Na Białorusi wciąż karze się za politykę: nakłada grzywny, skazuje na więzienie, zamyka w domach. Osobom, które odbyły już wyrok, grozi się nowymi sprawami karnymi i zakazuje wyjazdu z kraju. Jeśli ktoś decyduje się na ucieczkę, w dotarciu do Europy pomagają mu aktywiści działający na terenie UE
Według obrońców praw człowieka od 2020 roku na Białorusi z powodów politycznych skazano ponad 8 300 osób. Około 3 600 z nich nie zostało jednak uznanych za więźniów politycznych, m.in. dlatego, że odbywały lub odbywają karę nie w więzieniu, lecz w domu, w ramach tzw. chemii domowej, czyli formy ograniczenia wolności bez skierowania do zakładu karnego.
Po zakończeniu kary więzienia lub „chemii” człowiek pozostaje pod nadzorem systemu, jest wzywany na rozmowy profilaktyczne, a często także grozi mu się wszczęciem nowych spraw karnych.
Mimo oficjalnego zakazu wyjazdu za granicę wielu byłych więźniów politycznych oraz „chemików” podejmuje ryzyko i decyduje się na ucieczkę z kraju. Robią to na własną rękę albo z pomocą aktywistów ze służby ewakuacyjnej działającej w jednym z państw Unii Europejskiej.
Po dwóch latach „chemii” na wyjazd z kraju zdecydował się także były ratownik medyczny Viktar (imię zmienione ze względów bezpieczeństwa), skazany za uderzenie milicjanta. Mężczyzna dwukrotnie próbował przekroczyć granicę, w tym raz z pomocą aktywistów. Udało się dopiero za trzecim razem. Opowiadamy jego historię i wyjaśniamy, jak działa służba ewakuacyjna.
Viktar nie był aktywistą politycznym. Ukończył szkołę medyczną jako felczer, jak wielu białoruskich mężczyzn odbył półtoraroczną obowiązkową służbę wojskową, a potem poszedł pracować w pogotowiu w Mińsku. Nie planował wyjazdu za granicę i wiązał swoje życie z ojczyzną. Nawet po stłumieniu protestów w 2020 roku wierzył, że wszystko się ułoży.
Pracując w pogotowiu podczas COVID-19, Viktar dostrzegał niedoskonałości systemu. Na początku pandemii lekarzom brakowało sterylnych kombinezonów, a maseczki trzeba było szyć z poszewek. Pomagały prywatne firmy, a także restauracje, które za darmo karmiły lekarzy.
W szczycie epidemii medycy otrzymywali dodatkowe wynagrodzenia. Pensja Viktara wzrosła wtedy z 1 200 do 4 000 rubli (z ok. 1 540 zł do 5 100 zł wg kursu z 30 kwietnia 2026 roku). Wkrótce jednak dopłaty zaczęto stopniowo likwidować, aż w lipcu 2021 roku mężczyzna dostał zaledwie 980 rubli (1 260 zł).
– To był mój ostatni miesiąc w pogotowiu – wspomina Viktar. – Odszedłem nie tylko ze względu na pieniądze, ale też z poczucia solidarności. W tym czasie moich kolegów zwalniano z powodów politycznych.
Podczas protestów pogotowie bywało wykorzystywane do represji. Na przykład milicja używała karetek, by podjeżdżać do protestujących niezauważona.
Viktar pamięta, że w lipcu 2020 roku, miesiąc przed wyborami, jego zespół zaczęto w weekendy, kiedy odbywały się manifestacje, wysyłać na dyżury do budynków administracji prezydenta, gdzie siedzieli w piwnicy razem z żołnierzami.
Podczas protestów Viktar miał urlop, więc uczestniczył we wszystkich demonstracjach. Pewnego dnia udało mu się nawet porozmawiać z kolegami, którzy pełnili tam służbę. Unikać zatrzymań udawało się do połowy września, kiedy podczas jednego z marszów milicja zablokowała drogę. Kolumna ruszyła w bok, gdzie czekała na nią zasadzka. Funkcjonariusze zaproponowali mężczyznom poddanie się, obiecując w zamian, że nie ruszą kobiet.
– Uwierzyliśmy – gorzko uśmiecha się Białorusin. – Kobiety załadowali do następnej więźniarki...
