0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: AP Photo/Marco Di MarcoAP Photo/Marco Di Ma...

Prezydent Donald Trump, jego administracja oraz skrajna prawica – zarówno amerykańska, jak i europejska, twierdzą, że Unia Europejska to przeregulowany, ociężały moloch, niezdolny do szybkiego podejmowania decyzji, przegrywający globalną konkurencję z Chinami i USA, skazany na katastrofę demograficzną i pogrążony w bezwartościowej, liberalnej dekadencji.

Mimo to kolejne kraje chcą do niego dołączyć. Dlaczego?

Długa kolejka i nowi chętni

W procesie akcesyjnym jest obecnie dziesięć państw: Albania, Czarnogóra, Macedonia Północna, Mołdawia, Serbia, Ukraina, Bośnia i Hercegowina, Kosowo („kandydat na kandydata”), Gruzja (proces akcesyjny wstrzymany) i Turcja (negocjacje akcesyjne zawieszone).

To nie wszystko: kolejne państwa ogłaszają chęć akcesji.

  • Premier Armenii Nikola Paszynian zapowiedział, że jego kraj w najbliższym czasie złoży wniosek o członkostwo.
  • Grenlandczycy, którzy wyszli z Unii w 1985 roku, rozważają, czy nie byliby w Unii bezpieczniejsi wobec zakusów USA, a także czy członkostwo we wspólnocie nie ułatwiłoby im sięgania po niepodległość od Danii.
  • Kanada zbliża się do UE, rozszerzając współpracę – w tym w kwestiach bezpieczeństwa z blokiem, a publicyści po obu stronach Atlantyku fantazjują: a co gdyby stała się członkiem UE?
  • Brytyjczycy żałują, że z Unii wyszli.

Wreszcie w sobotę 29 sierpnia decyzję o tym, czy chcą ponownie wejść na europejską ścieżkę, podejmą Islandczycy.

Islandia już raz aplikowała do UE – w 2009 roku, pod wpływem ciężkich doświadczeń związanych z kryzysem finansowym. Negocjacje zostały jednak wstrzymane cztery lata później po dojściu do władzy ugrupowań eurosceptycznych, w obawie przed kryzysem w strefie euro. Islandia pozostała więc członkiem Europejskiego Obszaru Gospodarczego (EOG). Członkostwo w (EOG) daje państwom spoza Unii Europejskiej pełen dostęp do wewnętrznego rynku UE bez konieczności bycia członkiem politycznym wspólnoty.

Dziś Islandia to jeden z najbogatszych krajów pod względem PKB per capita i jedna z najbardziej ustabilizowanych demokracji na świecie.

To także światowy lider, jeśli chodzi o obecność kobiet w polityce i życiu publicznym. Kobieta stoi na czele islandzkiego rządu (Kristrún Frostadóttir, szefowa socjaldemokratycznej partii Sojusz), ewangelickiego kościoła Islandii (Guðrún Karls Helgudóttir) i zasiada w Pałacu Prezydenckim (Halla Tómasdóttir). Poza tym ponad połowa islandzkiego rządu to kobiety. Kobiety stoją też na czele wszystkich partii w koalicji rządzącej.

Co takiego ma w sobie zatem UE, że tak różne państwa, położone w tak różnych regionach świata, chcą do niej dołączyć? I czy za perspektywą integracji kryje się dziś coś więcej niż mglista obietnica członkostwa i niekończące się negocjacje akcesyjne?

Przeczytaj także:

UE to wciąż gospodarcza potęga

W dobie nasilającej się globalnej konkurencji, coraz większej nieprzewidywalności działań największych aktorów międzynarodowych, rosnących zagrożeń geopolitycznych, powrotu do polityki siły i pięści, kolejne państwa postrzegają UE jako bezpieczną przystań.

Nie psują tego nawet intensywne wysiłki Rosji, by UE osłabić, obrzydzić i zniszczyć.

Unia Europejska to druga największa gospodarka świata – przestrzeń swobodnego przepływu towarów, usług, kapitału i osób, obejmująca około 450 mln konsumentów i generująca PKB o wartości 18,8 bilionów euro (w cenach bieżących, dane Eurostatu za 2025 r.). To ok. 17 proc. światowego PKB.

Czyli 5,5 proc. ludności świata generuje niemal jedną piątą światowego PKB.

Państwa UE to jedne z najbezpieczniejszych, najzamożniejszych i oferujących najwyższą jakość życia państw świata. Europejczycy należą do społeczeństw o najwyższej oczekiwanej długości życia, mają dostęp do rozbudowanych systemów ochrony zdrowia, edukacji i zabezpieczenia społecznego. Europejski model społeczny zapewnia pracownikom standardy ochrony – od płatnych urlopów i ograniczeń czasu pracy po urlopy rodzicielskie – które w wielu innych częściach świata, np. w USA, nie są oczywistością.

Wspólny rynek daje wymierne korzyści.

Jak szacuje Komisja Europejska, jego utworzenie w 1993 roku doprowadziło do zwiększenia europejskiego PKB o około 3-4 procent, co oznacza, że unijny PKB jest obecnie o 3-4 proc. wyższy niż byłby bez jednolitego rynku.

W skali całej unijnej gospodarki to niemało. Biorąc pod uwagę, że obecnie unijne PKB to 18,8 bilionów euro (2025 r.), to dodatkowe 3-4 proc. oznacza dodatkowe 540-720 mld euro PKB rocznie. Dla porównania, PKB Polski za 2025 r. w cenach bieżących wyniósł 922,9 mld euro, a PKB Belgii – 650 mld euro (te dane Eurostat podał na początku sierpnia).

Gdyby nie wspólny rynek, gospodarka UE mogłaby być dziś mniejsza o PKB takiego kraju jak właśnie Belgia.

UE to również jeden z trzech największych graczy w światowym handlu. Według danych Komisji Europejskiej za 2024 rok UE odpowiadała za 15,8 proc. światowego handlu towarami i usługami, wyprzedzając Stany Zjednoczone (13,6 proc.) i Chiny (13,4 proc.).

Dzięki integracji i kompetencji UE w dziedzinie polityki handlowej państwa członkowskie nie negocjują warunków handlu z takimi gigantami jak np. USA czy Chiny osobno, lecz wspólnie, reprezentując jeden z największych rynków świata.

UE to także rosnąca, „ekskluzywna” strefa preferencyjnego handlu.

Unia ma bowiem umowy handlowe z 76 krajami, w tym z tak dużymi gospodarkami jak Japonia, Kanada, Korea Południowa czy Wielka Brytania, a także z całymi blokami regionalnymi, jak Mercosur. Pracuje też nad kolejnymi.

W styczniu 2026 roku Komisja Europejska zakończyła negocjacje umowy o wolnym handlu z Indiami – to największa tego typu umowa wynegocjowana dotąd przez którąkolwiek ze stron. Handel na podstawie dedykowanych umów odbywa się na bardziej preferencyjnych zasadach niż te, które daje członkostwo w WTO. Takie umowy pozwalają bowiem stronom oferować sobie preferencje wykraczające poza podstawowe warunki handlu Światowej Organizacji Handlu.

Dla nowych państw wejście do Unii oznacza zatem nie tylko dostęp do rynku unijnego, ale i do wszystkich tych rynków na ustalonych już zasadach.

To nie wszystko.

UE to także wspólna, rządzona jednym zbiorem zasad przestrzeń polityczna, w której traktaty stoją – coraz skuteczniej – na straży praworządności, demokracji, praw obywatelskich i podstawowych wolności. Nie bez powodu państwa UE należą do światowej czołówki pod względem jakości demokracji, praworządności i ochrony wolności obywatelskich.

Polityka akcesyjna UE jest przy tym uznawana za jeden z najskuteczniejszych na świecie instrumentów demokratyzacji: członkostwo i dostęp do korzyści płynących z integracji jest bowiem uzależniony od demokratycznych i instytucjonalnych reform w państwach kandydujących, co napędza proces demokratyzacji instytucji i życia publicznego.

Nie oznacza to oczywiście, że wszystkie państwa UE są równie zamożne ani że europejski model nie przeżywa dziś poważnych problemów.

Różnice między Luksemburgiem czy Danią a Bułgarią, czy Grecją pozostają ogromne. Europa mierzy się też z bardzo poważnymi problemami: starzeniem społeczeństw, słabnącą konkurencyjnością, kryzysem mieszkaniowym, rosnącymi kosztami życia, pogarszającą się sytuacją finansów publicznych w niektórych państwach członkowskich, wreszcie rosnącą polaryzacją społeczną i związanym z nią wzrostem sił eurosceptycznych, które chcą rozsadzić wspólnotę od środka.

