Macron pięknie mówił o demokracji i integracji europejskiej, ale wykazał się ślepotą na procesy na arenie krajowej – rozmowa z prof. Karoliną Borońską-Hryniewiecką.
"Francuska prawica nie jest przy władzy, ale już od kilku lat możemy obserwować de facto oddemonizowanie jej wizerunku. Przede wszystkim poprzez to, że jako siła polityczna świadomie pracuje nad komunikacją: nad tym, jak nie używać radykalnych stwierdzeń, które mogą zniechęcić dużą część elektoratu” — w podkaście Drugi Rzut OKA Annie Wójcik mówi politolożka prof. Karolina Borońska-Hryniewiecka, badaczka w Instytucie Nauk Politycznych PAN oraz na Paris 1 Panthéon-Sorbonne w Paryżu.
Podsumowujemy okres rządów Emmanuela Macrona i wybiegamy w przyszłość: w 2027 roku we Francji odbędą się wybory prezydenckie.
Polska i Francja tradycyjnie są krajami sojuszniczymi, ale obecnie obserwujemy jeszcze silniejszą współpracę i duże ambicje polityczne do jej rozwijania. Warto więc zastanowić się, jak sytuacja wewnętrzna we Francji może wpłynąć na relacje polsko-francuskie.
Anna Wójcik, OKO.press: „Francja to kraj zamieszkany przez ludzi, którzy żyją w niebie, ale wydaje im się, że żyją w piekle”, uważa francuski pisarz Sylvain Tesson. Czy to prawda?
Prof. Karolina Borońska-Hryniewiecka: Nie wiem, z którego roku jest ten cytat, ale na pewno zgodziłabym się z tym, że Francja jest przepięknym, bogatym kulturowo i kulinarnie krajem, który obecnie jest wyspą pesymizmu. To, czy obywatele nie doceniają tego, co mają, czy raczej rzeczywiście mają powody do niezadowolenia, jest kwestią dyskusyjną.
Z pewnością Francja jest dziś krajem w kryzysie — i nie jest to przesada. Od kilku lat mamy tam do czynienia z dużą niestabilnością polityczną. W ostatnich trzech latach rządów było aż pięciu różnych premierów. To sytuacja niespotykana w historii V Republiki.
Od 2022 roku Francja jest rządzona w trybie kryzysowym. Emmanuel Macron wygrał wybory prezydenckie zarówno w 2017, jak i w 2022 roku, ale po ostatnich wyborach jego obozowi nie udało się stworzyć stabilnej większości parlamentarnej.
To oznacza, że rządy są stale zagrożone wotum nieufności, a decyzje w najważniejszych sprawach, takich jak uchwalanie budżetu, podejmowane są z użyciem mechanizmów, które można uznać za mało demokratyczne — na przykład art. 49 konstytucji, pozwalającego obejść głosowanie w parlamencie.
Oczywiście ten mechanizm istnieje w konstytucji, ale jego częste stosowanie uderza w legitymizację całego systemu i wzmacnia przekonanie, że decyzje nie są podejmowane zgodnie z wolą większości.
Czy to znaczy, że Francja przeżywa kryzys konstytucyjny?
Uważam, że to raczej kryzys systemu partyjnego, do którego załamało się zaufanie. Jeżeli spojrzymy na Eurobarometr, czyli cykliczne badania instytucji europejskich dotyczące percepcji różnych kwestii politycznych, zobaczymy, że Francuzi mają jeden z najniższych poziomów zaufania do parlamentu i rządu. Średnia unijna zaufania do parlamentów krajowych wynosi około 37 procent, a we Francji jest to jedynie 23 procent.
Z polskiej perspektywy może to zaskakiwać, bo we Francji zdają się funkcjonować mechanizmy politycznej i karnej rozliczalności polityków. Co rusz słyszymy, że wysoki urzędnik albo polityk najwyższego szczebla — nawet były prezydent Nicolas Sarkozy — ponosi odpowiedzialność, a nawet idzie do więzienia. Skąd więc tak niski poziom zaufania do polityków i parlamentu we Francji?
Kiedy Macron dochodził do władzy, był nazywany prezydentem nadziei. Rozbił duopol centroprawicy i centrolewicy, który funkcjonował w V Republice od lat 60. Wszedł z nowym, świeżym projektem centrowym. Jednak bardzo szybko jego obraz w oczach Francuzów się pogorszył.
