0:00
09 kwietnia 2020

USA na wojnie z wirusem? Trump się miota, a 50 stanów zwalcza epidemię na własną rękę

Gdy w połowie stycznia spytano Trumpa, czy epidemia zagraża Stanom odparł: „Ale o co chodzi? O tę jedną osobę, która przyjechała z Chin? My to mamy pod kontrolą”. Do 9 kwietnia rano koronawirus zabił w USA już prawie 15 tys. osób

Wydrukuj

"Najgorsze jeszcze przed nami. Mówi się, że szczyt epidemii przypadnie na 2 i 3 tydzień kwietnia, ale te prognozy stale się zmieniają " - mówi OKO.press Elżbieta Olender, tłumaczka mieszkająca w stanie New Jersey w USA.

"Trump mówi o sobie, że jest »prezydentem czasów wojny«, ale w rolę wodza nie wszedł. Zwleka z podejmowaniem decyzji, jest niekonsekwentny, miota się między skrajnymi rozwiązaniami. Posunięcia rządu są chaotyczne, z Waszyngtonu płyną sprzeczne komunikaty. W rolę dowódców musieli, chcąc nie chcąc, wejść gubernatorzy stanów. W efekcie walka USA z wirusem stała się walką 50 oddzielnych państw, które na dodatek konkurują między sobą o skąpe zasoby".

"Duże federalne instytucje okazały się jak na czas epidemii za powolne. Pierwsze testy przygotowane przez CDC były wadliwe, więc zaczęto testować z opóźnieniem. Kryteria testowania były za wąskie, czas oczekiwania na wynik za długi. Wirus takich błędów nie przebacza".

"Nawet przed epidemią koszty leczenia były odpowiedzialne za dwie trzecie wszystkich bankructw w USA. Z powodu niezapłaconych rachunków medycznych 530 tys. rodzin rocznie składało w sądach wnioski o bankructwo. Dziś mało kto o tym myśli, ale epidemia może wymieść oszczędności dużej części klasy średniej".

Poniżej cała rozmowa o przebiegu epidemii i politykach, którzy są sprawdzani w dobie próby.

Sławomir Zagórski, OKO.press: Ameryka przeżywa dramat. Już trzeci dzień z rzędu liczba ofiar w ciągu doby sięga blisko 2 tys. Ale w Nowym Jorku daje się już chyba zauważyć pierwsze sygnały poprawy?

Elżbieta Olender*: I tak, i nie. Najgorsze jeszcze przed nami. Mówi się, że szczyt epidemii przypadnie na 2 i 3 tydzień kwietnia, ale te prognozy stale się zmieniają. W poniedziałek 6 kwietnia w stanie Nowy Jork w ciągu jednej doby odnotowano 731 zgonów. Wiadomo, że to niepełna liczba, ponieważ ludzie, którzy umierają w domach, też mogą być ofiarami wirusa. Większość zmarłych to mieszkańcy samego miasta Nowy Jork.

Przy szpitalach ustawiono samochody chłodnie, które przysłała FEMA [Federalna Agencja Zarządzania Kryzysowego]. Władze miasta rozważają robienie tymczasowych pochówków na maleńkiej wysepce Hart Island, która była w tym celu używana w czasie epidemii hiszpanki.

Z drugiej strony, są pierwsze jaskółki nadziei, bo choć liczba zgonów wciąż rośnie, to liczba nowych hospitalizacji się ustabilizowała. Może to znak, że ta nieszczęsna krzywa, zaczyna się wreszcie spłaszczać. Być może zaczyna procentować profesjonalizm naszych władz stanowych. Gubernatorzy trzech najbardziej zagrożonych stanów - Nowego Jorku i sąsiadujących nim New Jersey i Connecticut - od połowy marca koordynują podejmowane kroki. Np. w tym samym czasie zamknęli restauracje, kasyna, teatry, takie miejsca publiczne, które przyciągają ludzi, skłaniają do przemieszczania się ze stanu do stanu.

