0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: AP Photo/Ryan MurphyAP Photo/Ryan Murphy

W czerwcu i lipcu 2026 roku w federalnym postępowaniu sądowym dotyczącym wydarzeń z lipca 2025 roku pod ośrodkiem Immigration and Customs Enforcement (ICE, amerykańska służba imigracyjna) w Prairieland w stanie Teksas skazano 16 osób. Najwyższy wyrok wyniósł 100 lat więzienia za postrzelenie funkcjonariusza (uznane za usiłowanie zabójstwa) i użycie broni. Kolejne osoby otrzymały kary od 50 do 70 lat za udział w zamieszkach, wsparcie organizacji terrorystycznej, spisek oraz użycie i posiadanie fajerwerków uznanych za materiały wybuchowe.

Siedem osób, które wcześniej przyznały się do winy, dostało od 22 miesięcy do 15 lat. Łącznie zasądzono 562 lata i 2 miesiące więzienia oraz ponad 4 tys. dolarów odszkodowania za zniszczone mienie. Część skazanych zapowiedziała apelacje, a równolegle w Teksasie toczą się postępowania stanowe zarówno wobec wcześniej skazanych, jak i wobec grupy innych osób uczestniczących w proteście.

Ekstremalnie wysokie wyroki sugerują, że sprawa protestu w Prairieland nosi cechy procesu pokazowego, w którym administracja Trumpa wydaje się sprawdzać, jak daleko może się posunąć w prześladowaniu opozycji i przypinaniu jej łatki terrorystów.

Co wydarzyło się w Prairieland?

Czwartego lipca 2025 roku niewielka grupa protestujących zorganizowała nocną demonstrację, odpalając fajerwerki przed ośrodkiem zatrzymań ICE Prairieland w geście solidarności z zatrzymanymi. Protest był przede wszystkim reakcją na zaostrzenie przez administrację Donalda Trumpa polityki zatrzymań i deportacji migrantów oraz na towarzyszącą im przemoc.

W czerwcu 2025 r. do systemu detencyjnego ICE trafiło 36 737 osób: 31 625 zatrzymanych przez samo ICE i 5 112 przez służbę graniczną CBP. Pod koniec czerwca ICE przetrzymywało jednocześnie około 57 861 osób w ponad 200 placówkach.

Prawie trzy czwarte osadzonych znalazło się w ośrodkach bez wyroku karnego. Część oczekiwała wyłącznie na rozstrzygnięcie postępowania imigracyjnego.

Wiele zatrzymań miało być niezgodnych z prawem oraz naruszać zarówno godność, jak i nietykalność cielesną zatrzymanych.

Próby oporu (w tym protesty amerykańskich obywateli) były brutalnie tłumione. Human Rights Watch udokumentowała 65 przypadków zranienia manifestantów, dziennikarzy i obserwatorów podczas protestów tylko w Los Angeles i tylko od 6 do 14 czerwca. Do American Civil Liberties Union, jednej z najważniejszych organizacji broniących praw człowieka w USA, zgłosiło się później ponad 280 osób twierdzących, że zostały ranne przez służby podczas protestów.

Media co rusz donosiły o używaniu przeciwko protestującym i dziennikarzom pocisków piankowych i gumowych oraz gazu pieprzowego, niekiedy z bliskiej odległości. Świat obiegły nagrania, na których australijska reporterka Lauren Tomasi została trafiona gumowym pociskiem podczas relacji na żywo, a senator Alex Padilla, próbujący zadać pytanie amerykańskiej sekretarz bezpieczeństwa krajowego, Kristi Noem, został wypchnięty z konferencji, przewrócony i zakuty w kajdanki.

TikTok i Instagram zostały zasypane nagraniami agresywnych nalotów z udziałem zamaskowanych, ciężko uzbrojonych agentów ICE, a także wyciągania ludzi z samochodów i domów podczas wykonywania przez nich codziennych czynności. Przemoc ICE była tak powszechna, że stała się powracającym motywem wypuszczonego latem 2025 roku sezonu serialu South Park.

Przeczytaj także:

Ranny oficer i absurdalne wyroki

Demonstranci z Prairieland sprzeciwiali się działalności ICE i chcieli okazać solidarność osobom przetrzymywanym w ośrodku. Była to jedna z wielu takich manifestacji w tym okresie. W kolejnym półroczu protesty rozprzestrzeniły się po USA jak pożar.