Dziś bywa nazywany prezydentem pogardy. W oczach wielu Francuzów oznacza to, że jego rządy były naznaczone odklejeniem od społeczeństwa, od zwykłych ludzi i ich codziennych problemów.
Macron koncentrował się na wielkich projektach, często bardzo ważnych na poziomie europejskim, ale mniej odpowiadających na problemy wewnętrzne.
A te problemy są poważne. Francja, mimo że jest drugą gospodarką Europy, pozostaje krajem w stagnacji. Wzrost gospodarczy jest niski, około jednego procenta rocznie. Istnieje bezrobocie także wśród wykwalifikowanych pracowników. Bardzo silne są napięcia między centrum a peryferiami.
W ostatnich latach wyraźnie zaznaczyły się frustracje mieszkańców przedmieść, którzy — wbrew republikańskiemu ideałowi égalité — nie mają równego dostępu do dobrych szkół, zawodów, ochrony zdrowia czy stabilnej pozycji społecznej.
Z jednej strony Francja ma rozbudowany system świadczeń społecznych i jest państwem dobrobytu, ale z drugiej strony w ostatnich latach spadła siła nabywcza. Nałożyły się na to kolejne kryzysy: pandemia COVID-19, kryzysy paliwowe, pełnoskalowa wojna Rosji przeciwko Ukrainie, wzrost cen energii, a teraz także napięcia na Bliskim Wschodzie. Francuzi bardzo odczuwają te zawirowania geopolityczne i mają poczucie, że ich życie, zamiast się poprawiać, pogarsza się.
Kiedy mieszkałam we Francji, przez prawie siedem lat, wielu moich znajomych z klasy średniej, pracujących na uniwersytetach, mówiło mi, że żyje im się bardzo ciężko. Informacje o tym, że młodych Polaków stać na kredyt i zakup mieszkania w centrum dużego miasta, były dla wielu Francuzów zaskakujące, dla nich to było czymś niedostępnym.
Muszą wyprowadzać się na przedmieścia albo jeszcze dalej, na peryferie. A to dotyczy klasy średniej — nie wspominając już o klasach niższych, gettoizacji i nieudanej integracji imigrantów.
Mówimy dziś często o trzecim pokoleniu osób pochodzących z rodzin imigranckich. Francja jest państwem postkolonialnym, z dużą liczbą obywateli mających korzenie w Afryce Północnej czy na Bliskim Wschodzie.
Idea republiki opiera się na wolności, równości i braterstwie oraz na myśleniu o obywatelach niezależnie od ich pochodzenia. W praktyce jednak bardzo wyraźne są podziały związane z pochodzeniem, frustracje społeczne, poczucie wykluczenia, a także obawy dotyczące bezpieczeństwa i terroryzmu. Francja ma przecież za sobą dramatyczne doświadczenia zamachów terrorystycznych sprzed kilku lat.
Jaki jest wobec tego bilans epoki makronizmu, projektu, który Macron zaproponował jako trzecią drogę przekraczającą dawny duopol lewicy i prawicy?
Ten bilans jest ambiwalentny. Makronizm miał być polityką postępową w kwestiach społecznych i kulturowych, proeuropejską, nastawioną na pogłębienie integracji europejskiej i wzmocnienie Francji jako kraju grającego pierwsze skrzypce w Europie.
Z jednej strony Macron jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych i szanowanych polityków w Europie, a być może także na świecie. Mocno przesunął debatę europejską w stronę geopolitycznej niezależności. Świetnie mówi o Europie, zreformował część francuskiej gospodarki i zbudował nowe centrum polityczne.
Z drugiej strony w polityce wewnętrznej i w komunikacji z obywatelami poniósł porażkę. Macron jest osobą świetnie wykształconą, po École nationale d’administration, jednej z najbardziej prestiżowych szkół we Francji. Pochodzi z elity, ale to nie znaczy, że nie mógł przyjąć stylu komunikacji pokazującego, że naprawdę obchodzi go to, co dzieje się w lokalnych społecznościach.