Viktar wyszedł wtedy z mandatem w wysokości 500 rubli (640 zł). Nie powstrzymało go to, a wręcz przeciwnie – w swojej dzielnicy zaczął podziemnie drukować i kolportować gazetę „Narodnaja Wola”. Kilka razy w tygodniu na domowej drukarce drukował około 20 egzemplarzy i roznosił je abonentom, głównie osobom starszym.
– Spotykałem ludzi, którzy w innych dzielnicach robili to samo. Ale starałem się z nimi nie kontaktować, żeby w razie mojego zatrzymania i przesłuchania nie wiedzieć za dużo – opowiada.
Masowe protesty na Białorusi trwały od sierpnia do listopada 2020 roku. Brutalne działania służb spowodowały, że akcje przeniosły się z centralnych bulwarów i placów na osiedla i podwórka. Aktywność protestacyjna stopniowo wygasała, aż ustała w marcu 2021 roku.
Z gazetami Viktara nie udało się złapać. Zatrzymanie nastąpiło podczas referendum konstytucyjnego, które odbyło się 27 lutego 2022 roku – trzy dni po rosyjskiej inwazji na Ukrainę.
Po głosowaniu ludzie stali na ulicy i omawiali najnowsze wiadomości, gdy nagle pojawiła się dziewczyna z antywojennym plakatem. Tłum zaczął szeptać. Ochrona szybko zareagowała i wprowadziła dziewczynę do budynku. Po chwili przy wejściu zaparkował samochód z milicjantami w maskach.
– Wszystko działo się pod wpływem emocji. Widziałem, że jest nas wielu, ale nie mogliśmy obronić ani siebie, ani tej dziewczyny – mówi Viktar.
Kiedy milicjanci przechodzili obok, Viktar popchnął jednego z nich. Rozpoczęła się szamotanina. Białorusin dwa razy uderzył funkcjonariusza pięścią w twarz, choć trafił tylko raz. Od tyłu zaatakował go drugi milicjant. We dwóch próbowali bezskutecznie wykręcić mu ręce.
– Udało mi się wyrwać pałkę jednemu z nich – kontynuuje Viktar. – Kilka razy uderzyłem go w plecy. W końcu podbiegło jeszcze kilku funkcjonariuszy w cywilu. Założyli mi kajdanki i zaprowadzili do samochodu. Dziewczynie milicjanci w końcu odpuścili.
W samochodzie – był to niebieski minibus – Viktara rzucono na podłogę i wyciągnięto paralizator. Na szczęście był rozładowany. Zamiast tego milicjanci po prostu go kopali.
W celi komisariatu policji mężczyzna przez trzy doby nie dostawał jedzenia. Potem przeniesiono go do aresztu tymczasowego przy ulicy Akrestina w Mińsku, gdzie podczas protestów w 2020 roku masowo torturowano zatrzymanych.
Viktar twierdzi, że umieszczono go w celi o wymiarach 3 na 4 metry, w której było jeszcze 10 osób. Z powodu braku miejsca ludzie nie mogli spać jednocześnie. W nocy wszystkich wyprowadzano na rewizję i stawiano twarzą do ściany w tzw. rozciąganiu.
Według Białorusina czasami podczas wydawania jedzenia kończyły się porcje i część więźniów pozostawała głodna.
Areszt był przepełniony „politycznymi”, w tym zatrzymanymi za antywojenne akcje, które odbywały się w dniu referendum i tuż po nim. W te dni ludzie gromadzili się w kolejkach do lokali wyborczych. Największą akcją była manifestacja przy budynku Sztabu Generalnego, w której wzięły udział setki osób. Były to pierwsze protesty od marca 2021 roku. Zatrzymano niemal tysiąc osób.
Viktar przebywał także w dwóch innych miejscach – w aresztach śledczych w Żodzino i ponownie w Mińsku, przy ulicy Wołodarskiego. Warunki tam były lepsze niż na Akrestina, jednak mężczyznę, jako „politycznego” i „osobę skłonną do ekstremizmu i ataku na administrację”, zakuwano w kajdanki przy wyjściu z celi i podczas transportu.
„Przez około trzy tygodnie czułem, jak drętwieją mi palce w ręce: środkowy, serdeczny i mały” – wspomina.
Proces Viktara odbył się półtora miesiąca po zatrzymaniu. Całe posiedzenie spędził w kajdankach. Oskarżono go o „przemoc lub groźbę użycia przemocy wobec funkcjonariuszy organów porządkowych”.