Teraz pierwszym frontem walki z pandemią są szpitale, gdzie zapasy odzieży i sprzętu ochronnego są na wyczerpaniu. Burmistrz Nowego Jorku Bill de Blasio, alarmował, że najbliższych dniach miejscowe szpitale mogą potrzebować ok. 3 tysięcy dodatkowych respiratorów. Brak tych urządzeń to jeden z podstawowych problemów. Z końcem marca szpitale w Nowym Jorku zaczęły podłączać po dwóch pacjentów do jednego respiratora.

3 tygodnie temu gubernator stanu Nowy Jork Andrew Cuomo przewidywał, że w szczycie epidemii potrzebnych będzie 140 tysięcy łóżek szpitalnych, tymczasem stan dysponował tylko 53 tysiącami. Teraz buduje się w Nowym Jorku szpitale polowe. Jeden - na 2,5 tys. łóżek – jest już w Central Parku, drugi zorganizowano w kompleksie wystawowym Javits Center, następne mają powstać na Brooklynie i Staten Island. Trzeba tym szpitalom zapewnić personel medyczny. Gubernator prosi, żeby przyjeżdżali wolontariusze z innych stanów. Na jego apel wróciło do pracy w szpitalach ponad 50 tys. emerytów, uczelnie wypuściły wcześniej studentów ostatniego roku - prosto do łóżek pacjentów.

Tymczasem prezydent z wielką pompą przysłał nam okręt szpitalny, na którym jest tysiąc łóżek i 1200 osób personelu. Ale to jak dotąd niewiele miastu pomogło.

Dlaczego?

Cała ta historia jest dziwaczna. Gubernator stanu Nowy Jork Andrew Cuomo błagał o przysłanie pływającego szpitala przez 2 tygodnie, wreszcie Trump postanowił wysłać, pojechał nawet do bazy w Norfolk, by go odprawić. Z góry zapowiedział, że pływający szpital nie będzie przyjmował pacjentów zarażonych wirusem, ale i tak był z siebie bardzo dumny.

Okręt dotarł do miasta 30 marca i przez następne trzy dni przyjął na pokład… 20 pacjentów. Bo procedura była przewlekła. Chorzy najpierw trafiali do zwykłego szpitala, tam przechodzili testy i dopiero jak było pewne, że są wolni od wirusa, mogli być wysyłani na statek.

Minęły dwa kolejne dni i gruchnęła wiadomość, że na pokład przyjęto omyłkowo kilku zakażonych pacjentów. Prawicowa, popierająca Trumpa telewizja Fox News, wykonała szpagat, żeby przedstawić to jako sukces. Ponoć jest to dowód na to, że „procedury zadziałały” tylko „sytuacja jest złożona”.

W efekcie przekształcono go w szpital zakaźny?

Na to potrzebna jest zgoda prezydenta, a Trump zwlekał z podjęciem decyzji. Mimo próśb Cuomo, mimo że prasa opisywała dramatyczne warunki w przepełnionych szpitalach. Wyraził zgodę dopiero w ten poniedziałek [6 kwietnia].

Drugi statek-szpital, który rozpoczął swoją misję 23 marca, cumuje w porcie w Los Angeles. 2 kwietnia Departament Obrony potwierdził, że na statek przyjęto zaledwie 15 chorych.

Tu dodatkowo doszło do absurdalnego incydentu. Miejscowy maszynista przypuścił atak na okręt przy pomocy portowej lokomotywy. Nikt nie ucierpiał, tylko lokomotywa. Maszynista powiedział, że chciał, żeby świat „przejrzał na oczy”, bo nie wierzył, że statek to szpital. Był przekonany, że rząd robi tam coś strasznego, i ma to ma związek z epidemią. Byłoby to nawet śmieszne, gdyby nie ta groza dookoła.

W obliczu pandemii Ameryka pod rządami prezydenta Trumpa naprawdę nie stanęła na wysokości zadania.

Dlaczego?

