0:000:00

0:00

Prawa autorskie: 04.07.2016 Warszawa , ulica Kolska 12 . Otwarcie Naukowej i Akademickiej sieci komputerowej . Fo t. Adam Stepien / Agencja Wyborcza.pl04.07.2016 Warszawa ...

W Systemie Przeciwdziałania Dezinformacji, stworzonym przez państwowy Instytut Badawczy NASK na przełomie 2022 i 2023 roku, znajduje się ogromna liczba tweetów opozycyjnych polityków, osób związanych z ówczesną opozycją oraz dziennikarzy demokratycznych mediów.

Nie udało się natomiast znaleźć tam wzmianek autorstwa polityków Zjednoczonej Prawicy ani takich, które pochodziłyby z kanałów mediów publicznych czy prawicowych. Monitorowano tylko to, co robi opozycja i jej zwolennicy oraz niezwiązane z rządem media. Oficjalnie walczono z dezinformacją. Nieoficjalnie –

zbudowano System Śledzenia Opozycji w sieci.

Zajmowano się przede wszystkim wpisami na platformie X (dawny Twitter). Chociaż w wyszukiwaniu dezinformacji chodzi o wyłapywanie nieprawdziwych informacji, tutaj nie weryfikowano przekazów. Do systemu dodawano tweety z prawdziwymi danymi – wystarczyło, że mogły być problematyczne dla rządu. Analizowano nawet wpisy z anonimowych kont.

Oficjalnie apolityczny, a w rzeczywistości…

Oficjalnie apolityczny Dział Przeciwdziałania Dezinformacji NASK na bieżąco wyłapywał niekorzystne dla PiS przekazy i powiadamiał o nich Centrum Informacyjne Rządu. Albo na zlecenie CIR-u sprawdzał zasięgi i zaangażowanie dotyczące tematów, które były dla rządu istotne.

Analizowano na przykład, co kto napisał o zatrzymaniu posłanki PO Kingi Gajewskiej, o reportażu TVN dotyczącym Joanny z Krakowa (która przyjęła środki poronne) czy o białoruskich helikopterach nad Polską.

Cytowano Donalda Tuska, Krzysztofa Brejzę, Dariusza Jońskiego, Romana Giertycha, dziennikarzy: Bartosza Wielińskiego, Biankę Mikołajewską, Grzegorza Rzeczkowskiego. Oraz konta „przejawiające antypatię wobec obozu władzy”.

Z państwowej instytucji, która miała stanowić jeden z głównych elementów polskiego systemu obrony przed rosyjską wojną informacyjną, zrobiono strażnika wizerunku PiS.

Mieli tropić dezinformację

Instytut Badawczy NASK (Naukowa i Akademicka Sieć Komputerowa) instytucja państwowa, nadzorowana przez Kancelarię Premiera. NASK reaguje na incydenty naruszające bezpieczeństwo sieci w Polsce, prowadzi rejestr domen z końcówką .pl, bada nowe rozwiązania teleinformatyczne.

Kilka tygodni przed wybuchem wojny w Ukrainie w NASK-u powstał Dział Przeciwdziałania Dezinformacji. Jak wynikało z oficjalnych wypowiedzi osób z jego kierownictwa, miał on „tropić dezinformację związaną m.in. ze szczepieniami, wojną w Ukrainie i kwestiami ekonomicznymi”.

Przeczytaj także:

Jednak, jak wynika z informacji zachowanych w sieciowym systemie, w dużym stopniu zajmował się zbieraniem danych o aktywności opozycji na platformie X.

19 milionów zł rządowej dotacji, przekazanej NASK-owi już po wybuchu wojny na – jak mówią oficjalne dokumenty – „monitoring treści dezinformacyjnych i fake newsów w mediach społecznościowych oraz na narzędzia niezbędne do monitoringu” – wydano, przynajmniej częściowo, na stworzenie systemu, który można nazwać Systemem Śledzenia Opozycji.

Realnym zagrożeniem, jakim jest dezinformacja rosyjska, zajmowano się znacznie rzadziej. Sprawdzano niektóre narracje dotyczące wojny i migrantów ukraińskich w Polsce. Ale przynajmniej na cztery miesiące przed wyborami parlamentarnymi tematy te stanowiły wyraźną mniejszość w zgłoszeniach, przekazywanych przez NASK do KPRM.

