Ciąża jest gorsza od grypy, od covida, od wszystkich chorób razem wziętych. Najgorsze jest, że nie wiesz, kiedy to się skończy. Niektóre kobiety wymiotują kilka tygodni, inne parę miesięcy, a jeszcze inne są w tym piekle do rozwiązania. Byłam nastawiona na to, że nie wywinę się do samego końca.
Przez dekady medycyna nie widziała choroby i cierpienia, tylko histerię. Słabość. Widziała kobietę, która „nie radzi sobie z ciążą”. Niepowściągliwe wymioty ciężarnych, czyli hyperemesis gravidarum (HG), przez większą część XX wieku funkcjonowały bardziej jako opowieść o psychice, niż o fizjologii. Kobiety izolowano, zamykano w szpitalach psychiatrycznych, karmiono na siłę.
Moja mama przechodziła to w ciąży ze mną, co powiedziała mi dopiero, gdy przeczytałam jej historię Justyny, bohaterki tego odcinka „Taka pani uroda”. Mama wyznała, że przez pierwsze trzy miesiące leżała w łóżku, a wszyscy wokół mówili: „tak bywa, trzeba zagryźć zęby, dla dziecka”. Dla mnie.
„Taka pani uroda” to cykl osobistych opowieści kobiet o zdrowiu i ciele. O tym, co boli, co ratuje i co wciąż pozostaje przemilczane. To reporterskie felietony, w których staram się odpowiedzieć na pytanie: dlaczego kobiety żyją dłużej, lecz w gorszym zdrowiu?
Chcesz opowiedzieć swoją historię zdrowia i choroby? Chętnie wysłucham lub przeczytam, także anonimowo, i opublikuję. Napisz do mnie: [email protected].
Dziś wiemy, że niepowściągliwe wymioty ciężarnych dotyczą od 1 do 3 procent ciąż. To miliony kobiet rocznie. Choroba ta może prowadzić do odwodnienia, wyniszczenia organizmu, depresji, decyzji o przerwaniu ciąży. Badanie przeprowadzone przez BBC i organizację Pregnancy Sickness Support, które objęło ponad 5 tysięcy kobiet z HG, wykazało, że 4,9 proc. z nich przerwało ciążę z powodu nasilenia objawów. Ponad połowa rozważała taką decyzję. Co czwarta przyznała, że sporadycznie myślała o samobójstwie, a 6,6 proc., że myśli o nim regularnie.
Dopiero w 2018 roku naukowczyni Marlena Fejzo, która doświadczyła HG w ciąży, wykazała, że to hormon GDF15 jest odpowiedzialny za regulację apetytu i wywoływanie odruchu nudności i wymiotów. Od kilku lat zmienia się też leczenie. Współczesne rekomendacje, w tym stanowisko Polskiego Towarzystwa Ginekologów i Położników, potwierdzają skuteczność i bezpieczeństwo terapii opartej na doksylaminie i witaminie B6. Leki Xonvea i Bonjesta, choć niestety nierefundowane, są dostępne w polskich aptekach od dwóch lat. Nie wiemy jednak ilu lekarzy je przepisuje. W Wielkiej Brytanii, choć 85,7 proc. kobiet doświadczających HG przyjmowało leki na receptę, aż 41,2 proc. z nich musiało się o nie upominać.
Oddaję głos Justynie, która ze względu na pojawiający się w reportażu temat aborcji, postanowiła opowiedzieć swoją historię anonimowo. Ekspertką tego odcinka jest dr hab. n. med. Elżbieta Poniedziałek-Czajkowska z Uniwersytetu Medycznego w Lublinie.
Gdyby ktoś mi powiedział, nie uwierzyłabym, że można tęsknić za samą sobą. A ja chowałam twarz w poduszkę i wspominałam, jak biegam z wiertarką po domu, maluję ściany, planuję. Płakałam i miałam wrażenie, że wszystko się ze mnie wylewa. Z każdym dniem było mnie coraz mniej, ubywało mi kilogramów, choć to przecież czas w życiu, gdy powinno mnie przybywać.
