Według analizy „Financial Times” spadającej dostępności mieszkań można przypisać mniej więcej połowę spadku dzietności. W wielu krajach rozwiniętych spadek urodzeń największy jest w grupach najsłabiej wykształconych i o najniższych dochodach. A co ze smartfonami?
Kryzys demograficzny dotyka nie tylko Polskę. W większości krajów rozwiniętych od połowy ubiegłego stulecia dzietność powoli spadała. W tym stuleciu ten spadek był już tak gwałtowny, że wypada go określić mianem załamania — lub, jak niektórzy wolą — katastrofy.
Na tym wykresie Our World In Data można zobaczyć, jak dzietność spadała od lat 50. ubiegłego wieku, można też przeglądać jej spadek na poszczególnych kontynentach lub w konkretnych krajach. Jest to wykres współczynnika dzietności (zwanego też wskaźnikiem dzietności lub po prostu dzietnością). Mówi, ile w danym roku należałoby oczekiwać urodzeń dzieci przez przeciętną kobietę w ciągu całego jej okresu rozrodczego (15−49 lat).
Przyjmuje się, że w państwach rozwiniętych współczynnik dzietności zapewniający prostą zastępowalność pokoleń to 2,1. W Europie wynosi około 1.4 (dane za 2023 r.), zaś w Polsce obecnie to zaledwie 1,1. Oznacza to, że populacja naszego kraju i ludność kontynentu bez migracji mogą jedynie się kurczyć.
Przyczyną tej katastrofy może być kryzys dostępności mieszkań oraz technologia — czyli smartfony, twierdzi w „Financial Times” John Burn-Murdoch. W Ameryce Północnej dzietność również spadła poniżej współczynnika zastępowalności pokoleń i wynosi 1,8. W samych Stanach Zjednoczonych zaś 1,6.
Jeśli dzieci rodzi się mniej niż w poprzednich pokoleniach, populacja kurczy się i starzeje. Oba zjawiska są ekonomicznie niekorzystne: ubywa rąk do pracy, a przybywa osób na emeryturach. Żeby utrzymać coraz większą liczbę emerytów, trzeba podnosić podatki dla coraz mniejszej liczby pracujących.
Demografia jest niebywale złożonym zjawiskiem, co ilustruje choćby fakt, że liczba dzieci przypadających na statystyczną matkę w krajach zamożnych jest stała lub rośnie. Ogółem jednak rodzi się coraz mniej dzieci, bowiem zwiększa się jednocześnie odsetek kobiet, które dzieci nie mają — zauważa Burn-Murdoch.
Stereotypy zwykle portretują je jako kobiety, które stawiają karierę przed macierzyństwem. Inne zaś przedstawiają zamożne pary, które nie chcą mieć dzieci mimo wysokich dochodów. Tyle że to bzdury.
W wielu krajach rozwiniętych
spadek liczby związków oraz urodzeń największy jest w grupach najsłabiej wykształconych i o najniższych dochodach.
Proporcja osób w związkach i mających dzieci wśród osób z wyższym wykształceniem jest natomiast stabilna lub wręcz rośnie.
O co w takim razie chodzi? Być może już się Państwo domyślają. Przez ostatnie dekady ceny nieruchomości (oraz koszty ich najmu) w większości krajów rosły znacznie szybciej niż zarobki. Kryzys finansowy (2008-2012) najsilniej zaś dotknął młodych. Wszystko wskazuje na to, że klasa średnia zaciska zęby, bierze kredyt i ma gdzie wstawić dziecięce łóżeczko. Mniej zamożni już nie dają rady.
Według analizy „Financial Times” tej
spadającej dostępności mieszkań można przypisać mniej więcej połowę spadku dzietności.
Jednak nie jest to pełen obraz. Po pierwsze, nie wszędzie za demograficzny kryzys odpowiada brak dostępnych mieszkań. Po drugie, dzietność spadła nawet w krajach słabiej dotkniętych przez kryzys finansowy.
