Unia Europejska otworzyła kolejny rozdział negocjacyjny z Ukrainą, ale droga tego kraju do członkostwa w UE pozostaje długa. Czy Ukraina może wejść do Unii bez uwzględnienia polskiej wrażliwości historycznej?
Ukraina rozpoczęła kolejny etap negocjacji akcesyjnych z Unią Europejską, ale droga do członkostwa jest długa, wymagająca i, wbrew narracjom skrajnej prawicy, bez taryfy ulgowej. Anna Wójcik w podkaście Drugi Rzut Oka rozmawia z Karoliną Zbytniewską z FocusEurope.pl o kluczowych tematach dotyczących przyszłości Polski i Ukrainy, które umykają dzisiaj w polskiej debacie publicznej.
Anna Wójcik: 14 lipca Unia Europejska otworzyła kolejny klaster, czyli rozdział negocjacyjny z Ukrainą. Po rozdziale dotyczącym kwestii podstawowych, w tym praworządności, otwierany jest rozdział związany z relacjami zewnętrznymi, bezpieczeństwem i obroną. W ostatnim czasie w Polsce debata na temat Ukrainy koncentruje się przede wszystkim na historii i prowadzeniu polityki pamięci przez Ukrainę. Co nam umyka? Jak ważne jest to, co obecnie dzieje się w relacjach między Unią Europejską a Ukrainą?
Karolina Zbytniewska: Ukraina i Mołdawia zostały połączone w parę w procesie akcesyjnym. W języku unijnym mówi się o „couplingu”. Oba państwa przeszły już screening, czyli procedurę porównywania ich prawa i instytucji z dorobkiem prawnym Unii Europejskiej, tak zwanym acquis communautaire. Na tej podstawie Komisja Europejska wskazała, jakie przepisy i mechanizmy powinny zostać zmienione, aby państwa te mogły w przyszłości zostać członkami Unii.
Teraz krok po kroku otwierane są kolejne rozdziały negocjacyjne. Łącznie jest ich 35, w tym 33 rozdziały tematyczne, pogrupowane w sześć klastrów. Wcześniej otwarto klaster pierwszy, „Fundamentals”, obejmujący kwestie podstawowe, takie jak praworządność, prawa podstawowe, funkcjonowanie instytucji demokratycznych czy walka z korupcją. Teraz otwierany jest kolejny klaster — formalnie szósty — dotyczący relacji zewnętrznych, bezpieczeństwa i obrony.
Przedstawiciele Ukrainy i Komisji Europejskiej sprawdzają, co dokładnie należy zmienić. Komisja ocenia później postępy w corocznych raportach. Brzmi to może technokratycznie, ale chodzi o bardzo konkretne przepisy, instytucje i procedury, włącznie ze zmianami ustawowymi, a czasem także konstytucyjnymi.
Polska również musiała przejść podobną drogę przed przystąpieniem do Unii. Wbrew pojawiającym się niekiedy w debacie głosom, Ukraina nie korzysta więc z żadnej przyspieszonej ścieżki członkostwa w UE. Może to być rozczarowaniem dla części ukraińskiego społeczeństwa. Prezydent Wołodymyr Zełenski przez lata podkreślał, że Ukraina płaci krwią za obronę Europy i dlatego powinna zostać przyjęta do Unii szybciej.
Takie propozycje rzeczywiście pojawiały się w Komisji Europejskiej i w niektórych państwach członkowskich. Nie ma jednak zgody polityków krajowych, a często również społeczeństw, na odstąpienie od standardowej procedury.
Jest to też pewnego rodzaju rozczarowanie dla części polskiej prawicy, która chciałaby oskarżać Unię o przyjmowanie Ukrainy na szczególnych, niesprawiedliwych zasadach. Takie zarzuty nadal się pojawiają, choć po prostu nie są prawdziwe.
Ukraina musi przejść przez wszystkie rozdziały negocjacyjne. Zarówno otwarcie, jak i zamknięcie każdego z nich wymaga zgody wszystkich 27 państw członkowskich.
