W ramach „kary” musieli napisać esej. Sprawa gwałtu na uniwersytecie Cornell nowym #MeToo?
„Jak możemy poradzić sobie z przestępczością, a przy tym chronić image naszej instytucji? Nie będziemy karać studentów, będziemy ich edukować“. Studenci od kilku dni protestują przeciwko działaniom władz uniwersytetu Cornell, w którym w 2024 r, doszło do zbiorowego gwałtu na studentce
Złożony 14 września tego roku pozew cywilny przeciwko uniwersytetowi Cornell w stanie Nowy Jork zbulwersował opinię publiczną. Jane Doe (nazwisko powódki zostało zanonimizowane) pozwała w trybie cywilnym między innymi uczelnię, tamtejszy oddział bractwa Chi Phi (więcej o tym za chwilę) oraz siedmiu studentów.
Powódka twierdzi, że w 2024 r., będąc pod wpływem alkoholu i narkotyków, została zbiorowo zgwałcona podczas imprezy w lokalnym oddziale bractwa Chi Phi. Kiedy zgłosiła sprawę uczelni – po wewnętrznym śledztwie uniwersytet wydalił dwóch ze zidentyfikowanych sprawców. Jeden, który zdążył w międzyczasie ukończyć studia, otrzymał zakaz wstępu na campus przez trzy lata.
Pozostałych zawieszono, po czym wrócili do normalnego życia studenckiego albo na okres próbny, albo jedynie z zakazem kontaktu z powódką. Kary wymierzono z uwzględnieniem okoliczności łagodzącej – studenci napisali zadane im w tym celu eseje na temat molestowania seksualnego.

Komentarze