Tymczasem często dzielił się z opinią publiczną wielkimi ideami. Oczywiście, one mają rację bytu i wiele z nich zostało przekutych w czyny. To Macron odegrał ważną rolę przy tworzeniu funduszu odbudowy po pandemii COVID-19. Mówił o europejskiej suwerenności w obszarze obronności jeszcze zanim Donald Trump zaczął, nawet retorycznie, wycofywać amerykańską obecność wojskową z Europy.
W wielu sprawach miał intuicję i wyprzedzał wydarzenia.
Macron mówił też pięknie o demokracji. Już w latach 2018–2019 zaproponował proces konsultacji z obywatelami, który później został przekuty w Konferencję w sprawie przyszłości Europy. Ale na poziomie krajowym we Francji w dużej mierze zaprzeczał tym ideałom.
W jaki sposób Macron to się objawiało?
Dobrym przykładem są przyspieszone wybory parlamentarne w 2024 roku. Po wyborach do Parlamentu Europejskiego, które we Francji zdecydowanie wygrała skrajna prawica, Macron uznał, że jego centrowa partia straciła legitymizację.
Powiedział wówczas, że oddaje głos Francuzom, rozwiązuje parlament i pozwala narodowi zdecydować, kto ma rządzić Francją. Pamiętam jego słowa: chciał oddać suwerenność narodowi.
W wyborach parlamentarnych wyłoniły się trzy bloki, a największą liczbę głosów zdobyła lewica — duża koalicja lewicowa, Nowy Front Ludowy. Była eklektyczna, złożona z socjalistów, Francji Nieujarzmionej Mélenchona, ekologów i innych ugrupowań, ale to ona postawiła tamę skrajnej prawicy.
Czy Macron powierzył jej misję tworzenia rządu? Nie.
Macron boi się zarówno lewicy, jak i skrajnej prawicy. To było sprzeczne z demokratyczną zapowiedzią oddania głosu ludowi.
Wskazał najpierw technokratycznego premiera, Michela Barniera, potem François Bayrou, a następnie trzymał się swojego dotychczasowego schematu. Ci premierzy albo zostali obaleni, albo sami podawali się do dymisji.
Do tej pory Macron nie wskazał premiera z lewicy. Obecnie mamy Sébastiena Lecornu, również bliskiego współpracownika Macrona.
Innymi słowy, Macron wykazał się pewną ślepotą demokratyczną na arenie krajowej.
Stracił przez to szacunek wielu osób z liberalnej części elektoratu
— ludzi gotowych głosować na centrum, gdyby zostali przekonani, ale jednocześnie bliskich lewicy.
Dziś są oni bardzo rozżaleni. A przecież cały czas mówimy o realnym zagrożeniu ze strony skrajnej prawicy i o tym, że najprawdopodobniej w najbliższej przyszłości może ona przejąć władzę we Francji.
Rozmawiamy rok przed wyborami prezydenckimi, więc wszystko może się zmienić, ale w sondażach prezydenckich przoduje kandydat partii Marine Le Pen Rassemblement National, młody i charyzmatyczny Jordan Bardella, który niedawno odwiedził Polskę i spotkał się z prezydentem Karolem Nawrockim, był goszczony z honorami przez polityków PiS i Konfederacji. Bardella ma mniej więcej jedną trzecią poparcia, a za nim są konserwatysta Édouard Philippe i Jean-Luc Mélenchon z Francji Nieujarzmionej. Jak wygląda dziś zagrożenie ze strony skrajnej prawicy we Francji?
Przez lata w debacie francuskiej mocno wybrzmiewało pojęcie kordonu sanitarnego — przekonanie, że ze skrajną prawicą nie wolno współpracować. Dziś widać jednak, że ten mechanizm przestał działać w wielu obszarach, a skrajna prawica stała się właściwie prawicą mainstreamową.
Na tle frustracji społecznych i poczucia, że kraj chyli się ku upadkowi, Rassemblement National jawi się wielu wyborcom jako siła porządku i stabilności. To już nie jest partia wyłącznie „przegranych globalizacji”, ludzi zdesperowanych, wściekłych na status quo. Dziś ma ponad 50 procent poparcia wśród klas ludowych, około 30 procent w klasie średniej, a nawet około 20 procent w klasach wyższych. Stała się partią znacznie szerzej popieraną.
