Prawa autorskie: Agnieszka Sadowska / Agencja GazetaAgnieszka Sadowska /...
21 kwietnia 2021

To jak pandemia. Polaryzacja wymknęła się spod kontroli. Potrzebujemy deeskalacji wrogości

Konflikt polityczny przełożył się w Polsce na społeczny: dzieli rodziny, utrudnia współpracę, niszczy więzi. Jak temu zaradzić? Analityczka OKO.press Anna Mierzyńska szuka sposobów na depolaryzację w doświadczeniach innych państw. Ale jest jeden warunek [WIDZĘ TO TAK]

Intensywnie wspierane od kilku lat przez Zjednoczoną Prawicę myślenie kategoriami: my – oni, przyjaciel – wróg, spowodowało, że jesteśmy dziś jednym z najbardziej spolaryzowanych społeczeństw w Unii Europejskiej.

Nie wystarczy już widzieć, że podziały się pogłębiają, ponieważ co chwilę rodzą się nowe, generowane przez środowiska skrajne, przejmowane potem przez kolejne grupy polityczne, obywatelskie i społeczne.

Polaryzacja zaraża niemal jak pandemia – zaś niekontrolowana nieprzerwanie narasta.

Konsekwencje społeczne tego procesu są zawsze wieloletnie: brak stabilności państwa, osłabienie gospodarki, a co za tym idzie – pogorszenie warunków życia ludzi; narastanie przemocy, uliczne zamieszki i napaści.

Głębokie podziały stwarzają też warunki do aktywności różnych grup ekstremistycznych czy nawet do rozwoju terroryzmu. Z tym wszystkim będziemy musieli się zmierzyć, nawet jeśli zmieni się władza, a ustrój Polski wróci na ścieżkę demokratyczną. Potrzebujemy już dziś myślenia o tym, jak przeprowadzić mądrą depolaryzację i deeskalację wrogości między ludźmi.

Tekst publikujemy w naszym cyklu „Widzę to tak” – w jego ramach od czasu do czasu pozwalamy sobie i autorom zewnętrznym na bardziej publicystyczne podejście do opisu rzeczywistości. Zachęcamy do polemik

Radykalizacja na prawo

"Jednym z następstw polaryzacji społecznej jest radykalizacja, w Polsce głównie w kierunku prawicowym. W moim odczuciu granica między tymi zjawiskami została już przekroczona – stało się to wtedy, gdy rządzący razem z niektórymi duchownymi Kościoła katolickiego zaczęli odczłowieczać osoby LGBTQ. Polska jest bardzo zradykalizowanym krajem" – mówi Stanisław Czerczak z gorzowskiej Fundacji Codex, który od lat zajmuje się zapobieganiem radykalizacji.

Sam w latach 90. był ekstremistą, należał do grupy neonazistowskiej. Często opowiada o swoim doświadczeniu, aby przestrzec innych przed pójściem taką samą drogą. Dzieli się tym zwłaszcza z uczniami podczas spotkań w szkołach – odbył ich dziesiątki, ostatnie w 2018 roku.

Potem okazało się, że wpuszczanie do szkół osób z zewnątrz rodzi tak silne kontrowersje, że nauczyciele zaczęli z takiej współpracy rezygnować.

Tymczasem Czerczak podkreśla, że jeśli chcemy walczyć z polaryzacją i radykalizacją, powinniśmy przede wszystkim przemodelować edukację: "Niestety, na razie nie widzę na to większych szans. Byłem przekonany, że po zabójstwie prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza, które moim zdaniem było aktem terroru, rzeczywiście zostaną podjęte profesjonalne działania, zapobiegające radykalizacji. Ale do dziś niewiele się zmieniło".

Polaryzacja polityczna - tak, społeczna - nie

„W demokracji polaryzacja jest częścią gry. Bez niej nie byłoby cywilizacji, bez niej nie byłoby demokracji. Ale polaryzacja może wymknąć się spod kontroli i wtedy trzeba zacząć proces depolaryzacji. (…) O ile polaryzacja polityczna jest potrzebna demokracji, to nie powinna prowadzić do polaryzacji społecznej, bo wtedy stanowi zagrożenie dla społeczeństwa” – tak o różnicy między podziałami politycznymi a społecznymi mówi Bart Brandsma, holenderski filozof, który od kilkunastu lat szkoli, jak odwracać proces dzielenia się społeczeństwa.

To ważne rozróżnienie: nie chodzi o to, byśmy wszyscy mieli takie same poglądy, zaakceptowali wizje polityków z przeciwnej partii czy nagle polubili najbardziej radykalnych zwolenników PiS.

Czerwona linia przebiega tam, gdzie normalne podziały polityczne zamieniają się w międzyludzką wrogość i generują agresję.

Jeśli w osobach o innych poglądach widzimy wrogów, z którymi nie chcemy rozmawiać ani współpracować, jeśli utrzymujemy kontakty towarzyskie tylko z tymi, którzy głosują tak samo, jak my, do tego łatwo się nawzajem dehumanizujemy (odczłowieczamy, porównujemy do zwierząt czy przedmiotów) oraz usprawiedliwiamy agresję wobec „innych” (bo to wrogowie, więc zasługują na takie traktowanie) – to znak, że potrzebujemy pomocy w przywróceniu normalnych relacji międzyludzkich w społeczeństwie.

Polska nie jest pierwsza w takiej sytuacji

Czy to w ogóle możliwe? Cóż, nie jesteśmy pierwszym narodem, które się mierzy z taką sytuacją. Wystarczy przypomnieć sobie głęboki konflikt między katolikami a protestantami w Irlandii, podziały na tle rasowym w USA czy konflikty wywołane zwiększoną liczbą imigrantów w niektórych krajach europejskich.

Wszędzie tam powstały jednak grupy ekspertów, liderów opinii publicznej, wolontariuszy, które pracowały na rzecz depolaryzacji i deeskalacji.

Kilkanaście takich grup intensywnie działało ostatnio w Stanach Zjednoczonych, zwłaszcza w okresie między głosowaniem w wyborach prezydenckich w 2020 roku a zaprzysiężeniem prezydenta Joe Bidena.

Byli na ulicach miast, wkraczając wtedy, gdy zauważali narastanie konfliktu. Co ciekawe z perspektywy Polski, część z nich została utworzona przez organizacje kościelne – w Detroit w dniu wyborów prezydenckich przed lokalami wyborczymi można było spotkać katolickie zakonnice, które razem ze świeckimi aktywistami dbały o to, aby nie doszło do konfliktów i każdy mógł spokojnie głosować.

Uliczne interwencje w USA

Merwyn, wolontariusz DC Peace Team, pewnego popołudnia podczas obserwacji sytuacji na ulicach Waszyngtonu, zauważył, że potężnie zbudowany, biały mężczyzna w militarnym ubraniu głośno rozmawia z parą młodych ludzi o innym kolorze skóry.

Perorował, że wybory zostały sfałszowane i skradzione, groził rozmówcom, potrząsał pięścią. Młodzi starali się zachować spokój. Nagle do rozmowy włączyło się dwóch innych mężczyzn, silnie pobudzonych. Napięcie wzrosło. Wtedy Merwyn zareagował.

Zastosował kilka taktyk, których celem jest deeskalacja konfliktu. Najpierw próbował odwrócić uwagę wszystkich – zadziałało na krótko. Potem mówił o zachowaniu wzajemnego szacunku – bez efektu. Potężny mężczyzna cały się trząsł z napięcia. W końcu Merwyn zapytał go: „Która godzina?”. Ten przerwał wywody, spojrzał na zegarek, podał godzinę. Rozproszyło go to. Napięcie opadło. Młoda para odeszła. Nie doszło do przemocy.

Wolontariusz wiedział, jak się zachować, bo przeszedł szkolenie, jakie organizuje DC Peace Team. Podobnie jak inne tego rodzaju grupy, DC Peace Team uczy, jak się komunikować bez przemocy, rozpoznawać agresywne zachowanie i doprowadzać do jego deeskalacji; ale także, jak na co dzień chronić innych przed przemocą.

Pewne zasady, które można poznać na tego typu szkoleniach, są uniwersalne, sprawdzają się wszędzie tam, gdzie celem jest zmniejszanie podziałów i wrogości.

Zapisano je między innymi w podręczniku postępowania wobec polaryzacji, wydanym w 2017 roku przez unijną sieć Radicalisation Awareness Network (w skrócie RAN, należy do niej m.in. cytowany wcześniej S. Czerczak), zrzeszającą europejskich ekspertów, którzy zajmują się zapobieganiem ekstremizmowi.

Zawarto w nim szereg konkretnych wskazówek dla instytucji i osób, które pełnią kluczowe role w procesie depolaryzowania społeczeństwa: nauczycieli, samorządowców, lokalnych liderów, polityków.

Po pierwsze: mów do ludzi środka, nie do tych, którzy radykalizują

W polaryzacji celem działań nie są ci, którzy już się zdeklarowali. Aktywność prowokatorów (czyli tych, którzy świadomie dążą do pogłębienia podziałów) adresowana jest do osób w tzw. strefie środka.

To one poddawane są presji, aby opowiedziały się po którejś ze stron. Gdy już to zrobią, czyli dołączą do konkretnego „plemienia”, są bombardowane przekazami potwierdzającymi ich decyzję – to gwarantuje, że pozostaną w grupie.

Tak jak w Polsce, kiedy w 2019 roku nagle podniesiono problem „ideologii LGBT”, robiąc z niej główną oś podziału społecznego – był to okres poprzedzający kolejną falę wyborów (od wyborów do Parlamentu Europejskiego, przez wybory parlamentarne, samorządowe, aż po prezydenckie).

Wcześniej, przed wyborami w 2015 roku, na podobnej zasadzie wykorzystano strach przed muzułmańskimi emigrantami.

Obecnie obserwujemy granie kolejną linią podziału – tym razem chodzi o Kościół katolicki i generowanie narracji, iż ci, którzy Kościół zasadnie krytykują (np. z powodu ukrywania duchownych pedofilów), są „spod znaku szatana”.

Odważ się być Szarym

Aby tego rodzaju procesy przerwać, niezbędne są działania adresowane właśnie do „ludzi środka”. W inicjatywie holenderskich studentów „Dare To Be Gray” nazywa się ich po prostu „Szarymi” – w odróżnieniu od osób zdeklarowanych, czyli czarnych i białych.

„Odważ się być Szarym!” – apelują autorzy inicjatywy na stronie internetowej. I wyjaśniają:

„Tożsamość Szarego Środka jest oparta na pięciu wartościach: różnorodność, debata, empatia, niuanse, wątpliwości”.

Podkreślają, że „ci, którzy wątpią, są tymi, którzy mogą skierować debatę publiczną we właściwym kierunku”: są w stanie zrozumieć, skąd biorą się argumenty obu stron, dzięki czemu dają dyskusji nową perspektywę. A to już krok do zaproponowania nowego rozwiązania problemów.

Działacze „Dare To Be Gray” podczas warsztatów, eventów i debat pokazują, że dobrze jest być „człowiekiem środka”, mieć swoje zdanie, czerpać inspiracje z różnych środowisk, mieć wątpliwości i zauważać niuanse.

Nakręcili nawet serial YouTube „50 Color Grey”. Twórcy tej inicjatywy w 2016 roku wygrali międzynarodowy konkurs w Waszyngtonie, którego celem było wsparcie najlepszych pomysłów na zmniejszenie ekstremizmu za pomocą mediów społecznościowych.

Po drugie: Każdy chce być wysłuchany

Jak podkreśla Bart Brandsma, najważniejsze w procesie depolaryzacji jest znalezienie tego, czego spolaryzowani ludzie naprawdę chcą (nie zawsze jest to zbieżne z tym, czego potrzebują):

„Podczas protestów ruchu tzw. żółtych kamizelek Francji, wywołanych pierwotnie rosnącymi cenami paliwa, prezydent Francji Emmanuel Macron zaoferował protestującym pieniądze. Ale to nie zmniejszyło napięcia. Ludzie przede wszystkim chcieli być wysłuchani. (…) Kiedy zaczniesz ich słuchać, będziesz w stanie odkryć, jakie jest ich podstawowe pytanie. Wtedy możesz zacząć łączyć ludzi”.

To nie oznacza, że wszyscy mają natychmiast siadać i rozmawiać z tymi, których dziś uważają za swoich wrogów. Takie działanie jest i niemożliwe, i niepotrzebne.

Chodzi wyłącznie o to, by liderzy i edukatorzy, którzy pracują z grupami ludzi oraz odpowiadają za kreowanie różnych fragmentów przestrzeni publicznej, byli w stanie słuchać nie tylko tych, którzy myślą tak samo, ale też reprezentantów innych środowisk. I dopasowywali działania do tego, co usłyszą.

Dalszym krokiem jest tworzenie bezpiecznej przestrzeni do spotkania się osób o różnych poglądach.

Tak działa na przykład irlandzka organizacja Glencree Centre for Peace and Reconciliation. Jej eksperci prowadzą grupy, w których każdy może bezpiecznie opowiedzieć swoją historię, podzielić się doświadczeniami.

Spotykają się tu zarówno młodzi Irlandczycy zagrożeni przemocą polityczną, członkowie organizacji paramilitarnych, jak i ofiary ich działań.

Jak wyjaśniają twórcy Glencree Centre, „formuła »kręgów« ma pomóc uczestnikom budować relacje, a nie osiągać porozumienie. (…) Przesłanie nie jest takie, że wszyscy powinni być „razem”, ale że przez tworzenie nowych sposobów rozumienia możemy iść naprzód i przekroczyć dziedzictwo konfliktu.”

Realizowany jest tu także projekt adresowany do kobiet: „Glencree All Island Women’s Peacebuilder Network”, czyli sieć kobiet budujących pokój.

Chodzi o to, by kobiety mogły inicjować w swoich społecznościach lokalnych, czasem po prostu rodzinnych, działania deeskalujące i depolaryzujące. Nie tylko Irlandczycy wpadli na taki pomysł – międzynarodowa organizacja „Woman Without Borders” stworzyła dwie sieci kobiet, których celem jest zapobieganie przemocy i ekstremizmom.

Jeden z projektów „MotherSchool: Parenting for Peace” akcentuje rolę matek w tej przestrzeni. „To matki są pierwszą linią obrony w zagrożonych przemocą i ekstremizmem społecznością” – podkreślają działacze WWB.

Po trzecie: Zmień temat

Wychodzenie z polaryzacji wymaga znalezienia punktów wspólnych wśród osób, które do tej pory widziały między sobą wyłącznie różnice.

Jak podkreśla Brandsma, aby to osiągnąć, trzeba przede wszystkim zmienić… temat. Polaryzacja opiera się na przekazie tożsamościowym, akcentuje różnice w odpowiedziach na pytania: kim jestem, do czego przynależę, z kim się identyfikuję? Wystarczy jednak przekierować uwagę na inne kwestie, by okazało się, że ludzi sporo łączy.

Dobrym przykładem tego typu działań są polskie facebookowe grupy samopomocy, powstałe na początku pandemii i działające do dziś: ponad 200 grup „Widzialnej Ręki”, w których jedni członkowie wolontariacko pomagają drugim w kryzysowych sytuacjach spowodowanych pandemią.

Ale także to grupa „Pies w koronie”, gdzie kontaktują się wolontariusze wyprowadzający psy osób przebywających na kwarantannie.

Nagła zmiana sytuacji spowodowała, że przestały się liczyć różnice światopoglądowe, najważniejsze stały się życiowe potrzeby, możliwe do rozwiązania tylko dzięki pomocy innego człowieka, często obcego. Trzeba było zaufać, by przyjąć pomoc – ale także by ją dać, nie wnikając specjalnie w to, komu ją dajemy. Zadziałało.

To niejedyne pozytywne przykłady w Polsce. Fundacja Codex i Instytut Bezpieczeństwa Społecznego realizowały choćby projekt w Dąbrowie Górniczej, który w praktyce pokazywał, jak mogą współpracować urzędnicy, policja, straż miejska, instytucje kultury i społecznicy, aby szybko reagować na każdy przejaw radykalizacji.

Niestety, od kilku lat tego rodzaju działania nie wzbudzają zainteresowania instytucjonalnego w naszym kraju. Nic dziwnego – polaryzacja i radykalizacja to jedno z podstawowych narzędzi oddziaływania politycznego obecnych władz.

Podstawą do wyhamowania tych procesów musi być więc zmiana władzy. Tyle że to nie wystarczy.

„Jesteśmy na tak głębokim poziomie generowania podziałów, że na pewno nie wrócimy do stanu zerowego” – ostrzega Stanisław Czerczak. – „W państwach Europy Zachodniej sytuacja wygląda inaczej, ponieważ tam już wcześniej poważnie zajmowano się deeskalacją, w obawie przed terroryzmem islamskim. To sprawiło, że państwa te miały gotowe narzędzia, by zacząć pracować nad problemem prawicowej radykalizacji.

U nas tego rodzaju narzędzia nie istnieją. Zajmuje się tym kilka organizacji społecznych, ale to zawsze była aktywność w skali mikro. A od kilku lat w zasadzie nie ma woli, byśmy realizowali nawet taką skalę działań”.

Udostępnij:

Anna Mierzyńska

Analityczka mediów społecznościowych, specjalizuje się w analizie dezinformacji. Z OKO.press współpracuje od 2017 roku. Autorka książki "Efekt niszczący. Jak dezinformacja wpływa na nasze życie".

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne