0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Fot. Jakub Orzechowski / Agencja Wyborcza.plFot. Jakub Orzechows...

Pracujesz w określonych godzinach, wykonujesz pracę dla jednego pracodawcy, otrzymujesz stałe wynagrodzenie – ale zamiast etatu, możliwości wzięcia L4 w razie choroby, okresu wypowiedzenia w razie zwolnienia i prawa do urlopu, jesteś osobą zatrudnioną na umowie cywilnoprawnej, B2B.

Polski rynek pracy jest przesiąknięty tzw. fikcyjnymi umowami śmieciowymi. Pracodawcy często mamią pracowników perspektywą wyższych zarobków (bo firma nie odprowadza składek na ubezpieczenia społeczne – samozatrudniony robi to sam, a składki te są z reguły niższe niż na etacie), ale oferują benefity czy urlop, złudnie przypominając pełnoetatową umowę o pracę.

Przeczytaj także:

Umowy B2B to często fikcja

I to na dwóch poziomach. Z jednej strony pracodawcy wypychają pracowników na umowy cywilnoprawne, obiecując wyższe zarobki i licząc na mniejsze koszty po swojej stronie. Pracownik nie ma więc wyboru. Z drugiej, nierzadko to on sam chce przejść na umowę śmieciową i zakłada jednoosobową działalność gospodarczą. Znowu – fikcyjną, ale okraszoną licznymi przywilejami składkowymi i podatkowymi, co potwierdził przed rokiem sam ZUS. „W ich konsekwencji większość z nich czeka emerytalna katastrofa i bardzo niskie świadczenia” – wskazywali dr Janina Petelczyc ze Szkoły Głównej Handlowej i dr Tomasz Lasocki z Politechniki Warszawskiej.

Przez tę fikcję państwo dużo traci – i na podatkach i na składkach. Jak wyliczali eksperci, w Polsce nawet 13 proc. pracowników jest samozatrudniona. Tylko trzech z dziesięciu prowadzących działalność zgłasza współpracownika/ów do ubezpieczenia. Reszta, oficjalnie, pracuje w pojedynkę. Według GUS na początku 2025 roku liczba jednoosobowych firm z dochodami płynącymi głównie z jednego źródła sięgała 455 tysięcy. Pięć lat wcześniej – „zaledwie” 146 tysięcy, 211 procent mniej.

Jak wskazuje raport ZUS, właściciele JDG zarabiają znacząco więcej niż etatowi pracownicy i płacą od nich dużo niższe składki na ubezpieczenia społeczne.

„Większość jednoosobowych działalności gospodarczych osiąga znacznie wyższe dochody niż pracownicy. W 2022 roku średni dochód w analizowanej próbie w tej grupie wynosił niemal 13 tys. zł miesięcznie” – czytamy w raporcie.

Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej proceder ten chciało ukrócić. Szumne zapowiedzi o przekształcaniu umów B2B na etaty trwają niemal od początku kadencji. W kwietniu 2025 roku resort powołał specjalny zespół do reformy Państwowej Inspekcji Pracy, w sierpniu pokazał projekt ustawy, a 4 grudnia przyjął go Komitet Stały Rady Ministrów, który jest swego rodzaju filtrem wprowadzanych przez rząd zmian. Tam Dziemianowicz-Bąk dostała zielone światło. Resortowi wydawać się mogło się, że teraz pozostają formalności – akcept rządu, a potem głosowanie w Sejmie i Senacie. Nieoczekiwanie na linii ministra pracy – premier Donald Tusk doszło do spięcia, które pod znakiem zapytania postawiło sensowność całego planu przekształceń fikcyjnych umów B2B.

„Waldemarze, ja Cię błagam”

Projekt umowy był procedowany przez rząd 30 grudnia, na tym samym posiedzeniu, na którym ministrowie przyjęli projekt ustawy o statusie osoby najbliższej oraz Plan Strategiczny dla Wspólnej Polityki Rolnej. Całe spotkanie zaplanowano na dwie godziny, a ostatnie w 2025 roku posiedzenie roku zakończyć miała wspólna konferencja odpowiedzialnej za ustawę o sobie najbliższej Katarzyny Kotuli, Stefana Krajewskiego, ministra rolnictwa oraz Agnieszki Dziemianowicz-Bąk. Ostatecznie spotkanie z dziennikarzami rozpoczęło się trzydzieści minut później, a ministra pracy na konferencji nie pojawiła się wcale.