Przyczyn jest bardzo wiele. Zacznijmy od marnego przywództwa. Amerykanie podlegają nie tylko rządowi federalnemu, ale też władzom 50 stanów i tysiącom władz lokalnych. Rząd federalny pełni jednak w tej układance szczególną rolę, bo ściąga z obywateli największe podatki i przez to rozporządza największymi zasobami finansowymi i ludzkimi. Dysponuje też federalnymi zapasami zgromadzonymi na wypadek zagrożenia, w tym lekami i sprzętem medycznym. Dlatego w sytuacjach kryzysowych oczy zwracają się Waszyngton. Tym razem nadaremnie.

Trump, mówi o sobie, że jest „prezydentem czasów wojny,” ale w rolę wodza nie wszedł. Zwleka z podejmowaniem decyzji, jest niekonsekwentny, miota się między skrajnymi rozwiązaniami. Posunięcia rządu są chaotyczne, z Waszyngtonu płyną sprzeczne komunikaty.

W rolę dowódców musieli, chcąc nie chcąc, wejść gubernatorzy stanów. W efekcie walka USA z wirusem stała się walką 50 oddzielnych państw, które na dodatek konkurują między sobą o skąpe zasoby. Na jednej z codziennych teraz konferencji prasowych gubernator Cuomo opowiadał, jak stany przelicytowywały się nawzajem próbując kupić od producenta materiały ochronne dla personelu medycznego.

Wydaje się oczywiste, że w sytuacji powszechnego zagrożenia życia i zdrowia obywateli problem zakupu sprzętu medycznego zagranicą powinien spaść na barki rządu federalnego. W Waszyngtonie są tysiące kompetentnych urzędników, którzy znają rynki zagraniczne, mogą składać ogromne zamówienia i dzięki temu negocjować lepsze ceny na produkty i usługi transportowe.

A tu słucham w lokalnym radiu wywiadu z Mikie Sherrill, posłanką z mojego okręgu, która opowiada o tym, jak władze naszego hrabstwa walczą z koronawirusem. I dowiaduję się, że mamy w hrabstwie, innymi słowy w powiecie, jednego urzędnika, który siedzi na telefonie i negocjuje z Chińczykami dostawy maseczek!

Moje hrabstwo jest zabitą dechami prowincją, dużo lasów, dzikich zwierząt pewnie więcej niż mieszkańców. My tu nie wymagamy od urzędników, żeby się znali na handlu zagranicznym i transoceanicznym transporcie. Nawet od władz stanowych tego nie wymagamy. Od tego powinien być rząd federalny.

Może rząd federalny nie chce wkraczać w kompetencje władz stanowych, które pewnie lepiej wiedzą, co jest im potrzebne?

To prawda, że system federacyjny pozostawia w rękach stanów wiele uprawnień, które mogą być pomocne w walce z epidemią. Prezydent Trump, na przykład, nie może nakazać Amerykanom, by nie wychodzili z domów ani zakazać im handlu. To są prerogatywy gubernatorów.

Ale rząd federalny ma za to inne, istotne teraz uprawnienia. Może na przykład sięgnąć po tzn. Defence Production Act, czyli prawo uchwalone w latach 50. podczas wojny koreańskiej. Pozwala ono rządowi w szczególnych okolicznościach wpływać na prywatne firmy, żeby dostosowały produkcję do potrzeb obronności kraju. Władze stanowe takich uprawnień nie mają, a to jest naprawdę potężna broń.

Gubrenator Cuomo naciskał od połowy marca, żeby prezydent skorzystał z tego prawa, bo było jasne, że kiedy epidemia się nasili, wyczerpią się zapasy odzieży ochronnej, nie wystarczy środków odkażających, zabraknie leków i respiratorów. Wtórowali mu liderzy opozycji. Ale Trump się opierał. Zastosował to prawo po raz pierwszy dopiero 27 marca i tylko wobec jednej firmy – General Motors.

Co nim kierowało?

Może strach przed odpowiedzialnością? Wprowadzasz coś takiego, to jakbyś mówił „Ja rządzę, ja za to odpowiadam, od tej chwili będzie dobrze”. A co jeśli nie będzie dobrze?

