analizy dowodzą czegoś zupełnie przeciwnego. Co prawda dotychczas obserwowaliśmy, iż kobiety z wyższym wykształceniem miały mniej dzieci niż te z wykształceniem niższym. Jednak spadek płodności, z którym mierzymy się w fazie post-tranzycyjnej w wielu krajach po 2010 roku, wynika głównie ze spadku dzietności wśród kobiet o niższym wykształceniu. Relacja między poziomem wykształcenia a liczbą dzieci dynamicznie się zmienia, czego prawicowi publicyści w ogóle nie dostrzegają.

Mamy na to jakieś dane?

Tak, potwierdzają to liczne publikacje. Odwołam się do wspomnianych już badań Generations and Gender Survey. Analizy danych z 10 krajów europejskich dotyczące kobiet w wieku 40 lat i więcej pokazują, że występuje głęboka polaryzacja zachowań prokreacyjnych. Wśród kobiet z niższym wykształceniem częściej występuje albo bezdzietność albo troje lub więcej dzieci w porównaniu z kobietami z wyższym wykształceniem.

Natomiast wyżej wykształcone kobiety znacznie częściej mają jedno lub dwoje dzieci i rzadziej są bezdzietne. Nie wątpię, że prawidłowości te zostaną potwierdzone także dla Polski.

Co więcej, analizy międzynarodowe jasno pokazują, że relacja między wykształceniem a liczbą dzieci zależy od polityki ułatwiającej łączenie pracy z życiem rodzinnym. W krajach, które oferują stabilne usługi opiekuńcze, elastyczne formy zatrudnienia i gdzie dominuje partnerski model rodziny – w którym ojcowie realnie angażują się w wychowanie – matkom pracuje się i żyje łatwiej. Wykształcenie nie jest przeszkodą. Wręcz przeciwnie: pozwala ono parze budować stabilne zasoby materialne i społeczne niezbędne do funkcjonowania nowoczesnej rodziny.

Czyli wskrzeszenie figury matki-Polki, zagonienie kobiet z powrotem do kuchni, nie zmieni w Polsce płodności?

Po pierwsze, coraz więcej osób świadomie wybiera życie bez dzieci i państwo musi to zaakceptować zamiast prób, by odwrócić zmiany cywilizacyjne, bo to niemożliwe.

Po drugie, skupmy się na tym, co realnie stanowi przeszkodę w realizacji zamierzeń prokreacyjnych i jak zmniejszać te bariery, zamiast na siłę przekonywać ludzi, by zechcieli mieć dzieci.

Badania dowodzą, że młodzi ludzie wciąż deklarują chęć posiadania potomstwa, ale występuje także luka płodności. Problem nie leży zatem w ich braku chęci, ale w tym, że nie mają tyle dzieci, ile chcieliby mieć. Zadaniem odpowiedzialnego rządu nie jest więc zmuszanie czy przekupywanie niechętnych, ale usuwanie barier przed tymi, którzy chcą być rodzicami. Jak widać, państwo im w tym dotąd niewystarczająco pomaga.

PiS podniósł z ziemi i zinstrumentalizował to, co Komorowski porzucił

Nie pomagało za rządów PiS i dalej nie pomaga? W całej rozmowie skupiamy się na prawicowym uniwersum, ale przecież od trzech lat mamy rząd liberalno-demokratyczny. Czy w ciągu tych trzech lat coś się zmieniło w podejściu do demografii? Czy może w gruncie rzeczy to obie strony politycznego muru tak samo ignorują naukowców?

Symetryczne podejście do obu rządów jest niewłaściwe, nie zgadzam się na nie. Postrzegam debatę i narrację rządu Prawa i Sprawiedliwości jako jawnie wrogie wobec kobiet. Najbardziej boli mnie traktowanie młodych ludzi w sposób skrajnie instrumentalny i autorytarny. Ignorowano rosnące zróżnicowanie form rodzin, dyskryminując związki inne niż małżeństwo, czy zmieniające się aspiracje życiowe młodych pokoleń. Towarzyszyło temu przekonanie: „my wiemy lepiej, co jest dla was dobre, a wy macie obowiązki wobec państwa i narodu”.

Tamtej wrogości już nie ma. Ale co poza tym możemy zapisać temu rządowi na plus w zakresie demografii?