Artykuł przewiduje karę do sześciu lat pozbawienia wolności. Osoby, którym z powodów politycznych stawia się takie zarzuty, zwykle trafiają do więzienia – nawet ci, których zatrzymano za komentarze w mediach społecznościowych. Viktar otrzymał łagodny wyrok: dwa lata ograniczenia wolności bez skierowania do zakładu karnego. To właśnie Białorusini potocznie nazywają „domową chemią”.
Na wyrok wpłynęło m.in. to, że na procesie nie wspomniano o jego zatrzymaniu w 2020 roku, a także fakt, że jego komputer i telefon były „czyste” – mężczyzna wcześniej usunął wszystkie zdjęcia z protestów oraz opuścił „niewłaściwe” czaty grupowe i kanały w mediach społecznościowych. Ponadto Viktar za pośrednictwem rodziny i przyjaciół wypłacił poszkodowanemu milicjantowi 2 000 rubli (ponad 2 500 zł).
– Do tego prokurator i sędzia były kobietami – dzieli się swoją wersją Viktar. – A ja przecież stanąłem w obronie dziewczyny, może wzbudziłem u nich sympatię swoim czynem i to wpłynęło na wyrok.
Ten rodzaj kary nazywa się „chemią”, ponieważ w czasach sowieckich skazanych wysyłano do szkodliwych zakładów przemysłu chemicznego. Dziś człowiek może sam wybrać, gdzie pracować.
Po odejściu z pogotowia Viktar pracował w prywatnym browarze. Kierownictwo zgodziło się zachować dla niego miejsce pracy, choć oznaczało to dla firmy dodatkowe obowiązki, np. prowadzenie rozmów i raportowanie przed milicją.
Poza pracą, w czasie „chemii”, skazany przebywa w domu. W określonych godzinach wolno mu wyjść do sklepu, do lekarza lub fryzjera. W weekendy opuszczanie domu jest całkowicie zabronione. Nie wolno odwiedzać kawiarni, koncertów, klubów, kin ani innych masowych wydarzeń. Zakazany jest także alkohol, nawet w domu. Pod ścisłym zakazem jest wyjazd z miasta. Raz w tygodniu trzeba meldować się na komisariacie.
Można natomiast korzystać z internetu, zapraszać gości i mieszkać z bliską osobą, np. z dziewczyną, tak jak robił to Viktar.
Najbardziej uciążliwe w są wizyty kontrolne, które milicjanci mogą przeprowadzać o każdej porze, nawet w nocy. Bez ostrzeżenia pukają do drzwi, krzyczą: „Otwierać”, a następnie przeszukują mieszkanie i zadają pytania.
– Głównym problemem „chemii” jest to, że niszczy koncepcję: „mój dom to moja twierdza” – uważa Viktar. – Z tego powodu lęk ulega ogromnemu nasileniu. Zacząłem dosłownie słyszeć wszystko, co dzieje się poza mieszkaniem: kto wchodzi po schodach, kto co mówi i tak dalej.
Mężczyzna sprawdził również, gdzie znajdują się kamery monitoringu na trasach, którymi się poruszał, i w jakim kierunku są skierowane. Nie było to przypadkowe.
W samym tylko Mińsku zainstalowano ponad pięć tysięcy kamer z funkcją rozpoznawania twarzy, m.in. w sklepach, kawiarniach, parkach i na terenach zielonych.
Wszystkie są połączone w jedną sieć zwaną Kipod.
Od kilku lat system jest wykorzystywany m.in. do wykrywania „chemików”, którzy łamią zasady. Aby oszukać system, ludzie zakładają ciemne okulary, kaptury lub czapki. Jednak kamerom wystarczy bardzo krótki czas, by zarejestrować wizerunek osoby, więc jeden fałszywy ruch może zepsuć całą konspirację.
Po odbyciu kary byli więźniowie polityczni i „chemicy” nie są pozostawieni sami sobie. Znajdują się pod nadzorem prewencyjnym, który obejmuje m.in. zakaz wyjazdu za granicę. Opuścić ojczyznę pomagają takim osobom aktywiści przebywający na terytorium Unii Europejskiej. Chodzi o służbę ewakuacyjną działającą w ramach fundacji BYSOL, która zajmuje się wspieraniem białoruskich więźniów politycznych.
Służba ewakuacyjna to kilku ludzi, którzy nie ujawniają swoich nazwisk. Często nawet ich przyjaciele nie wiedzą, czym się zajmują. W ciągu pięciu lat pracy zespół obsłużył 2700 przypadków – zarówno pojedynczych wyjazdów, jak i ewakuacji rodzin. To całkowicie różne historie. Na przykład jeden mężczyzna przez kilka miesięcy ukrywał się przed milicją w lesie i mieszkał w namiocie, zanim zwrócił się o pomoc.
Przedstawiciel fundacji BYSOL, Dzmitry Jahorau, mówi, że zgłaszają się przede wszystkim ci, którym grozi zatrzymanie z powodów politycznych, oraz ci, którzy już odsiedzieli karę, ale nie mogą wyjechać z powodu zakazu. Choć władze wywierają na nich presję, jednocześnie „wypychają ich z kraju”.
– Tworzy się takim ludziom nieznośne warunki życia na Białorusi – stwierdza aktywista. – Grozi się im nowym postępowaniem karnym. Przeprowadza się „rozmowy profilaktyczne", podczas których mówi się, że są ekstremistami i znów trafią do więzienia.
Dzmitry dodaje, że do ewakuacji często zgłaszają się osoby, które już odsiedziały karę i do których znów przychodzą z rewizją. O pomoc proszą także byli „chemicy”, którzy rozumieją, że normalne życie na Białorusi nie będzie już dla nich możliwe.
O wyjeździe z Białorusi Viktar zaczął myśleć wiosną 2024 roku, po zakończeniu „chemii”. Decyzję podjął dopiero jesienią. Skontaktował się ze służbą ewakuacyjną – wcześniej z jej pomocą wyjechali jego znajomi.
Pierwsza próba zakończyła się niepowodzeniem. Niedaleko granicy z Litwą otrzymał polecenie powrotu do Mińska. Jak mówi, wyjazd nie doszedł do skutku z winy służby ewakuacyjnej – być może w tamtym czasie była ona przeciążona, a aktywiści skupiali się na pilniejszych przypadkach.
Zdaniem Jahoraua liczba zgłoszeń do służby ewakuacyjnej rośnie w momentach, gdy milicja i propaganda nasilają presję na społeczeństwo. W takich okresach ludzie bardziej się boją, a osoby objęte nadzorem są wzywane na rozmowy.
Po nieudanej próbie Viktar przez pewien czas pozostawał w kontakcie z aktywistami, analizując różne scenariusze ewakuacji. W pewnym momencie zdecydował się jednak działać samodzielnie. Przyjaciółka doradziła mu aplikowanie do Programu Kalinowskiego, który umożliwia białoruskiej młodzieży dotkniętej represjami rozpoczęcie lub kontynuowanie studiów w Polsce. Mężczyzna przeszedł rekrutację i otrzymał polską wizę. Pozostało rozwiązać problem zakazu wyjazdu.
– Postanowiłem zaryzykować i pojechałem pociągiem Mińsk–Królewiec, który tranzytem przejeżdża przez Litwę. Planowałem oddać się w ręce litewskich pograniczników – opowiada.
Plan się nie powiódł. Białoruscy pogranicznicy go przepuścili, litewscy – nie.
Viktar był w szoku: był przekonany, że Litwini rozumieją sytuację na Białorusi i pozwolą mu wjechać.
Jak potwierdza przedstawiciel BYSOL, Białorusini często samodzielnie korzystają z tej trasy, by opuścić kraj. Zwykle docierają do Kaliningradu, a stamtąd kierują się w stronę granicy rosyjsko-polskiej.
Jahorau zapewnia, że wśród tras wykorzystywanych przez służbę ewakuacyjną nie ma nielegalnego przekraczania granicy z Unią Europejską przez leśne ścieżki czy rzeki. Chodzi także o bezpieczeństwo. – Nie możemy sobie pozwolić na to, żeby ktoś dostał kulę w plecy – mówi.
Podstawowa trasa dla osób objętych zakazem wyjazdu prowadzi przez Rosję, z którą Białoruś nie ma kontroli granicznej. Stamtąd wyjeżdża się lub wylatuje do krajów bezwizowych i względnie bezpiecznych dla Białorusinów, takich jak Armenia, Gruzja czy Zjednoczone Emiraty Arabskie.
Dzmitry podkreśla, że w Rosji należy unikać dużych miast, takich jak Moskwa czy Petersburg, ponieważ jest tam
dużo policji i kamer monitoringu z AI, które mogą rozpoznać człowieka – zwłaszcza jeśli jest poszukiwany.
Lepiej zatrzymywać się w mniejszych miejscowościach, a bilety kupować tam, gdzie nie trzeba okazywać dokumentów, albo robić to za pośrednictwem innych osób. Rosję opuszcza się głównie transportem lądowym. Jeśli jednak wybór pada na samolot, bilet należy kupić tuż przed wylotem, tak aby była szansa, że służby nie zdążą zareagować na „ujawnione” dane.
Dzmitry wyjaśnia, że białoruskie i rosyjskie bazy osób poszukiwanych są ze sobą powiązane. Taka synchronizacja wymaga jednak czasu i – jak pokazuje praktyka – działa bardzo niedoskonale.
– Najpierw potrzeba czasu, by wprowadzić dane do białoruskich baz, potem kolejnego, by zsynchronizować je z rosyjskimi. Tego czasu nie ma dużo i trzeba go dobrze wykorzystać – tłumaczy aktywista.
Gdy człowiek opuści Rosję i znajdzie się w kraju neutralnym, rozpoczyna się praca dyplomatyczna, dzięki której w trybie przyspieszonym wydawana jest wiza jednego z państw Unii Europejskiej. Równolegle opracowywana jest bezpieczna, szybka i możliwie tania trasa do Europy.
Po pierwszej nieudanej próbie ewakuacji do lęku Viktara dołączyła depresja. Jak mówi, był „na skraju wyczerpania”. Pomogły mu antydepresanty przepisane przez lekarza.
– Nie miałem siły nic robić, nie mogłem się skoncentrować, mózg był jak galareta. Trudno było się czegoś nauczyć, zapamiętać, coś wymyślić, podjąć jakąkolwiek decyzję. Człowiek staje się po prostu niezdolny do działania – opowiada Białorusin o tamtym okresie.
Dodaje, że w ten stan wchodzi się stopniowo, na każdym etapie przyzwyczajając się do nowej rzeczywistości. Dopiero gdy leczenie zaczyna działać, pojawia się świadomość, jak niska była jakość życia.
Osoby zgłaszające się po ewakuację często są w niestabilnym stanie psychicznym, potwierdza Dzmitry Jahorau. Są przestraszone, żyją w ciągłym stresie, często w panice. Ludziom w takim stanie trzeba dawać jasne, konkretne instrukcje, krok po kroku, zaczynając od najbardziej podstawowych rzeczy:
weź paszport, akt urodzenia, akt małżeństwa, zeskanuj je i zapisz w chmurze, a oryginały spakuj do plecaka.
Zdarzało się, że ktoś tuż przed ewakuacją zmieniał zdanie i ukrywał się przed milicją w swoim domku letniskowym. Bywało też, że już w Rosji ktoś się załamywał, popadał w depresję i przestawał odpowiadać na wiadomości albo odmawiał wykonywania instrukcji. Zamiast szybko wyjechać do Armenii, decydował się zostać w Rosji jeszcze miesiąc. Albo, będąc poszukiwanym, jechał na lotnisko w Moskwie, gdzie na każdym kroku są kamery monitoringu.
– W takich sytuacjach staramy się tłumaczyć, dlaczego to zła decyzja, pokazujemy wszystkie plusy i minusy, żeby człowiek podejmował decyzje świadomie. Tak, spoczywa na nas duża odpowiedzialność, ale wszystkie decyzje podejmuje sam człowiek – wyjaśnia aktywista.
Kontakt utrzymywany jest za pomocą bezpiecznych komunikatorów internetowych, takich jak Signal czy Telegram [te aplikacje obecnie są lub wkrótce będą w Rosji zakazane – przyp. redakcji]. Przed ewakuacją aktywiści zalecają zmianę telefonu i karty SIM oraz założenie nowych kont. Należy poruszać się tak, by nie trafiać w zasięg kamer monitoringu, unikać płatności kartą bankową i zabrać ze sobą tylko niewielki plecak z najpotrzebniejszymi rzeczami.
Po drugiej nieudanej próbie wyjazdu z kraju Viktar pod wpływem emocji kupił bilet autobusowy do Warszawy. Na godzinę przed odjazdem po raz kolejny sprawdził internetową bazę osób objętych zakazem wyjazdu z Białorusi. Okazało się, że jego nazwisko z niej zniknęło.
– Nie mam pojęcia dlaczego. Zakaz wyjazdu miał obowiązywać przez trzy lata po zakończeniu »chemii«, czyli do lutego 2027 roku. Białoruscy pogranicznicy też nie mieli do mnie żadnych pytań – mówi Viktar.
Jahorau nie uważa, by władze celowo usunęły Viktara z bazy, aby w ten sposób skłonić go do wyjazdu. Zdarza się jednak, że podczas „rozmów profilaktycznych” funkcjonariusze sugerują, iż wystarczy wyjechać z kraju, by wszystkie problemy zniknęły.
I rzeczywiście – znikają. Gdy ewakuowane osoby trafiają do bezpiecznego kraju, napięcie opada. Jak mówi Dzmitry, potrafią całymi dniami spać, dochodzą do siebie i zaczynają odczuwać euforię wynikającą z uświadomienia sobie, że nikt już ich nie aresztuje, nie pobije ani nie założy im worka na głowę.
– Proces udanej ewakuacji to emocjonalna huśtawka: od strachu i paniki po euforię – podkreśla aktywista.
Uratowani dziękują służbie ewakuacyjnej: nagrywają filmiki, wysyłają wiadomości. Połączone na nowo rodziny przysyłają zdjęcia z pierwszych od dawna spotkań.
Dzmitry przywołuje poruszające nagranie takiego spotkania. Widać na nim Jelenę, którą zatrzymano bezpośrednio w miejscu pracy. Funkcjonariusze KGB prowadzili z nią dziesięciogodzinne przesłuchanie. Ich głównym celem była jej starsza córka, przebywająca za granicą i oskarżona o „terroryzm”. KGB próbowało zmusić Jelenę do zwabienia córki na Białoruś. W przypadku odmowy grożono jej postępowaniem karnym i odebraniem młodszych dzieci.
Służba ewakuacyjna pomogła wyjechać całej rodzinie, w tym także babci, którą funkcjonariusze doprowadzili do załamania nerwowego. Jelena pisze, że „uciekali praktycznie w tym, w czym stali”.
Po okresie adaptacji osoby, które przeszły przez ewakuację, zaczynają wracać do zwykłego życia: wynajmują mieszkanie, legalizują pobyt, uczą się nowego języka, podejmują pracę, posyłają dzieci do szkoły.
Fundacja BYSOL oraz inne białoruskie organizacje za granicą zakładają zbiórki, aby pomóc takim osobom odnaleźć się w nowym kraju: opłacić mieszkanie na pierwsze miesiące, kupić ubrania, sprzęt domowy i żywność.
Viktar utrzymuje się z pieniędzy przywiezionych z Białorusi oraz ze stypendium w wysokości 1800 złotych, które otrzymuje w ramach Programu Kalinowskiego. Mieszka w akademiku i przygotowuje się do podjęcia studiów na kierunku związanym z piwowarstwem: technologia żywności i żywienie człowieka. Codziennie uczestniczy w zajęciach przygotowawczych – uczy się języka polskiego, biologii, historii i języka angielskiego.
– Czuję się teraz tak spokojny, jak nigdy wcześniej.
– Nawet sprawy, które trzeba załatwić – związane z legalizacją czy studiami – nie budzą już takiego lęku. W każdym razie mam poczucie, że coś się ułoży – mówi Białorusin.
Viktar, podobnie jak inni, którzy wyjechali z powodów politycznych, przez długi czas nie będzie mógł wrócić do ojczyzny. Nastroje wśród takich osób są raczej pesymistyczne – niewielu wierzy, że w ciągu najbliższych 5–10 lat sytuacja na Białorusi zmieni się na lepsze. Dlatego zaczynają postrzegać kraj, do którego trafili, nie jako miejsce tymczasowej emigracji, lecz jako nowy dom.
Białoruski niezależny dziennikarz, obecnie mieszkający w Polsce. Współpracował z Internews, a także z białoruskimi mediami na uchodźstwie, w tym z MOST Media i Zerkalo.io, największym portalem informacyjnym piszącym dla czytelników na Białorusi oraz białoruskiej społeczności za granicą. Dla OKO.press pisze o życiu białoruskiej społeczności w Polsce.
Białoruski niezależny dziennikarz, obecnie mieszkający w Polsce. Współpracował z Internews, a także z białoruskimi mediami na uchodźstwie, w tym z MOST Media i Zerkalo.io, największym portalem informacyjnym piszącym dla czytelników na Białorusi oraz białoruskiej społeczności za granicą. Dla OKO.press pisze o życiu białoruskiej społeczności w Polsce.
Komentarze