Ten prezydent zawsze wymiguje się od ryzykownych decyzji i zawsze zrzuca odpowiedzialność na innych. Nie wykluczam też cynizmu – mamy rok wyborczy. Przemysł jest dużym graczem jeśli chodzi o datki na kampanie wyborcze, na pewno lobbował przeciwko stosowaniu takiej presji.

Sądzę też, że w otoczeniu prezydenta, a może i w jego głowie, silne jest przekonanie, że w kapitalizmie takie rzeczy się uregulują same. Prezydent powtarzał, że nie musi sięgać po broń prawną, bo amerykańskie firmy, prężne i patriotyczne, same do niego przychodzą, dopytują się, jak pomóc.

To prawda, że wiele jest szczodrych firm, darowują pieniądze, maski. Nowojorskie hotele goszczą za darmo personel medyczny, destylarnia w New Jersey rozdaje alkohol do odkażania. Ale co innego dary, a co innego przestawienie produkcji.

Wspomniany General Motors obiecywał, że sam, z dobrej woli, zacznie produkować respiratory. Rząd stracił tydzień na negocjacje zanim zrozumiał, że GM, owszem, wyprodukuje respiratory, ale pięć razy mniej niż potrzeba, później i za dużo wyższą cenę. I dopiero zastosowanie ustawy o produkcji dla obronności rozwiązało ten problem.

Zawsze uważałem Amerykę za kraj, którego obywatele mają przedsiębiorczość i szybkie działanie we krwi. Nie próbuję bronić Trumpa, ale może pewne rzeczy w związku z tą epidemią mogą się zadziać same w kraju tak prężnym gospodarczo?

Może masz rację, ale kiedy to się stanie? Przestawienie fabryki na nową produkcję jest kosztowne i czasochłonne i tylko rząd federalny ma narzędzia prawne, możliwości logistyczne, zdolności koordynacyjne, żeby ten czas skrócić do minimum.

Epidemia w Ameryce zaczęła się od stanu Washington?

Najprawdopodobniej tak. Uważa się, że amerykański pacjent zero jest mieszkańcem Seattle, który pojechał odwiedzić rodzinę w Wuhan. Wrócił 19 stycznia i zrobił dokładnie to, co w takiej sytuacji powinien – zgłosił się do lokalnych władz.

I trzeba powiedzieć, że stanowe służby epidemiologiczne zadziałały bez zarzutu i błyskawicznie go przetestowały. Test wyszedł pozytywny, więc odtransportowano go na specjalny oddział utworzony jeszcze za Obamy, w czasie zagrożenia ebolą.

Tam są ekstremalne zabezpieczenia, robot sprawdza ciśnienie, personel jest zasłonięty od stóp do głów. Niestety, ten oddział ma tylko dwa łóżka, bo w czasie epidemii eboli większego zapotrzebowania nie przewidywano. W międzyczasie służby epidemiologiczne pracowicie odtworzyły ruchy pacjenta, odnalazły i przetestowały ponad 60 osób, z którymi miał styczność. Wyniki wszystkich testów były negatywne.

A dwa tygodnie później w miasteczku pod Seattle zachorowało jednocześnie kilku pensjonariuszy domu opieki. Wtedy nikt nawet nie próbował powtórzyć takiej akcji. To byłoby po prostu niemożliwe. I tu dochodzimy do testów.

Gdyby od początku testowano na masową skalę osoby z objawami koronawirusa, tak jak to robiono np. w Korei Południowej, epidemia przebiegałaby prawdopodobnie inaczej. Ale w Stanach Zjednoczonych nie było po temu klimatu. Tu się mówiło o „chińskim wirusie” i o zagrożeniu z zewnątrz. Dlatego wprowadzono kryterium – testujemy tylko tych, którzy przyjechali z obszarów objętych epidemią lub mieli kontakt z przyjezdnymi. A potem tego kryterium nie zmieniono na czas.

Ludzi nie testowano chyba też z tego powodu, że - podobnie jak Polsce - tych testów po prostu nie było?