Na mdłości zbiera nas w podróży – w samochodzie i na statku albo kiedy jesteśmy chore i musimy wyrzucić z siebie infekcję. Wymiotujemy ze stresu albo z bólu. Raczej nie z miłości czy nadziei. No to czemu w ciąży? Kiedy pierwszy raz zobaczyłam dwie kreski na teście, nie miałam pojęcia, jaka to będzie przeprawa dla mojego organizmu.
Byłam w bólu wyćwiczona. Miałam za sobą miesiączki, podczas których na zmianę wymiotowałam i leżałam godzinami na zimnej podłodze w toalecie. Odczuwałam też ból podczas współżycia. Narzeczony zrozumiał, że niektóre pozycje były dla mnie zbyt bolesne. Teraz wiem, że to dyspareunia – to oficjalna nazwa na ból przy penetracji, który może mieć przyczyny fizyczne lub psychiczne. Ale wtedy słyszałam od ginekolożki:
- Wie pani… – głośne westchnięcie. – No tak bywa.
Bolał mnie wtedy też brzuch, głównie jelita. Studiowałam w Krakowie, musiałam utrzymać się sama. Zajęcia w ciągu dnia, w weekendy praca na pół etatu, akademik – 300 zł, a rezonans prywatnie dwa razy tyle. Wykazał, że w jelitach jest jakieś zapalenie, ale żaden specjalista nie dopatrzył się choroby.
Pierwsza ciąża była zaskoczeniem, ale czułam się gotowa. Za chwilę miała mi stuknąć trzydziestka, oboje z mężem mieliśmy umowy o pracę w korporacjach. Ja po studiach z historii sztuki wybrałam jednak marketing, on zarządzanie. Stabilność finansowa była dla mnie ważna, bo nie pochodzę z bogatej rodziny. Moi rodzice nie zdecydowali się na kolejne dziecko właśnie przez brak środków. Mama urodziła mnie jako dwudziestolatka. Często mi powtarzała, że nigdy nie zapomni bólu porodowego i wrzasku położnej: „dziecko udusisz, jak nie zaczniesz przeć”.
- Mam nadzieję córeczko, że ty trafisz na dobrego lekarza. Niech będzie wyrozumiały i mądry.
Takim życzeniem rozpoczęła się moja ciąża. Był początek 2024 roku. Byłam radosna, jak zwykle pełna energii, już zaczęłam planować pokój dla dziecka, gdy pewnego ranka obudziłam się z bólem brzucha. Szósty tydzień ciąży, a ja ledwo otworzyłam oczy, pokój zakołysał. W buzi poczułam pierwszy raz ten ohydny smak skwaśniałego jogurtu. Żołądek podszedł mi do gardła i ledwo doszłam do toalety. Zwymiotowałam raz, drugi, trzeci. Dziesiąty. Kolejnego dnia to samo. I potem znowu. Pomiędzy wizytami w łazience, cały czas spałam. Nie mogłam jeść ani pić.
– Niektóre kobiety tak przechodzą pierwsze tygodnie. Hormon beta-hCG jest u pani bardzo wysoki, to jeden z powodów. Ale nie musi się pani męczyć, przepiszę pani lek. Niestety nie jest refundowany – powiedziała ginekolożka.
Xonvea kosztowała wtedy tyle, że przy maksymalnej dawca płaciłam w aptece około 300 złotych miesięcznie. Dzięki czterem tabletkom dziennie dawałam radę przetrwać – cały czas leżałam w łóżku, ale rzadziej wymiotowałam. Większość czasu spałam albo pisałam smsy do moich przyjaciółek. Paczka pięciu dziewczyn, znamy się z liceum. To one utrzymywały mnie przy życiu. O codzienność dbał mój mąż – robił kanapki i obiady, a jak nie miał czasu, to zamawialiśmy catering. Jesteśmy „słoikami” z południa Polski, żadna mama nie była blisko, by mi rosół nastawić.
Nie domyślaliśmy się wtedy, że czeka nas najgorsze.
Brałam leki, ale trochę się bałam. Czy na pewno nie zaszkodzą dziecku? Nikt mi nie wytłumaczył, że są całkowicie bezpieczne, ja też nie dopytałam. I popełniłam wielki błąd. Przed zwykłą morfologią odstawiłam tabletki na jeden dzień, bo sobie wmówiłam, że negatywnie wpłyną na wynik. Nie byłam w stanie wyjść z toalety przez wiele godzin.
Kiedy mąż podał mi szklankę wody, a ja wzięłam łyka i od razu zwymiotowałam, pojechaliśmy, według zaleceń lekarki, na SOR. Była prawie północ, usiedliśmy na końcu kolejki, obok dwóch osób bezdomnych. Mąż od razu zgłosił, że natychmiast potrzebuję pomocy, pielęgniarka popatrzyła na mnie znad komputera i machnęła ręką. Mówi się, że w Polsce kobieta w ciąży jest na wagę złota, że się na nią chucha i dmucha – wcale nie. Zwymiotowałam dziesięć razy w toalecie szpitalnej, aż około trzeciej nad ranem zostaliśmy przyjęci. Żadnych pytań o mój stan, najpierw USG.
- Płód żyje — powiedziała zimnym głosem lekarka, nawet na mnie nie patrząc.
Czy już wtedy wiedziała, tylko bała się konsekwencji? Myślę, że zataiła przed nami prawdę. Uznała tylko, że nie mam objawów odwodnienia, więc kroplówka nie potrzebna, wypisała receptę na refundowany lek przeciw mdłościom, który wiedziałam, że nie działa. Wyszliśmy nad ranem. Przed szpitalem zwymiotowałam i wróciliśmy do domu.
Od początku ciąży schudłam wtedy sześć kilogramów.
Po tygodniu zrobiłam badania prenatalne. Na wizycie lekarz w gabinecie prywatnym miał już wyniki z krwi i od razu zestawiał je z obrazem z USG. Długo patrzył w monitor. Nie komentował. Przesuwał głowicę wolno po moim brzuchu, czasem mocniej dociskając.
– Wynik z krwi wskazuje na wysokie ryzyko trisomii 18, czyli zespołu Edwardsa – powiedział w końcu, bez emocji. – Jelita znajdują się poza jamą brzuszną. Do tego zwiększona przezierność karkowa. To są cechy, które często współwystępują przy tej trisomii. Rokowanie jest bardzo złe. Większość płodów obumiera w czasie ciąży albo krótko po porodzie.
Odwrócił się w moją stronę.
– Dla państwa lepiej, żeby to dziecko się nie urodziło.
Zamarłam.
– Jakie są kolejne kroki? – w końcu wydusiłam z siebie.
Lekarz chwilę milczał.
– Wiedzą państwo dobrze, że w Polsce możliwości ograniczone – powiedział w końcu zciszonym głosem. – Możemy potwierdzić diagnozę badaniem inwazyjnym, na przykład amniopunkcją. Natomiast jeśli chodzi o dalsze decyzje… Legalne przerwanie ciąży jest obecnie możliwe tylko w określonych sytuacjach. W praktyce oznacza to konieczność uzyskania zaświadczenia od lekarza psychiatry, że ciąża stanowi zagrożenie dla pani zdrowia psychicznego. Innej ścieżki w Polsce w tej chwili właściwie nie ma.
– Ale panie doktorze, co my mamy zrobić? – zdenerwował się mąż.
„Jak to czekać?!” – obruszył się teść, gdy zadzwoniliśmy po wizycie. Oboje z żoną są głęboko wierzącymi katolikami, przeciwni aborcji, o co zawsze się z nimi kłóciłam, tłumacząc, co to znaczy „wybór”. W tamtym momencie zmienili poglądy. Ja też właśnie wtedy stałam się feministką. Płakałam całymi dniami. Wymiotowałam dalej i ryczałam, mówiąc mężowi, że ja tego nie chcę. Nie chcę takiego życia, śmiertelnie chorego dziecka, nie dam rady… Dwa tygodnie później, w nocy, poroniłam.
Moja ginekolożka sugerowała, żebym poszła do psychiatry, przegadała tę sytuację. Ale ja wolałam wpaść w wir pracy, żeby nie myśleć. Nie chciałam wracać do tej samej firmy, żeby nikomu się nie tłumaczyć. Nie zniosłabym klepania po ramieniu i słuchania, że ktoś mi współczuje. Wymalowałam sama mieszkanie, burza ustała, ale we mnie wciąż przewalały się fale smutku. Nie byłam pewna, czy dam radę przetrwać kolejną ciążę.
Wolę zaadoptować, mówiłam mężowi, ale on marzył o własnym potomku.
– Musimy to dobrze zaplanować – zdecydowałam i zapisałam nas na testy genetyczne i wszystkie inne możliwe badania. Znalazłam pracę z umową na czas nieokreślony. Nie była to moja wymarzona posada, ale uznałam, że skoro mam być w ciąży, to bezpieczeństwo jest najważniejsze.
W tym czasie mąż skończył szkolenia, kursy, cisnął rozwój i dostał wymarzoną robotę, cztery razy lepiej płatną od mojej. Jestem dumna z jego osiągnięć, wdzięczna, bo zapewnia mi dobre życie.
Jednocześnie ten schemat pokazuje, że my, kobiety, jesteśmy w dupie. W moim przypadku ciąża to choroba.
Scenariusz na przyszłość? Nie pracuję przez dziewięć miesięcy, wracam po macierzyńskim, ale jestem dwa lata do tyłu i czuję się wyautowana. Zespół się zmienił, moje stanowisko właściwie nie istnieje, więc muszę szybko przyswoić nową wiedzę, i wtedy mąż chce kolejnego dziecka. Wszystko zaczyna się od początku. Czas na rozwój? Po czterdziestce. Emeryturę dostanę niewielką, bo kto mi zapłaci za te wszystkie lata choroby ciążowej i „siedzenia” w domu z dzieckiem?
Odetchnęłam, kiedy wykluczono ryzyko dziedziczenia wad rozwojowych. Odczułam też ulgę, gdy lekarka odkryła u mnie endometriozę – powód mojego bólu od dziesięciu lat.
Rok później potwierdziła ciążę.
Przeszedł mnie strach, czy znów wypłynę na te same mętne wody, ale pocieszałam się, że mdliło mnie przez to, że płód miał wady. Mijał pierwszy, czwarty, piąty tydzień. Aż w szóstym tygodniu, pewnego dnia w brzuchu zaczęło mi się przelewać. W buzi znów ten sam, zgniły posmak.
Po pierwszym dniu, kiedy wymiotowałam kilka razy, lekarz uznał, że to nie są „tylko” mdłości, ale hypermesis gravidarum, czyli niepowściągliwe wymioty i od razu przepisał mi najwyższą dawkę leku, tym razem Bonjestę. Czułam się jeszcze gorzej niż podczas pierwszej ciąży. W ogóle nie mogłam spać, bo cały czas mnie mdliło, jeszcze bardziej szarpało, ciągnęło. Rano kręciło mi się w głowie, nie mogłam czytać, patrzeć w telefon, tylko leżeć. Miałam niskie ciśnienie i byłam tak słaba, że we wszystkim pomagał mi mąż.
Co dwa dni siadał na toalecie i czekał, aż się wykąpię, na wszelki wypadek, jakbym zasłabła, bo kilka razy zrobiło mi się biało przed oczami. Głowa z bólu jakby pękła na pół, a ja trzymając się ścian, opadłam na łóżko, wykończona. Co sześć dni zmuszałam się do mycia włosów. Byłam na siebie strasznie zła. Wiem, że partnerstwo polega na tym, by się wspierać, ale ja zawsze ceniłam niezależność.
Nie lubię, jak ktoś musi się mną zająć. Szczególnie że wszystko robię szybko, nie znoszę czekać, wolę liczyć na siebie. Ciąża to dla mnie najgorsza choroba. Gorsza od grypy, od covida, od wszystkich chorób razem wziętych. Najgorsze jest, że nie wiesz, kiedy to się skończy. Niektóre kobiety wymiotują kilka tygodni, inne parę miesięcy, a jeszcze inne są w tym piekle do rozwiązania. Ja byłam nastawiona na to, że nie wywinę się do samego końca. Naprawdę rozumiem osoby, które decydują się wtedy na aborcję. Rozumiem też te, które po dwunastym tygodniu wyjeżdżają za granicę, bo płód ma wady. Nikt bez powodu nie podejmuje takiej decyzji.
A powodów aborcji może być mnóstwo: materialne, brak wsparcia rodziny, problemy psychiczne…
Albo po prostu brak gotowości na dziecko. Zawsze trzeba postawić się na miejscu kobiety i zastanowić się co ona przeżywa? Ja podjęłam decyzję, że wytrwam.
Szesnasty tydzień – mdłości lekko zelżały. Wstałam rano i o własnych siłach poszłam do toalety. Po kilku tygodniach odstawiłam leki.
Jestem zmęczona, ale czuję się o niebo lepiej i już wiem, że dziecko – na tle genetycznym i na obecnym etapie ciąży – jest zdrowe. Będę miała syna. Żałuję, że nikt nie powiedział, że ciąża to nie tylko początek życia dziecka, ale przesilenie dla matki, podczas którego ciało i tożsamość wchodzą, nierzadko gwałtownie, w nową fazę. Teraz zaczynam widzieć horyzont, ale już wiem, że po porodzie zacumuję w zupełnie innym miejscu.
z Katedry i Kliniki Położnictwa i Perinatologii Uniwersytetu Medycznego w Lublinie.
Anna Pamuła: Justyna słyszała: „tak już jest w ciąży”. W którym momencie to przestaje być fizjologia?
Dr Poniedziałek-Czajkowska: Ciąża, nawet ta fizjologiczna, jest stanem odmiennym, stąd nudności i wymioty, zwłaszcza w I trymestrze są objawami bardzo częstymi.
Choroba rozpoczyna się, jeśli objawy uniemożliwiają w miarę normalne funkcjonowanie.
Klasyczna definicja niepowściągliwych wymiotów ciężarnych mówi o występowaniu jednocześnie: więcej niż trzy epizody wymiotów w ciągu dnia, utrata masy ciała większa niż 3 kg lub 5 proc. masy ciała sprzed ciąży i obecność ketonów w moczu. W praktyce klinicznej – jeżeli próba wypicia czegokolwiek kończy się wymiotami, to niezależnie od liczby epizodów mamy do czynienia z sytuacją potencjalnie niebezpieczną. Wtedy mówimy o stanie wymagającym leczenia w warunkach szpitalnych.
Czyli nie chodzi tylko o liczbę wymiotów?
Ciężarna może wymiotować kilka razy dziennie, ale jeżeli przyjmuje płyny i pokarmy, to stan taki może być obserwowany i leczony w warunkach ambulatoryjnych, aby nie dopuścić do rozwoju niepowściągliwych wymiotów. Natomiast jeżeli kobieta zaczyna unikać jedzenia i picia, bo wie, że to natychmiast wywoła wymioty, rozpoczyna się błędne koło. Nieprzyjmowanie płynów doprowadza do odwodnienia, które jest odpowiedzialne za pogorszenie samopoczucia oraz poważne powikłania zdrowotne. W efekcie nawet niewielka liczba wymiotów może prowadzić do poważnych konsekwencji.
Jak często zdarzają się takie przypadki jak Justyny?
Jeżeli mówimy o niepowściągliwych wymiotach ciężarnych, czyli hyperemesis gravidarum, to według różnych źródeł jest to około 0,5 do 2-3 procent wszystkich ciąż. W Polsce, przy liczbie porodów rzędu ponad 200 tysięcy rocznie, można szacować, że problem dotyczy kilku tysięcy kobiet. To nie jest duży odsetek w skali populacji, ale dla każdej z tych kobiet to doświadczenie może zdominować całkowicie przebieg pewnego okresu ciąży i wpłynąć na jej postrzeganie. Trzeba też pamiętać, że statystyki obejmują głównie ciąże zakończone porodem, a część przypadków nie trafia do tych zestawień. W praktyce więc skala może być nieco większa.
Justyna mówiła, że miała wrażenie, jakby jej ciało „odrzucało ciążę”.
To bardzo częste odczucie, choć nie oddaje rzeczywistego mechanizmu. Organizm kobiety w ciąży przechodzi ogromną zmianę hormonalną i metaboliczną.
Ciąża jest pewnego rodzaju testem, który pokazuje, jak ciało, ale i psychika reagują na te zmiany.
I niektóre reakcje mogą być bardzo nasilone, mimo że sama ciąża rozwija się prawidłowo. Nie należy ich traktować jako „odrzucenia” ciąży, ale raczej przekroczenia możliwości adaptacyjnych.
Kiedy taka pacjentka powinna trafić do szpitala?
W momencie, kiedy ciężarna nie jest w stanie przyjmować płynów, nie należy odwlekać hospitalizacji w nadziei, że „może przejdzie”. W szpitalu podstawą leczenia jest nawodnienie dożylne i podanie leków przeciwwymiotnych w formie, która omija przewód pokarmowy. Doustne preparaty w takiej sytuacji nie działają, ponieważ przy wymiotach nie mają możliwości wchłonięcia. Najczęściej już po jednej–dwóch dobach terapii uzyskujemy poprawę, która pozwala ciężarnej spożywać płyny i pokarmy.
Czy to leczenie jest skuteczne i nie będzie wymagało powtarzania?
Zdarza się, że kobieta wychodzi ze szpitala w dobrym stanie, a po kilku dniach wraca z tymi samymi objawami. W takich sytuacjach zaczynamy patrzeć szerzej. Nie tylko na leczenie objawów, ale też na kontekst psychiczny i środowiskowy oraz możliwe inne przyczyny nasilonych wymiotów. Czasem sam pobyt w szpitalu, oderwanie od codziennych obowiązków i stresów ma działanie terapeutyczne. To pokazuje, jak bardzo te dwa poziomy, somatyczny i psychiczny, są ze sobą powiązane.
Właśnie, Justyna mówiła o ogromnym lęku i poczuciu winy.
To niestety częste doświadczenie. Kobiety porównują się z innymi i dochodzą do wniosku, że „nie radzą sobie”, że coś z nimi jest nie tak.
Tymczasem mówimy o stanie fizycznym, który ma konkretne podłoże biologiczne i nie jest zależny od siły charakteru.
Z drugiej strony należy mieć na uwadze, że długotrwałe objawy, brak możliwości normalnego funkcjonowania, często izolacja – to wszystko wpływa na psychikę. U części pacjentek może to prowadzić nawet do rozwoju zaburzeń depresyjnych. Dlatego wsparcie psychologiczne bywa równie ważne, jak leczenie farmakologiczne.
A leki? Kobiety często się ich boją.
I tak, i nie. Wiele pacjentek unika farmakoterapii, zwłaszcza na początku ciąży, obawiając się ich potencjalnie niekorzystnego wpływu na dziecko. Jednak jeśli mówimy o nasilonych nudnościach czy wymiotach, jeśli trwają one przez pewien czas, mogą doprowadzić ciężarną do stanu, w którym sama poprosi o leki. Dysponujemy preparatami doksylaminy i witaminy B6, które zostały przebadane pod kątem bezpiecznego użycia w ciąży i są zarejestrowane. Trzeba też powiedzieć jasno: nieleczenie ciężkich wymiotów może mieć gorsze konsekwencje niż zastosowanie farmakoterapii. Stąd decyzja o leczeniu powinna opierać się na rzetelnej informacji, a nie na strachu.
Jakie mogą być powikłania?
U matki przede wszystkim odwodnienie i zaburzenia elektrolitowe z takimi objawami jak osłabienie, bóle i zawroty głowy, senność, zaburzenia elektrolitowe, przejściowe, łagodne zaburzenia funkcji wątroby. W bardzo skrajnych przypadkach, przy długotrwałym braku skutecznego leczenia, mogą wystąpić ciężkie powikłania takie jak encefalopatia Wernickego (niedobór witaminy B1, prowadząca do trwałego upośledzenia neurologicznego lub zgonu matki), neuropatie obwodowe (niedobór witamin B6 i B12 ), uszkodzenie śledziony, pęknięcie przełyku, odma opłucnowa oraz ostra martwica cewek nerkowych. Ale są one obecnie ekstremalnie rzadkie.
Należy wspomnieć także o konsekwencjach emocjonalnych i psychicznych.
U dziecka najczęściej obserwujemy niską masę urodzeniową lub zaburzenia wzrastania, zwłaszcza jeśli stan utrzymuje się długo. Więcej dzieci w tej grupie rodzi się przedwcześnie.
Czy zawsze przyczyną niepowściągliwych wymiotów jest sama ciąża?
Nie, i to jest bardzo ważny element diagnostyki. Jeżeli objawy są nietypowe, bardzo nasilone, utrzymują się długo lub po raz pierwszy pojawiają się po zakończeniu I trymestru, trzeba rozważyć inną ich przyczynę. Ciąża może bowiem ujawnić choroby, które wcześniej przebiegały bezobjawowo. Mogą to być schorzenia przewodu pokarmowego takie jak choroba wrzodowa żołądka i dwunastnicy, zakażenie Helicobacter pylori, choroba dróg żółciowych, zapalenie wątroby, choroby neurologiczne (migrena, guzy w obrębie ośrodkowego układu nerwowego), zaburzenia hormonalne (nadczynność tarczycy) czy ostre schorzenia jamy brzusznej. Skrajnym przykładem jest np. rozpoznanie raka żołądka u ciężarnej, u której ciężkie wymioty pojawiły się dopiero w II trymestrze. To są oczywiście sytuacje ekstremalnie rzadkie, ale potwierdzają potrzebę czujnego podejścia do takiej pacjentki.
Co dziś wiemy o przyczynach biologicznych tej choroby ciążowej?
Coraz więcej badań opublikowanych w ostatnich latach wskazuje na rolę hormonu GDF15 i wrażliwości organizmu na jego działanie.
U części kobiet problemem może być nie tylko sama ilość tego hormonu produkowanego przez płód i łożysko, ale nadwrażliwość matczynych receptorów.
To tłumaczy, dlaczego przy podobnym przebiegu ciąży jedne kobiety mają łagodne objawy, a u innych są one nasilone. Badania w tym obszarze są stosunkowo nowe i wymagają dużych grup pacjentek, dlatego na ich wyniki i efekty kliniczne należy jeszcze poczekać. Dziś jednak zaczynamy rozumieć, że pojawienie się wymiotów ciężarnych nie jest jedynie nieadekwatnym przystosowaniem do ciąży, ale wynika z określonych mechanizmów biologicznych.
Justyna powiedziała mi, że rozumie kobiety, które myślą o przerwaniu ciąży. Czy to coś, co pani słyszy od pacjentek?
To jest bardzo drażliwy temat, zwłaszcza w polskich realiach prawnych i społecznych. Nie dysponuję danymi wskazującymi na częstość takiej sytuacji – osobiście nie zetknęłam się z taką pacjentką. Natomiast trzeba jasno powiedzieć, że niepowściągliwe wymioty mogą być doświadczeniem skrajnym, wyniszczającym fizycznie i psychicznie. I w takich sytuacjach mogą pojawić się bardzo różne myśli, również dopuszczające takie rozwiązanie.
Czy w Polsce taka sytuacja może być podstawą do legalnej terminacji?
Prawo mówi o zagrożeniu życia lub zdrowia kobiety, ale to są bardzo pojemne pojęcia. Pojęcie „zdrowie” obejmuje zarówno stan fizyczny, jak i psychiczny, więc teoretycznie można to interpretować szeroko.
W praktyce jednak lekarze funkcjonują w warunkach dużej niepewności prawnej i presji zarówno przeciwników, jak i zwolenników aborcji.
W przypadku istnienia przede wszystkim przesłanek psychiatrycznych i takie rozwiązanie należy uwzględnić.
Czyli kobieta zostaje trochę sama z tym doświadczeniem?
My jako lekarze leczymy przede wszystkim objawy – nawadniamy, podajemy leki przeciwwymiotne, staramy się ustabilizować stan fizyczny, pamiętając o wpływie choroby na psychikę. Niestety właśnie stan psychiczny, poczucie granicy wytrzymałości, bezradności wobec objawów pozostają tymi czynnikami niemierzalnymi, które mogą zaburzyć percepcję ciąży i wpłynąć na przyszłe plany prokreacyjne. Dlatego w takich sytuacjach konieczne jest wsparcie rodziny i otoczenia oraz psychologa. Czasem też psychiatry.
Co powinna zapamiętać kobieta, która czyta tę rozmowę i jest w ciąży, lub bliska jej osoba?
Przede wszystkim to, że nie musi tego znosić w milczeniu. Jeżeli objawy utrudniają jej normalne funkcjonowanie, powinna o tym powiedzieć lekarzowi lub położnej. Warto obserwować swoje ciało i nie czekać, aż sytuacja się pogorszy. I druga rzecz – nie porównywać się z innymi kobietami. Każda ciąża przebiega inaczej i każda reakcja organizmu jest indywidualna. A proszenie o pomoc nie jest oznaką słabości, tylko odpowiedzialności za siebie i dziecko.
Niezależna dziennikarka, pisała m.in. dla Gazety Wyborczej, Parents we Francji i Time’a w USA. Autorka książek "Polacos. Chajka płynie do Kostaryki" i "Wrzenie. Francja na krawędzi". Jej najnowsza książka reporterska "Mamy do pogadania" traktuje o macierzyństwie na świecie i stygmatyzacji związanej ze zdrowiem reprodukcyjnym kobiet. Współpracuje jako redaktorka i lokalna producentka z Martyną Wojciechowską. Wspólnie napisały "Co chcesz powiedzieć światu". Razem z Martą Frej tworzy projekt "Tabubabki". Stypendystka Pulitzer Center i IWMF (International Women's Media Foundation). Mieszka we Francji.
Niezależna dziennikarka, pisała m.in. dla Gazety Wyborczej, Parents we Francji i Time’a w USA. Autorka książek "Polacos. Chajka płynie do Kostaryki" i "Wrzenie. Francja na krawędzi". Jej najnowsza książka reporterska "Mamy do pogadania" traktuje o macierzyństwie na świecie i stygmatyzacji związanej ze zdrowiem reprodukcyjnym kobiet. Współpracuje jako redaktorka i lokalna producentka z Martyną Wojciechowską. Wspólnie napisały "Co chcesz powiedzieć światu". Razem z Martą Frej tworzy projekt "Tabubabki". Stypendystka Pulitzer Center i IWMF (International Women's Media Foundation). Mieszka we Francji.
Komentarze