Brałam do ręki ubrania i czułam, że należą do osoby, której nie pamiętałam. Nie smakowało mi jedzenie, które do tej pory uwielbiałam. W kinie – mojej kryjówce – na filmach nieanglojęzycznych nie nadążałam już z czytaniem napisów. „Mało brakowało, a byłaby pani warzywem. Miała pani szczęście” – powiedział neurochirurg. Jakie szczęście?
Kogo wybrałabyś do opowiedzenia ci historii o samej sobie, gdybyś zapomniała kim jesteś? To pytanie nie dawało mi spokoju, gdy pisałam ten reportaż. Czy nasi bliscy wiedzą, kim jesteśmy? Jak bardzo jestem swoimi wspomnieniami – i co zostaje, kiedy ich zabraknie? Kolejna historia, która potwierdza, że opowieść o chorobie jest tak naprawdę opowieścią o życiu. Oddaję głos Kindze Nawrockiej.
„Taka pani uroda” to cykl osobistych opowieści kobiet o zdrowiu i ciele. O tym, co boli, co ratuje i co wciąż pozostaje przemilczane. To reporterskie felietony, w których staram się odpowiedzieć na pytanie: dlaczego kobiety żyją dłużej, lecz w gorszym zdrowiu?
Chcesz opowiedzieć swoją historię zdrowia i choroby? Chętnie wysłucham lub przeczytam, także anonimowo, i opublikuję. Napisz do mnie: [email protected].
Sięgnęłam po telefon do torebki, którą mama przewiesiła przez oparcie szpitalnego łóżka. Chciałam wpisać kod, ale nie wiedziałam jak. Palec wskazujący zatrzymał się nad ekranem. – Szklanka, widelec, krzesło, lampa – powiedziałam do mamy. Miało być: „przynieś mi piżamę”. Zacisnęłam pięści na kocu. Dopiero po chwili udało mi się wydukać to po angielsku. Zapomniałam języka polskiego.
Brat powiedział coś o naszych wakacjach w dzieciństwie, żeby mnie rozbawić, a ja nie wiedziałam, o czym mówi. Szukałam w pamięci, ale nie znalazłam tam prawie żadnych śladów z przeszłości.
Poprzednich 30 lat prawie nie było.
Odcięło mnie od dobrych wspomnień. Złe wróciły nocą, w koszmarach. Wyobrażałam sobie, że moje życie zostało zamknięte w książce. Co kilka stron brakowało tekstu.
Wiedziałam, że nazywam się Kinga Nawrocka i znałam swój PESEL. Pamiętałam, że mam samochód i że zanim karetka zabrała mnie do szpitala, zaparkowałam go obok stajni. Czegoś mi brakowało, ale nie wiedziałam czego. Tęskniłam, ale za czym? Tylko serce biło jak oszalałe.
– Pani doktor, długo to jeszcze potrwa, bo ja jutro lecę do Los Angeles – złapałam za rękaw lekarkę, która stała koło mojego łóżka i tłumaczyła, co oznacza moja diagnoza.
Hollywood – to miała być podróż mojego życia.
Gdy dorośli szli spać, włączałam telewizorek turystyczny schowany za szafką w moim pokoju. Wciskałam jeden z pięciu szarych przycisków tak, by nikt nie usłyszał. Zakładałam słuchawki, siadałam po turecku, przykrywałam się kocem i byłam w innym świecie. „Z archiwum X„, „Powiększenie”, „Piękność dnia" z Catherine Deneuve. Znikały awantury w domu, ojciec alkoholik, który wyjechał za granicę i nas zostawił. Dorosłam w wieku siedmiu lat. Gdy płakałam, słyszałam, że robię wstyd – dzięki bohaterom filmowym mogłam przeżywać to, czego nie było mi wolno. Marzyłam, że zostanę aktorką.
Wyjechałam do Anglii, żeby studiować media i produkcję telewizyjną.