To prawda, że testów było mało, a nawet jak już kogoś przetestowano, to materiał leciał przez całe Stany do Atlanty [siedziby CDC – Centrów Kontroli i Zapobiegania Chorób]. Na wynik czekano długo.

Genom wirusa został odczytany dość szybko. Niemieckie laboratorium błyskawicznie zaprojektowało test i 17 stycznia upubliczniło swój projekt, który Światowa Organizacja Zdrowia zaleciła jako wzorcowy. CDC jednak ogłosiło, że z tego wzorca nie skorzysta, bo Ameryka pracuje nad własnym testem. Dla mnie to był typowy przejaw wiary w „amerykańską wyjątkowość”.

Amerykanie uważają, że wszystko są w stanie zrobić sami, i że wszystko, co robią, jest najlepsze na świecie. W tym wypadku to się nie sprawdziło. Amerykański test okazał się wadliwy i w drugiej połowie stycznia, kiedy Korea Płd. testowała 4 tys. osób na milion, USA zaledwie 5 osób na milion.

Ten błąd CDC wydaje się zaskakujący. Zarówno ta instytucja jak i amerykańskie Narodowe Instytuty Zdrowia uznaje się powszechnie za najbardziej miarodajne i niezwykle skuteczne.

A jednak duże federalne instytucje okazały się jak na czas epidemii za powolne. Pierwsze testy przygotowane przez CDC były wadliwe, więc zaczęto testować z opóźnieniem. Kryteria testowania były za wąskie, czas oczekiwania na wynik za długi. Wirus takich błędów nie przebacza.

Ponieważ prace nad nową wersją testu CDC się przeciągały, FDA, czyli federalny Urząd ds. Żywności i Leków, wprowadził szybką ścieżkę zatwierdzania testów komercyjnych. Ale zrobił to dopiero 4 lutego. W rezultacie, w 9 milionowym New Jersey, drugim najmocniej po Nowym Jorku uderzonym stanie, pierwszy publicznie dostępny punkt testowania zdołano otworzyć dopiero 20 marca.

Punkt ustawiono na parkingu, gwardia narodowa w moro i maskach pilnowała, żeby nikt nie wysiadał z samochodu, wjeżdżali na parking tylko ci, którzy dostali skierowanie od lekarza. Pierwszego dnia przetestowano do południa 600 osób i testy się skończyły. Ludzie poprzyjeżdżali z całego stanu i odjechali z niczym. Na następny dzień zostało 350 testów.

Dziś jest ich z pewnością więcej.

Jest zdecydowanie lepiej, bo poszczególne stany zaczęły szukać rozwiązań na własną rękę. Niektóre otwarcie wywierały presję na Waszyngton, alarmowały media, ile testów zamówiły, a ile dostały.

Nebraska skorzystała z niemieckiego projektu. Stan Nowy Jork podjął negocjacje z prywatnymi laboratoriami. 1 kwietnia gubernator Cuomo ogłosił, że miejscowa firma Regeneron Pharmaceuticals będzie produkować dziennie 25 tys. zestawów do testowania, a pół miliona tych testów podaruje stanowi.

Huta szkła Corning obiecała 100 tys. fiolek do pobierania materiału od pacjentów za darmo, a 500 tys. po obniżonej cenie. Te wysiłki procentują. Do 7 kwietnia w stanie Nowy Jork przetestowano 320 tys. osób - 16 w przeliczeniu na tysiąc mieszkańców. W New Jersey pracuje teraz 10 ośrodków, testy przeszło 10 mieszkańców na tysiąc.

To są sukcesy znaczące, ale i one przyszły zbyt późno. Spóźniamy się na każdym etapie. Nie mogłam uwierzyć własnym oczom, czytając w The Atlantic wywiad z dyrektorem Narodowych Instytutów Zdrowia Francisem Collinsem – znakomitym naukowcem, wizjonerskim administratorem nauki, który swego czasu zasłużył się całej ludzkości przewodząc zespołowi pracującemu nad mapą wszystkich ludzkich genów. Była już połowa marca, a Collins mówił: „Mamy krajowe zapasy odzieży i wyposażenia ochronnego. Teraz staramy się wymyślić, jak je rozesłać tam, gdzie będą najbardziej potrzebne.” Dla Nowego Jorku „teraz” przyszło o 2 tygodnie za późno.

