0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Fot. Odd ANDERSEN / AFPFot. Odd ANDERSEN / ...

W ostatnich tygodniach londyński tygodnik „The Economist” opublikował serię tekstów związanych z Andriejem Mielniczenko, rosyjskim przemysłowcem z czołówki najbogatszych osób na liście rosyjskiego „Forbes”.

W rozmowie z dziennikarzami czasopisma oraz w eseju własnego autorstwa biznesmen przekonuje, że kontynuacja wojny rosyjsko-ukraińskiej doprowadzi do upadku i upokorzenia Rosji, co będzie rodzić zagrożenie dla Zachodu. Dla Mielniczenko ważne też jest, by główne mocarstwa światowe wzajemnie uznawały swoją suwerenność.

Publikacja szybko została rozpropagowana przez światowe media i stała się przyczyną stosunkowo szerokiej dyskusji. Niektórzy sugerowali, że wystąpienie rosyjskiego miliardera może być wskazówką, że w rosyjskich kręgach władzy dochodzi do jakiegoś rozłamu. Inni wskazywali, że to sygnał dużego biznesu z Rosji, który chce poprzez Zachód wywrzeć nacisk na Władimira Putina, by ten zakończył agresję.

Jeszcze inni zastanawiali się, czy nie jest to dowód na ambicje polityczne Mielniczenko, jego próba zbudowania swojej pozycji, być może przed zaplanowanymi na wrzesień wyborami do Dumy.

Okładka tygodnika z tekstami Mieliczenko i o Mielniczenko. Zrzut ekranu

Jednak przemysłowiec z Rosji zdaje się być jedynie narzędziem kolejnej rosyjskiej operacji kognitywnej, a nie niezależnym aktorem. Poprzez niego Kreml próbuje apelować do pewnych irracjonalnych przekonań konkretnej grupy odbiorczyń i odbiorców, by skłonić ją do realizacji oczekiwanego przez Moskwę scenariusza. Ma on doprowadzić do uznania przez Zachód za uprawnione rosyjskich żądań wobec Ukrainy.

Przeczytaj także:

Utracona cześć Rosji

Nieprzypadkowo Mielniczenko pojawił się w angielskiej prasie, a konkretnie w „The Economist”. To czasopismo trafiające do świata anglosaskich polityczek i polityków postrzegających świat w kategoriach gry wielkich mocarstw. Osoby czytające ten tygodnik uważają też, że jeśli relacje z jakimś krajem opierają się na wzajemnym zysku ekonomicznym, to staną się one przyjazne. Wreszcie spora grupa subskrybentów i subskrybentek liberalnego pisma z kręgów tzw. elit wierzy w opowieść o „urażonej Rosji”.

Narracja ta oparta jest na opowieści, propagowanej na przykład przez rosyjskiego uczonego pracującego na Uniwersytecie San Francisco, Andrieja Cygankowa, o znaczeniu statusu dla Rosji. Zgodnie z tą teorią władze rosyjskie traktują Zachód jako pozytywny punkt odniesienia. Ośrodek władzy w Rosji zawsze pragnie zostać uznany za część zachodniego świata. Jeśli zostaje odrzucony, uznaje, że ktoś chce obniżyć jej status, co prowadzi do agresywnej reakcji w celu odzyskania swej pozycji.

Zgodnie z tą narracją Rosja pod rządami Borysa Jelcyna zmierzała w stronę demokracji liberalnej. Gdyby — zdaniem zwolenniczek i zwolenników tego podejścia — Zachód nie odepchnął Moskwy, ale nawiązał z nią bliższą współpracę, ta utrzymałaby kurs demokratyczny i ostatecznie porzuciłaby politykę ekspansji. To „odepchnięcie” rozumiane jest jako niedostateczne angażowanie Kremla w funkcjonowanie różnych forów międzynarodowych.

Starszy łysiejący mężczyzna klaszcze w ręce i się śmieje
Władimir Putin podczas wideokonferencji z Moskwy, 27.03.2026 r., Fot. Gavriil Grigorov / POOL / AF

Otwarte objęcia, zaciśnięte pięści

Tymczasem pobieżny nawet przegląd relacji Moskwy z Zachodem w czasach prezydentury Jelcyna pokazuje, że ramiona Zachodu były szeroko otwarte na Rosję. Dobrą ilustracją tego jest wideo z nowojorskiej konferencji Jelcyna i Billa Clintona z 1995 r., na której pierwszy kpi z dziennikarek i dziennikarzy obecnych na sali, a drugi się z tego śmieje.