Dlaczego? Bo makronizm zawiódł — tak przynajmniej pokazują sondaże i badania opinii publicznej.
Normalizację skrajnej prawicy widzimy nie tylko we Francji, ale też na przykład we Włoszech. Francuska prawica nie jest jeszcze przy władzy, ale już od kilku lat prowadzi proces oddemonizowania własnego wizerunku. Bardzo świadomie pracuje nad komunikacją, unikając radykalnych sformułowań, które mogłyby zniechęcić dużą część elektoratu.
Na tle skrajności — lewicy i prawicy — Bardella wypada bardzo dobrze, zwłaszcza w zestawieniu z Mélenchonem, który często używa haseł zniechęcających potencjalnych wyborców lewicy.
Z polskiej perspektywy szokujące może być to, jak popularny jest polityk tak sceptyczny wobec NATO, tak antyamerykański i tak krytyczny wobec Ukrainy, a jednocześnie wywodzący się z lewicy w duchu trochę odnowionego 1968 roku.
Słuchając dziś narracji Bardelli i Mélenchona, można dojść do wniosku, że bardziej trzeba się bać skrajnej lewicy niż skrajnej prawicy. Skrajna prawica we Francji w pewnym sensie się zreflektowała. Zmieniło się też jej podejście do Rosji.
Wiemy, jakie były relacje Marine Le Pen z Władimirem Putinem: rosyjskie pożyczki, sieci wpływów, wizja współpracy z Rosją ponad Europą Środkową, traktowanie naszego regionu protekcjonalnie. Była to polityka wielkich mocarstw, które ponad głowami mniejszych państw próbują układać stosunki między sobą. Był w tym też pragmatyzm finansowy — chodziło o rosyjskie pieniądze.
To bardzo ciążyło na wizerunku Le Pen. Po pełnoskalowej inwazji Rosji na Ukrainę francuska prawica zaczęła dystansować się od Putina. Oczywiście, gdy w grę wchodzi interes własnych obywateli, czyli Francuzów, Marine Le Pen nadal bardzo mocno podkreśla kwestię siły nabywczej, cen paliw i niechęci do przeznaczania dużych środków na wsparcie Ukrainy. Wciąż pojawia się narracja: to nie nasza wojna. Ale podejście jest dziś bardziej zbalansowane niż wcześniej.
Podobnie jest ze stosunkiem do Donalda Trumpa i amerykańskiej skrajnej prawicy. Nie ma tam takiej fascynacji, jaką widzimy w Polsce po prawej stronie czy w obozie prezydenckim. Jest raczej dystans do tego, co Trump robi na świecie geopolitycznie.
Jednocześnie centrum i lewica są we Francji bardzo rozdrobnione, co gra na korzyść Bardelli i Le Pen. Nadal nie wiadomo, kto ostatecznie wystartuje jako kandydat Rassemblement National. Czekamy na wynik procesu apelacyjnego Marine Le Pen. Być może w lipcu dowiemy się, czy będzie mogła kandydować, bo na razie ma zakaz.
Skoro Marine Le Pen nie może, przynajmniej na razie, kandydować w wyborach prezydenckich, prawdopodobnym kandydatem Rassemblement National jest Jordan Bardella. To trzydziestoletni polityk (rocznik 1995), który podkreśla, że pochodzi z blokowiska, a nie elit jak Macron. Ale do elit aspiruje i jest przez nie coraz bardziej akceptowany. Dobrym przykładem była sesja zdjęciowa w „Paris Match” — popularnym plotkarskim magazynie należącym do Bernarda Arnault, najbogatszego człowieka we Francji. Bardella pojawił się tam z partnerką, Marią-Karoliną z Burbonów, reprezentantką kosmopolitycznej elity. To bardzo ciekawy sygnał: największy biznes i część elit zaczynają akceptować Rassemblement National i jego kandydata.
Wydaje mi się, że wynika to także z kalkulacji strategicznych. Arnault nie jest oczywistym oligarchą prawicy, raczej przedstawicielem liberalnego mainstreamu biznesowego, ale może uznaje, że Bardella może zostać przyszłym prezydentem republiki.
Sam Bardella pochodzi z przedmieść paryskich, z Saint-Denis — jednej z najbiedniejszych dzielnic. Oczywiście później obracał się już w bardziej zamożnych kręgach i bardzo wcześnie, jako nastolatek, wstąpił do młodzieżówki Frontu Narodowego. Ale jego korzenie pozwalają mu mówić: jestem chłopakiem stąd, wiem, co dzieje się na ulicach, rozumiem wasze problemy. Co ciekawe, część imigrantów i mieszkańców przedmieść, którzy intuicyjnie powinni sprzeciwiać się polityce skrajnej prawicy, także głosuje na Rassemblement National.
Bardella jest też najmłodszym politykiem, który zaszedł tak daleko. Ma 30 lat, dobrze się prezentuje, jest bardzo popularny na TikToku i w innych mediach społecznościowych. Nie można mu odmówić zdolności retorycznych i charyzmy, której brakuje kandydatom centrum.
Gabriel Attal, również bardzo młody polityk i były premier, jest postrzegany jako „mini-Macron”. Pewnie chciałby się tego wizerunku pozbyć, ale będzie to trudne. Édouard Philippe z kolei reprezentuje doświadczenie i rozwagę, ale jest mało charyzmatyczny. Dodatkowo ciążą na nim zarzuty dotyczące okresu, kiedy był premierem.
Scena polityczna jest więc bardzo dynamiczna. Mówi się nawet o kilkudziesięciu potencjalnych kandydatach, choć realnie liczyć będzie się pewnie pięciu lub sześciu.
Czy o wyniku wyborów zdecydują medialni magnaci? Kilku miliarderów kontroluje większość rynku mediów we Francji. W ostatnich latach jest głośno o medialnych ruchach Vincenta Bolloré, orędownika skrajnej prawicy. Należy do niego m.in. Canal+. Niektóre stacje, które kupił, zmieniły profil na bardziej publicystyczny i zaczęły promować polityków Rassemblement National, ale też Érica Zemmoura i jego partię Reconquête, która promuje „reemigrację”, czyli przymusowy, masowy powrót do krajów pochodzenia dla imigrantów spoza Europy.
Około jedenastu miliarderów kontroluje dziś blisko 80 procent francuskiego rynku medialnego — prasę, radio i telewizję. Ekonomicznie rzecz ujmując, jest to struktura oligopolistyczna. Nie mamy monopolu jednej partii, ale kilka silnie prywatnie zoligarchizowanych przyczółków.
W Polsce mamy niejako tradycyjnie do czynienia raczej zawłaszczeniem mediów publicznych przez partię rządzącą i jej narrację. We Francji media publiczne nadal są pluralistyczne i utrzymują wysoki poziom debaty.
Problem dotyczy jednak dużej części mediów prywatnych.
Z jednej strony mamy biegun prawicowy, bardzo silnie przesuwający debatę w stronę wojen kulturowych, migracji i coraz bardziej otwartego wspierania prawicy.
Z drugiej strony biegun centrowy i liberalny także jest silny. On również filtruje agendę, wspiera raczej obóz makronistyczny, akcentuje prorynkowe reformy i przywiązuje mniejszą wagę do kwestii społecznych.
We Francji istnieje też — czego w Polsce właściwie nie ma w podobnej skali — silny biegun lewicowo-progresywny: Mediapart, „Libération”, „L’Obs” i inne tytuły. Lewica jest bardziej obecna w mediach niż w Polsce.
Natomiast poziom debaty we francuskiej telewizji publicznej jest budujący. W sytuacjach kryzysowych, jak przedterminowe wybory w 2024 roku czy ostatnia dymisja premiera Lecornu, we France 24 i inne francuskich stacjach publicznych odbywają się naprawdę wyważone dyskusje, dające głos różnym stronom.
Dlatego na tym etapie nie widzę jeszcze bezpośredniego zagrożenia dla demokracji wynikającego z samego rynku medialnego. Jest pewien trend, ale nie sądzę, żeby samodzielnie przesądził o wyniku wyborów.