Ameryka naprawdę sądziła, że wszystko skończy się na Chinach?

Prezydent Trump najwyraźniej tak. Pierwszy raz wypowiedział się publicznie na temat epidemii koronawirusa na szczycie w Davos. Przyjechał tam poraniony przez impeachment i skupił się na pi-arze.

Opowiadał jakim jest wspaniałym prezydentem, przekonywał, że to on, nie Obama, wyciągnął Amerykę z ekonomicznej zapaści. Nadciągająca burza do tego obrazka nie pasowała, więc gdy go zapytano, czy epidemia zagraża Stanom Zjednoczonym odparł: „Ale o co chodzi? O tę jedną osobę, która przyjechała z Chin? My to mamy pod kontrolą”.

W tym samym czasie przedstawicielka CDC Nancy Messonnier, powiedziała podczas konferencji prasowej, że epidemia nadchodzi i trzeba się przygotować na utrudnienia życia. Na początek zapowiedziała kontrole na lotniskach. To Trumpa rozsierdziło. Wrócił z Davos wściekły i jego ludzie przestali bić na alarm. Do masowych kontroli na lotniskach nie doszło, a przez następny miesiąc CDC opowiadało wyłącznie o myciu rąk. Jakby kran był jedyną, dostępną ludzkości metodą walki z koronawirusem.

Nic, co wydarzyło się przez następne 2,5 miesiąca nie zmieniło Trumpa. Prezydent nadal myśli kategoriami gwiazdy reality show. 29 marca, kiedy media podały, że wirus wykryto u ponad 137 tys. Amerykanów, a 2400 osób zmarło, na prezydenckim koncie twitterowym pojawił się wpis informujący, że „Prezydent Trump jest hitem” pod względem wskaźników oglądalności i że odkąd Biały Dom przywrócił codzienne briefingi, „Mr. Trump … ma taką oglądalność jak finał sezonu ‘Kawalera do wzięcia’”.

Inne stany wyciągają wnioski z dramatycznej bitwy, jaką toczy Nowy Jork?

Jednolitej reakcji władz stanowych nie ma, bo - po pierwsze - zagrożenie epidemią nie jest wszędzie i w tym samym czasie takie samo. Stany na wybrzeżach – zachodnim i północno-wschodnim, oraz te leżące wzdłuż wielkich jezior – zareagowały wcześniej i bardziej energicznie, bo tu wirus dotarł najpierw i tu ma „pożywkę”. Przez te stany przewijają się setki milionów podróżnych rocznie, są one silniej zurbanizowane, zagęszczenie ludności jest tu największe. Ich populacja jest tak duża, że kiedy władze pierwszych 16 stanów nakazały obywatelom siedzieć w domach, to wyłączyły z normalnego życia połowę ludności Stanów Zjednoczonych.

Druga połowa ludności mieszka w stanach słabo zaludnionych, głównie w centralnej części kraju, często w regionach rolniczych. Tam ludzie muszą się wysilić, żeby spotkać sąsiada, obcych nie widują, o przypadkach zarażenia w sąsiedztwie nie słyszeli. Ich rządy stanowe nie rwą się do tego, by komplikować im życie restrykcjami. Widać przy tym, że w tych „bezpiecznych” stanach też zdarzają się gubernatorzy, którzy traktują problem pandemii poważnie i intensywnie testują mieszkańców. W stanie Utah przetestowano 10 mieszkańców na tysiąc – tak jak w opanowanym epidemią New Jersey, ale w Utah odsetek pozytywnych wyników wynosi 5 proc. a w New Jersey – 47.

Drugą przyczyną, dla której Ameryka wygląda jak patchwork pomysłów na wojnę z epidemią, jest to, że nie wszyscy gubernatorzy wyznaczyli sobie ten sam cel. Jedni uznali, że tej sytuacji ich najważniejszym zadaniem jest ochrona życia i zdrowia obywateli, a inni uważają, że powinni za wszelką cenę chronić swój stan przed kryzysem gospodarczym.

