0:000:00

0:00

Prawa autorskie: Agnieszka Sadowska / Agencja Wyborcza.plAgnieszka Sadowska /...

O leżącym od kilku dni pod granicznym płotem mężczyźnie informowała 6 maja późnym wieczorem Grupa Granica.

"Dostaliśmy prośbę o pomoc od 31-letniego mężczyzny, który po urazie nogi został wypchnięty z Polski na granicę. Nie mogąc się poruszać, leży samotnie pod granicznym płotem. W Polsce dwa dni temu spotkał służby i udzielono mu pomocy medycznej w karetce, po czym z nogą w szynie medycznej(!), został natychmiast wypchnięty przez Straż Graniczną za płot graniczny" – napisała Grupa Granica w komunikacie skierowanym do mediów.

Wraz z sygnałem alarmowym, mężczyzna wysłał aktywistom zdjęcia, na których widać fragmenty zapory granicznej oraz świeżo założony opatrunek na nodze, wraz z szyną unieruchamiającą, co potwierdzało jego relację. W kolejnych komunikatach Grupa Granica informowała o szczegółach zatrzymania mężczyzny oraz jego wywózki.

"Mężczyzna pisze, że przed pushbackiem był w polskim szpitalu, miał wykonane prześwietlenie RTG, po nim noga została opatrzona, a on zabrany ze szpitala przez SG i wywieziony do Białorusi. Jesteśmy z nim w stałym kontakcie, wciąż siedzi pod bramką, przez którą SG przepycha uchodźców i nie jest w stanie chodzić" – pisali aktywiści.

Przeczytaj także:

Obywatelska interwencja

Interwencję podjęła Beata Siemaszko, aktywistka zaangażowana w działania pomocowe od początku kryzysu humanitarnego. Siemaszko postanowiła jechać na miejsce i osobiście wezwać Straż Graniczną, by ta udzieliła mężczyźnie pomocy. Co okazało się nie być wcale takie proste.

Jak relacjonowała w rozmowie z nami, Siemaszko pojechała na granicę, zatrzymując się tuż przed pasem granicznym, aby nie łamać przepisów.

"Zachowywałam się tak, jak trzeba. Na miejscu nawiązałam kontakt z mężczyzną – krzyczeliśmy do siebie. Wołałam też Straż Graniczną, świeciłam długimi światłami, trąbiłam klaksonem i nic – mimo że tuż obok była budka strażnicza. Stałam tam ze 40 minut i nikt do mnie nie przyjechał" – opowiada kobieta.

"Zaczęłam krążyć więc po okolicy w nadziei, że napotkam patrol. Udało się po półgodzinie, zatrzymałam auto straży. Ale mundurowi powiedzieli mi, że nie mogą się zająć sprawą, bo mają inne zadania, a poza tym… zabłądzili. Kazali mi dzwonić na placówkę Straży Granicznej w Mielniku. Tak też zrobiłam" – relacjonuje.

"Gdy wreszcie na miejsce przyjechał patrol, który zechciał się sprawą zająć, udało mi się przekonać mundurowych, aby chociaż przekazali mężczyźnie niezbędne rzeczy, oczywiście po uprzednim wyrażeniu zgody przez ich przełożonego".

Wśród tych rzeczy było ciepłe jedzenie, herbata, suche ubrania. Siemaszko dopilnowała, aby strażnicy przekazali plecak z pomocą i odjechała.

Straż Graniczna udaje, że mężczyzny nie ma, a ten trafia do szpitala

Następnego dnia rano – w niedzielę 7 maja – aktywiści odebrali informację, że mężczyzna wciąż leży pod płotem, już trzecią dobę. Ponownie zaalarmowali media i sprawa stała się już głośna, a Straż Graniczna nabrała wody w usta.

Aktywiści usłyszeli, że wszystko jest w porządku, a teren jest regularnie patrolowany. Natomiast rzeczniczka Podlaskiego Oddziału Straży Granicznej w rozmowie z Maciejem Chołodowskim z białostockiej „Gazety Wyborczej” utrzymywała, że nikt przy granicy nie leży.

Ostatecznie – wczesnym niedzielnym południem – pogranicznicy ugięli się i wezwali pogotowie.

A mężczyzna, którego według SG miało przy granicy nie być, trafił do szpitala w Hajnówce.

"Złamanie tego typu jest wskazaniem do pilnej interwencji zabiegowej" – przekazał „Wyborczej” zastępca dyrektora do spraw lecznictwa hajnowskiego szpitala Tomasz Musiuk.

"Być może, kiedy patrol sprawdzał ten teren, był akurat gdzieś głębiej i nie było go widać" – tłumaczyła się „Wyborczej” rzecznik Podlaskiego Oddziału Straży Granicznej.

"Ale przecież przy mnie przekazywali mu rzeczy" – oburza się Siemaszko, komentując w rozmowie z nami słowa rzecznik.

Mężczyzna oczekuje w szpitalu na operację. Wiemy, że będzie chciał ubiegać się o ochronę międzynarodową. Pytania, dlaczego został wywieziony na granicę, zamiast od razu trafić na stół operacyjny, pozostają – na razie – bez odpowiedzi.

Kiedy elektroniczna zapora działa – a kiedy nie

To nie pierwszy przypadek, gdy wezwania o pomoc przychodzą od osób będących tuż przy płocie granicznym. Aktywiści usiłowali już wcześniej wymuszać na Straży Granicznej konkretne działania, przede wszystkim wezwanie pomocy medycznej i przetransportowanie osób do szpitali w Polsce. W odpowiedzi najczęściej słyszeli, że alarmistyczne sygnały zza płotu to prowokacja służb białoruskich.

Z kolei pojedyncze przypadki przekazywania pomocy przez płot – wiążące się z koniecznością przekroczenia pasa granicznego objętego zakazem wstępu – kończyły się zatrzymaniami i mandatami. Tak jak w przypadku grupy osób aktywistycznych z obywatelką Niemiec.

Do ich zatrzymania doszło 28 lutego, przy granicy, tuż po przekazaniu pomocy humanitarną. Konsekwencją działania osób aktywistycznych były kary grzywny w wysokości 500 złotych. Straż Graniczna przekonywała wówczas, że w trakcie zatrzymania aktywistów ustaliła, że obywatelka Niemiec złamała ów zakaz kilkukrotnie oraz nie chciała przyjąć mandatu.

„W związku z tym zgodnie z Ustawą o wjeździe na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej, pobycie oraz wyjeździe z tego terytorium obywateli państw członkowskich Unii Europejskiej i członków ich rodzin (Dz.U. 2021 poz. 1697) otrzymała ona decyzję o opuszczeniu Polski w terminie 5 dni z zakazem wjazdu obowiązującym na 5 lat” – poinformowała SG, komunikując swą decyzję na Twitterze, wraz ze zdjęciami osób podbiegającymi do płotu.

Te obrazy, wraz z wcześniej i później publikowanymi zdjęciami oraz nagraniami osób migrujących przekraczających lub dopiero usiłujących przekroczyć granicę, mają być dowodem skuteczności działań straży granicznej oraz efektywności tzw. zapory elektronicznej, czyli systemu monitoringu zainstalowanego na granicy tuż po ukończeniu budowy płotu.

Ale jak pokazuje przypadek mężczyzny leżącego tuż przed płotem – system nie działa, jeśli potrzebna jest pomoc. I jest to bardzo niepokojące.

Kryzys trwa i ludzie giną

Od marca aktywiści notują wysoki wzrost wezwań pochodzących od osób migrujących. Ruch na granicy porównują nierzadko z jesienią roku 2021 roku, czyli ze szczytem kryzysu humanitarnego.

Doniesienia aktywistów znajdują potwierdzenia w liczbach publikowanych przez Straż Graniczną, która w swoich codziennych komunikatach donosi o ok. 100 osobach usiłujących przekroczyć granicę dziennie. A jak twierdzi ekspert ds. migracji Uniwersytetu Warszawskiego, prof. Maciej Duszczyk, na granicy udaje się zatrzymać ok. 30 proc. osób migrujących.

Nie brakuje też doniesień tragicznych, jak choćby ostatniej wiadomości (5 maja) o wypadku w podlaskiej Trześciance, gdy w trakcie pościgu za autem, w którym – najprawdopodobniej – przewożono osoby migrujące doszło do dachowania. Jedna osoba zginęła na miejscu, a kolejna w szpitalu:

Wcześniej donoszono o śmierci Syryjczyka (23 kwietnia), który przekraczając granicę spadł z płotu granicznego. W ostatnim czasie aktywiści działający na Podlasiu odnajdywali też ciała osób, które zmarły w trakcie przekraczania w lesie.

Oficjalna liczba ofiar białoruskiej presji na kraje unijne oraz polskiej i unijnej polityki migracyjnej to 43 zmarłych.

Przeczytaj także:

Komentarze