Przejdźmy więc do stosunków polsko-francuskich. Historycznie Francja jest naszym sojusznikiem, ale w ostatnich kilkunastu latach relacje bywały trudne. W Polsce i w Europie Środkowo-Wschodniej pamiętamy wyższościowe podejście części francuskich polityków. Z drugiej strony rząd PiS zrezygnował z zakupu Caracali, czyli zerwał ważny kontrakt wojskowy. Od zeszłego roku mamy jednak zaawansowaną współpracę — już nie tylko symboliczną. Jest traktat z Nancy, dotyczący współpracy wojskowej, będący dużym sukcesem Macrona i Tuska. Równolegle obserwujemy też przeobrażenia unijnej polityki obronnej. Jaką rolę będzie odgrywać Francja w tym obszarze?
Rola Francji jest tu kluczowa: ma czołową armię w Unii Europejskiej i jako jedyne państwo w UE posiada broń jądrową. W relacjach Polski i Francji nastąpiła duża zmiana jakościowa, zdecydowanie korzystna dla Polski. Macron, jako prezydent proeuropejski i prointegracyjny, naciska na pogłębienie integracji także w obszarze bezpieczeństwa i obronności.
Najbardziej medialnym tematem ostatnich tygodni był oczywiście parasol nuklearny, który mógłby zostać rozciągnięty także na Polskę i szerzej na Europę. Patrząc szerzej,
relacje bilateralne są dziś prawdopodobnie najlepsze w historii.
W latach 90., kiedy Polska starała się o wejście do Unii Europejskiej, Francja wspierała nas, ale jednocześnie była sceptyczna i ostrożna. Pamiętamy narrację o „polskim hydrauliku” i obawy przed pracownikami delegowanymi.
Dziś Francja, znajdująca się na skraju poważnych problemów gospodarczych, widzi, że Polska wyrasta na dynamicznego, stabilnego ekonomicznie gracza, który wchodzi do G20. Jednocześnie Macron zmienił spojrzenie geopolityczne. Na początku wojny Rosji przeciwko Ukrainie rozmawiał jeszcze z Putinem i podkreślał, że nie należy Rosji poniżać. To podejście zostało zweryfikowane, również dzięki polskim wysiłkom dyplomatycznym.
Polska stała się państwem, o którym Macron wielokrotnie mówił, że miało rację.
Pamiętam jego przemówienie na Sorbonie w 2024 roku, dotyczące przyszłości Europy i tego, jak Unia może obronić swoją suwerenność wobec Rosji, Chin i Stanów Zjednoczonych. W tym wystąpieniu Macron wymienił tylko jedno państwo z całego świata, które pochwalił trzy razy — i była to Polska.
Oczywiście dla równowagi trzeba dodać, że wysiłki na rzecz zbliżenia polsko-francuskiego zaczęły się paradoksalnie jeszcze za rządu PiS. Prace nad traktatem z Nancy rozpoczęto już wcześniej, a obecny rząd bardzo dobrze je sfinalizował.
Dziś relacje weszły na wyższy poziom. Wystarczy spojrzeć na ustalenia ostatniego szczytu międzyrządowego: konkretne projekty w obszarze energii, bezpieczeństwa, innowacji, inwestycji i współpracy gospodarczej.
To dopiero początek, ale Francja zaczyna traktować Polskę poważnie — nie jako partnera drugiej kategorii, lecz jako państwo wchodzące do pierwszej ligi i mogące być trzecią silną odnogą Trójkąta Weimarskiego.
A co stałoby się z relacjami polsko-francuskimi, gdyby w 2027 roku we Francji w wyborach prezydenckich wygrała skrajna prawica?
Gdyby Bardella wygrał we Francji, a w Polsce nadal rządził obecny centrowo-prawicowy rząd, sytuacja wymagałaby dużego balansowania. Z jednej strony trzeba byłoby utrzymać i wykorzystać potencjał traktatu z Nancy. Wiele jego elementów nie zostałoby zapewne podważonych przez skrajną prawicę, bo są korzystne także dla Francji — a dla skrajnej prawicy najważniejsza jest właśnie Francja, nie Europa.
Z drugiej strony Polska musiałaby pilnować, aby to zbliżenie nie osłabiło amerykańskiego filaru bezpieczeństwa i nie rozmyło wsparcia dla Ukrainy. Tu pojawia się duży znak zapytania.
Gdyby jednak skrajna prawica wygrała zarówno we Francji, jak i w Polsce — w zależności od konfiguracji i roli Konfederacji — moglibyśmy się spodziewać bardzo asertywnej polityki wewnątrz Unii Europejskiej dwóch dużych państw. Polska i Francja mają przecież znaczącą siłę głosów w Radzie UE.