Ci pierwsi robią, co mogą, by utrzymać ludzi w domach: ograniczają wolność poruszania się, zamykają sklepy i restauracje, i – co bardzo istotne - drenują w tym celu stanowe budżety. Ci drudzy odżegnują się od takich rozwiązań, bo są one szkodliwe dla gospodarki, spowodują wzrost bezrobocia i zwiększą obciążenie budżetu stanowego wydatkami socjalnymi.

W tej drugiej grupie przeważają politycy republikańscy. Trump co jakiś czas ich wspiera, tweetuje, że lekarstwo nie może być gorsze od choroby, zapowiada, że otworzy kraj przed Wielkanocą, stawia ultimatum epidemii – kiedyś powiedział, że „daje temu jeszcze dwa tygodnie”.

Potem on sam lub jego ludzie wszystko odwołują, ale taki przekaz gdzieś zostaje, rezonuje w prawicowych mediach i podjudza republikańskich polityków do kuriozalnych zachowań.

Wicegubernator Teksasu Dan Patrick tak wczuł się w ten przekaz, że w wywiadzie dla telewizji Fox News zadeklarował, iż dla dobrobytu swoich dzieci i wnuków gotów jest zaryzykować własnym życiem. „Wracajmy do pracy” – apelował do widzów - „Nie poświęcajmy kraju, a starsze osoby jakoś „same o siebie zadbają”. Cynizm tej wypowiedzi jest tym większy, że zachorowanie na koronawirusa w Teksasie jest szczególnie ryzykowne – 18 proc. Teksańczyków nie ma żadnego ubezpieczenia zdrowotnego.

Epidemia bardzo uderzy w Amerykę gospodarczo?

Zagrożenie kryzysem gospodarczym jest bardzo realne, a jeśli do niego dojdzie, koszty społeczne będą ogromne. Szacuje się, że od lutego bezrobocie wzrosło o 10 punktów procentowych. W jednym tylko, trzecim tygodniu marca, 3 mln ludzi złożyło wnioski o zasiłek dla bezrobotnych.

Zagrożenie jest największe tam, gdzie już przedtem panowała bieda, bo ludzie wykonujący najmniej płatne zajęcia nie mają odłożonych pieniędzy na czarną godzinę.

Ci, którzy stracą pracę, stracą też ubezpieczenia zdrowotne gwarantowane przez pracodawcę, a to w czasach epidemii może mieć dramatyczne konsekwencje. W marcu tygodnik Time opisał przypadek nieubezpieczonej pacjentki z Bostonu, która po wyjściu ze szpitala dostała rachunki na sumę 34,927 dolarów.

Wedle optymistycznych szacunków średni koszt leczenia szpitalnego na COVID-19 wyniesie 10-20 tys. dolarów. Czarne scenariusze mówią nawet o 75 tysiącach.

Trzeba też pamiętać, że w USA, gdzie nie ma powszechnego ubezpieczenia zdrowotnego, komercyjny rynek ubezpieczeń i usług medycznych wywindował koszty leczenia na niebotyczne wyżyny.

Nawet przed epidemią koszty leczenia były odpowiedzialne za dwie trzecie wszystkich bankructw w USA. Z powodu niezapłaconych rachunków medycznych 530 tys. rodzin rocznie składało w sądach wnioski o bankructwo. Dziś mało kto o tym myśli, ale epidemia może wymieść oszczędności dużej części klasy średniej.

Jak oceniasz rolę mediów w tym, co się dzieje aktualnie w Stanach?

Amerykańskie media szczegółowo relacjonowały o przebiegu epidemii, zamieszczały dużo informacji o tym, co dzieje się w Chinach, co we Włoszech, jak trzeba myć ręce, co robi CDC. Były spolaryzowane, jeśli chodzi o ocenę tego, jakie epidemia będzie miała konsekwencje Ameryki.