Na przykład w krajach nordyckich dostępność mieszkań jest największa, a mimo to i tak rodzi się tam mniej dzieci niż kiedyś. Dzietność zmalała także w krajach Bliskiego Wschodu i Azji Południowo-Wschodniej, które kryzys ominął. (Polska również była w latach kryzysu „zieloną wyspą”, a w naszym kraju także dzieci rodzi się rekordowo mało).
Prekaryzacja młodych okazuje się błędnym tropem z jeszcze jednego powodu. Młodzi ludzie faktycznie później osiągają szczyt zarobków i są w mniej korzystnej sytuacji niż ich rodzice, ale ta zmiana zachodziła zbyt powoli, by wyjaśnić gwałtowne załamanie dzietności społeczeństw.
Musi być jakiś jeszcze inny powód tego załamania.
Skoro przyczyny stricte ekonomiczne wyjaśniają kryzys demograficzny jedynie w połowie, jakie są inne przyczyny? Burn-Murdoch w „FT” wskazuje na przyczyny społeczne.
Kobiety częściej dziś decydują się na studia wyższe niż mężczyźni. Zakładając, że większość związków zawierana jest między osobami o podobnym statusie (co statystycznie jest prawdą), zmniejsza to szanse obu płci na zawarcie związku, a w konsekwencji na posiadanie dzieci.
Nie chodzi jedynie o status społeczny. Z powodu tej dysproporcji w wykształceniu populacje młodych kobiet i mężczyzn rozjechały się też geograficznie. Jeśli w dużym mieście akademickim jest więcej kobiet niż mężczyzn (tak jest w większości miast w Polsce), na prowincji pozostanie więcej mężczyzn niż kobiet.
Zawarcie związku nie jest oczywiście koniecznym warunkiem posiadania dziecka, niemniej, statystycznie rzecz biorąc, znacząco zwiększa na nie szanse. Rośnie liczba dzieci urodzonych poza związkami, jednak nigdzie nie rekompensuje to spadków urodzeń.
Ten trend jest jednak zbyt powolny: liczba kobiet decydujących się na studia rosła stopniowo, a załamanie się dzietności na Zachodzie po roku dwutysięcznym jest dość nagłe.
Tu Burn-Murdoch przypomina ważny fakt. W poprzednich dekadach dzietność na świecie spadała, bo większość par decydowała się na coraz mniejszą liczbę dzieci. Obecnie
głównym powodem spadku dzietności jest spadająca liczba związków.
Poza tym dzietność spada pomimo, a nie wskutek ludzkich planów. Większość młodych mężczyzn i kobiet nadal chce mieć (statystycznie) około dwójki dzieci. Nawet w Korei Południowej, gdzie dzietność jest rekordowo niska (wynosi 0,8), przypomina Burn-Murdoch.
O co zatem może chodzić? Burn-Murdoch stawia śmiałą tezę. O sieć komórkową i nie, wcale nie 5G, lecz jej wcześniejszą wersję. Nie jest to twierdzenie bezpodstawne.
Cytuje opublikowane niedawno wyniki badań, bo z kwietnia tego roku. Jest to preprint pracy, czyli wersja jeszcze przed recenzją naukową. Jej tytuł to „The Collapse of Teen Fertility in the Digital Era”, czyli „Załamanie dzietności nastolatków w erze cyfrowej”. Badanie to analizuje dane z Australii, Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii.
W tych krajach wskaźnik urodzeń wśród nastolatków w wieku 15-19 lat był względnie stały jeszcze w początkach tego wieku. Znacząco spadł w okolicy roku 2007. Z analizy przeprowadzonej przez autorów pracy wynika, że najszybciej i najbardziej dzietność spadała tam, gdzie pojawiała się szybka sieć transmisji danych komórkowych.
Podobnie stało się, jak dodaje Burn-Murdoch, w Polsce w 2009 roku, a w Meksyku i Indonezji w 2012, zaś w Iranie i Egipcie w 2015 roku. Wszędzie, gdzie pojawiały się smartfony, spadał wskaźnik urodzeń. Im młodsza grupa, tym ten efekt był wyraźniejszy — co jest odbiciem korzystania ze smartfonów w populacji.