Po powrocie do Polski pracowałam już w zawodzie. Miałam 26 lat, umowę u znanego dystrybutora filmowego i prywatną opiekę medyczną. Od liceum cierpiałam na migrenę, ale wtedy ból się nasilił. Wraz z nim pojawiła się aura. Minimum trzy razy w miesiącu zamykałam się na trzy dni w ciemnym pokoju i leżałam bez ruchu. Szarpały mną mdłości. Ktoś wbijał mi w prawą stronę głowy rozgrzany szpikulec, a jego ostrze przecinało mi oczodół. Widziałam migające punkty światła, jak lampki choinkowe. Pisałam do szefowej, że nie jestem w stanie ustać na nogach i prosiłam o urlop na żądanie. Pewnie większość moich koleżanek i kolegów z pracy uważało, że udaję.
W ciągu kilku lat odwiedziłam cztery neurolożki – zarówno na NFZ, jak i prywatnie. Chciałam, by pomogły mi wyjaśnić, dlaczego migrena nagle się zaostrzyła, dlaczego częściej występuje przed i po okresie. Sugerowałam, by zlecono mi rezonans głowy.
Lekarki uznały, że nie ma takiej potrzeby, mimo że przetestowały na mnie wszystkie dostępne leki przeciwbólowe i żaden nie działał.
Dopiero trzy lata później rezonans pokazał kilka starych ognisk niedokrwiennych, czyli śladów przebytych wcześniej incydentów naczyniowych. Nigdy nie wzywałam karetki. Bałam się, że ratownicy powiedzą „po co głupia baba wzywa karetkę do bólu głowy, przecież nic jej nie jest”. Nie chciałam nikomu sprawiać kłopotu. Wychowano mnie na porządną osobę w nieporządnych czasach i dopiero choroba nauczyła mnie, że bez odrobiny buty nigdzie w Polsce nie doczłapię. Pracowałam coraz więcej. Brałam nadgodziny, bo po trzech latach umowę miałam wciąż na czas określony. Ale motywowała mnie wizja podróży – miałam niedługo zobaczyć biały napis „Hollywood" na wzgórzach.
Dwa dni przed odlotem, jak zwykle w sobotni poranek, pojechałam do stajni. Wsiadam na konia, rozgrzewka. Nagle czuję jakby pyknięcie w karku. Jadę po okręgu i coś dziwnego dzieje się w moim prawym oku. Przecieram je kilka razy.
– Nie widzę na prawe oko – mówię w końcu do Moniki, trenerki. Sadza mnie w stajni i podaje wodę. Wyciągam rękę, ale butelka spada na ziemię. – Nie mam czucia w ręce. Czuję mrowienie w nodze… – nie mogę w pełni poruszać ustami.
Monika wzywa karetkę. Mija godzina, a ich nie ma. Dzwoni raz jeszcze. Dyspozytorka mówi, że karetka się zgubiła. Ratownicy docierają pół godziny później. Świecą mi latarką po oczach i wsadzają mnie do karetki.
Do dziś mam dreszcze na widok ambulansu tej konkretnej firmy. Nie słyszę, żeby jechali na sygnale. Zatrzymujemy się na każdych światłach, a mrowienie w prawej dłoni staje się coraz silniejsze. Ratownik zadaje mi pytania: piła pani alkohol? Paliła? A ja w tym czasie myślę o jednym: mam udar. W Anglii wszędzie widziałam plakaty o jego objawach. Ale nie wypowiadam tego słowa na głos.
Opowiadam tylko o objawach.
Oddział neurologiczny. Jarzeniówki na korytarzu, trzask noszy, zapach środka dezynfekcyjnego. Traciłam i odzyskiwałam przytomność. Rezonans nie działał. Zrobili tomografię, ale nadal nie byli pewni, co się dzieje. Lekarka walczyła dla mnie o miejsce w innym szpitalu. Później mi powiedziała, że usłyszała przez telefon: za młoda na udar, pewnie naćpana po imprezie.
– Proszę pamiętać, że w poniedziałek lecę do Los Angeles – powtarzałam, gdy w końcu przewieziono mnie do tego szpitala. Nie wypowiadałam słowa „udar", bo miałam pewność, że lekarze wiedzą, co mi jest. Bałam się, że jak coś pisnę, poczują się dotknięci. Oni bogowie, a ja wtrącam się w ich kompetencje. Momentami byłam zupełnie spokojna. To mogło ich zwieść. Byłam za młoda i zbyt ogarnięta na udar.
O dwudziestej trzeciej, prawie dwanaście godzin od wystąpienia pierwszych objawów udaru, zrobiono mi rezonans.
– Mam pani wyniki – dwie godziny później lekarz wybudził mnie z niespokojnego snu. Ciało bolało, jakby ktoś nakłuwał mnie milionem szpilek. – Przeszła pani udar.
Całą noc leżałam na intensywnej terapii. Rano powiedzieli, że o Hollywood mogę zapomnieć. Wtedy po raz pierwszy się rozpłakałam. Próbowałam coś powiedzieć po polsku, ale nie umiałam złożyć sensownego zdania. Bełkotałam i nie słyszałam, że mówię co innego, niż myślę. Zaczęli do mnie pisać ludzie, mama mówiła, że to znajomi, ale ja nie mogłam skojarzyć, skąd ich znam.
Nie widziałam na jedno oko i w ciągu paru dni wyostrzyły mi się inne zmysły.
Rzeczywistość stała się za głośna: trzaskające drzwi, szuranie krzeseł, kaszlący chorzy. Przez dwanaście dni lekarze szukali przyczyny udaru, ale jej nie znaleźli. Zaczęłam zajęcia z logopedą. Uczyłam się alfabetu, czytania i pisania. Zapomniałam, jak poruszyć ręką, żeby napisać własne imię.
W dniu wypisu ze szpitala byłam przerażona. Straciłam częściowo pamięć i własną historię. Wiedziałam na przykład, że jestem osobą prawdomówną, ale nie pamiętałam ani jednej sytuacji, która by to potwierdzała.
W domu usiadłam przed szafą, brałam do ręki ubrania i czułam, że należą do osoby, której nie pamiętałam. Przesypiałam większość dnia. Po miesiącu pojechałam do Warszawy po raz pierwszy. Dźwięki były nie do zniesienia. Miałam problemy z równowagą, w metrze nie mogłam ustać, ale przecież nikt nie wiedział, że jestem po udarze, więc trzymałam się drążka tak mocno, aż bolały mnie dłonie. Nie smakowało mi jedzenie, które do tej pory uwielbiałam.
Nie pamiętałam cyfr. Kiedy ktoś mówił: „gabinet 97”, po chwili w głowie zostawało mi „79”. Pytałam mamę: „Idziesz jutro na targ?”. Pięć minut później pytałam o to samo. Nie umiałam wyobrazić sobie drogi z punktu A do punktu B. Rozumiałam tylko początek i koniec trasy. A najgorsze było to, że w kinie – mojej kryjówce – na filmach nieanglojęzycznych nie nadążałam już z czytaniem napisów.
Zwolnienie lekarskie trwało 182 dni, potem dostałam skromne świadczenie rehabilitacyjne. Żadna dodatkowa pomoc nie była dla mnie przewidziana. Z czego będę żyła? Czy kiedykolwiek odzyskam wzrok? A co, jeśli dostanę kolejnego udaru? W pierwszym roku po udarze ryzyko jest większe, dlatego byłam pod stałą opieką mamy.
– Mało brakowało, a byłaby pani warzywem. Miała pani szczęście – powiedział neurochirurg.
Jakie szczęście?! Życie mi się zawaliło, cierpię fizycznie i psychicznie, użeram się z ZUS-em, każdą pomoc od państwa muszę wyszarpać, nie umiem odczytać recepty, więc co ty pierdolisz – krzyczałam w głowie. Ale wyszło inaczej:
– Panie doktorze, wolałabym nie żyć.
Od wielu miesięcy miałam myśli samobójcze.
Gdy pojechałam do firmy odebrać rzeczy i nikt się ze mną nawet nie pożegnał. Z mojego życia odeszło wtedy wiele osób – to był test prawdziwych przyjaźni.
Szukałam nowej pracy, ale stresowały mnie rozmowy kwalifikacyjne. Nie lubiłam się przyznawać, że jestem po udarze, żeby nie być traktowana inaczej. Ciągle myliłam słowa i bardzo się wtedy wstydziłam. A co jak mnie zatka i ktoś pomyśli, że jestem głupia? Wyglądałam przecież na zdrową.
W końcu znalazłam zatrudnienie. Dawałam z siebie, ile mogłam, ale najwięcej czasu i tak zajmowało mi zdrowie. Chodziłam do neurologów, którzy wciąż próbowali ustalić przyczynę udaru. Z kolejnych badań wynikło, że był on niedokrwienno-krwotoczny. Ale dlaczego nastąpił? Lekarze brali pod uwagę moje problemy kardiologiczne – wypadania płatka zastawki mitralnej. Ale nikt nie znajdował odpowiedzi. Parę lat później stwierdzono u mnie endometriozę i cysty na jajniku. Pytałam neurologów, czy to może być powiązane. Nikt nie wiedział.
Cały czas byłam wściekła, wkurwiona, że w szpitalu nie zareagowano szybciej. Podczas udaru najważniejsze są pierwsze cztery i pół godziny – wtedy można w wielu wypadkach podać odpowiedni lek i wychodzi się z tego bez szwanku. Gniotło mnie poczucie niesprawiedliwości. Straciłam chęć spotykania się z kimkolwiek, bo zazdrościłam innym ludziom, że mogą zwyczajnie żyć, że mogą się beztrosko śmiać i skupić się na innych celach, niż walka o zdrowie. Moje życie się zatrzymało. A nawet stało się jeszcze gorsze, bo żyłam bez wspomnień, za to z koszmarami. Gdy próbowałam zasnąć, wracały najgorsze obrazy z dzieciństwa. Trauma po udarze wróciła do mnie ze zdwojoną siłą.
– Zostawiamy Kingę sprzed udaru, już jej nie ma. To przeszłość. Ona jest częścią ciebie, ale teraz będziemy budować nowe wspomnienia – wsłuchiwałam się w głos psychoterapeutek, hipnoterapeutek i innych osób, które stały się moją ostatnią deską ratunku. Powoli pomagały zdrowieć mojej duszy. Ustępowała obsesja, by wszystko sobie przypomnieć.
„To, co było wcześniej, nie wróci i muszę żyć tym, co mam teraz” – powtarzałam sobie, patrząc w lustro. Po paru latach pracy nad sobą niektóre dobre wspomnienia wróciły. Zaczęłam widzieć siebie sprzed udaru, po raz pierwszy tak naprawdę – niepewną, zalęknioną, nieumiejącą stawiać granic. Byłam sumą oczekiwań rodziców i innych dorosłych. I dostrzegłam w tym moją szansę. Miałam szansę narodzić się na nowo, tym razem na własnych warunkach.
Ustalić: co lubię, a czego nie. Czego chcę i potrzebuję.
W 2024 poszłam na zwolnienie lekarskie od psychiatry, bo już nie miałam siły pracować. Szczególnie że doświadczyłam mobbingu. To był pierwszy moment od udaru, po siedmiu latach, kiedy odzyskałam czas dla siebie. Kiedy w pełni pojęłam i zaakceptowałam, że w każdej sekundzie moje życie może się skończyć. Że jest tu i teraz, i nic więcej. Żadnej obietnicy.
Wciąż nie ustalono, czym był spowodowany mój udar. Do Hollywood nie pojechałam, ale teraz przez Trumpa już nie chcę.
Po udarze, kiedy jeszcze mój mózg nie wrócił do pełni sił, straciłam poczucie czasu. Byłam świadoma, że mama poszła na zakupy, ale to mogło się wydarzyć przed minutą, wczoraj, albo jutro. Wszystko było teraz, kiedyś, albo naraz. Obecnie linearność wróciła, ale otworzyły się w szafie mojego mózgu inne możliwości. Robienie od nowa powoduje, że nie sięgasz po stare metody, bo ich nie pamiętasz. Można myśleć i żyć inaczej. Można zbudować siebie na nowo. Nie wiem, czy dokonałabym tak ogromnej zmiany w sobie, gdyby nie udar. Gdybym nie zapomniała, kim byłam. Wszystko, co robiłam, aby odzyskać sprawność fizyczną i mentalną zwróciło się dwukrotnie.
Choć nie zawsze umiem to dostrzec.
Neurolożką, która pracuje na Oddziale Neurologicznym z Pododdziałem Leczenia Udarów Mózgu w Szpitalu Specjalistycznym im. Stanisława Staszica w Pile.
Anna Pamuła: Czym właściwie jest udar mózgu?
Dr hab. Małgorzata Wiszniewska: To nagłe wystąpienie deficytu neurologicznego spowodowane przyczyną naczyniową. „Nagłe” to słowo kluczowe. Wyróżniamy dwa rodzaje: niedokrwienny, który stanowi około 80–85 proc. wszystkich przypadków, oraz udar krwotoczny. Najczęstszym objawem jest niedowład lub porażenie połowicze, czyli nagle nie ruszamy ręką i nogą po jednej stronie ciała. Jeśli to prawa strona u osoby praworęcznej, dołączają zaburzenia mowy. Człowiek nie rozumie, co się do niego mówi, albo nie może wyrazić swoich myśli. Mogą też wystąpić potężne zawroty głowy z zaburzeniami równowagi, zaburzenia widzenia, podwójne widzenie, zaburzenia połykania.
Dlaczego mówimy, że udar to problem szczególnie kobiecy?
Warto zaznaczyć, że udar mózgu ogólnie częściej występuje u mężczyzn. Istnieją jednak sytuacje szczególne, dotyczące wyłącznie kobiet. Udar jest trzecią przyczyną zgonów u kobiet, podczas gdy u mężczyzn – piątą. W wieku rozrodczym (20–35 lat), udar występuje rzadko, ale częściej u kobiet niż u mężczyzn. Potem znowu wzrost po osiemdziesiątce, bo kobiety żyją dłużej.
Szacuje się, że w 2030 roku będzie około 72 milionów ludzi powyżej 65. roku życia i w tej grupie przeważą kobiety.
A co gorsza, u kobiet częściej mamy niepomyślne zakończenie udaru niż u mężczyzn.
Co może być u kobiet czynnikiem ryzyka?
Przede wszystkim zaburzenia hormonalne, zwłaszcza dotyczące tarczycy. W czasie ciąży ryzyko udaru zwiększają stan przedrzucawkowy, rzucawka oraz nadciśnienie tętnicze. Cięcie cesarskie również stanowi dodatkowy czynnik ryzyka. Do innych czynników należą: doustne i przezskórne środki antykoncepcyjne zawierające estrogeny oraz hormonalna terapia zastępcza stosowana w okresie pomenopauzalnym. Jeśli kobieta musi przyjmować terapię hormonalną z przyczyn medycznych, powinna wyeliminować wszystkie pozostałe czynniki ryzyka – przede wszystkim rzucić palenie i leczyć nadciśnienie tętnicze.
Właśnie, to dlaczego tak bardzo podkreśla się palenie jako czynnik ryzyka – dopiero teraz to zrozumiałam.
Palenie samo w sobie jest czynnikiem ryzyka udaru. Ale jeśli dołożymy do tego hormonalną terapię zastępczą albo środki antykoncepcyjne z estrogenami, ryzyko rośnie dramatycznie. A jeśli ktoś ma migrenę z aurą i pali, to musi sobie z tego zdać sprawę: ryzyko udaru wzrasta sześciokrotnie, a nawet ośmiokrotnie w połączeniu z paleniem, nadciśnieniem i antykoncepcją.
Kinga chodziła po neurologach z migrenami. Czy migrena powinna zapalić czerwoną lampkę?
Migrena bez aury nie zwiększa ryzyka udaru. Natomiast migrena z aurą już tak, zwłaszcza gdy aura przybiera postać zaburzeń czucia, niedowładu połowiczego czy zaburzeń mowy. U takiej pacjentki zaleca się wyeliminowanie czynników ryzyka, a z badań – neuroobrazowanie mózgu w celu oceny zmian naczyniowych oraz echo serca.
Co powinnyśmy kontrolować jako prewencję?
Kontrola ciśnienia krwi – powinno być poniżej 130/80 mmHg. Warto mierzyć je regularnie i prowadzić dzienniczek, a jeśli jest podwyższone – leczyć. Należy też kontrolować lipidogram, a zwłaszcza frakcję LDL cholesterolu: po udarze celem jest wartość poniżej 70 mg/dl. Jeśli chodzi o styl życia: 30 minut ruchu aerobowego dziennie (lub 150–170 minut tygodniowo), dieta śródziemnomorska z ograniczeniem soli, 7–8 godzin nieprzerwanego snu, niepalenie i nienadużywanie alkoholu.
W swoich badaniach wymienia pani też depresję.
Tak, depresja jest czynnikiem ryzyka udaru, zwłaszcza w połączeniu z innymi czynnikami. Częściej występuje u kobiet. Bywa też następstwem udaru, również częściej u kobiet. Sama rozmowa z psychologiem nie wystarczy – potrzebny jest psychiatra i leki. Depresja jest chorobą jak każda inna i nie należy jej lekceważyć ani się jej wstydzić.
Jak wygląda leczenie, kiedy udar już nastąpi?
Kluczowy jest czas. Dlatego objawy udaru trzeba znać, by natychmiast wezwać pogotowie. Pacjent z podejrzeniem udaru trafia do szpitala z oddziałem udarowym, gdzie wykonuje się tomografię komputerową mózgu. Jeśli nie ma przeciwwskazań, podaje się w udarze niedokrwiennym leki rozpuszczające skrzeplinę. Jeśli duże naczynie jest niedrożne, pacjent kierowany jest do ośrodka wykonującego trombektomię, czyli mechaniczne usunięcie skrzepliny. Oba te leczenia są w Polsce dostępne, pod warunkiem że pacjent trafi do szpitala wystarczająco szybko.
A co po udarze? Jak wygląda opieka?
Najlepiej, gdy pacjent trafia prosto z oddziału neurologicznego na rehabilitacyjny. Niestety nie zawsze jest to możliwe z powodu braku miejsc. Rehabilitacja powinna być długotrwała i wielokierunkowa: kinezyterapia, logopedia przy zaburzeniach mowy, terapia zajęciowa i psychologiczna. Rodzina powinna obserwować fizjoterapeutę i kontynuować ćwiczenia w domu. I nie zamykać chorego w czterech ścianach – wyjście do sklepu, parku czy kina to też rehabilitacja.
Czy kobiety lepiej opiekują się chorymi bliskimi?
Z mojej obserwacji – tak, kobieta zazwyczaj lepiej opiekuje się chorym mężem niż odwrotnie. Ale opieka po udarze to zadanie dla całej rodziny. Jeśli dzieci mieszkają za granicą, niech dołożą się finansowo. Opiekun powinien nie tylko wykonywać podstawowe czynności pielęgnacyjne, ale też rozmawiać z chorym, angażować go, grać w gry, czytać na głos. Jednocześnie musi mieć czas dla siebie – wypalenie opiekuna to realne ryzyko, gdy cały ciężar spoczywa na jednej osobie.
Duńskie badanie z udziałem 479 pacjentów wykazało, że kobiety ponad dwukrotnie częściej niż mężczyźni tracą przytomność w momencie udaru i ponad dwukrotnie częściej zgłaszają nudności i wymioty. A to objawy, które na izbie przyjęć mogą być przypisane zatruciu pokarmowemu, omdleniu, atakowi paniki. Inne badania wskazują na zmęczenie, senność, splątanie i uogólnione osłabienie jako objawy częstsze u kobiet. To nie znaczy, że kobiety mają „inny udar”, ale obok klasycznych objawów częściej pojawiają się u nich sygnały, które łatwo przeoczyć.
W 2024 roku Amerykańskie Towarzystwo Kardiologiczne i Amerykańskie Towarzystwo Udarowe wydały przełomowe wytyczne, które po raz pierwszy wymieniają z nazwy kilka typowo kobiecych czynników ryzyka. Oto trzy rzeczy, o które warto zapytać swoją lekarkę, nawet jeśli sama o nie nie zapyta:
1. Endometrioza a udar.
Duńskie badanie obejmujące prawie 300 tysięcy kobiet, prezentowane na kongresie Europejskiego Towarzystwa Kardiologicznego w 2024 roku, wykazało, że endometrioza zwiększa ryzyko zawału i udaru niedokrwiennego o około 20 procent. Duża część tego ryzyka wiązała się z leczeniem endometriozy: usunięciem macicy, usunięciem jajników i późniejszą terapią hormonalną. Jeśli masz endometriozę, poinformuj o tym swojego neurologa i kardiologa. Nie tylko ginekologa.
2. Menopauza przed czterdziestką
Lekarze powinni rutynowo pytać kobiety o wczesną menopauzę i przedwczesną niewydolność jajników. Badania pokazują, że zwiększa ryzyko udaru o 20-30 procent. Jeśli Twoja menopauza przyszła wcześniej niż u rówieśniczek, nie bagatelizuj tego. Porozmawiaj z lekarzem o ocenie ryzyka sercowo-naczyniowego.
3. PMOS (dawniej PCOS)
Wielohormonalny zespół metaboliczno-jajnikowy dotyka nawet co dziesiątą kobietę w wieku rozrodczym. Zwykle kojarzy się z nieregularnymi miesiączkami i trudnościami z zajściem w ciążę. Od 2025 roku PMOS jest oficjalnie uznawany za czynnik wzmacniający ryzyko chorób sercowo-naczyniowych.
Pamięci Babci Stasi.
Niezależna dziennikarka, pisała m.in. dla Gazety Wyborczej, Parents we Francji i Time’a w USA. Autorka książek "Polacos. Chajka płynie do Kostaryki" i "Wrzenie. Francja na krawędzi". Jej najnowsza książka reporterska "Mamy do pogadania" traktuje o macierzyństwie na świecie i stygmatyzacji związanej ze zdrowiem reprodukcyjnym kobiet. Współpracuje jako redaktorka i lokalna producentka z Martyną Wojciechowską. Wspólnie napisały "Co chcesz powiedzieć światu". Razem z Martą Frej tworzy projekt "Tabubabki". Stypendystka Pulitzer Center i IWMF (International Women's Media Foundation). Mieszka we Francji.
Niezależna dziennikarka, pisała m.in. dla Gazety Wyborczej, Parents we Francji i Time’a w USA. Autorka książek "Polacos. Chajka płynie do Kostaryki" i "Wrzenie. Francja na krawędzi". Jej najnowsza książka reporterska "Mamy do pogadania" traktuje o macierzyństwie na świecie i stygmatyzacji związanej ze zdrowiem reprodukcyjnym kobiet. Współpracuje jako redaktorka i lokalna producentka z Martyną Wojciechowską. Wspólnie napisały "Co chcesz powiedzieć światu". Razem z Martą Frej tworzy projekt "Tabubabki". Stypendystka Pulitzer Center i IWMF (International Women's Media Foundation). Mieszka we Francji.
Komentarze