Czy samo otwieranie klastrów jest rzeczywistym przełomem, czy przede wszystkim politycznym gestem solidarności z państwem prowadzącym wojnę obronną?
Samo otwarcie klastra nie gwarantuje zakończenia negocjacji sukcesem. Szczególnie ważny jest klaster „Fundamentals”. Od niego rozpoczyna się negocjacje i to on jest zamykany jako ostatni. Praworządność, funkcjonowanie instytucji demokratycznych i walka z korupcją będą więc monitorowane przez cały proces akcesyjny.
Otwarcie klastra oznacza, że Ukraina może rozpocząć właściwe dostosowywanie prawa i instytucji. To, czy rozdział zostanie kiedyś zamknięty, zależy od tego, jak państwo będzie realizowało unijne oczekiwania.
Zwłaszcza że Unia ma już doświadczenia z kryzysami praworządności w Polsce i na Węgrzech. Państwa te po przystąpieniu do Unii obniżyły standardy, które wcześniej zobowiązały się spełniać. Wydaje się więc, że Unia będzie teraz jeszcze bardziej drobiazgowo wymagać konkretnych reform. Nie tylko formalnych zmian prawa, ale również zmiany praktyki działania państwa i relacji między instytucjami a różnymi grupami interesu. Ukraina jest często postrzegana jako państwo o słabych instytucjach i poważnych problemach systemowych, między innymi z korupcją.
Jeżeli Ukraina chce wstąpić do Unii, musi wzmocnić swój system państwowy i prawny. Unia nie chce przyjmować kolejnego kraju, wobec którego po kilku latach będzie musiała wszczynać procedurę z art. 7 Traktatu o Unii Europejskiej z powodu poważnych naruszeń praworządności.
Jednocześnie samo otwieranie klastrów można uznać za pewien przełom. Wystarczy spojrzeć na Macedonię Północną, która od wielu lat stara się rozpocząć właściwe negocjacje. Najpierw proces blokowała Grecja z powodu sporów o nazwę państwa, historię i postacie takie jak Aleksander Macedoński. Macedonia zmieniła nawet nazwę na Macedonię Północną, aby usunąć greckie zastrzeżenia. Teraz otwarcie negocjacji blokuje Bułgaria, która oczekuje między innymi zmian konstytucyjnych dotyczących bułgarskiej mniejszości. Macedonia Północna poszła więc na bardzo daleko idące ustępstwa, a mimo to proces nadal stoi w miejscu.
Ukraina jest już dalej, ponieważ klastry zostały otwarte. Od ich otwarcia do zamknięcia prowadzi jednak bardzo długa droga.
Prezydent Karol Nawrocki podkreśla, że Ukraina nie może wejść do Unii Europejskiej, jeśli nie rozliczy się z własną przeszłością. Chodzi przede wszystkim o zbrodnię wołyńską, określaną w Polsce, w tym przez Sejm, jako ludobójstwo. Czy rozliczenie się Ukrainy z przeszłością w sposób odpowiadający polskiej wrażliwości jest koniecznym warunkiem jej wejścia do Unii?
W sensie politycznym — tak. Wszystkie państwa członkowskie muszą wyrazić zgodę nie tylko na ostateczne przyjęcie Ukrainy, ale również na otwieranie i zamykanie każdego klastra. Możliwości zablokowania procesu jest więc bardzo wiele.
Ponadto w klastrze dotyczącym spraw podstawowych znajduje się kwestia dobrosąsiedzkich stosunków. W jednym z wcześniejszych raportów Komisja Europejska oceniała współpracę Ukrainy z Polską pozytywnie. Zwracano uwagę na spór historyczny, ale odnotowywano również rozpoczęcie procedur dotyczących ekshumacji i wychodzenie naprzeciw części polskich oczekiwań.
Raport powstał jednak wcześniej. To, co wydarzyło się w połowie tego roku, z pewnością zostanie uwzględnione w kolejnej ocenie. Stosunki polsko-ukraińskie trudno obecnie nazwać dobrosąsiedzkimi. Choć spór historyczny jest tylko jednym z elementów relacji, ma ogromne znaczenie symboliczne i polityczne. Wydaje mi się, że bez złagodzenia tej sytuacji, również po stronie Ukrainy, zakończenie procesu akcesyjnego nie będzie możliwe. Sądzę, że Ukraina i Wołodymyr Zełenski zdają sobie z tego sprawę.
Czym innym jest skomplikowana, techniczna i wieloletnia procedura akcesyjna, a czym innym krajowa polityka i emocje wyborców. Jak oceniasz narracje płynące z polskiego obozu prezydenckiego wobec Ukrainy? Dotyczą nie tylko historii, ale też oczekiwania, że Ukraina powinna częściej dziękować Polsce i mocniej uwzględniać jej rolę w pomocy militarnej, humanitarnej i politycznej.
Od tego rzeczywiście się zaczęło. Później jednak sprawa Ukrainy i nakręcanie niechęci wobec Ukraińców zaczęły wymykać się politykom spod kontroli.
Mamy duże partie, takie jak PiS, które starają się być partiami typu catch-all i docierać do szerokich grup społecznych. Jednocześnie występują w nich politycy, których nazywam populistycznymi harcownikami, na przykład Dariusz Matecki. Są oni w pewnym sensie oddelegowani do walki z Konfederacją i innymi ugrupowaniami znajdującymi się na skrajnej prawej flance. Próbują przejmować ich hasła i rywalizować o tych samych wyborców.
W polityce często mówi się, że wyborcy wolą oryginał od podróbki. Mam jednak wrażenie, że w przypadku takich harcowników nie ma znaczenia, z której partii pochodzą. Wygrywa ten, kto pójdzie dalej, użyje mocniejszych słów i skuteczniej zaatakuje przeciwnika.
Taka strategia nie działa natomiast wtedy, kiedy polityk jest postrzegany jako liberał, a następnie zaczyna przedstawiać poglądy sprzeczne z całym swoim dotychczasowym wizerunkiem. Widać to było na przykładzie Rafała Trzaskowskiego w kampanii prezydenckiej. Wyborcy widzą, że polityk zachowuje się wbrew sobie. Badania społeczne zamawiane przez partie również pokazywały, że zwrot w prawo nie przynosił oczekiwanych korzyści.
Mówił o tym między innymi Tomasz Matynia z PiS podczas Forum Ekonomicznego w Karpaczu. Według przedstawianych przez niego badań było wiadomo, że przyjmowanie części narracji skrajnej prawicy nie przyniesie Koalicji Obywatelskiej zysku, a może zniechęcić jej bardziej liberalnych i lewicowych wyborców. Mimo to partia zdecydowała się na taki ruch.
Z jednej strony mamy deklarowane poparcie dla Ukrainy na poziomie geopolitycznym, militarnym, humanitarnym i politycznym. Premier Donald Tusk oficjalnie opowiada się za członkostwem Ukrainy w Unii. Z drugiej strony społeczne emocje są coraz chłodniejsze. Pojawiają się również konkretne obawy dotyczące wpływu ukraińskiego członkostwa na Polskę.
Chodzi nie tylko o możliwość przekierowania części funduszy spójności do uboższych regionów Ukrainy, ale także o wspólną politykę rolną. Czy Ukrainę można przyjąć do Unii bez gruntownej reformy tej polityki? Jak jej członkostwo wpłynęłoby na rolnictwo w Polsce, Francji, Rumunii czy Słowacji?
Nie jestem ekspertką do spraw rolnictwa, ale odwołam się do opinii osób, które się na tym znają.
Jerzy Plewa, były dyrektor generalny do spraw rolnictwa w Komisji Europejskiej, twierdzi na przykład, że rozszerzenie unijnego rynku rolnego o Ukrainę może wzmocnić europejskie rolnictwo i nie musi stanowić dla niego zagrożenia. Polska, podobnie jak Francja, nie jest pozbawiona wpływu na przebieg negocjacji. Możemy domagać się konkretnych zabezpieczeń. Kiedy Polska przystępowała do Unii, w wielu dziedzinach obowiązywały okresy przejściowe. Dotyczyło to między innymi dostępu do rynków pracy w niektórych państwach. Podobne okresy można zastosować wobec Ukrainy. Musimy jednak wiedzieć, czego jako Polska chcemy.
Nie wystarczy wszystkiego negować i blokować. Trzeba zastanowić się, jaki model objęcia Ukrainy wspólną polityką rolną byłby korzystny dla całej Unii i dla Polski.
Musimy określić, gdzie znajdują się zagrożenia, co możemy zyskać i w jakich obszarach warto współpracować. Następnie trzeba te rozwiązania negocjować, budować poparcie w innych państwach członkowskich i prowadzić profesjonalną politykę europejską. Tymczasem mam wrażenie, że w całym polskim spektrum politycznym myśli się przede wszystkim o sondażach i najbliższych wyborach.
Jak z tej perspektywy oceniasz politykę obecnego rządu wobec negocjacji akcesyjnych Ukrainy?
Docierają do mnie przede wszystkim fragmentaryczne informacje i wiele wypowiedzi różnych polityków.
Rozmawiałam w Parlamencie Europejskim w Strasburgu z europosłem Andrzejem Halickim, wiceprzewodniczącym Europejskiej Partii Ludowej. Był on jednym z autorów poprawki do rezolucji Parlamentu Europejskiego dotyczącej postępów negocjacyjnych Ukrainy. Musiał negocjować jej treść z wieloma grupami politycznymi i delegacjami krajowymi. Nie było to łatwe. Parlament Europejski liczy 720 posłów, a za poprawką zagłosowało ponad 600.
Wyrażono w niej rozczarowanie zachowaniem Wołodymyra Zełenskiego i brakiem dostatecznej wrażliwości na polski ból związany ze zbrodnią wołyńską, choć nie użyto słowa „ludobójstwo”. Europosłowie PiS byli niezadowoleni, że sformułowania nie są mocniejsze. Domagali się wyraźnej warunkowości: jeśli Ukraina nie uzna ludobójstwa, nie powinna wejść do Unii. Tak stanowcze zapisy nie są jednak konieczne, żeby Polska mogła uzależnić swoje poparcie od rozwiązania problemów historycznych.
Jak już mówiłyśmy, każde państwo członkowskie może blokować kolejne etapy negocjacji, jeśli nie jest usatysfakcjonowane działaniami kraju kandydującego. Bułgaria i Grecja wykorzystywały tę możliwość wobec Macedonii Północnej.
W Europie funkcjonują koalicje chętnych dotyczące pomocy Ukrainie i przeciwstawiania się Rosji. Trudniej jednak wskazać państwa, których rządy zdecydowanie opowiadają się za bardzo szybkim przyjęciem Ukrainy do Unii.
Można wymienić część państw nordyckich i bałtyckich, być może Irlandię. Największe państwa, Francja i Niemcy, traktują członkostwo Ukrainy jako geopolityczną konieczność, ale pozostają bardzo ostrożne. Francja przez wiele lat była przecież sceptyczna także wobec rozszerzenia o państwa Europy Środkowo-Wschodniej, w tym Polskę.
Obecnie większość państw sprzeciwia się szybkiej ścieżce dla Ukrainy.
We Francji zbliżają się wybory prezydenckie i nie wiadomo, jaki będzie ich wynik. Sondaże wskazują na bardzo silną pozycję Marine Le Pen i Zjednoczenia Narodowego, choć specyfika francuskiego systemu sprawia, że kandydat skrajnej prawicy może zostać zablokowany w drugiej turze przez wyborców pozostałych ugrupowań. Do wyborów pozostało jeszcze wiele miesięcy, więc sytuacja może się zmienić.
Emmanuel Macron prawdopodobnie będzie chciał do tego czasu zrobić możliwie dużo. Geopolityka i polityka europejska są jego szczególnym obszarem zainteresowania. Część francuskich wyborców zarzuca mu zresztą, że bardziej stara się być europejskim i światowym mężem stanu niż prezydentem zajmującym się problemami własnego kraju.
Macron może więc próbować konstruktywnie współpracować z Ukrainą i innymi potencjalnymi państwami członkowskimi. Zdaje sobie bowiem sprawę, że po wyborach wiele decyzji może zostać zatrzymanych, cofniętych albo zablokowanych.
Żeby przybliżyć się do wejścia do Unii, Ukraina musi przeprowadzać gruntowne reformy. Ale jest państwem objętym stanem wojennym, prowadzi wojnę obronną. Partia Wołodymyra Zełenskiego, Sługa Narodu, jest największym ugrupowaniem w parlamencie, ale aby uchwalać ustawy, musi szukać poparcia innych środowisk. Od dawna nie przeprowadzano też wyborów parlamentarnych ani prezydenckich. Czy Ukraina jest w stanie zrealizować reformy wymagane przez Unię?
Braku wyborów w warunkach wojny nie można automatycznie uznać za demokratyczny skandal. Państwo jest atakowane, część jego terytorium znajduje się pod okupacją, miliony obywateli przebywają za granicą, a setki tysięcy służą w wojsku. Pewnego dnia wybory będą jednak musiały zostać przeprowadzone. Część społeczeństwa tego oczekuje. Sam Wołodymyr Zełenski może również chcieć ponownie potwierdzić swoją legitymację do sprawowania władzy, która z czasem słabnie.
Nie zmienia to faktu, że Ukraina prowadzi reformy. W części dziedzin postępy są wolne albo zbyt wolne, ale w innych zmiany rzeczywiście zachodzą. Unia Europejska nie stosuje prostego systemu punktowego, który pozwalałby powiedzieć, że Ukraina zrealizowała na przykład 30 z 60 procent wymaganych reform. Takie próby podejmują jednak niezależne organizacje. Również Komisja Europejska stwierdza w swoich raportach, że postęp jest widoczny. Skoro reformy są możliwe podczas wojny, mogą być kontynuowane również w kolejnym roku. Oczywiście Ukraina ma w tym procesie znacznie trudniejszą sytuację niż państwo funkcjonujące w warunkach pokoju.
W badaniach nad integracją europejską często mówi się, że Unia rozwija się przez kryzysy, ale również przez rozszerzenia. Każde kolejne rozszerzenie było impulsem do rozwoju Unii jako projektu prawnego, gospodarczego, politycznego i społecznego.
Z jednej strony powszechnie uznajemy dziś sukces wielkiego rozszerzenia z 2004 roku. Wskaźniki gospodarcze pokazują, że skorzystały zarówno nowe państwa członkowskie, jak i cała Unia. Mimo kryzysów demokratycznych w Polsce i na Węgrzech rozszerzenie jest generalnie oceniane pozytywnie. A jednak dzisiaj państwa członkowskie i cała Unia są bardziej ostrożne.
Wtedy również nie było łatwo. Tak zwane Big Bang Enlargement z 2004 roku, którego Polska jest beneficjentką, było największym rozszerzeniem w historii pod względem geograficznym i demograficznym. Do Unii przystąpiło wówczas dziesięć państw. Tak duża fala rozszerzenia raczej się już nie powtórzy, choć w kolejce nadal znajduje się wiele krajów.
Jean Monnet, jeden z ojców integracji europejskiej, pisał, że Europa będzie kształtowała się w kryzysach. Przygotowania do rozszerzenia z 2004 roku także były takim procesem. Trwały ponad dekadę i obejmowały zmiany traktatowe oraz instytucjonalne. Trzeba było przygotować Unię na większą liczbę członków i sprawić, żeby proces decyzyjny nadal działał. Dyskutowano między innymi o liczbie komisarzy i zasadach reprezentacji państw w instytucjach.
Obecne traktaty dają pewną elastyczność. Gdyby państw członkowskich było znacznie więcej, można byłoby na przykład zmienić liczbę członków Komisji bez przeprowadzania pełnej reformy traktatowej.
Nie ma dziś politycznej woli otwierania traktatów. Taki proces mógłby łatwo utknąć, a czekanie na jego zakończenie mogłoby na wiele lat zablokować rozszerzenie. Wydaje mi się więc, że najbliższe rozszerzenie — być może o niewielkie państwo, takie jak Czarnogóra — nastąpi przed kolejną dużą reformą traktatową.
W dyskusji o reformie Unii coraz głośniej uczestniczą partie prawicowe i skrajnie prawicowe. Po doświadczeniu Brexitu wiele z nich porzuciło postulaty opuszczenia Unii. Nie mówi się już tak często o Frexicie, Dexicie czy Polexicie. Marine Le Pen, AfD, PiS czy Konfederacja proponują raczej zmianę Unii od środka.
Ich nadzieją jest taka rekonfiguracja europejskiej sceny politycznej, w której na przykład w Pałacu Elizejskim zasiada Marine Le Pen albo Jordan Bardella, a w Polsce rząd tworzą PiS i Konfederacja. Równocześnie partie głównego nurtu, które wcześniej otaczały skrajną prawicę kordonem sanitarnym, stają się coraz bardziej otwarte na część jej postulatów. Jak może rozwinąć się ta sytuacja?
Tym partiom bardzo opłaca się pozostawanie w Unii Europejskiej. Poza Unią straciłyby głównego i stałego wroga, którego mogą obwiniać za wszystkie problemy. Niektóre postulaty przedstawiane przez polityków i europosłów krytycznych wobec integracji europejskiej są zupełnie oderwane od rzeczywistości.
Jeden z europosłów powiedział mi na przykład, że zlikwidowałby Komisję Europejską. Zapytałam go, co konkretnie i konstruktywnie chciałby zmienić w Unii. Odpowiedział właśnie: zlikwidować Komisję. Tymczasem trudno wyobrazić sobie funkcjonowanie Unii bez tej instytucji.
Rada Europejska, czyli przywódcy państw członkowskich, wyznacza strategiczny kierunek działania. Komisja przygotowuje przepisy, raportuje, prowadzi screening państw kandydujących i operacjonalizuje decyzje polityczne. Parlament Europejski oraz Rada Unii Europejskiej, w której zasiadają przedstawiciele rządów państw członkowskich, współdecydują następnie o unijnym prawie. Bez Komisji cały system po prostu nie mógłby działać.
Sprzeciw wobec Unii koncentruje się jednak na kilku obszarach budzących społeczne niezadowolenie albo niezrozumienie. Chodzi o politykę klimatyczną, Europejski Zielony Ład, regulowanie działalności cyfrowych gigantów i powiązane z tym spory o wolność słowa. Prawica i skrajna prawica przedstawia te działania jako zło przychodzące z Brukseli. I nadają ton debacie publicznej w krajach UE.
Czy w Parlamencie Europejskim są dziś ugrupowania, które odważnie opowiadają się za dalszym rozszerzeniem Unii, w tym za członkostwem Ukrainy?
Z rozmów z politykami wynika, że właściwie wszyscy poza przedstawicielami skrajnej prawicy deklarują poparcie dla rozszerzenia i przyjęcia Ukrainy. Coraz częściej również politycy centrum dodają jednak słowo „ale”.
Jesteśmy za rozszerzeniem, ale Ukraina musi spełnić warunki. Jesteśmy za przyjęciem Ukrainy, ale Unia musi skutecznie egzekwować swoje wymagania.
Potrzeba pokazywania wyborcom, że politycy nie są naiwni i że członkostwo nie zostanie przyznane automatycznie, jest bardzo silna. Słyszymy więc „tak”, ale coraz mocniej wybrzmiewa również „ale”.
Partią bardzo pozytywnie nastawioną do rozszerzenia jest Volt. W Polsce nadal niewiele się o niej mówi. Ma europosłów między innymi z Niemiec i Holandii. Volt opowiada się nie tylko za przyjmowaniem kolejnych państw do europejskiej rodziny, ale również za federalizacją Unii. Przedstawia się jako pierwsza prawdziwie paneuropejska partia, niezwiązana wyłącznie z jednym państwem narodowym. To jednak raczej idealistyczne podejście.
Politycy, którzy obecnie nadają ton europejskiej integracji, chcą stawiać Ukrainie konkretne wymagania. To, czy Ukraina wejdzie do Unii i kiedy to nastąpi, będzie więc w ogromnej mierze zależało od tego, jak będzie realizowała unijne warunki.
A jak w tym kontekście postrzegasz polską debatę o Wołyniu i ataki na Ukraińców?
Mam wrażenie, że znaczna część tej debaty ma niewiele wspólnego z faktami i realnym procesem akcesyjnym. Historia ma ogromne znaczenie dla rodzin ofiar, pamięci zbiorowej i stosunków między państwami.
Politycznie jest jednak często wykorzystywana przede wszystkim do stworzenia wygodnego wroga. Ukraińcy stają się dzisiaj taką grupą, w którą można uderzać. Nie zawsze chodzi o to, co dokładnie wydarzyło się na Wołyniu. Chodzi o znalezienie tematu, który można wykorzystać, aby budzić emocje i zwiększać własne zasięgi. Wygrywa ten, kto uderza mocniej i głośniej.
Jeden z polityków Konfederacji powiedział mi kiedyś, że nie ma nagrody za umiarkowanie ani zdrowy rozsądek.
Jest natomiast ogromna nagroda w postaci zasięgów i zaangażowania za „zaoranie lewaka”, liberała albo przedstawiciela mniejszości, która w danym momencie została wskazana jako wróg.
Przygotowując się do tej rozmowy, sprawdziłam sondaże dotyczące uchodźców z 2015 roku. Pokazują one, jak niewielkie znaczenie mogą mieć fakty w porównaniu z politycznym nakręcaniem strachu i nienawiści. W maju 2015 roku, przed wyborami prezydenckimi, a następnie parlamentarnymi, 72 procent Polek i Polaków deklarowało poparcie dla przyjmowania uchodźców. Przeciwnych było 21 procent.
W październiku poparcie spadło do 54 procent, czyli o blisko 20 punktów procentowych, a sprzeciw bardzo wyraźnie wzrósł. W listopadzie 2015 roku doszło we Francji do zamachów terrorystycznych tak zwanego Państwa Islamskiego, co dodatkowo pogorszyło społeczne nastawienie. Jednak już wcześniej ogromne znaczenie miały wypowiedzi polityków o pasożytach, pierwotniakach i chorobach rzekomo przenoszonych przez uchodźców. Takie słowa zrobiły na polskich wyborcach ogromne wrażenie.
Dzisiaj politycy wykorzystują istniejące napięcia wobec Ukraińców, wyolbrzymiają je i stale podtrzymują. W ten sposób legitymizują agresywne zachowania. Od słów do czynów jest niestety bardzo krótka droga. Ludzie czują, że mogą stosować przemoc, skoro politycy posługują się podobną retoryką, nawet jeśli nie nawołują wprost do przemocy. Obywatel może pomyśleć: skoro polityk tak mówi w telewizji albo w mediach społecznościowych, dlaczego ja nie mogę powiedzieć tego na ulicy?
Podobne kampanie nienawiści znamy z innych państw. Doświadczyli ich między innymi Polacy mieszkający w Wielkiej Brytanii przed referendum brexitowym. Powinno to być dla nas ostrzeżeniem i ważnym tematem do przemyślenia.
Pisze o praworządności, demokracji, prawie praw człowieka. Prowadzi podcast OKO.press "Drugi rzut OKA na prawo". Współzałożycielka Archiwum Osiatyńskiego i Rule of Law in Poland. Doktor nauk prawnych.
Pisze o praworządności, demokracji, prawie praw człowieka. Prowadzi podcast OKO.press "Drugi rzut OKA na prawo". Współzałożycielka Archiwum Osiatyńskiego i Rule of Law in Poland. Doktor nauk prawnych.
Komentarze