Przed dojściem PiS do władzy w 2015 roku trwały prace nad stworzeniem polityki rodzinnej. Jej wizja była oparta na autonomii decyzji dotyczących prokreacji i świadomości konsekwencji utrzymywania się niskiej płodności w skali całej populacji. Propozycja nowoczesnej polityki rodzinnej pod hasłem „Dobry klimat dla rodziny”.została opracowana w 2013 roku w Kancelarii Prezydenta Bronisława Komorowskiego w zespole kierowanym przez Irenę Wóycicką. Zawarto tam wiele konstruktywnych elementów odpowiadających na realne wyzwania obecnej fazy rozwoju demograficznego. W kampanii wyborczej prezydenta w 2015 roku po raz pierwszy wyeksponowano rodzinę jako element programu wyborczego.

Niestety, ówczesny rząd PO-PSL nie docenił znaczenia zmian demograficznych i konieczności reformowania polityki rodzinnej mimo powstania wspomnianej propozycji w Kancelarii Prezydenta RP, a także raportu o uwarunkowaniach niskiej dzietności w Polsce powstałego na podstawie Diagnozy Społecznej, który opracowano dla Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej kierowanym przez ministra Władysława Kosiniak-Kamysza.

Co z nich właściwie wynikało?

Wskazywaliśmy, między innymi, że wymienianie przez młodych ludzi barier materialnych nie oznacza, że „przymierają głodem”. Na te bariery wskazywały zarówno osoby o dobrej sytuacji dochodowej, jak i osoby o niższych dochodach. Znaczenie barier materialnych w deklaracjach dotyczących decyzji o dziecku związane było z rosnącymi aspiracji konsumpcyjnymi, troską o standard życia rodziny, a także chęcią zapewnienia dzieciom jak najlepszych warunków rozwoju. To był kluczowy element diagnozy. Ówczesna koalicja rządząca ją zignorowała i nie potrafiła jej medialnie wykorzystać.

Co zrobiła prawica? W swojej kampanii obiecała program 500+. Wprowadzony został jako rozwiązanie odrębne poza istniejącym systemem zasiłków rodzinnych, które przysługują rodzinom o niskich dochodach. Natomiast wysokość zasiłków rodzinnych nie uległa zmianie, nie podniesiono też progów dochodowych, by silniej wspierać te rodziny. W ten sposób dość skutecznie stworzono wizerunek troski rządu o rodzinę i prokreację, choć inne działania temu nie służyły.

I w debacie o dzietności obecnie ten program stale jest przywoływany, a rzadziej wymienia się np. zaniechania w rozwoju usług edukacyjno-wychowawczych dla najmłodszych dzieci, pogorszenie oświaty czy usług zdrowotnych dla dzieci, nie mówiąc już waloryzacji progów dochodowych uprawniających do zasiłków rodzinnych.

Strategia jest na stole. I stygnie

Wracam do mojego pytania: co robimy teraz, kiedy PiS już nie rządzi?

Postępuje likwidacja pewnych barier prokreacji np. poprzez wprowadzenie finansowania programu in vitro, czy rozwój opieki nad najmłodszymi dziećmi w ramach programu Aktywny Rodzic. Dostrzeżono znaczenie edukacji zdrowotnej, opracowując odpowiedni program, choć tryb jego wprowadzenia jest daleki od naszych oczekiwań.

Zmieniła się też zasadniczo narracja o zmianach demograficznych i ich wpływie na perspektywy rozwoju kraju, choć sytuacja geopolityczna i narastanie populizmu utrudnia rzeczową debatę i odpowiedzialne działania. Jednak mam wrażenie, że jak dotąd nadal brakuje systemowego podejścia mimo prób wprowadzania instrumentów cząstkowych.

A naukowcy przecież to systemowe podejście kładą na stole. Od września 2024 roku mamy nową Rządowa Radę Ludnościową (RRL). I co?

Jako RRL wydaliśmy pierwszy raport o sytuacji demograficznej kraju, dopominając się o konkretne działania. Jest to dokument przyjmowany przez rząd. Staramy się w ten sposób przekazywać wiedzę o zmianach demograficznych w Polsce, wskazując na szanse i wyzwania, a także zagrożenia. Formułujemy rekomendacje dotyczące pożądanych działań.

Ale nasz głos bywa różnie słyszalny. Przygotowaliśmy na przykład oficjalną opinię do ustawy o związkach partnerskich, pokazując znaczenie tej regulacji dla rosnącej liczby związków heteroseksualnych, w tym par z dziećmi. Podkreślaliśmy, że takie związki nie dotyczą wyłącznie par jednopłciowych. Ten argument nie został jednak zauważony, przeważyły aspekty polityczne.