System skoordynowany z rządem

To był skoordynowany system komunikacji rządowej. Nadzorowany przez CIR i połączony ze wszystkimi ministerstwami. Jego celem było zarządzanie wizerunkiem rządu.

Do jego obsługi w Centrum Informacyjnym Rządu powołano oddzielną jednostkę – Wydział Koordynacji Komunikacji Rządowej.

Miał swoją siedzibę, inaczej niż reszta CIR-u, na tym samym piętrze, na którym znajdują się gabinety premiera i jego najbliższych współpracowników. Dziś już nie istnieje, zlikwidowano go dwa tygodnie temu.

Codzienny monitoring sieci w tej skoordynowanej komunikacji realizował właśnie Dział Przeciwdziałania Dezinformacji NASK. Obsługiwany przez niego system nazwano Systemem Przeciwdziałania Dezinformacji. Ale z rzeczywistym zapobieganiem temu zagrożeniu miał niewiele wspólnego.

Jak wynika ze zgłoszeń zachowanych w systemie, chodziło o to, by na bieżąco informować KPRM i ministerstwa o tematach, które stawały się popularne w mediach społecznościowych, a mogły być problematyczne dla rządu. Monitorowano w zasadzie tylko jedną platformę – X, czyli dawny Twitter. W dużo mniejszym stopniu Facebook.

Władzę informowali na bieżąco

W informacjach przekazywanych do CIR trudno znaleźć jakiekolwiek zagraniczne źródła, choć powinny one zajmować sporo miejsca, gdyby rzeczywiście badano dezinformację wymierzoną w Polskę. System najczęściej służył jednak czemu innemu.

Zajmowano się tym, co napisali politycy opozycji, ich sympatycy oraz dziennikarze demokratycznych mediów. Oceniano „potencjał dezinformacyjny” ich wpisów oraz możliwość eskalacji.

Jeśli uznano, że są wysokie, natychmiast alarmowano CIR.

W Wydziale Koordynacji Komunikacji Rządowej decydowano, co zrobić z problematycznymi tematami. Wybór był spory.

W System Przeciwdziałania Dezinformacji wpisano szerokie spektrum możliwych reakcji. Były to na przykład: depesza do PAP, udział w programach TV, setki dla mediów, organizacja briefingu, infografika wyjaśniająca, czy odpisywanie na wybrane wpisy w social media.

„Teoria spiskowa” Tuska

Jak to wyglądało? Przyjrzyjmy się komunikatowi na temat zatrzymania posłanki KO Kingi Gajewskiej podczas demonstracji. Policja zatrzymała posłankę, mimo iż ta mówiła, że ma immunitet. W systemie NASK zdarzenie zasygnalizowano jako rozchodzenie się „narracji” o tym, że Gajewską zatrzymano, aby nie mogła poruszyć tematu afery wizowej podczas demonstracji. Temat skategoryzowano jako „teorię spiskową”. A jako jej źródło wskazano… tweety Donalda Tuska i zastępcy redaktora naczelnego „Gazety Wyborczej” Bartosza Wielińskiego. Całość oznaczono na czerwono, czyli uznano, że istnieje „wysokie ryzyko eskalacji”.

Informację tę natychmiast odczytano w KPRM, ponieważ CIR miał bieżący dostęp do systemu prowadzonego przez NASK. Tam polecono, by „dokonać obsługi zgłoszenia”. Przekazano temat do MSWiA, do dalszego monitoringu i „ewentualnej reakcji do decyzji resortu”.

Białoruskie śmigłowce? „Rzekomo”

Inny przykład: mieszkanka Białowieży opublikowała na Facebooku zdjęcia białoruskich helikopterów nad Polską. NASK zaalarmował CIR: „Obserwujemy narrację sugerującą jakoby białoruskie śmigłowce naruszyły przestrzeń powietrzną Polski. Dowodem ma być m.in. zdjęcie mające przedstawiać rzekomy moment ich przelotu nad terytorium Polski. Pojawił się również hashtag #DziurawaGranica”.

Po pierwszych informacjach oficjalnych NASK zaktualizował temat: „Obserwujemy narrację, jakoby polska granica nie była bezpieczna w obliczu zagrożenia ze strony sił białoruskich, a rząd kłamał”.

Jako źródła „rzekomych” treści znów wskazano tweety, między innymi:

  • Grzegorza Rzeczkowskiego, dziennikarza śledczego „Newsweeka”,
  • adwokata (wtedy jeszcze nie posła) Romana Giertycha,
  • rzecznika prasowego PO Jana Grabca,
  • ponownie redaktora Bartosza Wielińskiego,
  • a także wielu innych twitterowiczów, w tym anonimowych.