Czy Rassemblement National chce dziś wyjścia Francji z Unii Europejskiej?
Nie. Po Brexicie, który odbił się negatywnie na Wielkiej Brytanii gospodarczo i politycznie, prawicowe partie eurosceptyczne przestały mówić o exitach. Mówią raczej o renacjonalizacji części kompetencji, odzyskiwaniu kontroli i suwerenności, ale w ramach Unii.
Podobnie wygląda dziś retoryka w Polsce. Choć badania pokazują, że pewna część elektoratu PiS popierałaby Polexit, liderzy PiS i Konfederacji podkreślają korzyści z członkostwa w UE.
Miałoby to więc być reformowanie Unii od wewnątrz. Na czym konkretnie miałoby polegać? Trudno powiedzieć. Warto przypomnieć przegląd kompetencji zlecony przez Davida Camerona przed referendum brexitowym. Chodziło o ustalenie, które kompetencje należałoby odzyskać z poziomu unijnego. Okazało się, że właściwie nie ma jasnych wskazań.
Problem nie leżał w podziale kompetencji między Unią a państwem członkowskim, lecz w dodatkowych regulacjach i specyfice brytyjskiej gospodarki i polityki. Politycy mówiący dziś o renacjonalizacji powinni do tego przeglądu zajrzeć.
Obecnie debata o kompetencjach UE dotyczy jednak także kwestii oceny sądownictwa w państwach członkowskich przez instytucje UE.
Ewentualna reforma Unii Europejskiej, którą siły prawicowe we Francji i w Polsce głośno reklamują, pozostaje na razie bardzo mało konkretna. W dodatku towarzyszy jej wsparcie amerykańskich suwerenistów i nacjonalistów, takich jak JD Vance, którzy mówią o odwrocie integracji i przywracaniu suwerenności państwom narodowym.
Na tym tle dużym sukcesem dla Unii jest wygrana Pétera Magyara na Węgrzech. Gdyby nie doszło tam do tak istotnego przeobrażenia sceny politycznej, sytuacja wyglądałaby znacznie gorzej, bo siły antyintegracyjne miałyby kolejnego silnego sojusznika.
Będziemy więc z wielkim zainteresowaniem obserwować, co wydarzy się we Francji. Zaryzykowałabym jednak tezę, że antyeuropejska retoryka prawicy w dużej mierze złagodnieje, jeśli prawica przejmie władzę i zobaczy, że aby rządzić także na poziomie europejskim, musi przyjąć pewne rozwiązania. Już dziś widzimy dwukierunkowe zbliżenie centrum i prawicy w wielu politykach europejskich. Nie sądzę więc, aby był to koniec świata.
A czy wygrana prawicy byłaby końcem świata dla francuskiej demokracji?
Wydaje mi się, że tak długo ją hamowano różnymi sztucznymi sposobami, że być może Francuzom potrzebny jest okres politycznego „sparzenia się” — lekcja, która pozwoli im lepiej zrozumieć własną demokrację. Trochę tak jak w Polsce: po ośmiu latach rządów PiS łatwiej zastanawiać się nad tym, co jest autorytarne, co demokratyczne i gdzie są granice.
Z drugiej strony Polska nie poradziła sobie do końca z naprawą po tym okresie i zobaczymy, czy sama nie wróci jeszcze do bardziej autokratycznych pomysłów przekształcania państwa.
Władza
Emmanuel Macron
Unia Europejska
Drugi Rzut Oka
Francja
Jean-Luc Mélenchon
Jordan Bardella
Marine Le Pen
obronność
Rassemblement National
Traktat z Nancy
Pisze o praworządności, demokracji, prawie praw człowieka. Prowadzi podcast OKO.press "Drugi rzut OKA na prawo". Współzałożycielka Archiwum Osiatyńskiego i Rule of Law in Poland. Doktor nauk prawnych.
Pisze o praworządności, demokracji, prawie praw człowieka. Prowadzi podcast OKO.press "Drugi rzut OKA na prawo". Współzałożycielka Archiwum Osiatyńskiego i Rule of Law in Poland. Doktor nauk prawnych.
Komentarze