Można na to spojrzeć pragmatycznie: nic dziwnego, że młodzi ludzie rzadziej uprawiają seks, bo rzadziej się spotykają. Można spojrzeć z perspektywy psychologicznej i społecznej: cyfrowe środowisko zmieniło sposób postrzegania relacji romantycznych i nastąpił ich znaczny spadek.
W „Financial Times” demograf Lyman Stone komentuje to następująco: „Spotkanie osoby, z którą zawrzesz związek małżeński, wymaga odsiania wielu osób. Jeśli rzadziej się spotykasz, znalezienie drugiej połówki zabiera dużo więcej czasu, jeśli w ogóle ją znajdziesz”.
I dodaje: „Jeśli spotykasz się z rówieśnikami fizycznie, twoje standardy [odnośnie potencjalnego partnera/ki] są zakotwiczone w rzeczywistym świecie. Jeśli spędzasz czas na Instagramie, twoje standardy zakotwiczone są w sztucznym przekonaniu, co jest normą”.
Tu pozwolę sobie na komentarz. Internet w kieszeni zmienia nie tylko standardy, przedłuża też proces wyboru. W internecie lista potencjalnych osób, które można poznać, jest dużo większa niż na żywo, w praktyce można uznać ją za nieograniczoną. Na Tinderze konta ma około 2,2 mln Polek i Polaków. Przejrzenie wszystkich profili, zakładając, że przy każdym zatrzymamy się na minutę i będziemy siedzieć w aplikacji przez godzinę dziennie, zajęłoby niemal dokładnie sto lat. Tinder nie jest rzecz jasna jedyną aplikacją randkową, profile można przeglądać także na Instagramie czy Facebooku.
Internet sprawił, że mamy poczucie niemal nieograniczonego wyboru. Poszukiwanie potencjalnego partnera lub partnerki staje się grą, którą można prowadzić bardzo długo bez zmniejszania naszych oczekiwań.
Przed erą internetu było to niemożliwe. Mieliśmy do dyspozycji głównie krąg znajomych i ich znajomych. Przeciętna osoba utrzymuje relacje z około 150 innymi, znajomi znajomych to krąg około 22 500 osób. To sto razy mniej niż na Tinderze.
Nasze oczekiwania „przed Instagramem” były niższe, ale też — a może przede wszystkim — dużo szybciej też zderzały się z rzeczywistością. Nasze przedłużające się wybory życiowych partnerów i partnerek mają bardzo niekorzystny wpływ na dzietność.
Nie chodzi jedynie o spadającą z wiekiem płodność (choć to jest problem). Chodzi także o matematykę. Gdy rośnie średni wiek kobiety rodzącej po raz pierwszy, zwiększa się odstęp między kolejnymi pokoleniami, a przyrost naturalny spada.
Smartfony i media społecznościowe spowodowały spadek dzietności
Stworzony zgodnie z międzynarodowymi zasadami weryfikacji faktów.
Na spadek dzietności wpłynęła już telewizja. W 2001 roku stwierdzono, że posiadanie telewizora zmniejsza statystycznie dzietność. Dwie dekady później, że zmniejsza częstość pożycia seksualnego par.
„Biorąc pod uwagę, że używanie smartfonów jest intensywniejsze i ma bardziej samotny charakter niż oglądanie telewizji, ich wpływ może być znacznie większy” – pisze Burn-Murdoch.
Smartfony z pewnością zmniejszyły ilość czasu, który poświęcamy bliskim oraz nadszarpnęły intymność w relacjach, o czym pisano już wielokrotnie. Psycholog rozwojowa Michelle Druin napisała w 2022 roku książkę „Out of Touch. How to survive intimacy famine”, co można przetłumaczyć „Poza zasięgiem. Jak przeżyć w czasach głodu intymności” – tu fragment opublikowany przez „The Guardian”.