Jednak w Prairieland sprawa wymknęła się spod kontroli. Kilku protestujących w strojach w stylu black bloc (specyficzny m.in. dla środowisk anarchistycznych styl ubioru na demonstracje, oparty na czarnych ubraniach i zasłanianiu twarzy) odłączyło się od demonstracji i namalowało sprayem graffiti na samochodach pracowników ośrodka oraz na posterunku ochrony, przebiło opony rządowej furgonetki i zniszczyło kamerę monitoringu.

Strażnicy ośrodka nakazali protestującym rozejść się i większość z nich to zrobiła. Kiedy na miejsce przybyła policja, jeden z oficerów, Thomas Gross, wyciągnął broń i wycelował w protestujących. Benjamin Hanil Song oddała w jego kierunku kilka strzałów; jedna z kul trafiła policjanta powyżej obojczyka. Oficer odpowiedział ogniem, gdy protestujący rozproszyli się i uciekli. Gross odniósł obrażenia niezagrażające życiu i został wypisany ze szpitala po kilku godzinach. W ciągu kilku dni aresztowano jedenaście osób; miesiąc później, po obławie, zatrzymano również Song, a także pięć kolejnych osób.

Pierwsze wyroki w sprawie zatrzymanych wydano w czerwcu 2026 roku; drugą grupę skazano w lipcu. W związku z panującym w USA klimatem politycznym

zatrzymanych traktowano jako część grupy terrorystycznej, a nie jako indywidualne osoby odpowiedzialne za konkretne czyny zabronione, co znacząco zawyżyło kary.

W federalnym postępowaniu skazano łącznie 16 osób.

Najwyższy wyrok — 100 lat więzienia — otrzymała Benjamin Hanil Song (Song to była oficer Marines oraz osoba transpłciowa używająca różnych zaimków; amerykańskie media używają wobec niej zaimków „she” oraz „they”). Była jedyną oskarżoną uznaną za winną usiłowania zabójstwa funkcjonariuszy oraz użycia broni palnej podczas przestępstwa z użyciem przemocy.

Maricelę Ruedę skazano na 70 lat. Zachary’ego Evettsa, Savannę Batten, Autumn Hill (określaną podczas procesu jako Cameron Arnold), Meagan Morris (określaną jako Bradford Morris) – te dwie osoby są także osobami transpłciowymi – oraz Elizabeth Soto skazano na 50 lat więzienia. Taką samą karę otrzymał później jej mąż Ines Soto. Wszyscy zostali skazani m.in. za udział w zamieszkach, udzielanie materialnego wsparcia terrorystom, spisek oraz użycie materiałów wybuchowych — za takie materiały prokuratura uznała fajerwerki wykorzystane podczas demonstracji. Daniel Rolando Sanchez-Estrada otrzymał 30 lat za ukrywanie i przewożenie dokumentów oraz materiałów propagandowych, które mogły obciążyć Ruedę, a także za utrudnianie ich wykorzystania w postępowaniu.

Pozostałe osoby przyznały się do jednego zarzutu udzielania materialnego wsparcia „terrorystom”. Sharp, Thomas, Morgan i Kent przyznali, że pomagali Song ukrywać się po strzelaninie. Baumann zeznał natomiast, że niszczył pojazdy i malował graffiti na terenie ośrodka.

Najsurowsze wyroki – po 15 lat więzienia – usłyszały Joy „Rowan” Gibson, partnerka Song, oraz Rebecca Morgan. Obie odmówiły współpracy z prokuraturą w charakterze świadków. Lynette Sharp i John Thomas, którzy współpracowali z władzami i zeznawali podczas procesu, zostali skazani na 110 miesięcy więzienia, czyli po 9 lat i 2 miesiące. Seth Sikes i Susan Kent otrzymali wyroki po 6 lat więzienia, a Nathan Baumann – 22 miesiące.

Warto odnotować, że 3 ze skazanych to osoby transpłciowe, a jeszcze więcej należy do szeroko rozumianej społeczności LGBTQ, co wpisuje się w narrację o transterroryzmie, o którym czasami wspomina administracja Trumpa.

Skazane i ich komitet poparcia zarzucały władzom używanie męskich imion i zaimków (misgenderowanie) mimo – jak twierdziły – urzędowej zmiany imion (nie udało nam się jednak potwierdzić formalnej zmiany oznaczenia płci). Sędzia Mark Pittman nakazał prokuraturze używać preferowanych imion i zaimków, niemniej całą transpłciową trójkę osadzono na oddziałach dla mężczyzn.