Po rozpadzie ZSRR Moskwa zachowała stałe miejsce w Radzie Bezpieczeństwa ONZ, choć Rosja nie była wśród państw założycieli Organizacji. Wśród krajów, które powstały po rozpadzie ZSRR, oryginalnymi członkami były Białoruś i Ukraina. Rosyjska Socjalistyczna Federacyjna Republika Radziecka na tej liście się nie znajdowała. Zachód więc — oraz Chiny — gotów był uznać, że to właśnie Rosja jest dziedziczką sowieckiego imperium.

Równie szybko otworzyły się inne drzwi do współpracy. W 1994 r. Unia Europejska podpisała z Rosją Porozumienie o Partnerstwie i Współpracy. Tworzyło ono platformę do dialogu politycznego, wprowadziło klauzulę najwyższego uprzywilejowania w handlu oraz podstawy współpracy sektorowej.

By rozproszyć obawy Moskwy o agresywne zamiary NATO w 1997 r. Podpisano Akt Założycielski NATO–Rosja, na mocy którego utworzono Stałą Wspólną Radę NATO–Rosja, służącą dialogowi w sprawach bezpieczeństwa. W tym samym roku, mimo katastrofalnej sytuacji gospodarki, Rosja została przyjęta do G7, nieformalnej struktury zrzeszającej najbardziej rynkowe państwa świata.

Mimo tej otwartości Zachodu Kreml nie zdemokratyzował swojej polityki zagranicznej. W 1992 wsparł rebelie w Osetii Południowej i Abchazji przeciwko rządowi w Tbilisi oraz w Naddniestrzu przeciwko Kiszyniowowi. Zaangażował się w wojnę domową w Gruzji w 1993 r. Pomógł także przejąć władzę w Tadżykistanie klanowi z Kulabu. Wreszcie angażował się po stronie serbskiej w konflikcie w Jugosławii, czego symbolem stał się rajd oddziałów rosyjskich na lotnisko w Prisztinie w 1999 r. Fakt, że agresywna polityka Kremla nie poszła dalej, nie był efektem samoograniczania się, a skutkiem braku zasobów i wewnętrznej niestabilności.

Dziś takich oligarchów już nie ma

Drugim problemem, którego osoby promujące Mielniczenko nie zauważają, jest zmiana w systemie ekonomiczno-politycznym Rosji, która zaszła w trakcie rządów Putina. Słabość pozycji Jelcyna pozwoliła na pojawienie się w Rosji oligarchów. Do dziś określa się tak bogate osoby w tym kraju, ale w obecnym rosyjskim systemie nie jest to właściwa nazwa.

Termin wywodzi się z „Polityki” Arystotelesa. Dla greckiego filozofa oligarchia to system, w którym garstka zamożnych osób sprawuje kontrolę nad państwem, kierując się własnym interesem. Współczesny amerykański badacz Jeffrey A. Winters, pisze, że dla istnienia oligarchii konieczna jest silna ochrona własności prywatnej. Jeśli wąska grupa jest w stanie zgromadzić istotne bogactwo, które kontroluje indywidualnie, tworzy przenikającą cały system strukturę. Dzięki niej mogą manipulować państwem, by realizować swe interesy.

I rzeczywiście, oligarchiczny był rosyjski system lat 90., w którym Andriej Mielniczenko zaczynał karierę od handlu walutą. Najważniejszym momentem w procesie gromadzenia bogactwa była seria transakcji zwanych „pożyczkami za udziały”, która miała miejsce w 1995 roku. Słaby rząd Jelcyna potrzebował środków na pokrycie bieżących wydatków oraz wsparcia w zbliżających się wyborach. Oddał więc kontrolę nad gospodarką za to poparcie.

Jednak po objęciu fotela prezydenckiego sytuacja zaczęła się zmieniać. Nowa administracja zaczęła odbierać władzę dawnym oligarchom, zmuszać ich do emigracji lub podporządkowania się. Punktem zwrotnym była nacjonalizacja spółki naftowej „Jukos” oraz aresztowanie jej głównego udziałowca, Michaiła Chodorkowskiego, w 2003 roku.

Od tego momentu zamożni biznesmeni w Rosji stali się zależni od władzy politycznej. Z oligarchów przedzierzgnęli się w klientów władzy, którym własność mogła zostać odebrana przez państwo. Kontrola Kremla nad biznesem uległa dalszemu zaostrzeniu po 2022 r.

Człowiek systemu

W tym czasie bohater „The Economist” budował swoją pozycję biznesową. Na początku rządów Putina przeprowadził reorientację, powoli wycofując się z sektora bankowego i przechodząc do przemysłu. W 2007 r. stał się głównym akcjonariuszem EuroChem Group, którą współzakładał sześć lat wcześniej. Główną sferą działania organizacji jest produkcja nawozów azotowych, fosforowych czy potasowych. Już po przejęciu kontroli przez Mielniczenko grupa otrzymała koncesję na wydobycie potasu w Permie, co było niemożliwe bez dobrych kontaktów na Kremlu.

W 2015 r. główną siedzibę spółki przeniesiono do Szwajcarii, co zdało się słusznym ruchem. Rok wcześniej Rosja zaczęła inwazję na Ukrainę i zależni od Putina przedsiębiorcy zaczęli trafiać na listy sankcyjne. Przeniesienie firmy poza jurysdykcję Rosji i UE pozwalało na uchronienie się przed problemami. Jednak rosyjskiego biznesmena objęto ograniczeniami dopiero po drugiej fazie agresji.

Drugą kluczową firmą Mielniczenko jest Syberyjska Kompania Energetyczno-Węglowa. To największa spółka węglowa w Rosji i jeden z największych światowych eksporterów tego surowca. Jej częścią do 2024 r. była Syberyjska Spółka Energetyczna, dostarczająca energię elektryczną i cieplną. Zarówno wydobycie węgla, jak i produkcja energii to sektory strategiczne w Rosji – działalność w nich także wymaga kontaktów w najwyższych kręgach władzy. Dość rzec, że za osobę nadzorującą lobby węglowe uchodzi Siergiej Cywiliow, minister energetyki, krewny Putina.

Młody i obiecujący

Mielniczenko działa w dwóch ważnych dla globalnego biznesu sferach: produkcji nawozów i wydobyciu węgla. Działa w jednym z tradycyjnych centrów finansowych – Szwajcarii. Posiada więc dobre kontakty w zachodnim świecie biznesu. Upodabnia go do Kiriła Dmitrijewa, jednego z głównych uczestników dialogu Moskwy z Waszyngtonem, którego relacje z amerykańskim światem finansowym pomagają w transmitowaniu kremlowskiej narracji do USA.

Co ważne, właściciel EuroChem Group jest też stosunkowo młody jak na osobę z pierwszej dziesiątki najbogatszych Rosjan. Urodził się w 1972 roku, podczas gdy jego koledzy z wyższych miejsc na liście są starsi o dekadę lub dwie. Sprawia to, że jest wiarygodny dla zachodniego odbiorcy czy odbiorczyni jako ktoś, kto może rzeczywiście myśleć o „nowej Rosji”. Podobnie za młodego, a więc i obiecującego, uchodził na początku lat 90. Borys Jelcyn.

Podobnie jak Jelcyn, rosyjski biznesmen jest jednak produktem systemu. Jego przedsiębiorstwa, a więc jego funkcjonowanie, zależne są od dobrej woli Putina. Nie ma więc żadnego interesu w tym, by podważać pozycję rosyjskiego prezydenta.

Jest natomiast zainteresowany powrotem do przedwojennych relacji ekonomicznych Rosji z Zachodem. Dlatego zgodził się odegrać rolę przekaźnika, osoby próbującej skłonić Zachód, by zakończył za Moskwę wojnę, którą Kreml rozpoczął.

Niepokojące jest, że ta opowieść o potrzebie unikania „urażania” rosyjskiej dumy może paść na podatny grunt. Powielenie tej narracji przez dostępne na każdym lotnisku czasopismo jest silnym narzędziem wsparcia. Co więcej — odpowiada na oczekiwania zmęczonych wojną kręgów biznesowych zachodu.

Kacper Wańczyk, ekspert Akademickiego Centrum Analiz Strategicznych, publikował m.in. w „Nowej Europie Wschodniej” i OKO.press. W latach 2007–2020 pracownik dyplomacji. Tekst jest wyrazem opinii własnych autora.

„NIEDZIELA CIĘ ZASKOCZY„ to cykl OKO.press na najspokojniejszy dzień tygodnia. Chcemy zaoferować naszym Czytelniczkom i Czytelnikom „pożywienie dla myśli” – analizy, wywiady, reportaże i multimedia, które pokazują znane tematy z innej strony, wytrącają nasze myślenie z utartych ścieżek, zaskakują właśnie.

Kacper Wańczyk

Ekspert w Akademickim Centrum Analiz Strategicznych, publikował m.in. w Nowej Europie Wschodniej i New Eastern Europe. W latach 2007-2020 pracownik polskiej dyplomacji

Komentarze