Burn-Murdoch w „Financial Times” przedstawia też kilka innych problemów, które przyniósł internet, takie jak zamykanie nas w informacyjnych bańkach i polaryzacja. Sprzyjają temu również internetowe algorytmy, które promują oglądalność. Robią to w ten sposób, że częściej podsuwają nam treści, które wzbudzają skrajne emocje.
Youtubowe algorytmy zbadali w 2023 roku naukowcy z University of California w Davis, zaś facebookowe i instagramowe w tym samym roku inne zespoły badaczy. Negatywne treści są częściej podawane dalej w social mediach, stwierdzili jeszcze inni naukowcy rok później.
Internet sprawia, że kryzysy (klimatyczny, mieszkaniowy) wydają nam się bardziej dotkliwe, a podziały (rosnąca polaryzacja społeczno-ekonomiczna kobiet i mężczyzn) coraz głębsze niż są w istocie. To może działać jak środek antykoncepcyjny, sugeruje autor artykułu.
Trudno założyć związek i zdecydować się na dzieci, jeśli nie ma się poczucia bezpieczeństwa. Z badań wynika, że dobrostan psychiczny ma istotny wpływ na decyzje prokreacyjne Amerykanek — tu autor cytuje badania Institute of Family Studies.
Burn-Murdoch jest cenionym dziennikarzem-analitykiem danych (data journalist). Nie pisze felietonów, cytuje twarde dane i badania naukowe. Reasumując, diagnoza postawiona w jego tekście w „Financial Times” brzmi: za połowę spadku dzietności odpowiada ekonomia, za druga smartfony i internet.
Nie mam problemu z pierwszą połową i czytelnicy zapewne też nie. Każdy rozumie, że kryzys finansowy dotknął większość ludzi, przez dekady ceny nieruchomości rosły wielokrotnie szybciej niż średnie wynagrodzenie. Z drugą częścią mam jednak pewien problem.
To, że jakieś zjawisko nastąpiło po drugim, nie oznacza, że pierwsze jest przyczyną drugiego. Mogły mieć wspólną przyczynę. To może być zbieg okoliczności. Burn-Murdoch pokazuje korelację, stawia na jej podstawie hipotezę, ale nie eliminuje hipotez alternatywnych.
Z badań wynika, że tam, gdzie pojawiały się smartfony i komórkowy internet, spadała dzietność. Tyle że w tym samym czasie, gdy pojawiały się smartfony i media społecznościowe, kryzys finansowy rozlewał się na cały świat — docierał do poszczególnych krajów tym później, im mniej ich gospodarka była powiązana ze Stanami Zjednoczonymi. To też może tłumaczyć chronologię spadku dzietności w poszczególnych krajach.
Bardziej przekonuje mnie fakt, że ludzie decydują się na odłożeniu decyzji o dziecku, bo mają trudności ze znalezieniem pracy lub jej utrzymaniem niż to, że wpływ na taką decyzję ma czas spędzany ze smartfonem w dłoni. Przyznaję, że internet w kieszeni mógł zmienić nasze oczekiwania (sam przedstawiłem wyżej jedną z możliwych tego przyczyn). Jednak, gdyby ktoś mnie pytał o zdanie, obstawiałbym, że kryzys finansowy i rosnące ceny nieruchomości są istotniejsze dla dzietności od smartfonów.
(Ta wątpliwość dotyczy, nawiasem mówiąc, także dyskusji o wpływie smartfonów i social mediów na dobrostan psychiczny nastolatków i młodych dorosłych. Jest niewątpliwa korelacja między takim dobrostanem a korzystaniem z social mediów. Jest to jednak korelacja. Nie jest wykluczone, że z social mediów częściej korzystają młodzi ludzie w gorszym stanie psychicznym. Nie ma badań naukowych, które jednoznacznie stwierdzałyby, że smartfony i media społecznościowe szkodzą młodym ludziom, o czym pisałem przy okazji planowanego przez Australię zakazu takich mediów dla nastolatków. Co nie oznacza, że media te nie mają nic za uszami. Nie są zaprojektowane dla dzieci ani nastolatków.)