Oprócz udziału w opiniowaniu dokumentów zgłaszanych do oceny publicznej badacze procesów ludnościowych uczestniczą w opracowywaniu polityki demograficznej. Taki dokument jest przygotowywany w Ministerstwie Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej we współpracy z reprezentantami innych ministerstw. Przedstawiamy tam wizję niezbędnych reform.

Którą znów można będzie zignorować, nie zauważyć, nie usłyszeć.

Oczywiście jest takie ryzyko, ale musimy działać. Będzie to dokument przygotowany wspólnie przez naukowców i pracowników administracji rządowej, więc mimo obaw o pojawienie się innych pilnych i ważnych dla kraju problemów, liczę na skuteczniejsze niż dotąd przekonywanie, że zmiana demograficzna to jeden z naszych najważniejszych mega trendów, na który musimy odpowiednio reagować.

Konieczne jest inne podejście rządu do zmian demograficznych i reagowania na nie. Takie systemowe podejście przedstawiono w dokumencie „Strategia Rozwoju Polski do 2035 roku” przygotowanym w Ministerstwie Funduszy i Rozwoju Regionalnego. Projekt był poddany dyskusji publicznej rok temu. Jako Rządowa Rada Ludnościowa oraz Komitet Nauk Demograficznych PAN zgłosiliśmy szereg uwag i zastrzeżeń. Twórcy strategii uwzględnili je.

I?

I ta strategia wciąż nie została oficjalnie przyjęta przez rząd, choć dokument zyskał w marcu 2026 roku akceptację Stałego Komitetu Rady Ministrów i jest rekomendowany rządowi. Może na pierwszy plan wysunęły się inne bieżące wydarzenia. W działaniach władzy widać ogromną presję doraźnych problemów politycznych, geopolityki oraz walki wizerunkowej, co odbywa się kosztem myślenia długofalowego.

Czy to oznacza, że ta strategia nie ujrzała światła dziennego i została zamknięta w szufladzie?

Strategia jest publicznie dostępna na stronie Ministerstwa Funduszy i Polityki Regionalnej. Powinna jednak zostać formalnie przyjęta przez Radę Ministrów.

A jak zostanie kiedyś w końcu przyjęta, to co właściwie zmieni?

Ten dokument zasadniczo zmienia myślenie o tym, czym jest zmiana demograficzna i jak należy na nią reagować. Wyraźnie wskazuje, że Polska po raz pierwszy w historii staje się krajem napływu. Nie możemy dłużej patrzeć na imigrację wyłącznie przez pryzmat nielegalnego przekraczania granic czy politycznego wykorzystywania tematu uchodźców. . Wreszcie znaleźliśmy się w grupie krajów rozwiniętych, które przyciągają mieszkańców innych krajów.

Pamiętamy dawne lamenty, że rodzi się mało dzieci, bo młodzi masowo emigrują za granicę. Dziś sytuacja się odwróciła. Nie dość, że Polacy przestali masowo wyjeżdżać, a część z nich wraca do kraju, to bilans migracji stał się dodatni. Przyjeżdżają do nas cudzoziemcy, którzy chcą tu zamieszkać i pracować. Nowi mieszkańcy, którzy mogliby tutaj zakładać rodziny, i z tej szansy musimy skorzystać.

Na zdjęciu Agata Kołodziej
Agata Kołodziej

Dziennikarka ekonomiczna, absolwentka Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej na Uniwersytecie Jagiellońskim oraz podyplomowych Studiów Systemu Finansowego i Polityki Monetarnej Instytutu Nauk Ekonomicznych Polskiej Akademii Nauk. Publicystka, producentka wideo online, autorka podcastów, host w studio TV na żywo. Byłam przywiązana do tematyki gospodarczej od kilkunastu lat, głównie w zakresie makroekonomii, finansów i bankowości oraz rynku mieszkaniowego. Obecnie gospodarka jest dla mnie interesująca przede wszystkim w połączeniu z kontekstem społecznym oraz politycznym. Wcześniej byłam związana ze Spidersweb.pl, Money.pl i Onetem, a jeszcze wcześniej z „Gazetą Giełdy Parkiet”. Współpracowałam także z „Dziennikiem Gazetą Prawną” i „Gazetą Wyborczą”.

Komentarze