Europa od lat mierzy się też z coraz poważniejszym wyzwaniem migracyjnym, związanym z jednej strony z dużą presją migracyjną na jej granice, a z drugiej z ogromnymi problemami z integracją. To jeden z najbardziej polaryzujących tematów w UE, który jest bardzo skutecznie wykorzystywany przez siły antyeuropejskie do podważania zaufania i przywiązania obywateli do UE.

Ale część z tych problemów nie wynika z faktu integracji, jak chcieliby eurosceptycy, lecz wręcz przeciwnie: z jej ograniczeń.

Dekarbonizacja jako strategia wzrostu

Jednym z najważniejszych problemów europejskich gospodarek, wskazanych w raporcie Mario Draghiego, byłego premiera Włoch i prezesa Europejskiego Banku Centralnego, który podźwignął z kryzysu strefę euro, jest m.in. tempo wzrostu europejskich gospodarek.

Europa pozostaje bogata, ale od ponad dwóch dekad rośnie wolniej niż Stany Zjednoczone.

Jej udział w światowej gospodarce stopniowo maleje. Problemem nie jest wyłącznie słaby wzrost PKB, lecz przede wszystkim stojący za nim słaby wzrost produktywności.

To właśnie produktywność jest jednym z głównych źródeł rosnącej przepaści między Europą a USA – uważa Draghi. Europejskie przedsiębiorstwa mniej inwestują w badania i rozwój, wolniej wdrażają nowe technologie i znacznie rzadziej wyrastają na globalnych gigantów. Dlaczego? Mają trudniejszy dostęp do kapitału, działają na rynku, który mimo ponad 30 lat integracji wciąż pozostaje podzielony wieloma barierami krajowymi, zmagają się z wysokimi cenami energii.

To właśnie z tej diagnozy wyrastają rekomendacje Draghiego – trzy najpilniejsze zadania, które stoją przed UE:

  • zlikwidowanie luki innowacyjnej wobec USA i Chin,
  • połączenie dekarbonizacji ze wzrostem konkurencyjności europejskiego przemysłu,
  • zmniejszenie strategicznych zależności Europy od innych państw.

Według tej diagnozy Europa nie musi wybierać między swoim modelem społecznym i klimatycznym a wzrostem gospodarczym – musi zwiększyć produktywność i inwestycje, jeśli chce być w stanie ten model dalej finansować.

Pomysł polega więc m.in. nie na porzuceniu dekarbonizacji, ale na wykorzystaniu jej jako strategii gospodarczej, która może wygenerować nowy bodziec do wzrostu.

Dokończyć budowę wspólnego rynku

Draghi rekomenduje też dokończenie budowy jednolitego rynku, który powinien obejmować większą część rynków finansowych. UE wciąż nie dorobiła się bowiem m.in. unii kapitałowej, czyli zintegrowanego rynku dla inwestycji i oszczędności. To sprawia, że kapitał jest nadal w dużym stopniu zamknięty w krajowych systemach finansowych, a firmy europejskie są znacznie bardziej zależne od kredytu bankowego.

To właśnie dlatego dziś trwają prace nad rozszerzeniem integracji w tym obszarze i stworzenie w pełni zintegrowanego rynku kapitałowego – tzw. unii oszczędności i inwestycji (SIU – Savings and Investment Union). Taki rynek pozwalałby oszczędnościom i inwestycjom swobodnie przepływać przez granice państw członkowskich i ułatwiał europejskim firmom pozyskiwanie kapitału na rozwój.

Odpowiedzią na trudności przedsiębiorców wynikające z różnorodności np. prawa spółek w Unii Europejskiej, gdzie de facto istnieje 27 odrębnych systemów prawnych, jest także tworzenie tzw. EU Inc., jednolitej europejskiej spółki. Ta działałaby w tzw. 28. reżimie europejskim, tzn. byłaby taka sama we wszystkich 27 państwach członkowskich. Przyjęcie formy europejskiej spółki miałaby pozwolić firmom działać według jednego zestawu zasad w całej UE.

Trwają także prace nad rozwiązaniem europejskiego kryzysu mieszkaniowego. W grudniu 2025 r. Komisja przedstawiła pierwszy Europejski Plan na rzecz Przystępnych Cenowo Mieszkań. Zakłada on m.in. przede wszystkim zwiększenie podaży mieszkań: uproszczenie i przyspieszenie procedur planistycznych i wydawania pozwoleń na budowę, zwiększenie inwestycji w mieszkania społeczne i przystępne cenowo, wykorzystanie pustostanów i adaptację istniejących budynków oraz obniżenie kosztów budowy dzięki prefabrykacji, budownictwu modułowemu i innym nowym technologiom.

Także wyzwania związane z migracją usiłuje się rozwiązywać na poziomie UE, bo bezpieczeństwo zewnętrznych granic Unii to kompetencja współdzielona między państwami członkowskimi i UE. Na ile skutecznie, dopiero się okaże, bo pakt migracyjny dopiero co zaczął obowiązywać, w wielu krajach wciąż trwa jego wdrażanie. Ciężko już dziś oceniać skuteczność nowej, unijnej polityki migracyjnej.

To tylko kilka przykładów na to, że w bardzo wielu kwestiach

Europa jest w stanie skuteczniej rozwiązywać swoje problemy poprzez współpracę na poziomie UE, a nie jako gromada osobnych państw o bardzo różnym potencjale.

Europa nie jest słaba

Unia Europejska nie jest słaba – uważa wielu ekspertów, ale często zachowuje się jakby taka była. Przykładów tego jest wiele. Jak pisze Pol Morillas, dyrektor Centrum Spraw Międzynarodowych w Barcelonie, na łamach Carnegie Europe:

  • Wyrazem „wyuczonej słabości” Europy jest np. to, że zaakceptowała niekorzystne warunki porozumienia handlowego z USA mimo ogromnej siły przetargowej wynikającej z rozmiaru europejskiego rynku i głębokiej współzależności obu gospodarek. Symboliczne było już to, gdzie umowa została podpisana: szefowa Komisji Europejskiej zgodziła się negocjować jedno z najważniejszych porozumień handlowych świata w należącym do Trumpa klubie golfowym.
  • Europejscy członkowie NATO – z wyjątkiem Hiszpanii – zaakceptowali forsowany przez Trumpa cel wydawania 5 proc. PKB na obronność, pozwalając, by dyskusja o bezpieczeństwie Europy została sprowadzona do wysokości wydatków zamiast tego, jakich konkretnie zdolności wojskowych Europa potrzebuje i jak je zbudować. Mało wyraźnie punktowali też USA za osłabiające sojusz, niespójne komunikaty na temat przyszłości amerykańskiej obecności na kontynencie, czy agresywne działania USA na arenie międzynarodowej.
  • W obawie przed utratą amerykańskiego wsparcia dla Ukrainy Europa przyjęła wobec Waszyngtonu strategię daleko idących ustępstw, nie uzyskując w zamian wiążącego zobowiązania USA do udzielenia Ukrainie przyszłych gwarancji bezpieczeństwa. UE zachowywała się tak, jakby nie miała alternatywy wobec Waszyngtonu, choć sama dysponuje znacznymi zasobami gospodarczymi i politycznymi, by wspierać Ukrainę.
  • Europie często brak odwagi decyzyjnej. Mimo deklaracji, że bezpieczeństwo Ukrainy jest fundamentalnym interesem Europy, UE waha się przed użyciem narzędzi, które sama kontroluje – np. mobilizacją zamrożonych rosyjskich aktywów na rzecz wsparcia Ukrainy.

To tylko kilka przykładów tego, co eksperci opisują jako słabość, którą UE „sama sobie narzuca”. Jak na początku stycznia 2026 r. pisał Fabian Zuleeg, dyrektor i główny ekonomista think tanku European Policy Centre:

„Europa nie jest słaba dlatego, że brakuje jej zasobów, siły czy wpływów, lecz dlatego, że ma trudności z ich wykorzystywaniem (…) Państwa członkowskie UE wciąż należą do najbogatszych, najbardziej zaawansowanych technologicznie i najbardziej wpływowych politycznie krajów świata. Razem tworzą Unię, która nadal jest gospodarczym gigantem, dysponującym ogromnym potencjałem przemysłowym, potężnymi możliwościami finansowymi i kapitałem ludzkim (…)

A jednak Europa coraz częściej zachowuje się tak, jakby jej schyłek był nieunikniony, godząc się na status wasala.

Zamiast kształtować swoje otoczenie, sama ogranicza swoje możliwości nadmierną ostrożnością (…). Akceptuje zależność tam, gdzie mogłaby budować odporność, i wybiera powściągliwość tam, gdzie potrzebna jest stanowczość (…) Słabość Europy jest więc w dużej mierze słabością, którą sama sobie narzuca” – trafnie zauważa Zuleeg.

W grupie siła

A jak atrakcyjność UE postrzegają kraje, które pretendują do członkostwa w niej?

Premierka Islandii, Kristrún Frostadóttir, której partia Sojusz zainicjowała referendum ws. potencjalnego powrotu do negocjacji akcesyjnych z UE, przedstawia ewentualne członkostwo jako

sposób ograniczania ryzyka dla małego państwa w coraz bardziej niestabilnym świecie.

Wśród argumentów zwolenników integracji z UE obecny jest temat wojny w Ukrainie, osłabienia dotychczasowego ładu międzynarodowego i gróźb Trumpa wobec Grenlandii.

Zwolennicy tego, by Islandia wróciła na ścieżkę integracji i realnie przekonała się o tym, co UE mogłaby mieć do zaoferowania, wskazują na potencjalne korzyści związane z:

  • możliwością obniżenia kosztów życia i kosztów kredytów, a także uzyskania większej stabilności cen dzięki potencjalnemu przyjęciu euro; ceny żywności są w Islandii o ok. 55 proc. wyższe niż średnio w UE, a główna stopa procentowa w Islandii wynosi dziś 8 proc., wobec 2,25 proc. w strefie euro;
  • wejścia do unii celnej UE, a więc zniesienia pozostałych ceł w handlu z Unią i uzyskania dostępu do znacznie większej sieci unijnych umów handlowych, co mogłoby stanowić ochronę przed skutkami wojen celnych i rosnącego protekcjonizmu – mała, zależna od handlu gospodarka negocjowałaby z USA, Chinami czy innymi potęgami jako część bloku 450 mln konsumentów, a nie samodzielnie;
  • uzyskaniem wpływu na unijne prawo, które Islandia już w dużej części przyjmuje jako członek EOG (Europejskiego Obszaru Gospodarczego), ale którego dziś nie współtworzy; ten argument szczególnie podkreśla Frostadóttir – że Islandia zyskałaby „miejsce przy stole”, gdzie i tak podejmowane są dziś decyzje, które poprzez członkostwo w Europejskim Obszarze Gospodarczym Islandii w dużym stopniu dotyczą;
  • zmniejszenia zależności małego państwa od zmiennej polityki mocarstw – zwłaszcza USA – poprzez silniejsze polityczne zakotwiczenie w Europie.

Ten ostatni wątek jest szczególnie związany z kwestią bezpieczeństwa i obronności.

– Jednym z powodów, dla których Islandczycy znowu zastanawiają się nad ewentualnym wejściem do UE, jest utrata zaufania do Stanów Zjednoczonych jako partnera w dziedzinie bezpieczeństwa. Islandia nie ma własnej armii, jest członkiem NATO, a także opiera się na dwustronnej umowie obronnej z USA z 1951 r. – tak o ewentualnym wejściu Islandii do UE w rozmowie z PAP mówił prof. Eirikur Bergmann z Uniwersytetu Bifroest.

Ekspert podkreślał, że polityka prezydenta USA Donalda Trumpa wobec Arktyki „zmieniła kontekst, w jakim Islandczycy dyskutują o członkostwie w UE”.

– Wszystkie argumenty prezydenta USA Donalda Trumpa o konieczności przejęcia Grenlandii odnoszą się również do Islandii – mówił badacz w rozmowie z PAP.

Premierka kraju Kristrún Frostadóttir podkreślała w kampanii na rzecz referendum, że paradoksalnie zagrożenie ze strony Trumpa czyni potencjalne członkostwo Islandii w UE także bardziej atrakcyjnym dla UE.

  • Islandia jest jednym z ośmiu państw arktycznych, a Arktyka to obecnie obszar rosnącej konkurencji największych mocarstw: USA, Chin i Rosji.
  • Region kryje ogromne zasoby surowców – ropy i gazu, a także minerałów krytycznych, w tym metali ziem rzadkich, kluczowych m.in. dla transformacji energetycznej i przemysłu nowych technologii.
  • Wraz z topnieniem pokrywy lodowej rośnie też znaczenie Arktyki dla światowego handlu: północne szlaki morskie mogą z czasem stać się istotną alternatywą dla tradycyjnych tras łączących Europę z Azją.

To wszystko, zdaniem Frostadóttir, zwiększa siłę negocjacyjną wyspy i stwarza szansę na wynegocjowanie lepszych warunków członkostwa niż w 2009 roku, gdy Islandia negocjowała z pozycji słabości – jako gospodarka poważnie poturbowana przez kryzys finansowy.

Ale potencjalnemu wejściu Islandii do UE towarzyszą też poważne obawy, szczególnie dotyczące gospodarki morskiej.

Rybołówstwo pozostaje najważniejszym filarem islandzkiej gospodarki, a kontrola nad wodami i zasobami rybnymi ma dla Islandczyków także duże znaczenie historyczne i polityczne. W przypadku wejścia do UE Islandia stałaby się największym producentem ryb we wspólnocie i zostałaby objęta wspólną polityką rybołówstwa. To oznacza, że decyzje dotyczące zasad zarządzania zasobami i całkowitych dopuszczalnych połowów przestałyby należeć wyłącznie do Reykjavíku.

To właśnie obawa przed utratą suwerenności nad łowiskami jest jednym z najważniejszych argumentów przeciwników integracji.

Często pojawiającym się argumentem jest też poczucie, że Islandia mogłaby na członkostwie w UE więcej stracić niż zyskać. Przecież sama jest dziś już krajem bogatym, demokratycznym i dobrze urządzonym. Nie potrzebuje też Unii do tego, by uzyskać dostęp do jednolitego rynku – jako członek Europejskiego Obszaru Gospodarczego korzysta już ze swobody przepływu osób, towarów, usług i kapitału.

To wszystko sprawia, że tuż przed referendum sondaże opinii publicznej pokazywały, że społeczeństwo jest w tej kwestii podzielone niemal na pół. Wynik referendum jest więc bardzo niepewny.

Islandzki plebiscyt pokaże, jak dalece Unia Europejska pozostaje atrakcyjna dla państwa, które nie potrzebuje członkostwa do tego, by stać się bogate i demokratyczne. W zamian pokaże, w jakim stopniu w świecie rosnącej rywalizacji mocarstw, wojen handlowych i coraz mniej przewidywalnych sojuszy UE jako wspólnota polityczna i gospodarcza wydaje się wartością.

Choć oczywiście należy podkreślić, że Islandczycy w sobotę nie głosują ws. członkostwa w UE tylko kontynuowania negocjacji akcesyjnych, by przekonać się, na jakich warunkach mogliby do wspólnoty wejść.

Zyskać jeszcze więcej

Ale dla pozostałych państw, które kandydują dziś do UE lub kandydowanie planują, gra toczy się o jeszcze wyższą stawkę.

  • Dla Czarnogóry, Albanii, Macedonii Północnej, a nawet Serbii, która ze względu na politykę prorosyjskich władz czyni obecnie najmniejsze postępy na drodze do UE, największe znaczenie mają perspektywa szybszego rozwoju gospodarczego, wzrost poziomu życia i możliwość korzystania z pełni korzyści jednolitego rynku.
  • Dla Ormian integracja europejska oznaczałaby przede wszystkim szansę na uniezależnienie się od Rosji, nowe gwarancje bezpieczeństwa, ale też dostęp do większego rynku, nowych miejsc pracy i swobody podróżowania.
  • Mołdawianie widzą w UE przede wszystkim obietnicę lepszego poziomu życia i przyszłości dla swoich dzieci, ale także trwałe zakotwiczenie kraju na Zachodzie i zabezpieczenie go przed rosyjskimi wpływami.
  • Dla Ukraińców członkostwo ma jeszcze bardziej fundamentalne znaczenie: oznacza zakotwiczenie kraju w Europie po wojnie, zwiększenie bezpieczeństwa, modernizację państwa i gospodarki oraz wzmocnienie instytucji, w tym poprzez walkę z korupcją.

Fantazjom dotyczącym ewentualnego członkostwa Kanady w UE towarzyszą z kolei argumenty o możliwości zmniejszenia jej ogromnej gospodarczej zależności od Stanów Zjednoczonych. Ma to szczególne znaczenie w obliczu gróźb ceł ze strony Donalda Trumpa.

Dla Kanady potencjalnie kuszące byłoby także uzyskanie dostępu do wspólnego rynku na znacznie głębszych zasadach niż te, które daje obecna umowa handlowa CETA. Integracja mogłaby też pomóc Kanadzie w uporządkowaniu jej własnego, zaskakująco rozdrobnionego rynku wewnętrznego – bariery w handlu między 13 kanadyjskimi prowincjami i terytoriami bywają większe niż między państwami UE. Tak w tej sprawie argumentował – zupełnie na poważnie – „The Economist”.

Wiele o atrakcyjności UE mówi też to, jak na członkostwo we wspólnocie patrzą ci, którzy z niego zrezygnowali.

Brytyjczykom, którzy w większości żałują, że z UE wyszli, najbardziej brakuje korzyści gospodarczych płynących z integracji: swobody przepływu towarów, osób itp., bliższych relacji handlowych z największym w sąsiedztwie rynkiem eksportowym oraz możliwości, jakie członkostwo dawało młodym ludziom.

Coraz większe znaczenie dla Brytyjczyków żałujących Brexitu ma też bezpieczeństwo. W świecie wojen handlowych, rosyjskiej agresji i coraz mniej przewidywalnej polityki USA Brytyjczycy ponownie dostrzegają wartość bliskiej współpracy z europejskimi sąsiadami – wynika z badania Europejskiej Rady Stosunków Zagranicznych.

A dla dotychczasowych członków Unii?

Rozszerzona Unia to większy wspólny rynek i większy potencjał ludnościowy, a więc więcej konsumentów, pracowników i możliwości dla europejskich firm. To także większa siła negocjacyjna w handlu międzynarodowym i większa geopolityczna waga całego bloku. W obecnym kontekście szczególnie istotne byłoby przesunięcie strefy stabilności i bezpieczeństwa dalej na wschód i ograniczenie przestrzeni dla wpływów Rosji i Chin.

Czy to także problemy i wyzwania? Jasne:

  • Przyjęcie znacznie biedniejszych od średniej unijnej państw oznacza większą presję na wspólny budżet.
  • Większa i bardziej zróżnicowana Unia oznaczałaby też jeszcze trudniejsze podejmowanie decyzji – zwłaszcza w tych obszarach, w których obowiązuje jednomyślność.
  • Unia z nowymi członkami to także ryzyko importowania do UE sporów terytorialnych, problemów z praworządnością, korupcją czy słabością instytucji nowych państw członkowskich.

Dlatego UE wymaga zmian, które umożliwią jej sprawniejsze funkcjonowanie przy większej liczbie członków. Przed proeuropejsko myślącymi ugrupowaniami politycznymi stoją więc poważne wyzwania: budowanie poparcia dla reformy i rozszerzenia UE, w tym przede wszystkim usprawnienia politycznych mechanizmów podejmowania decyzji, by UE mogła robić dla swoich członków skuteczniej i sprawniej więcej dobrego. A także skuteczne stawianie oporu narracjom eurosceptycznym i rosyjskiej dezinformacji na temat UE, których celem jest obrzydzenie Unii jej obywatelom i doprowadzenie do jej osłabienia lub rozpadu.

Na zdjęciu Paulina Pacuła
Paulina Pacuła

Dziennikarka działu politycznego OKO.press. Absolwentka studiów podyplomowych z zakresu nauk o polityce Instytutu Studiów Politycznych PAN i Collegium Civitas, oraz dziennikarstwa na Uniwersytecie Wrocławskim. Stypendystka amerykańskiego programu dla dziennikarzy Central Eastern Journalism Fellowship Program oraz laureatka nagrody im. Leopolda Ungera. Pisze o demokracji, sprawach międzynarodowych i Unii Europejskiej. Publikowała m.in. w Tygodniku Powszechnym, portalu EUobserver, Business Insiderze i Gazecie Wyborczej.

Komentarze