Gdyby nie 1,5%, mogłoby nie być OKO.press

Twoja pomoc ma znaczenie

0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Il. Mateusz Mirys / OKO,pressIl. Mateusz Mirys / ...

Decyzja prezydenta USA Donalda Trumpa o ataku na Iran wzbudziła liczne kontrowersje. Podjął ją bez zgody Kongresu, zarzucano mu prywatę i niekonsekwencję, a także uległość wobec izraelskiego premiera Benjamina Netanjahu.

Wygląda na to, że nie przemyślał również konsekwencji swojego ataku: reżim w Teheranie wcale nie upadł, za to atakami dronów i rakiet na cele w regionie oraz blokadą Cieśniny Ormuz Irańczycy doprowadzili do kryzysu na światowym rynku paliwowym. Zapasy amerykańskiej broni rakietowej się wyczerpują, na skokach cen ropy zarabia Kreml, wyborcy w USA się niepokoją, Europejczycy protestują, zaś Trump wyładowuje się na sojusznikach z NATO niechętnych do udziału w operacji w Iranie. W tle zacierają ręce władze ChRL.

Przeczytaj także:

Krytycy USA chętnie porównują to mocarstwo do Imperium Rzymskiego. Wskazują na erozję wartości demokratycznych, a także na samowolę rządzącego, jego pławienie się w luksusie i pochlebstwach, interesowność i nieprzewidywalne decyzje.

Roztopione złoto w gardło Krassusa

Rzymianie też walczyli ze starożytnymi ludami irańskimi. Jedna nieprzemyślana wojna miała szczególnie makabryczne konsekwencje.

Marek Licyniusz Krassus był rzymskim przedsiębiorcą i politykiem. Zarabiał na kopalniach, deweloperce, kredytach, a nawet na pożarach. Powołał bowiem własną brygadę strażacką, ewenement w Wiecznym Mieście. Kiedy zaczynał płonąć jakiś budynek, pojawiał się ze swymi strażakami, po czym odkupywał nieruchomość za pół darmo i dopiero wtedy przystępował do gaszenia ognia.

Jego apetyt na władzę wzrósł po tym, jak w 71 r. p.n.e. brutalnie stłumił powstanie niewolników pod wodzą gladiatora Spartakusa. Jedenaście lat później wraz z wodzami Juliuszem Cezarem i Pompejuszem Wielkim zawarł porozumienie – triumwirat – na mocy którego podzielili się władzą nad państwem rzymskim, coraz bardziej odbiegającym od republikańskich ideałów.

Bogactw i władzy nigdy nie było mu dość. Dlatego postanowił zaatakować Królestwo Partów, rozciągające się na terenie starożytnego Iranu (Persji) – od Mezopotamii i Kaukazu, po dzisiejszy Afganistan i Pakistan. Było bogate i strategicznie położone, kontrolowało system dróg handlowych z Chin nazwany później Jedwabnym Szlakiem.

Na podjętą kampanię zbrojną Krassus nie uzyskał nawet zgody rzymskiego senatu. Był pewny siebie, zgromadził kilkudziesięciotysięczną armię. A jednak w czerwcu 53 roku p.n.e. pod Carrhae partyjska ciężka kawaleria i łucznicy rozbili dużo liczniejsze wojska rzymskie. Krassus trafił do niewoli.

Według starożytnego historyka Kasjusza Diona Partowie wlali mu do gardła roztopione złoto, by symbolicznie w końcu nasycić jego chciwość. A z Rzymianami walczyli jeszcze przez pokolenia, między innymi pokonując i biorąc do niewoli w 260 roku rzymskiego cesarza Waleriana I, który służył potem partyjskiemu władcy za podnóżek...

Nawet wojna Krassusa nie była jednak tak głupia, jak wiele innych, które przetoczyły się przez historię ludzkości. Czyż rekordy – także głupoty, niestety – nie są jednak po to, by je bić?

Friendly fire pod Karansebes

Za najbardziej absurdalną bitwę świata uchodzi starcie austriacko-tureckie pod Karansebes z roku 1788. Imperium Osmańskie było wówczas na celowniku Rosji i Austrii, którym marzyły się rozbiory tego podupadłego mocarstwa, podobnie jak w przypadku Rzeczypospolitej. Cesarz austriacki Józef II Habsburg zgromadził wielką armię, tak wielonarodową, jak wielonarodowe było jego państwo. Służyli w niej Austriacy, Węgrzy, Czesi, Rusini, Polacy, Serbowie, Chorwaci, Słoweńcy i Włosi.