Temat także oznaczono go na czerwono. Wskazano, że powinien znaleźć się w raporcie tygodniowym (raz w tygodniu zbierano najważniejsze wydarzenia „dezinformacyjne” w jednym dokumencie). Przekazano również zgłoszenie do MON z rekomendacją, by ministerstwo zareagowało.

Nie dezinformacja, lecz monitoring opozycji

To dobry przykład, by pokazać, że

aktywność Zespołu Przeciwdziałania Dezinformacji NASK często nie miała nic wspólnego z przeciwdziałaniem dezinformacji.

Dezinformacja, z definicji, to świadome rozpowszechnianie fałszywych treści. Tymczasem informacja o białoruskich helikopterach nad Polską była prawdziwa. Społeczeństwo dezinformowała wtedy wyłącznie strona rządowa, która najpierw zaprzeczała obecności maszyn nad Polską. Dopiero po jakimś czasie władze przyznały, że rzeczywiście białoruskie śmigłowce znalazły się w polskiej przestrzeni powietrznej.

Gdyby więc chcieć raportować to zdarzenie jako dezinformację, należałoby wskazać, kto z przedstawicieli rządu zaprzeczał faktom. Tymczasem, jak jednoznacznie wynika z elektronicznych zapisów systemu w NASK, zajmowano się wpisami na Twitterze trafnie komentującymi zdarzenie. Ale już nie fałszem w komunikacji rządu.

Źródła? Jakie źródła?

Co jeszcze bardziej zaskakujące, w ogóle nie zajmowano się źródłowymi materiałami, czyli zdjęciami helikopterów zamieszczonymi na Facebooku. Nie weryfikowano, czy są prawdziwe. Źródłowego postu FB w ogóle nie ma w treściach oznaczonych przez NASK. Prawdopodobnie dlatego, że monitorowano głównie platformę X.

To zresztą kolejny argument wskazujący, że z profesjonalnym wykrywaniem dezinformacji wymierzonej w Polskę ów system miał niewiele wspólnego. Rosyjska dezinformacja często rozchodzi się najpierw na Telegramie, potem na Facebooku i alternatywnych platformach społecznościowych.

X powinien być monitorowany, ale jako jedna z wielu platform, na pewno nie jako priorytetowa. Tak nie było.

Kolejne zgłoszenie NASK-u do KPRM. Tym razem o tytule „Opozycja nie czuje się bezpiecznie”. Dział Przeciwdziałania Dezinformacji NASK raportował: „W mediach społecznościowych obserwowana jest narracja sugerująca, jakoby miało dochodzić do agresji w stosunku do osób związanych z opozycją”. Źródłowo wskazano wpisy na X Krzysztofa Strzałkowskiego, burmistrza dzielnicy Wola w Warszawie, oraz psychologa Michała Chmielewskiego.

Uznano, że istnieje wysoka możliwość eskalacji tematu, przekazano go do KPRM. Stamtąd trafił do jednego z ministerstw. W tym przypadku nie wiemy, co było dalej. Ministerstwa nie zawsze dodawały w systemie informacje o podjętych działaniach.

Wycinka lasów i tweety rzecznika

Czasami jednak wręcz chwaliły się swymi dokonaniami. Jak wtedy, gdy w mediach, a potem w sieci pojawiły się informacje, że w Polsce trwa masowa wycinka lasów, a polskie drewno eksportowane jest do Chin z obniżoną stawką VAT. NASK ostrzegał KPRM: „Temat ten może zostać wykorzystany przez środowiska ekologicznych aktywistów”. Głównym źródłem „dezinformacji” tym razem miały być tweety posła PO Dariusza Jońskiego.

KPRM przesłał informację o tej „narracji” do Ministerstwa Klimatu i Środowiska 15 lipca 2023 o godz. 11:02. Już o 11:04 pracownik MKiŚ zaraportował, że zgłoszenie zostało przyjęte. A dwadzieścia minut później ta sama osoba dodała komentarz: „Wczorajsze wpisy z taką narracją z konta posła Dariusza Jońskiego skomentował rzecznik Lasów Państwowych”. I pochwaliła się odpowiedziami rzecznika Michała Gzowskiego na platformie X. Czy miały one cokolwiek wspólnego z merytoryczną odpowiedzią? Łatwo to sprawdzić, bo tweety wciąż są w sieci.

Jeden z nich brzmi: „Lasy Państwowe wcale nie eksportują drewna! Platforma i Dariusz Joński są na tę wiedzę odporni”.

Drugi: „Panie Premierze Tusk, znów Pan mija się z prawdą. Chcieliście sprywatyzować Lasy Państwowe. 18 grudnia 2014 r. tuż po północy koalicji PO-PSL-SLD zabrakło 5 głosów, by zmienić Konstytucję i umożliwić wyprzedaż majątku narodowego, w tym lasów!”.

Kolejny: „Atakował Lasy Państwowe, kłamał i manipulował. Kiedy pokazałem, jaka jest prawda, zablokował mnie. Pan poseł Dariusz Joński prawdy się boi. Cenna wiedza dla jego wyborców”.

Dokładnie te wpisy pracownik MKiŚ wskazał w systemie jako adekwatną reakcję na informacje o wycince lasów.

Zrzuty ekranu cytowanych tweetów rzecznika Lasów Państwowych
Zrzuty ekranu cytowanych tweetów rzecznika Lasów Państwowych

Brejza, Wyborcza – na czerwono

Jeszcze jeden przykład – sprawa węgla sprowadzanego z Rosji do Polski. Tym razem według NASK „narrację” miał rozpowszechniać senator Krzysztof Brejza (KO). Potem Dział Przeciwdziałania Dezinformacji dodał, że narracja pojawiła się „na bazie artykułu Gazety Wyborczej (…), według której kazachski węgiel wydobywają firmy z rosyjskim wkładem i oligarchą w tle”.

To trzeba podkreślić:

Artykuł mainstreamowego medium z potwierdzonymi danymi, a także tweety senatora KO zostały wpisane jako narracje do Systemu Przeciwdziałania Dezinformacji.

Oznaczono je na czerwono, jako posiadające wysoki potencjał eskalacji. I oczywiście przekazano do KPRM.

Tak samo, jak w poprzednich przypadkach, Dział Przeciwdziałania Dezinformacji NASK nie weryfikował, czy informacje zawarte w artykule i we wpisach są prawdziwe. Nie szukał danych. Nie potwierdzał faktów ani im nie zaprzeczał. Alarmował KPRM, bo informacja była niekorzystna dla rządu. To działanie typowe dla PR-u, niemające jednak nic wspólnego ze sprawdzaniem wiarygodności treści.

Reportaż TVN – „wysokie ryzyko eskalacji”

Do Systemu Przeciwdziałania Dezinformacji trafił też reportaż TVN o Joannie z Krakowa, która po przyjęciu tabletek wczesnoporonnych skontaktowała się z psychiatrką. Ta zawiadomiła policję i pogotowie, w wyniku czego doszło do szokujących zachowań policjantów.

Dział Przeciwdziałania Dezinformacji ostrzegał wtedy rząd: „W sieci obserwuje się negatywne komentarze na temat prawa aborcyjnego w Polsce oraz samej interwencji Policji”. Ryzyko eskalacji – wysokie. Źródła – twitterowe konta @anusiek7 i @pr4sky. KPRM przekazało temat MSWiA z adnotacją „Proszę o obsługę zgłoszenia”. Następnego dnia MSWiA dodało komentarz: „W tej sprawie odbyła się konferencja prasowa KGP”.

Nie podaję żadnych przykładów komunikatów zawierających wpisy z kont prawicowych, bo takich komunikatów nie ma. Bardzo możliwe, że kont prawicowych w ogóle nie brano pod uwagę. Ze źródeł, wskazywanych przez NASK w zgłoszeniach, można wysnuć wniosek, że obserwowano wyłącznie konta związane z ówczesną opozycją. Co jest kolejnym argumentem dowodzącym, że nie chodziło o rzeczywiste przeciwdziałanie dezinformacji (bo ta występuje po wszystkich stronach sceny politycznej).

Celem było polityczne reagowanie na niekorzystne dla rządzących informacje, pojawiające się w przestrzeni publicznej.

Cieszyński oburzony

Kilka dni temu „Gazeta Wyborcza” napisała, że Dział Przeciwdziałania Dezinformacji NASK zajmował się monitorowaniem tematów niekorzystnych dla rządu, a nie przeciwdziałaniem dezinformacji. Na ten artykuł zareagował na X Janusz Cieszyński, w 2023 roku minister cyfryzacji w rządzie Morawieckiego.