Powód: jej projekt ustawy na posiedzeniu rządu, który zwykle jest formalnością dla przyjętych przez Komitet Stały Rady Ministrów projektów, został storpedowany przez premiera Donalda Tuska.

Awantura miała trwać ponad godzinę. „Ci, którzy uczestniczyli w posiedzeniu Rady Ministrów pierwszy albo drugi raz zrobili wielkie oczy, bo mieli poczucie, że to jest największa awantura i największa złość, jaką widzą u premiera, będąc z nim w jednym pomieszczeniu” – cytuje swojego informatora TVN.

Podczas posiedzenia rządu głos miał zabrać minister sprawiedliwości, prokurator generalny Waldemar Żurek i powiedzieć: „drodzy państwo, może spróbuję załagodzić, wylać trochę oliwy na wzburzone morze”. Premier podobno na niego spojrzał i powiedział: „Waldemarze, ja cię błagam, nie wtrącaj się”.

Miała być wielka reforma, będzie ogryzek

O co poszło? Agnieszka Dziemianowicz-Bąk zgłosiła projekt reformy jako jeden z kamieni milowych w ramach KPO. Wbrew opinii premiera.

Tuskowi, jak podaje „Gazeta Wyborcza”, ma nie podobać się zapis, że to inspektor PIP mógłby wydawać decyzje administracyjne o przekształceniu umowy. Premier chciałby, by decydujący głos miał, jak dzisiaj, sąd, a kompetencje inspektora pracy w tym zakresie były mniejsze.

Sprzeciw premiera ws. proponowanego poszerzenia kompetencji inspektorów pracy nie jest nowy – Tusk mówi o nim od października, ale Dziemianowicz-Bąk miała go zignorować, nie tylko zostawiając zapis w ustawie, ale i próbować przyspieszać prace nad projektem. Premier zarzucił posłance Lewicy, że próbowała niepotwierdzone przez premiera zapisy „przemycić”.

„Jest kierunkowa decyzja rządu, żeby nie zmieniać tego, że w takich sprawach zawsze musi decydować sąd. Dlatego tak rzetelnie KSRM i poszczególne ministerstwa będą pracować nad tą ustawą, żeby nie było tam diabła” – mówił w Polsacie w piątek rano 2 stycznia Adam Szłapka, rzecznik rządu.

Ustawa Dziemianowicz-Bąk została bowiem skierowana przez Donalda Tuska do dalszych, gruntownych prac. Nie wiadomo, jaki dokładnie przybiorą zakres i kiedy cały projekt wróci pod obrady rządu.

Pewne jest jedno: że przepisy nie wejdą w życie przynajmniej w pierwszej połowie 2026 roku.

Więcej pytań niż odpowiedzi

Znaków pytania jest więcej. Ostatnie międzyresortowe ustalenia z początku grudnia mówiły o rezygnacji z rygoru natychmiastowej wykonalności decyzji oraz szansy na przekształcenie zaległych umów (i składek) nawet do trzech lat wstecz, co było kością niezgody.

Pomysł ten krytykował już wcześniej w OKO.press dr Tomasz Lasocki, ekspert Federacji Przedsiębiorców Polskich. „Tu nie ma dobrego rozwiązania. W każdym wariancie ktoś na tym znacznie straci. Pytanie tylko, czy mają to być pracodawcy, czy pracownicy” – wskazywał. "Jeśli nie damy decyzjom inspektorów PIP klauzuli natychmiastowej wykonalności, to konsekwencje tego poniesie pracownik. Bo pracodawca taką decyzję zaskarży do sądu. Przepustowość polskich sądów jest taka, że proces będzie ciągnął się długo, a pojawienie się nowych spraw bez odpowiedniego przygotowania organizacyjnego i finansowego sądów tylko ten stan pogorszy. W konsekwencji to zatrudniony nie będzie mógł korzystać przez ten czas z uprawnień pracowniczych” – tłumaczy ekspert.

Tymczasem sądy pracy od lat są niewydolne. Jak przekazało „Dziennikowi Gazecie Prawnej” ministerstwo sprawiedliwości, na prawomocny wyrok w sądzie pracy czeka się obecnie ponad 2 lata (25,3 miesiąca w obu instancjach), czyli o pół roku dłużej niż w innych wydziałach (średni czas dwuinstancyjnego postępowania we wszystkich sądach to 17,5 miesiąca). Jeśli więc pomysł premiera wszedłby w życie, pracownik decyzję o zmianie umowy – zamiast od razu – mógłby otrzymać średnio po ponad dwóch latach.

Fikcyjne B2B. Traci całe państwo

Ministerstwo Finansów, na które powołuje się Agnieszka Dziemianowicz-Bąk, wyliczyło, że fikcyjne samozatrudnienie, czyli sytuacja, w której osoba formalnie prowadzi działalność gospodarczą i wystawia faktury B2B, ale w praktyce pracuje jak zwykły etatowy pracownik,

generuje ponad 2 miliardy złotych strat dla budżetu rocznie.

To, jak pisał na łamach OKO.press Adam Suraj, zaledwie 0,7 proc. deficytu sektora finansów publicznych planowanego na 2026 roku. „Reforma to tsunami w szklance wody [...] W praktyce najprawdopodobniej zmiany będą lekko odczuwalne” – pisze nasz autor, dodając, że ich główną wartością jest funkcjonowanie na rynku pracy jako swego rodzaju straszak.

„Zamiast bronić uczciwych przedsiębiorców, którzy w sytuacji stosunku pracy zatrudniają na umowę o pracę, dyskutujemy o tym, jak nie skrzywdzić tych, którzy próbują ten obowiązek na wszystkie sposoby ominąć. To jest po prostu absurd” – mówił w wywiadzie dla OKO.press Piotr Ostrowski, przewodniczący Ogólnopolskiego Porozumienia Związków Zawodowych. „Przestańmy w końcu bronić tych, którzy łamią prawo. To tak jakbyśmy mówili, że w gruncie rzeczy przekraczanie prędkości na drodze nie jest złe, bo wtedy można szybciej dostać się z miejsca A do miejsca B. Żaden inspektor pracy nie będzie interweniował wobec tych, którzy uczciwie prowadzą działalność gospodarczą, w zgodzie z obowiązującym w Polsce prawem, do którego należy także Kodeks Pracy” – podkreślał.

Czy istnieje remedium? Zdaniem Tomasza Lasockiego jedynym sensownym rozwiązaniem jest cofnięcie się do poprzedniej wersji kamienia milowego, czyli propozycji rządu PiS, aby oskładkować wszystkie umowy cywilnoprawne, a w dalszym kroku unormować oskładkowanie działalności gospodarczej, by ograniczyć lawinowe zastępowanie zatrudnienia umowami B2B.

„Wszyscy, którzy pracując, są narażeni na to, że wskutek choroby czy starości nie będą już w stanie zarobkować, powinni być objęci systemem zabezpieczenia społecznego na podobnych zasadach, bo są objęci tym samym ryzykiem socjalnym. Czy ktoś jest na działalności, czy na zleceniu, czy na umowie o pracę, to przyjdzie moment, w którym się zestarzeje i będzie potrzebował pomocy. I nie jest to mój wymysł, ale konstytucyjne prawo" – dodaje ekspert.

;
Na zdjęciu Angelika Pitoń
Angelika Pitoń

Dziennikarka OKO.press. Pisze o prawach pracowniczych, lokatorskich i sprawach społecznych. Absolwentka Szkoły Praw Człowieka przy HFHR. Finalistka nagrody im. Dariusza Fikusa za dziennikarstwo najwyższej próby, Pióra Nadziei Amnesty International czy Korony Równości Kampanii Przeciw Homofobii. W latach 2017-2025 związana z "Gazetą Wyborczą".

Komentarze