Łączna suma wszystkich kar wyniosła 562 lata i 2 miesiące więzienia. Osoby obecne pod Prairieland zobowiązano ponadto solidarnie do zapłaty odszkodowania w wysokości nieco ponad 4 000 dolarów za wyrządzone szkody. Skazani w procesie zapowiedzieli apelacje do federalnego sądu apelacyjnego, a wobec części osób nadal toczą się odrębne postępowania stanowe w Teksasie. Wśród 6 osób oskarżonych w postępowaniu stanowym jest m.in. Dario Sanchez, który nie uczestniczył w proteście. Został oskarżony o manipulowanie dowodami w związku z usunięciem dwóch innych oskarżonych z czatu w Signalu po strzelaninie.

Efekt mrożący i terroryzm

Sędzia Pittman, który skazał Song na 100 lat więzienia za postrzelenie policjanta — według obrony przypadkowe — podczas prowadzenia ognia zaporowego mającego chronić innych protestujących, miał powiedzieć:

„Jeśli doszliśmy do czasów, w których prowadzi się ogień zaporowy w kierunku funkcjonariusza próbującego powstrzymać zamieszki, to znajdujemy się w naprawdę, naprawdę złym momencie naszej historii”.

Trudno uwierzyć, że Pittman nie widział dwuznaczności swoich słów. Bardzo wysokie wyroki jawnie kontrastują ze szkodami wynoszącymi zaledwie 4 tys. dolarów. Nawet Song, która postrzeliła oficera Grossa, choć powinna spodziewać się wyroku, w „normalnych” warunkach mogłaby oczekiwać raczej kary od kilku do kilkunastu, a być 30 lat więzienia. Postępowanie w sprawie osadzonych w Prairieland było jednak dalekie od normalności.

Song i niektórym spośród pozostałych osób początkowo postawiono zarzut usiłowania zabójstwa. Po zamordowaniu 10 września 2025 roku prawicowego działacza politycznego Charliego Kirka Trump podpisał 22 września

rozporządzenie wykonawcze uznające ruch antyfaszystowski Antifa za krajową organizację terrorystyczną,

chociaż Antifa to termin parasolowy, ogólna idea, a nie rzeczywista globalna organizacja.

Następnie 25 września wydano Memorandum Prezydenckie w sprawie Bezpieczeństwa Narodowego nr 7, w którym polecono agencjom federalnym „prowadzenie dochodzeń w sprawie [krajowych] sieci, podmiotów i organizacji podsycających przemoc polityczną” oraz „zakłócanie ich działalności”. 16 października 2025 roku Departament Sprawiedliwości Stanów Zjednoczonych postawił dwóm podejrzanym z Prairieland zarzuty związane z terroryzmem. Był to pierwszy przypadek postawienia takich zarzutów w związku z domniemaną działalnością Antify.

Surowość wyroków w sprawie Prairieland szczególnie rzuca się w oczy na tle innych amerykańskich spraw dotyczących przemocy wobec policjantów.

Benjamin Song została skazana na 100 lat więzienia za zestaw przestępstw obejmujący m.in. usiłowanie zabójstwa funkcjonariusza, który przeżył postrzelenie, podczas gdy w innych sprawach kary za bezpośrednie postrzelenie policjantów bywały wielokrotnie niższe.

Można tu przytoczyć niedawny przypadek z Iowa, w którym za szereg przestępstw, w tym przemoc domową, strzelanie do dwóch policjantów i postrzelenie jednego z nich, skazano napastnika na 25 lat. Czyn ten uznano, podobnie jak w sprawie Song, za usiłowanie zabójstwa funkcjonariusza. W innym przypadku Robert Benjamin Nelson dostał 30 lat za trzykrotne postrzelenie funkcjonariuszki federalnej i spowodowanie u niej trwałych obrażeń, a Elijah Eubanks — 15 lat w postępowaniu stanowym za usiłowanie zabójstwa policjanta.

Jeszcze bardziej uderzające jest zestawienie z przypadkami śmiertelnymi: Steven Carrillo, który w zaplanowanym ataku zabił jednego funkcjonariusza ochrony federalnej i ciężko ranił drugiego, został skazany na 41 lat, Lavander Javon Williams zaś otrzymał 25 lat za zastrzelenie będącego po służbie funkcjonariusza federalnego. Zdarzały się co prawda kary śmierci, jednak zazwyczaj zasądzano je w wypadku zabicia kilku policjantów, zranienia kilku i zabicia jednego z nich albo zabójstwa ze szczególnym okrucieństwem.

Wymienione wyroki pokazują, że kara 100 lat więzienia za atak, w którym ofiara przeżyła i wymagała jedynie powierzchownego opatrzenia, oraz skazanie na kilka dekad izolacji pozostałych osób, które nie dopuściły się przemocy zagrażającej zdrowiu lub życiu, plasują się na skrajnie surowym biegunie amerykańskiej praktyki karnej.

Media centrolewicowe, takie jak „The New Yorker” czy „The Guardian”, zwracają uwagę, że postępowanie ma cechy procesu pokazowego. Wiele wyroków jest absurdalnych: w przypadku Soto zarzucane „materialne wsparcie grupy terrorystycznej” obejmowało posiadanie „prasy drukarskiej” używanej do drukowania anarchistycznych zinów oraz przynależność do lewicowego klubu czytelniczego — argumentował rząd federalny. Soto i jej mąż zdążyli już opuścić miejsce zbrodni, zanim wyciągnięto broń, jednak oboje zostali skazani na 50 lat pozbawienia wolności.

Krytycy, m.in. Brennan Centre for Justice, organizacja pozarządowa powiązana z nowojorską School of Law, wskazują, że administracja Trumpa od końca 2025 roku używa określenia „terroryści” wobec lewicy i środowisk przeciwnych prezydentowi w celu kryminalizacji opozycji. W praktyce oznacza to zupełnie inną kwalifikację, inne wyroki oraz narzędzia inwigilacji i kontroli, które można wobec nich zastosować.

30 lat za ziny i wlepki

Szczególnie bulwersująca jest sprawa Daniela Sancheza-Estrady, który został skazany na 30 lat, mimo że nawet nie było go na proteście. Sánchez-Estrada — artysta, tatuażysta i legalny imigrant posiadający zieloną kartę, zaangażowany w środowiska lewicowe — był mężem jednej z protestujących, Mariceli Ruedy.

Rueda po aresztowaniu zadzwoniła do Estrady, prosząc go o odholowanie samochodu i „sprawdzenie” domu. Rozmowa była jednak podsłuchiwana przez władze, a Estrada został zatrzymany przez policję podczas wywożenia z ich wspólnego domu… pudełka z anarchistycznymi zinami, broszurami i dokumentami. Wiele grafik, w tym wlepek i plakatów, zaprojektował sam Estrada. Krytykowały one — czasami wulgarnie — ICE i administrację Trumpa lub wzywały do oporu. Jak pisał „The New Yorker”, „funkcjonariusze zatrzymali Daniela Sancheza-Estradę, podejrzewając, że wyniósł z domu pudełko z materiałami wybuchowymi. Okazało się, że pudełko było pełne zinów i zawierało stary list miłosny”.

Na zdjęciach dowodów widać m.in. wlepki z napisem „be gay do crime”, a także feministyczne, anty-ICE-owskie i antytrumpowskie ziny. Włączono je do aktu oskarżenia i uznano za

materiały propagandowe terrorystycznej grupy Antifa. Sanchez-Estrada został skazany na 30 lat za ukrywanie dokumentów,

co miało m.in. utrudnić skazanie jego żony.

„Ukrywanie dokumentu lub zapisu, polegające na przewiezieniu z miejsca zamieszkania Sancheza-Estrady do lokalizacji w Denton w Teksasie pudełka zawierającego liczne materiały Antify — w tym dokumenty i propagandę dotyczącą planowania powstania, wymierzoną w organy ścigania, rząd oraz służby imigracyjne — z zamiarem ukrycia zawartości pudełka i utrudnienia jej wykorzystania w postępowaniu przed federalną wielką ławą przysięgłych oraz w federalnym postępowaniu karnym” — tak sprawę opisało Ministerstwo Sprawiedliwości.

Trzydzieści lat za broszurki brzmi jak wyrok z najgorszych lat stalinizmu, gdyby nie to, że w czasach stalinowskich w Polsce za drukowanie lub kolportowanie „bibuły” można było dostać od 2 do 5 lat więzienia, a gdy działalność łączono z zarzutem przynależności do „nielegalnej organizacji” albo próby obalenia ustroju, wyroki często rosły do 7–10 lat, rzadko osiągając kilkanaście lat.

Tymczasem amerykański Departament Sprawiedliwości z dumą ogłasza ten wyrok na swojej stronie. Sprawa Estrady wywołała społeczne oburzenie i protesty organizowane w ramach inicjatyw #freedes i „Zines Are Not a Crime”.

Technologiczna inwigilacja, czyli lekcja trzecia

Jednym z najciekawszych elementów sprawy Prairieland jest rola cyfrowych śladów i narzędzi komunikacji. Według prokuratury oskarżeni korzystali z szyfrowanego komunikatora Signal i funkcji automatycznego usuwania wiadomości, używali pseudonimów, a część rozmów prowadzili w zamkniętych grupach dostępnych tylko dla zaufanych osób. Mimo to zostali skonfrontowani przez śledczych z zapisami swoich rozmów.

Prokuratura wykorzystywała również dane lokalizacyjne telefonów, argumentując na ich podstawie m.in., że uczestnicy celowo ograniczali możliwość śledzenia urządzeń przez ich wyłączanie lub używanie klatek Faradaya (etui blokujących sygnał GPS i inne).

Szczególnie ciekawy technicznie dowód pochodził jednak z iPhone’a jednej z oskarżonych, Lynette Sharp. Podczas procesu agent FBI zeznał, że śledczym udało się odtworzyć treść części przychodzących wiadomości z Signala, mimo że sam komunikator został wcześniej usunięty z telefonu, a w niektórych rozmowach korzystano z funkcji znikających wiadomości. Nie oznaczało to złamania szyfrowania Signala. Okazało się, że kopie treści zachowały się poza aplikacją, w wewnętrznej bazie systemowych powiadomień iOS, ponieważ fragmenty wiadomości były wcześniej wyświetlane na ekranie telefonu. Metoda pozwalała odzyskać wiadomości przychodzące, które wygenerowały powiadomienie, ale nie dawała analogicznego dostępu do wiadomości wysłanych z urządzenia.

Przypadek pokazał istotną słabość praktycznego korzystania z szyfrowanych komunikatorów. Nawet gdy transmisja między urządzeniami pozostaje bezpieczna, treść może zostać zapisana przez system operacyjny, mechanizm powiadomień, jako kopia zapasowa albo inny element urządzenia końcowego, na które nie ma wpływu wysyłający i których istnienia odbiorca może nie być świadomy. Usunięcie wiadomości w aplikacji nie musi więc oznaczać usunięcia wszystkich jej kopii z telefonu.

Krótko po nagłośnieniu sprawy Apple wydało aktualizację iOS, która oficjalnie usuwała błąd powodujący, że powiadomienia oznaczone do usunięcia mogły niespodziewanie pozostawać na urządzeniu. Zasadne jest jednak pytanie, czy — często powiązani z Trumpem — potentaci z Doliny Krzemowej

naprawdę chcą, aby ich użytkownicy mogli komunikować się w sposób zabezpieczony przed kontrolą korporacji i służb?

Aspekt technologiczny odegrał również szerszą rolę w procesie. Prokuratura traktowała używanie Signala, pseudonimów, znikających wiadomości i klatek Faradaya oraz usuwanie danych jako elementy świadczące o konspiracji i próbie ukrycia przygotowań.

Krytycy postępowania zwracali jednak uwagę, że te same narzędzia są powszechnie wykorzystywane przez dziennikarzy, aktywistów i uczestników demonstracji do ochrony prywatności przed inwigilacją. Samo ich używanie nie dowodzi planowania przemocy czy przestępstwa, lecz mieści się w granicach wolności słowa. Dowody tego typu nabierają znaczenia dopiero w połączeniu z treścią rozmów, działaniami konkretnych osób i innymi dowodami (które akurat w sprawie z Prairieland są wyjątkowo słabe). Wyrok z Teksasu może przez to wywołać efekt mrożący: uczestnicy legalnych protestów mogą założyć, że korzystanie z bezpiecznej komunikacji zostanie później przedstawione przez prokuraturę jako dowód działalności przestępczej.

Warto odnotować, że szyfrowanie może chronić samo połączenie, ale nie potrafi magicznie zabezpieczyć całego ekosystemu urządzeń, systemów operacyjnych i ludzi znajdujących się po obu stronach rozmowy. Aktywiści czy dziennikarze mogą zostać zdemaskowani z powodu luk w swoich urządzeniach, o których nie mają pojęcia, albo po prostu dlatego, że mimo zachowania środków ostrożności ich urządzenia wpadną w ręce służb. Być może przewaga technologiczna rządzących nad rządzonymi jest już na tyle duża, że „bezpieczna” komunikacja i klasyczne metody konspiracji nie mogą już służyć w szczególnie zaawansowanych państwach do unikania uwagi władzy i służb.

Sprawa skazanych z Prairieland oraz inne trwające procesy przeciwko osobom protestującym w zeszłym roku przeciwko ICE i Trumpowi — w wielu z nich właśnie zbliża się moment wydania wyroku — powinny znaleźć się w centrum uwagi świata. Mogą one pokazać, niczym papierek lakmusowy, czy USA nie osuwają się w autorytaryzm, co z kolei może zainspirować rządzących po drugiej stronie Atlantyku do ruchu w tym samym kierunku.

Paweł Jędral

Analityk Fundacji Kaleckiego, absolwent MISH, realizował projekty badawcze m.in. związane z Partnerstwem Wschodnim

Komentarze