Powstanie i ekspansja social mediów przypadły na lata kryzysu finansowego. Zaczął się od upadku banku Lehman Brothers w 2007 roku i trwał do 2013 roku. Wtedy też rozwijały się Facebook i dawny Twitter (dziś X), które pojawiły się w 2006 roku, Instagram powstał w 2010, rok później zaś Snapchat. TikTok jest późniejszym zjawiskiem, pojawił się w 2016 roku.
Można też postawić odważną tezę, że to eksplozja popularności smartfonów i mediów społecznościowych była właśnie wynikiem frustracji młodych ludzi, których kryzys dotknął najsilniej. Jeśli nie stać cię na wyjście z domu, bilet na autobus i pizzę ze znajomymi, możesz z nimi pograć, pogadać i powymieniać memy w sieci. Zamiast chleba masz przynajmniej internetowe igrzyska.
Wypadałoby też wspomnieć o tym, że kryzys finansowy i budżetowe cięcia dotyczyły (nader) często infrastruktury społecznej. Jeśli zamknięto ci lokalny dom kultury i jedyne w mieście kino, masz mniej okazji, żeby poznać siostrę kolegi (brata koleżanki). Infrastruktura społeczna jest dziś w dużej mierze zapewniana przez wielkie koncerny internetowe. Gdzie rodzice dyskutują o składkach na szkolną wycieczkę? Na WhatsAppie i Messengerze, nie na Librusie — ale właścicielem tego ostatniego też jest amerykańska korporacja (Public Consulting Group).
Zanim 16 maja „Financial Times” opublikował analizę Burn-Murdocha, w marcu o przyczyny kryzysu demograficznego dziennikarz tygodnika „New Scientist” pytał antropolog i badaczkę tego zjawiska, dr Paulę Sheppard.
Jej zdaniem przyczyny, dla których coraz więcej ludzi decyduje się na mniej dzieci, są złożone. Nie ma jednej odpowiedzi, którą można by przypisać do wszystkich grup społecznych.
Inaczej na decyzję o posiadaniu dzieci patrzą kobiety, inaczej mężczyźni. Inne powody są ważne dla najmniej zamożnych, inne dla klasy średniej. A do tego wiele zależy od miejsca zamieszkania.
Z prac dr Sheppard, która badała, co mogłoby skłonić ludzi do posiadania większej liczby dzieci, wynika, że dla osób w wyższym wykształceniem jest to na przykład niższy koszt kredytu hipotecznego. Ta kwestia ma jednak niewielkie znaczenie dla osób bez wykształcenia wyższego. Dla nich istotna jest większa dostępność tanich mieszkań socjalnych.
Dla kobiet z wykształceniem wyższym istotne jest, by ojciec dzielił się obowiązkami związanymi z opieką nad dziećmi z matką. Ta kwestia nie pojawia się w odpowiedziach kobiet z wykształceniem podstawowym.
Dla mężczyzn z wyższym wykształceniem istotna była kwestia elastyczności godzin pracy lub pracy zdalnej, by móc sprawować opiekę nad dzieckiem.
Mężczyźni często zwracają uwagę na sąsiedztwo. Byliby skłonni zdecydować się na więcej dzieci, gdyby przeprowadzili się w okolice z większą liczbą terenów zielonych i tam, gdzie są lepsze szkoły. Dla kobiet z kolei bardziej istotna okazywała się zieleń wokół domu (ogródek), natomiast niechętnie patrzą na kredyty hipoteczne (dla nich wynajem długoterminowy nie jest przeszkodą w posiadaniu większej liczby dzieci).
To badania prowadzone jedynie w Wielkiej Brytanii, ale pokazują, jak różne mogą być powody decyzji o posiadaniu kolejnego dziecka. Większość badanych chciałaby przy tym mieć trójkę, choć zwykle ma jedno lub dwoje.
Przysłowie mówi, że „do wychowania dziecka potrzeba całej wioski” i to, jest zdaniem badaczki, kluczowa kwestia, która wynika z jej badań. Wśród małp naczelnych jesteśmy nielicznym gatunkiem, który wychowuje wiele dzieci naraz (u szympansów matka zwykle czeka, aż dziecko osiągnie wiek, który pozwala na zajęcie się młodszym rodzeństwem).
Jej zdaniem to „kooperatywne wychowanie” czyni nas ludźmi. W każdej badanej przez nią grupie pojawia się potrzeba wsparcia przez partnera lub rodziców.
Wątki finansowe — jak rosnące koszty życia — pojawiały się natomiast zaskakująco rzadko.
Spadek dzietności widać we wszystkich grupach demograficznych.
Stworzony zgodnie z międzynarodowymi zasadami weryfikacji faktów.
Antropolożka zauważa też, że w większości krajów kobiety coraz później rodzą pierwsze dziecko. Nie jest to jedynie kwestią wykształcenia i kariery, bo dzieje się tak również wśród kobiet bez wykształcenia wyższego.
Dzieje się tak na całym świecie, jednak w takich krajach jak Bangladesz oznacza to przesunięcie macierzyństwa z wielu 18 lat na 20 lub 22, co ma niewielki wpływ na zastępowalność pokoleń. W krajach zamożniejszych to przesunięcie z wieku lat dwudziestu na trzydzieści parę — ma już wpływ znaczący.
Co dr. Sheppard uważa za najważniejsze, jeśli chodzi o zwiększenie dzietności? Jej zdaniem to sprawienie, by rodzicielstwo i praca znów stały się kompatybilne. Dodaje, że praca i macierzyństwo przez wieki były kompatybilne, aż przestały.
„Kobiety zawsze pracowały i miały dzieci. Tyle że dziś świat jest patriarchalny: biuro to biuro, dzieci nie mają wstępu. Zmieńmy tę kulturę” – postuluje badaczka.
Ta kompatybilność rodzicielstwa z pracą może jednak oznaczać różne rzeczy dla różnych grup. Naukowczyni przestrzega, by ich nie nastawiać przeciwko sobie.
Przestańmy się zastanawiać, czy za spadek dzietności odpowiadają kobiety (wykształcenie i kariera), czy mężczyźni (mniejsze aspiracje edukacyjne i mobilność), multimiliarderzy (social media), czy młodzi (egoizm).
Jak konstatuje Burn-Murdoch, nie da się „odwynaleźć” smartfonów. Jest za to sporo dowodów na to, że dostępność mieszkania znacząco zwiększa szanse na założenie rodziny. Dokładnie o 32 procent.
Jak już wspominałem, badania podłużne i obserwacyjne pokazują nam korelacje. Ustalić, co jest przyczyną, a co skutkiem, może jedynie badanie eksperymentalne, najlepiej z grupą kontrolną.
Takie badanie w zasadzie się odbyło. W Brazylii funkcjonuje system kas mieszkaniowych, consórcios, których członkowie płacą miesięczne składki. Ze wspólnych funduszy budowane są bloki, a mieszkania przydzielane w drodze losowania — szczęśliwcy wprowadzają się wcześniej, pozostali muszą czekać na zakończenie kolejnej budowy. W tym systemie uczestniczy ponad 1,5 miliona Brazylijczyków rocznie.
Naukowcy sprawdzili, czy wylosowani, którzy wchodzą w posiadanie mieszkania wcześniej (pozostali czekają na zakończenie kolejnej inwestycji przez kasę), częściej decydują się na dziecko niż oczekujący. Jest tu więc grupa badanych i porównawcza grupa kontrolna (oczekujących).
Wyniki badań wyraźnie wskazują, że wśród osób w wieku 20-25 lat otrzymanie „przydziału na mieszkanie” zwiększa prawdopodobieństwo posiadania dziecka o 32 procent, zaś liczbę dzieci statystycznie o 33 procent w porównaniu ze średnią.