We wrześniu 1788 roku ta stutysięczna armia przemierzała Banat, nie bacząc na szerzącą się zarazę, a z naprzeciwka zbliżały się już siły tureckie. Wieczorem żołnierze austriaccy rozbili namioty, nakupowali wódki od miejscowych i zdrowo popili. Puściły hamulce. Na wierzch zaczęły wychodzić narodowościowe swary i niesnaski między rywalizującymi formacjami.

Podczas kłótni huzarów z piechurami o wódkę, ktoś zaczął strzelać. Po chwili rozpętała się prawdziwa kanonada. Huzarzy zaczęli szarżować na piechotę. Gdy zawrócili, artylerzyści wzięli ich za atakujących nocą Turków. Zagrzmiały działa. Niemieccy oficerowie krzyczeli „Halt!” (stać!), ale słowiańscy żołnierze wzięli to za tureckie okrzyki „Allah!”. Wybuchła panika. Cesarz nakazał wojskom się wycofać.

Gdy naprawdę nadeszli Turcy pod Karansebes, znaleźli już tylko pobojowisko pełne trupów. W bratobójczej walce padło ponoć 10 tysięcy cesarskich żołnierzy. A że jeszcze więcej ucierpiało wcześniej z powodu epidemii, losy całej wojny zawisły na włosku.

Na dworach wrogich Habsburgom świętowano. Z czasem sytuacja na froncie odwróciła się na korzyść Austrii – i związanej z nią sojuszem Rosji – lecz do planowanych sukcesów było daleko. Cesarz zmarł na początku 1790 roku, kilkanaście miesięcy później podpisano pokój. Tak zakończyła się ostatnia, jak się okazało, regularna wojna między Austrią i Turcją.

Tyle tylko, że nie ma niezbitych dowodów, że pod Karansebes doszło do najbardziej krwawego przypadku „friendly fire” (bratobójczego ognia) w dziejach! Przez lata nic pewnego o tym starciu nie pisano, brakowało szczegółowych dokumentów i relacji. Za to im więcej czasu mijało, tym bardziej rosła legenda absurdalnej bitwy. Powtarzano najbardziej zdumiewające plotki i szacunki, mieszano ofiary starcia ze zmarłymi w epidemii.

W rzeczywistości poszkodowanych było pod Karansebes około stu pięćdziesięciu, góra kilkuset – wliczając rannych.

Bitwa pod Algeciras

Tymczasem zaledwie kilkanaście lat później, podczas drugiej bitwy morskiej pod Algeciras między flotami brytyjsko-portugalską i hiszpańsko-francuską, doszło do pomyłki znacznie krwawszej.

W nocy 12 lipca 1801 roku ostrzelały się z dział dwa hiszpańskie okręty. Oba wyleciały w powietrze, zginęło 1700 marynarzy. A lista ofiar przypadków „friendly fire” na wojnach stale rośnie.

Na przykład latem 1943 roku Amerykanie i Kanadyjczycy tygodniami bombardowali wyspę Kiska w archipelagu Aleutów, sądząc, że znajdują się tam znaczne siły japońskie. Potem wysłali desant złożony z tysięcy żołnierzy. Tymczasem Japończycy dawno się ewakuowali, ich pozycje były puste! W bezsensownej operacji poległo kilkudziesięciu Amerykanów i Kanadyjczyków właśnie od „friendly fire”, a także od japońskich pułapek i min.

Ucho Jenkinsa

Absurdalne bywają same powody – lub preteksty – wojen. W 1731 roku Hiszpanie pojmali koło Kuby brytyjskiego szmuglera Roberta Jenkinsa i dla nauczki obcięli mu ucho. Potem nieszczęśnika wypuścili, na odchodne wygłaszając złośliwą uwagę o jego królu. Jenkins przez kilka lat pieczołowicie przechowywał swoje ucho w słoju, po czym w 1739 roku wystąpił z makabryczną pamiątką przed brytyjskim parlamentem, żądając reakcji władz.

Gdzie i jak mieszały się tu fakty i fikcja, do dziś nie ma pewności. Za to bez wątpienia wybuchł zbrojny konflikt brytyjsko-hiszpański, który potrwał 9 lat i przeszedł do historii pod nazwą wojny o ucho Jenkinsa.