Stwierdził między innymi: „Na czym polegała działalność zespołu? (…) Opierała się na monitorowaniu treści „trendujących” w sieci. Oprócz tego analitycy otrzymywali z Centrum Informacyjnego Rządu informacje o tematach, które pojawiły się w codziennym przeglądzie prasy. Następnie zespół badał, czy wokół tematu nie pojawiały się wątki dezinformacyjne, a jeśli takowe były – przygotowywany był raport problemowy opisujący ten temat”.

Cieszyński nie zająknął się w swoim wpisie ani słowem na temat elektronicznego systemu komunikacji rządowej. Ani o stałym, 24-godzinnym dostępie KPRM do monitoringu NASK.

Jednocześnie opublikował raporty NASK-u z września i października. Są to wewnętrzne dokumenty instytucji państwowej, do których były minister nie powinien mieć obecnie dostępu. Ujawnił je, by każdy mógł się „zapoznać i ocenić, że praca była wykonywana, a także co i dlaczego było monitorowane”.

W raportach o „obrazie narracyjnym władz”

Lektura owych raportów potwierdza, że instytucja zajmowała się głównie komentarzami na platformie X. Kiedy we wrześniu analizowano temat afery wizowej, w raporcie pisano choćby o „niepotwierdzonych informacjach, inspirowanych artykułem serwisu Onet.pl, dotyczących sposobu przemycania migrantów jako ekipy filmowe Bollywood”.

Wpisy o tym, że przed polską ambasadą w Nigerii stoją kolejki chętnych po zakup polskich wiz, uznano za „szkodliwą manipulację”. Stwierdzono tak tylko dlatego, że autorzy raportu nie znaleźli dowodów na potwierdzenie tych informacji.

„W ogólnym rozrachunku tworzy się obraz narracyjny polskich władz jako nakierowanych na własne korzyści finansowe, nieprzestrzegających międzynarodowego prawa, współpracujących z państwami obcymi kulturowo lub po prostu nam nieprzychylnymi (Białoruś). Takie tezy mogą być wymierzone, aby wywołać powszechne oburzenie wśród opinii publicznej” – podsumowano w raporcie.

„Przejawiają antypatię wobec obozu władzy”

Inny raport dotyczył reakcji na artykuł z portalu wp.pl o nielegalnych migrantach. W dokumencie NASK czytamy: „Wywiązała się dyskusja na temat skuteczności bariery. Pojawiły się sugestie, że nie spełnia ona swojej funkcji, a do Polski przedostają się nielegalni migranci, którzy przemierzają cały kraj, by dotrzeć do Niemiec. Obecne były także posty stawiające w złym świetle żołnierzy chroniących granicę”.

I dalej:

„Najbardziej zasięgowe wpisy wskazujące na brak odpowiednich zabezpieczeń zapory polsko-białoruskiej były publikowane przede wszystkim przez konta, które udostępniają treści antyrządowe i przejawiające antypatię wobec obozu władzy.

(…) Wyjątkowo szkodliwy jest także wątek, jakoby polscy żołnierze pilnujący granicy z premedytacją nie reagowali na nielegalne przekraczanie zapory. Mimo że obecnie nie odnotowano wysokozasięgowych wpisów w tym temacie, to istnieje ryzyko, że zyska on na popularności i wpłynie na ograniczenie zaufania wobec polskich pograniczników”.

Nie analizowano tego, czy podane informacje są prawdziwe (a były!), choć weryfikacja danych to fundament wykrywania dezinformacji. Skupiano się na tym, co jest szkodliwe dla rządzących. Monitorowano konta „przejawiające antypatię wobec obozu władzy”. Niekorzystne artykuły w mediach uznawano za zawierające niepotwierdzone informacje.

W tym samym czasie środowiska prorosyjskie w Polsce zakładały partie, afera mailowa pozostawała niewyjaśniona, zaś antypolskie i antyunijne narracje Rosja bez problemu wprowadzała w polską przestrzeń informacyjną. NASK jednak zajmował się dyskusjami opozycji na platformie X.

;

Udostępnij:

Anna Mierzyńska

Analizuje funkcjonowanie polityki w sieci. Specjalistka marketingu sektora publicznego, pracuje dla instytucji publicznych, uczelni wyższych i organizacji pozarządowych. Stała współpracowniczka OKO.press

Komentarze