Z kolei wśród osób, które mają w tej loterii mniej szczęścia i dostają mieszkanie dopiero po 10 latach uczestnictwa w takiej kasie, widać wyraźny spadek dzietności — aż o połowę w porównaniu z tymi, którzy dostali mieszkania wcześniej, piszą badacze z europejskiego Centre for Economic Policy Research (CEPR).
Naukowcy z CEPR dodają, że większy efekt wpływu na dzietność widać wśród kobiet, które do budżetu domowego dokładają mniejszą jego część (na przykład wskutek wychowania dziecka). I przedstawiają trzy wnioski.
Po pierwsze, liczy się czas. Największy wpływ na dzietność mają skutki odczuwalne przez osoby w wieku 20-35 lat. Programy zwiększające dostępność mieszkań (dopłaty do kredytów, dopłaty do mieszkań, programy w rodzaju towarzystw budownictwa społecznego) powinny być adresowane do tej grupy, bo maksymalizuje to „zwrot” w postaci wyższej dzietności.
Po drugie, liczy się komu i gdzie. Największy wpływ na dzietność mają programy zwiększania dostępności mieszkań wśród najmniej zamożnych gospodarstw domowych i w rejonach o najwyższym stosunku ceny najmu do średnich zarobków. Tam, gdzie ten stosunek jest wysoki, nie należy się bać budowy dużych mieszkań na wynajem (też przyniosą wymierne zyski w dzietności).
Po trzecie, liczy się ekonomia — ale gospodarstwa domowego. Efekty programów mieszkaniowych są najsilniejsze wśród tych gospodarstw, w których kobiety dokładają mniejszą część jego budżetu. Dodatkowe wsparcie finansowe dla kobiet (ale nie mężczyzn lub rodzin) mogą dodatkowo zwiększać dzietność.
Dostępność mieszkań ma, jak wskazują naukowe badania, prawdopodobnie największy wpływ na dzietność. Brak własnego kąta zmniejsza ją aż o połowę — co oznacza, że inne możliwe przyczyny spadku dzietności łącznie (a to długa lista) są dużo mniej istotne niż brak mieszkań dla młodych.
Trudno zatem uniknąć wniosku, że za spadek dzietności odpowiada mniejsza lub większa (w zależności od kraju) abdykacja państw z pola polityki mieszkaniowej. Jeśli chcemy zwiększyć dzietność, traktowanie mieszkań jak każdego innego towaru i oczekiwanie, że wolny rynek nieruchomości załatwi wszystko, jest fundamentalnym błędem.
Są na to naukowe dowody.
Rocznik 1976. Od dziecka przeglądał encyklopedie i słowniki. Ukończył anglistykę, tłumaczył teksty naukowe i medyczne. O nauce pisał m. in. w "Gazecie Wyborczej", Polityce.pl i portalu sztucznainteligencja.org.pl. Lubi wiedzieć, jak jest naprawdę. Uważa, że pisanie o nauce jest rodzajem szczepionki, która chroni nas przed dezinformacją. W OKO.press najczęściej wyjaśnia, czy coś jest prawdą, czy fałszem. Czasem są to powszechne przekonania na jakiś temat, a czasem wypowiedzi polityków.
Rocznik 1976. Od dziecka przeglądał encyklopedie i słowniki. Ukończył anglistykę, tłumaczył teksty naukowe i medyczne. O nauce pisał m. in. w "Gazecie Wyborczej", Polityce.pl i portalu sztucznainteligencja.org.pl. Lubi wiedzieć, jak jest naprawdę. Uważa, że pisanie o nauce jest rodzajem szczepionki, która chroni nas przed dezinformacją. W OKO.press najczęściej wyjaśnia, czy coś jest prawdą, czy fałszem. Czasem są to powszechne przekonania na jakiś temat, a czasem wypowiedzi polityków.
Komentarze