Pacyficzne jaja

Ucho to poważna sprawa. A jajka? Walki z ich powodu wybuchły w 1863 roku na Wyspach Farralońskich koło San Francisco. Chodziło o ptasie jaja, na które czekały dziesiątki tysięcy żołądków w dynamicznie się rozwijającym i wygłodzonym mieście, rozbudowanym na fali kalifornijskiej gorączki złota. Sprzedaż była dochodowa, a chętnych sporo. W końcu doszło do rękoczynów i strzelanin między rybakami, gangami rabusiów i firmą Pacific Egg Company. W konflikt zaangażowali się też miejscowi latarnicy. Zginęło kilka osób, aż wreszcie w 1881 roku w roli rozjemców wkroczyli amerykańscy żołnierze, a w 1909 roku na wyspach stworzono rezerwat przyrody.

Z kolei w 1859 roku wojną omal nie skończył się konflikt graniczny między USA a Wielką Brytanią na wyspie San Juan koło Vancouver. Wywołało go zabicie przez amerykańskiego farmera świni, która narobiła szkód w jego ogrodzie, a należała do brytyjskiej Kompanii Zatoki Hudsona. Na szczęście pomogły mediacje.

Topola graniczna

Co innego konflikt o topolę rosnącą w strefie zdemilitaryzowanej na granicy obu państw koreańskich! Do tego incydentu doszło w sierpniu 1976 roku. Drzewo zasłaniało pole widzenia punktów obserwacyjnych żołnierzy amerykańskich i południowokoreańskich. KRLD nie zgadzała się na przycięcie topoli, ponieważ rzekomo zasadził ją sam wielki wódz Kim Ir Sen.

18 sierpnia wysłano jednak dwóch oficerów armii USA z grupką żołnierzy i siekierami. Wówczas nadbiegli północnokoreańscy wartownicy. Byli dużo liczniejsi, doszło do gwałtownej wymiany zdań i rękoczynów. Żołnierze Kima na cel wzięli obu amerykańskich oficerów i zabili ich siekierami. Zdarzenie zostało utrwalone na zdjęciach. Informacja obiegła media.

Wściekły Biały Dom skierował parę dni później do strefy ciężarówkę z żołnierzami z piłami łańcuchowymi, których osłaniały czołgi, artyleria i lotnictwo. Także KRLD ściągnęła w pobliże dodatkowe jednostki wojska. Nowa wojna wisiała w powietrzu! Ostatecznie jednak mający przewagę Amerykanie szybko przycięli sporną topolę, zostawiając z niej właściwie tylko smętny pień i sprawa się zakończyła. Władze KRLD umieściły zaś zdobyczne siekiery, narzędzia mordu, w Północnokoreańskim Muzeum Pokoju w Panmundżomie.

Wojna o krowę

Bliżej naszych rejonów doszło w 1469 roku do krwawej bitwy o krowę – między brandenburskim wówczas Świdwinem a pomorskim Białogardem.

„Mieszkaniec Niemierzyna [pod Świdwinem – przyp. red.] pożyczył, na okres zimy krowę mieszkańcowi ziemi białogardzkiej. Ten jednak na wiosnę nie spieszył się z oddaniem własności. Poszkodowany wraz z sąsiadami wtargnął do zagrody białogardzkiej, odebrał swoją krowę i kilka sztuk bydła więcej. W odpowiedzi chłopi białogardzcy napadli Niemierzyno i ukradli znaczną ilość bydła”, czytamy pieczołowicie odtworzoną historię konfliktu na stronach Świdwińskiego Ośrodka Kultury Zamek.

Wójt Świdwina i starosta białogardzki nie potrafili się porozumieć, więc konflikt eskalował: „W efekcie za przyzwoleniem władzy świdwińskiej zorganizowano oddział złożony z chłopów i mieszczan, który wtargnął na ziemię białogardzką i zagarnął bydło znajdujące się na pastwiskach. Skłoniło to starostę białogardzkiego do zorganizowania wyprawy wojennej przeciwko Świdwinowi. Wieść o szykujących się do wojny białogardzianach dotarła do Świdwina. (...) Świdwinianie i białogardzianie spotkali się pod wsią Łęgi i tam starli w bitwie. Podobno poległo 300 Pomorzan, a 100 wzięto do niewoli”.

Wojna o krowę ma jednak swój współczesny happy end. Począwszy od roku 1969, czyli od pięćsetlecia bitwy, odbywają się – już pokojowe – turnieje obu miast, zakończone wspólną ucztą.

Polska na emigracji i na wojnie z Japonią

Pewien nasz wkład w wojenne absurdy stanowi również wypowiedzenie wojny Cesarstwu Japonii przez polski rząd na uchodźstwie w Londynie po japońskim ataku na Pearl Harbor w grudniu 1941 roku. Władze w Tokio po prostu nie przyjęły tego wyzwania. Argumentowały, że „Polacy, bijąc się o swoją wolność, wypowiedzieli nam wojnę pod presją Wielkiej Brytanii”. Doszło do sytuacji, że z jednej strony polskie statki i piloci wzięli udział w walkach na Dalekim Wschodzie, a z drugiej – trwała współpraca wywiadowcza obu krajów w kwestii wspólnego wroga: Związku Sowieckiego. Ta dziwna wojna polsko-japońska trwała formalnie do roku 1957, gdy oba kraje znormalizowały stosunki.

Zwierzęta na celowniku

Bywały wojny o stada, a czasem walczono także z samymi zwierzętami. Na przykład w Chinach za czasów Mao tępiono bezlitośnie wróble. Powód: oskarżano je o wyjadanie ziarna na zasiewy. Podczas kampanii w latach 1958-1962 wybito około miliarda wróbli! Nie wzięto tylko pod uwagę, że bez nich rozpleni się szarańcza, co jeszcze spotęguje głód w kraju i doprowadzi do dziesiątków milionów ofiar wśród ludzi.

Wiele do powiedzenia o bezsensownych walkach ze zwierzętami mieliby także Australijczycy. Swego czasu uznali za szkodniki... misie koala. W latach 1888-1927 zabili dla futer osiem milionów tych torbaczy! Dziś Australijczycy leją nad nimi krokodyle łzy. Na ich kontynencie namnożyło się za to sporo gatunków pochopnie sprowadzonych z Europy, Azji i Ameryki Południowej – które nie miały właściwie naturalnych wrogów kontrolujących ich populację, za to nie brakło im apetytu. W ten sposób zaroiło się na przykład od królików, przeciwko którym wybudowano płot, zużyto miliony sztuk amunicji, a ostatecznie powstrzymano, zarażając zabójczymi wirusami.

Kolejny problem stanowiły włóczące się samopas stada wielbłądów – pierwotnie sprowadzonych do eksploracji pustynnego interioru oraz plaga ropuch aga – które zgodnie z planem zwalczały chrząszcze na plantacjach, ale jednocześnie same stały się jeszcze większymi szkodnikami.

Strusia wojna

Nic nie przebije jednak wojny wypowiedzianej przez Australijczyków w 1932 roku strusiom emu. Wielkie nieloty uznano za zagrożenie dla upraw w zachodniej części kraju. Przeciwko dwudziestu tysiącom ptaków wysłano oddział żołnierzy z karabinami maszynowymi. Czterdzieści dni tropili stada nielotów i ostrzeliwali. Strusie to jednak szybkobiegacze i prędko uciekały. Stada tak błyskawicznie się rozpraszały, że żołnierze za nimi nie nadążali. Upolowali ledwie kilkaset sztuk. Ptaki de facto wygrały tę wojnę. A farmerzy, nie rezygnując ze strzelb, zaczęli się rozglądać za lepszymi ogrodzeniami.

Cykl „SOBOTA PRAWDĘ CI POWIE” to propozycja OKO.press na pierwszy dzień weekendu. Znajdziecie tu fact-checkingi (z OKO-wym fałszometrem) zarówno z polityki polskiej, jak i ze świata, bo nie tylko u nas politycy i polityczki kłamią, kręcą, konfabulują. Cofniemy się też w przeszłość, bo kłamstwo towarzyszyło całym dziejom. Rozbrajamy mity i popularne złudzenia krążące po sieci i ludzkich umysłach. I piszemy o błędach poznawczych, które sprawiają, że jesteśmy bezbronni wobec kłamstw. Tylko czy naprawdę jesteśmy? Nad tym też się zastanowimy.

Na zdjęciu Adam Węgłowski
Adam Węgłowski

Dziennikarz i autor książek. Był redaktorem naczelnym magazynu „Focus Historia”, zajmował się m.in. historycznymi śledztwami. Publikował artykuły m.in. w „Przekroju”, „Ciekawostkach historycznych” i „Tygodniku Powszechnym”. Autor kryminałów retro, powieści z dreszczykiem i książek popularyzujących historię.

Komentarze