Liberalne media od początku przybrały złowróżbny ton, publikowały prognozy i analizy ekspertów, opisywały kroki podejmowane przez inne kraje. Media konserwatywne skupiały się raczej na propagowaniu przekazu, jaki płynął z Białego Domu. Przez połowę stycznia i większość lutego mówiły o „chińskim wirusie”, oskarżały media liberalne o wyolbrzymianie problemu, zarzucały demokratom, że chcą na epidemii zbić kapitał polityczny, a może nawet obalić prezydenturę Trumpa.

Prawicowi komentatorzy reagowali sprzeciwem na obrazy opustoszałych chińskich miast – mówili, że u nas to jest niemożliwe, Amerykanie nie dadzą się zamknąć, nie będą się kryć po domach jak tchórze. I że uleganie panice jest niepatriotyczne.

Te przekazy, jak się okazuje, zapadły w pamięć i do tej pory silnie wpływają na to, jak ludzie postrzegają zagrożenie epidemią. Na przykład z badań zrobionych niedawno przez Pew Research Center wynika, że odbiorcy bardzo liberalnej telewizji MSNBC mają dużo większe zaufanie do doniesień na temat pandemii niż odbiorcy Fox News, dużo rzadziej uważają, że media wyolbrzymiają zagrożenie i rzadziej wierzą w to, że SARS-CoV-2 został stworzony przez człowieka.

Masz jakieś dobre wiadomości?

Może to, że są takie sektory amerykańskiej gospodarki na epidemii robią dobry interes. Amerykanie kupują więcej broni i amunicji. Tylko w marcu 3 mln 600 tys. potencjalnych kupców wystąpiło do FBI o certyfikat potwierdzający, że mogą zostać posiadaczami broni palnej.

To oczywiście gorzki żart. To zła wiadomość, bo miliony nowych posiadaczy broni przekładają się na miliony obywateli, którzy nie wierzą w skuteczność państwa. Niektórzy nawet powątpiewają w dobre intencje państwa. Jak ten maszynista, który chciał storpedować okręt szpitalny.

Trump zawsze podsycał nieufność do państwa, zbudował na niej swój kapitał polityczny. To nieufność pomogła mu zdobyć Biały Dom. Republikanie mu w tym wtórowali, bo nieufnych obywateli łatwiej było zrazić do programów pomocy socjalnej. Nie wiem, jak teraz zamierzają rozegrają tę bitwę, w której najważniejszą bronią jest zaufanie społeczne.

Ale szukając jakichś pozytywów podzielę się wiadomością, na którą natknęłam się w „Politico”. Otóż gubernatorzy stanów Nowy Jork, New Jersey i Connecticut ogłosili we wtorek, że wspólnie opracowują plan rewitalizacji gospodarki w naszym regionie. Kilka tygodni wcześniej zwarli szeregi, żeby skuteczniej walczyć z epidemią, a teraz chcą wspólnie zwalczać jej skutki.

Zamierzają w niedługim czasie zapewnić mieszkańcom trzech stanów szeroki dostęp do testów na koronawiusa oraz do nowego testu wykrywającego przeciwciała i błyskawicznie pokazującego, że ktoś był zarażony koronawirusem i się z niego wyleczył.

Dzięki tym testom ludzie będą mogli stopniowo wracać do pracy i da się bezpieczne uruchomić gospodarkę w warunkach, gdy wciąż jeszcze będzie istniało pewne zagrożenie epidemiologiczne. I to jest bardzo dobra wiadomość.

*Elżbieta Olender jest tłumaczką, mieszka w Stanach Zjednoczonych

Udostępnij:

Sławomir Zagórski

Biolog, dziennikarz. Zrobił doktorat na UW, uczył biologii studentów w Algierii. 20 lat spędził w „Gazecie Wyborczej”. Założył tam dział nauki i wypromował wielu dziennikarzy naukowych. Pracował też m.in. w Ambasadzie RP w Waszyngtonie, zajmując się współpracą naukową i kulturalną między Stanami a Polską. W OKO.press pisze głównie o systemie ochrony zdrowia.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne