Gdyby nie 1,5%, mogłoby nie być OKO.press

Twoja pomoc ma znaczenie

0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Il. Iga Kucharska / OKO.pressIl. Iga Kucharska / ...

Powiedz nam, co myślisz o OKO.press! Weź udział w krótkiej, anonimowej ankiecie.

Przejdź do ankiety

Autor tekstu poprosił, by nie podawać jego nazwiska ani nazw szpitali. Uważa, że wtedy reakcja na tekst sprowadziłaby się do śledztwa, kto zawinił w tym konkretnym wypadku. A to już opisanej sytuacji nie zmieni ani nie naprawi. Tymczasem dziś bardziej potrzebujemy dyskusji o sposobie działania ochrony zdrowia. A przede wszystkim o tym, co zrobić, by coś takiego nie spotkało naszych bliskich seniorów, a kiedyś i nas samych.

Tylko wtedy przedstawiona opowieść będzie miała sens.

Uszanowaliśmy tę decyzję i poszliśmy śladem tekstu. Śladem systemowym, żeby sprawdzić, czy nie mamy do czynienia z pojedynczym przypadkiem. Zapytaliśmy o to eksperta od organizacji ochrony zdrowia, byłego ministra zdrowia i dyrektora szpitali Marka Balickiego.

„To niestety obecnie norma” – powiedział. – „Bez wstrząsu, tąpnięcia systemu i ostrej politycznej zmiany to się będzie powtarzać. Polska nie jest dziś krajem dla starych ludzi, choć seniorów wśród nas coraz więcej. Ale Ministerstwo Zdrowia zauważyło tylko, że dzieci się mniej rodzi, więc likwiduje porodówki”.

W rozmowie z autorem OKO.press Sławomirem Zagórskim Balicki mówi, czym i jak wstrząsnąć, żeby starsi pacjenci mieli lepszą opiekę. I skąd taki opór przed zmianą.

A przy okazji wyjaśnimy, czy naprawdę tak jest, że jeśli choremu się pogarsza po wypisaniu ze szpitala, to szpital, w którym odbywała się leczenie, ma obowiązek go przyjąć. Jeśli nie minęło 14 dni od wypisu.

Wywiad z Markiem Balickim opublikujemy jutro – 22 marca.

Na razie przedstawiamy szpitalną historię.

Mama miała udar. 21 listopada po prostu zsunęła się z kanapy i nie mogła wstać. Tata wezwał pogotowie, ale zanim przyjechało, wszystko jakby wróciło do normy. Mama z powrotem siedziała, tata się martwił, że pogotowie jedzie na próżno.

Ratownicy jednak byli uważni. Coś ich zaniepokoiło. „To może być udar i to mogło się stać niedawno. Może zdążymy. Jedziemy do szpitala”. Mieliśmy szczęście, bo pogotowie nie zawsze tak reaguje. Powiedzieli nam to w szpitalu.

„To niestety był udar i nie zdarzył się dziś, tylko kilka dni wcześniej. Zostawił więc już ślad. Ale nie jest rozległy, a rehabilitacja pomoże” – powiedział wieczorem lekarz dyżurny.

Naprawdę mieliśmy szczęście.

Ale po trzech miesiącach 89-letnia mama prawie nie chodzi, nie bardzo wie, gdzie jest, załatwia się do pampersa, chce tylko spać. Nie ma z nią kontaktu.

Dwa i pół miesiąca z tych trzech spędziła w szpitalu, gdzie pomoc była fachowa, a opieka troskliwa. Jednak to, co było pomiędzy, mogło doprowadzić do obecnego stanu.

Przeczytaj także:

Analizujemy po kolei wszystko, co się stało, i zastanawiamy, co by było, gdybyśmy wiedzieli więcej. Co można było zrobić inaczej? Jak inaczej powinna być zorganizowana pomoc?

Postanowiliśmy to opowiedzieć, bo to forma poradzenia sobie z tym, co się stało.

Udar

Dzień po udarze, w sobotę, mama, na szpitalnej sali monitorowanej, była oszołomiona i zdumiona: „Wiecie, że to był udar?”. Miała 89 lat i trzymała się do tej pory świetnie. Tego dnia dopytywała się o sobotnią „Rzeczpospolitą”, bo to jej ulubiona lektura. Niestety, lekarze kazali zabrać jej aparaty słuchowe – nikt ich tu nie będzie pilnował, mogą się zgubić przy zmianie pościeli. Bez aparatów mama jest kompletnie głucha. Do tego nowe porządki toleruje źle. Na przykład to, że ma się załatwiać do pampersa, bo po udarze nie wolno wstawać.

„Do pampersa!” – mówi wolno i wyraźnie salowa.

Mama być może słyszy, ale czy jest w stanie zrozumieć i zaakceptować, co to oznacza?

Neurologia jest innym światem – tu pampers jest normą. Nad oddziałem unosi się zapach ludzkich wydzielin. A lekki udar to błogosławieństwo, kiedy obok leżą osoby, które samodzielnie nie oddychają albo straciły mowę.

Tylko żeby przyjąć tę prawdę, trzeba być człowiekiem w pełni sił, a nie po udarze.

Na razie miotamy się po mieście w poszukiwaniu rozwiązania, które zastąpiłoby aparat słuchowy. Ale niczego takiego nie ma. Cywilizacja nie przewidziała. W końcu w domu rodziców wygrzebujemy stary, słabo działający aparat – dobry do szpitala, bo zdezelowany.

Następnego dnia (niedziela) budzi nas telefon ze szpitala:

„Pani niestety spadła w nocy z łóżka i złamała bark”.

To podobno się zdarza, że po udarze pacjenci są splątani, chcą wstawać. Mamę nawet przywiązano do łóżka – tylko nikt pewnie nie przewidział, że maleńka starsza pani ma w sobie tyle siły i determinacji. Zerwała więzy i przerzuciła się przez ramę łóżka, bo chciała do toalety.

Najwyraźniej odporność szpitala na takie incydenty jest ograniczona, a procedury słabe.

„Pani nie słuchała” – lekarz jest speszony. Mówi, że dobrze funkcjonujący senior może z dnia na dzień się pogorszyć pod wpływem zmiany otoczenia czy nagłej choroby. My mówimy, że mama nie słuchała, bo jest głucha, ale rozumiemy, że to był wypadek. Tylko co dalej?

„Pozwijcie szpital, przecież to ich wina” – podpowiadają nam rodziny innych pacjentów.

„Panie doktorze, nam pozwy nie w głowie. Nie chodzi o to, kto jest winien, ale co będzie dalej”.

To, że dla wszystkich wokół pozew za zaniedbanie jest oczywistością, może wpływać na to, jak się z nami od teraz komunikuje szpital. Bo wydobycie każdej informacji zaczyna wymagać dużego wysiłku. Lekarze wolą powiedzieć „nie wiem”, niż coś objaśnić.

Operacja

Okazuje się, że sprawą barku zajął się już wojewódzki konsultant i zlecił zaopatrzenie ręki w szpitalu specjalistycznym. Operację. Mama jest tym przerażona. Leży już na nowej, niemonitorowanej sali, ledwie coś słyszy. Nie wie, co będzie dalej. My też nie wiemy. Lekarz mówi, że teraz będą robione badania. Nie objaśnia, jakie i po co. Mama twierdzi potem, że poddawali ją „torturom w maszynie”. Może jej objaśniali, ale nie słyszy.

Mijają trzy dni. Lekarz mówi, że badania nie wskazały konkretnej przyczyny udaru, a on już nie będzie się zajmował mamą, zastąpi go inny lekarz. Dokumentacja w sprawie ręki mamy już poszła mailem do szpitala specjalistycznego.

Nowy lekarz prowadzący nie ma czasu sprawdzić, czy mail doszedł, bo zapoznaje się z dokumentacją wszystkich swoich nowych pacjentów. Mówi, że operacja barku powinna się zgodnie z zaleceniem konsultanta odbyć w ciągu trzech tygodni. Niestety na neurologii nie będą pacjentki tyle trzymać – po badaniach być może wypiszą ją do domu.

„Jak to, po udarze, bez rehabilitacji, ze złamaną ręką? A jak mamy się nią opiekować???”.

Lekarz mówi, że niestety nie może na to odpowiedzieć. Znowu zachowuje się tak, jakby bał się powiedzieć za dużo. Wyciągamy jednak z niego, że ta operacja to po prostu zabieg stabilizacji, który pozwoli mamie używać ręki i ją rehabilitować (to strona dotknięta udarem).

Zaczynamy rozpaczliwie szukać miejsca na rehabilitację po udarze i złamaniu. Zupełnie bez sensu i niepotrzebnie.

Na korytarzu rodziny wymieniają się informacjami o domach opieki i sposobach rehabilitacji. Prawie każdy konfrontuje się z sytuacją, że chory nie może wrócić do domu i nie ma jak mu zapewnić opieki.

Mama czyta gazety i książki. Słucha głośno radia na słuchawkach. Narzeka na rękę. Pyta, co w polityce – bo tym żyła do tej pory, a szpital odciął ją od ulubionych dzienników telewizyjnych.

X, Y, Z, czyli szpitale mailują do siebie

W poniedziałek mamy już kolejną, trzecią lekarkę prowadzącą. „Dzwoniłam do szpitala specjalistycznego, ale tam nikt nie odbiera” – mówi.

Oferujemy, że sami podzwonimy – skoro i tak koczujemy na korytarzu.

Szpital rzeczywiście nie odbiera, a konkretnie sekretariat oddziału X, którego nazwa wskazuje, że leczą tam barki. Dlatego nasz szpital wysłał tam mailem dokumentację mamy.

Dodzwaniamy się dopiero następnego dnia. „Ależ my się barkiem nie zajmujemy. Tak, była taka dokumentacja. Przekazaliśmy ją na oddział Y” [nazwa oddziału Y nie ma związku z barkiem].

Oddział Y: „Ale my się nie zajmujemy barkiem w tym trybie. Dokumenty przekazaliśmy na oddział Z”.

Do Z dodzwaniamy się dopiero następnego dnia. „Tak, są takie dokumenty. Nie udzielamy informacji przez telefon, jesteśmy w kontakcie ze szpitalem macierzystym”.

Nasza pani doktor bardzo się cieszy na tę wiadomość – z nią się jeszcze nikt nie porozumiał. Ostatecznie po paru godzinach udaje się ustalić, że następnego dnia mamę przewiozą do szpitala specjalistycznego i tam będzie czekać na operację.

Jak długo? Nie wiadomo.

Właśnie minął tydzień od wysłania maila ze szpitala do szpitala.

Lekarka przygotowuje wypis dla szpitala specjalistycznego i skierowanie z powrotem do naszego szpitala na...rehabilitację (nikt nie powiedział wcześniej, że tu to jest możliwe!!!). Ale z terminem na za tydzień, bo przecież nie wiadomo, kiedy będzie operacja.

Przerwa w leczeniu, bo inaczej się nie da

Po południu mamę zabierają do nowego szpitala. 30 km stąd. Jedziemy tam już następnego dnia. Znajdujemy ja na oddziale Q. Oszołomioną, już po operacji, która odbyła się zaraz po przyjeździe. Wszystko jest w porządku. Mama z pomocą chodzi do toalety. Ortezę na ramieniu zastąpił zwykły temblak. „Za dwa dni wypisujemy”.

Gdzie? Rozumiemy, że nie możemy zabrać mamy do mieszkania rodziców na trzecim piętrze bez windy. Pojedziemy do nas, pod miasto. Dopiero po rehabilitacji mama wróci do siebie.

Próbujemy pożyczyć wózek – ale akurat nie ma na stanie. Za to w sklepie ze sprzętem medycznym jest wózek i kompetentna pani, która mówi, że lekarz może wystawić zamówienie na taki wózek i wtedy jest on bezpłatny, i na własność. Jeszcze tylko poszukiwania lekarza w szpitalu specjalistycznym, który ma „do tego uprawnienia”. Za trzecim razem się udaje.

Mamy wózek, trochę bez sensu, bo przecież mówili, że mama nie będzie go potrzebować po rehabilitacji.

Po trzech dniach wymuszonego przestoju w leczeniu wracamy na rehabilitację do „naszego szpitala”. Przez chwilę byliśmy poza systemem, ale wracamy.

Brak przerwy, bo NFZ nie uznaje świąt

Na razie nie na oddział rehabilitacji, ale z powrotem na neurologię. Jest czwartek i do poniedziałku nic się nie zmieni. Od udaru minęły trzy tygodnie, które 89-letnia pacjentka spędziła, leżąc w łóżku. Chodzi jej się coraz słabiej.

Ale liczymy na rehabilitację. Zaczyna się – na razie jest tylko rano i pewne obawy budzi ręka na temblaku. „Tu nie jest ortopedia” – powtarzają. Trzeciego dnia dociera do nas, że za tydzień jest Boże Narodzenie. Razem z wolną od pracy od tego roku Wigilią i weekendem to pięć dni ostrego dyżuru ciurkiem, bez rehabilitacji – samo leżenie w łóżku.

Zabrać do domu mamy nie można. Tydzień wcześniej pobyt w domu był oczywistością, teraz jest niewykonalny. Tu nie ma „urlopów”, NFZ by takiego leczenia nie uznał i nie opłacił. Szpital więc może mamę tylko wypisać na własne życzenie. Ale potem może nie być dla niej miejsca.

Dzwonimy nawet do Rzecznika Praw Pacjenta – przecież na pięć dni ostrego dyżuru powinny być jakieś nowe procedury. Nie było jeszcze w Polsce tak długiego weekendu niepoprzedzielanego dniami roboczymi. Pan na infolinii proponuje nam złożenie skargi, to ją rozpatrzą. „Na kalendarz mamy się skarżyć?” – pytamy.

Poddajemy się. Mama już zdążyła zaplanować Święta i rozdać nam zadania. Na wieść, że Święta będą w szpitalu, cichnie i smutnieje.

Pierwsze zakażenie

Przy składaniu życzeń świątecznych starsza pielęgniarka się załamuje. Mówi, że nie daje już rady, że ta praca jest za ciężka. Starsza lekarka obejmuje ją i odprowadza na bok. Długo i serdecznie rozmawiają.

Próbujemy z mamą ćwiczyć chodzenie po korytarzu. Nie lubi, ale chodzi. Wykryto u niej zakażenie układu moczowego (wcześniej była cewnikowana). Dostaje antybiotyki. Kolejna nowa lekarka przekonuje, że tu opieka jest lepsza niż w domu. I że nie dalibyśmy rady.

Wierzymy jej.

Tak naprawdę rehabilitacja zaczyna się dopiero 30 grudnia. 5 tygodni po udarze. Polega na wstawaniu, uruchamianiu ręki i chodzeniu z asystą po korytarzu. Ale to ma być początek. Ordynator zauważa, że mama słabo kojarzy i ma oznaki demencji.

„Ale przecież przed miesiącem pochłaniała książki!” – protestujemy.

„No niestety, tak czasem bywa”.

„Pozwólcie jej na aparat słuchowy – przecież nic nie słyszy”

Lekarz dopytuje, kim mama jest z zawodu i czym się interesuje. Mówi, że rehabilitacja na tym oddziale może potrwać do czterech miesięcy – będą z mamą pracować tak długo, jak długo będą postępy.

Uff. Na pewno mama da radę.

„Ja nie jestem z rehabilitacji”

Na oddziale rehabilitacyjnym jest mniejsze zamieszanie i tu porządny aparat słuchowy jest nawet dopuszczalny. Problem w tym, że obsada oddziału zmienia się codziennie. O ile zalecenia lekarskie wykonywane są na podstawie dokumentacji, to każdego codziennie trzeba uczyć, jak naładować słuchaweczki. A to zupełnie nie idzie. Aparat albo nie jest włączony, albo jest rozładowany.

Mama narzeka na jedzenie, mało je i pije. Nie chce jej się ćwiczyć.

Szpitalna psycholożka pracuje z mamą, zachęca do rozwiązywania łamigłówek. Mówimy, że dla mamy utrata kontroli nad otoczeniem jest bardzo trudna, bo ma dominującą osobowość. Psycholożka rozkłada ręce „Ale tu jest szpital, takie tu są zasady, że człowiek traci kontrolę”.

Sąsiadka z łóżka obok skarży się, że dolega jej „jakaś bakteria”. Ma przez to biegunkę.

Dowiedzieć się czegoś o stanie mamy jest ciężko. Oddział rehabilitacji ma wspólną dyżurkę z innym oddziałem. Standardową odpowiedzią na dowolne pytanie jest tam „ja nie jestem z rehabilitacji”. Lekarze, poza dyżurującymi, są tylko do godz. 15, i mają mnóstwo zajęć w kilku miejscach szpitala. Kilka dni zajmuje rozpoznanie systemu, który pozwala zlokalizować lekarza, który coś wie.

W szpitalu specjalistycznym personel miał stroje z daleka informujące, jaką kto pełni rolę i funkcję. Tu każdy ubrany jest po swojemu, wizytówki na ubraniach się nie przyjęły. Mylimy pielęgniarzy i salowe.

Pielęgniarki i salowi zmieniają się codziennie – więc jeśli trafimy już na kogoś z rehabilitacji, to albo jest tu „ostatni dzień”, albo „pierwszy dzień”. „Nie znają pacjenta”. Ani my, ani mama nie wiemy, kogo mamy prawo poprosić o pomoc w pójściu do toalety. A to największa motywacja do ćwiczeń. Żeby nie do pampersa…

Generalnie jednak słyszymy „musi pani do pampersa, bo ja się tym nie zajmuję”. Mama używa w zasadzie tylko starego aparatu słuchowego. Zachowuje się tak, jakby przestała przetwarzać dźwięki, nawet jeśli je słyszy. Tylko nam się wydaje, że trzeba robić wszystko, by słyszała – dla personelu to zbyt skomplikowane i mało istotne. Poza tym boją się oskarżenia o uszkodzenie lub zgubienie słuchaweczki.

Izolacja

Na łóżku sąsiadki pojawia się czerwona karteczka „izolacja”. Cześć personelu wspiera ją w jednorazowych fartuchach i rękawiczkach. Część nie.

Nie rozumiemy, co to oznacza i co się zaraz stanie.

Kolejna zmiana – sąsiadka, mama i jeszcze jedna pani trafiają do nowego pokoju.

Który to już szpitalny pokój i zmiana dla starszej pani? Chyba szósty.

Blisko dyżurki (z pielęgniarkami „nie z rehabilitacji”), ale bez toalety. Do tej na korytarzu jest już tak daleko, że nie ma mowy, by ubłagać kogoś o doprowadzenie tam. Ale ćwiczymy chodzenie po korytarzu.

Mama – jak mówi nam przemiła salowa – unika ćwiczeń, udaje, że śpi. Poza tym przestaje czytać. Nie słucha już radia.

Na drzwiach sali pojawia się kartka „izolacja”. Mamy tam wchodzić w fartuchach jednorazowych, w rękawiczkach i w maseczkach. Wychodząc, wszystko to wyrzucamy.

Jeśli chodzi o personel, to jedni wchodzą w tych fartuchach, inni nie. Czy zmieniają jednorazowe rękawiczki podchodząc do kolejnej pacjentki przy zmianie pampersa – nie wiemy. Ze względu na intymność chorych trzeba wtedy wyjść z sali. Ale widzimy, że nawet lekarzom zdarza się wchodzić bez zabezpieczeń, bo „tylko na chwilę”. Pielęgniarki i salowe też to widzą.

Nie rozumiemy jeszcze konsekwencji.

„Co się dzieje?” – pytamy.

Salowa: „To Clostridium jest, ale to jest groźne tylko dla osób osłabionych. A mama tego nie ma”.

Sprawdzamy w Google’u. Nie wygląda dobrze. No ale przecież najważniejsze jest, by mama była rehabilitowana.

Ale zaraz – rehabilitowana w izolacji?

Niestety, nie ma już chodzenia po korytarzu. Zostają ćwiczenia w sali, w której z trudem mieszczą się trzy łóżka ze stoliczkami. Mama nie może wychodzić z sali, bo dostaje antybiotyk. Leży w podwójnym pampersie.

Trzeba ją było wtedy wypisać. Ale kto to wiedział?

Poszukiwania informacji cd.

Pani rehabilitantka mówi, że tych ćwiczeń pewnie jeszcze ze trzy tygodnie może być. Kolejna lekarka – zgadliście – mówi, że jest pierwszy dzień i nie zna pacjentki. Ale niebawem będzie konsylium i ono ustali.

Wygląda na to, że konsylium dotyczy jednak bakterii Clostridium difficile, a nie rehabilitacji.

Mama przestaje rozpoznawać, kto do niej przyszedł, jaki jest dzień, która godzina. Nie umie odczytać zegarka. Zaalarmowany pielęgniarz zadaje kilka pytań i mówi ze smutkiem „zaburzenia pamięci”. Gnamy do lekarki – jest akurat w przychodni na końcu szpitala. „Dobrze, że państwo mówicie, zaraz zlecę badania”. Jest naprawdę bardzo przejęta.

Okazuje się, że mama bardzo się odwodniła. Nie je, nie pije. I – niestety – ma biegunkę. Czyli ma to clostridium.

Dzwonki alarmowe powinny się nam rozdzwonić – ale nie dzwonią. W udary i szpitale gramy pierwszy raz.

Kroplówka działa. Mama do nas wraca. Ale załatwianie się do pampersa uważa teraz za normę. Lekarka: „Pani do końca tygodnia będzie przyjmować antybiotyk. Potem jednak do końca pobytu nie może opuszczać pokoju”.

„Ale to znaczy, że jest chora? Na co?”

„Nie, uważamy ją za wyleczoną z końcem terapii antybiotykowej. Nie wiem, skąd to zalecenie niewychodzenia z pokoju, ale tak zdecydowało konsylium. Czy chcą państwo zabrać mamę do szpitala specjalistycznego na sprawdzenie barku, czy my to mamy zrobić?”.

„No chyba lepiej, żebyście wy to zrobili, bo jak my skoordynujemy dwie różne rehabilitacje domowe? A tak nam wszystko powiecie”. Żeby nam ktoś w tym momencie powiedział, jakimi kretynami jesteśmy…

Rentgen i RODO

Lekarka kiwa głową i mówi, że to załatwi. Następnego dnia rozkłada ręce: szpital specjalistyczny może mamę przyjąć dopiero za miesiąc (!). Razem z koleżanką lekarką zaczynają się zastanawiać, jak można załatwić przyspieszenie. Są bezradne.

Dopiero teraz dociera do nas, że trzeba się poradzić lekarza na zewnątrz. Jego rada jest prosta: niech zrobią rentgena ręki na miejscu i wyślą do szpitala, który robił operację.

Ale zdjęcie przed wysłaniem należałoby z powodu RODO zaszyfrować, co nie jest dla lekarzy taką prostą sprawą – nie zajmują się na co dzień szyfrowaniem plików z wrażliwymi danymi osobowymi. Łatwiej więc pacjentkę wozić po 30 km niż wysyłać maile.

Zresztą wiemy już, jak szpitale do siebie mailują.

Eureka! A to może my te zdjęcia weźmiemy i wyślemy? W ten sposób w dwie godziny zdjęcie ogląda specjalista. Mówi: „słabo się zrasta, ale nic więcej się nie da zrobić w tym wieku”.

Dodaje: „Ludzie, co wy wyrabiacie! Zabierajcie mamę ze szpitala, zaraz czymś ją zarażą!!!”

Coś mamroczemy o tym, że przecież to była rehabilitacja.

W domu miało być tak dobrze

Wypis następuje sprawnie, choć trochę się nam dziwią, że bierzemy mamę przed weekendem.

Dwa i pół miesiąca od udaru.

Pracowniczka socjalna szpitala dokładnie i kompetentnie tłumaczy, jak załatwić pomoc społeczną, rehabilitację domową i złożyć dokumenty do orzeczenia o niepełnosprawności.

„Zalecenia są wypisie. Mama nie może mieszkać sama” – mówi lekarka. Ale to wiemy. I jesteśmy przekonani, że za dwa trzy tygodnie stanie na nogi i znowu zacznie nami zarządzać.

Mały problem: mama wypisywana jest do nas, bo tu dom jest parterowy. Nie ma tu jednak lekarza prowadzącego. Zanim się przepiszemy, musimy od starego wydobyć wniosek do komisji orzekającej o niepełnosprawności. „Lekarz powinien się zajmować pacjentką, bo we wniosku jest pytanie, od ilu lat ją leczy” – ostrzega nas pani socjalna w szpitalu. A orzeczenie jest niezbędne, jeśli chcemy mamie załatwić odpowiednie wsparcie.

Bierzemy urlopy, żeby to wszystko ogarnąć.

W pierwszą noc w domu mama dostaje biegunki. Przewijanie, mycie, przebieranie co dwie godziny przez całą dobę. Nikt nas nie ostrzegał, ale znawcy opieki nad seniorami wśród znajomych pocieszają nas, że tak bywa po szpitalu. To samo mówi pani z lokalnej opieki społecznej, która zaczyna codziennie przychodzić na godzinę. Na więcej ośrodek pomocy nie stać, ale to udało się załatwić szybko i sprawnie.

Pogotowie raz i drugi

Po trzech dniach, półprzytomni, szukamy jednak pomocy – ale nie sposób znaleźć lekarza, który przyjedzie prywatnie. Mieszkamy tu kilka lat, leczyliśmy się w mieście. Nikt nie przewidział, że trzeba zbudować lokalne sieci pomocy medycznej.

Nie umiemy się w tym świecie poruszać.

Do poradni z NFZ nie mamy tu jeszcze prawa. W lokalnej przychodni mówią natomiast, że konieczne jest złożenie oświadczenia o przyjęciu. I dają nam formularz – a przecież wcześniej musimy wydobyć zaświadczenie od dotychczasowego lekarza.

Kończy się pogotowiem. Ratownicy są optymistyczni. Bo my już w Google’u sprawdziliśmy, że możemy mieć do czynienia ze wznową infekcji szpitalnej. „Może, ale nie musi – mówią. – Podawajcie stoperan, dopiero jeśli po dobie nie zadziała, jedźcie do szpitala”. Dają kroplówkę, która pomaga.

Ale co to znaczy „stoperan nie zadziała”? – to pytanie pojawia się po odjeździe karetki. Chyba stoperan zadziałał, bo pampersów zużywamy wyraźnie mniej. Mama jednak nie je, mało pije, przestaje z nami rozmawiać, nie chce wstawać.

Ale zachęcamy ją do zrobienia kilku kroków. Sadzamy do stołu, by nie jadła na leżąco jak w szpitalu (wózek się przydał!).

Rehabilitant, który do niej przyjeżdża, jest dobrej myśli. „Będzie pani chodzić, tylko musimy się wzmocnić. Leżała pani dwa miesiące, dlatego nie ma pani mięśni. Ale dojdziemy do tego. Musi pani tylko jeść”.

W czasie pierwszej wizyty mama obiecuje ćwiczyć. Po tygodniu tylko patrzy na rehabilitanta niewidzącym wzrokiem. „Ale pani zrobiła postępy. Lepiej siada i wstaje, tylko nie przeforsujmy jej” – mówi rehabilitant.

Nic nie rozumiemy, bo nam się wydawało, że jest gorzej. Ale on przecież widział więcej takich sytuacji.

„Jest lepiej” – powtarzamy.

Dwa dni później kolejny kryzys. Pomoc nocna odmawia przyjazdu („My nie jeździmy z kroplówkami”), numer do lekarza jeżdżącego prywatnie do pacjentów nie odpowiada. Znowu pogotowie – i znowu zamiast porady informacja „wysyłam zespół”.

Furia ratowników

To pogotowie to dwaj wściekli ratownicy. Podejrzewają, że znowu muszą wyręczać nocną pomoc. „Oni mają obowiązek jeździć z kroplówką, to mają w kontrakcie. Oszukali was, a nas wykorzystali”.

Nie wiedzieliśmy.

Wściekłość ratowników wrasta, kiedy widzą, w jakim stanie jest mama. „Co wyście zrobili? Dlaczego chorej nie widział jeszcze lekarz?!!!”. Mamroczemy, że zmieniamy lekarza, że tu już gotowy wniosek i że już jutro mamy wizytę u starego, bo orzeczenie, i zaraz przepiszemy mamę.

Pogotowie daje kroplówkę i wydzwania okoliczne szpitale. Ratownicy są przekonani, że to wznowa infekcji szpitalnej wywołanej przez Clostridium. Dla nich wzmianka o nim w obszernym wypisie i o antybiotyku, który był pododawany, jest oczywistym dowodem – dla nas nie była.

Żaden szpital w rejonie karetki nie ma miejsca dla takiej pacjentki. Ratownicy łagodnieją, bo widzą, że nawet oni nie są w stanie załatwić pomocy: „Odwieźcie ją do waszego pierwszego szpitala. W ciągu dwóch tygodni od wypisu tamten szpital ma obowiązek przyjąć pacjentkę”.

Pierwszy raz o tym słyszymy.

Ale odwozić ją tam, skoro już wiemy, że ten szpital ją zakaził? Czekać godzinami na izbie przyjęć z chorą, która nie usiedzi dłużej niż 15 minut? Dopuścić do tego, że położą ją do łóżka i już nigdy nie wstanie? Wysłuchiwać tłumaczeń, że nie mają oddziału zakaźnego?

Ale pielęgniarze mówią nam też, że wbrew temu, co powiedzieli nam w poradni, mama ma prawo do pomocy lekarskiej tu, na miejscu, nawet bez przepisania. I rzeczywiście. Umawiamy wizytę, na którą stawiamy się sami. Lekarz, na podstawie objawów, które opisujemy, i wypisu ze szpitala zleca antybiotykoterapię do domu. Nie taką zwykłą, bo ten lek można dostać tylko w aptece szpitalnej, przełamując opory farmaceutki, dla której to operacja niestandardowa, choć legalna. Działa dopiero „nie wyjdziemy bez leku”.

Nasza, już rejonowa pielęgniarka przyjeżdża i podaje kolejną kroplówkę. Mamie się polepsza.

Znowu jesteśmy w systemie, bo złożyliśmy formularz na przepisanie. I mamy już zaświadczenie od starego lekarza, że mama jest osobą z dużą niepełnosprawnością.

Polepszenie u mamy polega na tym, że przestaje się osuwać. Ale nie rozpoznaje już miejsca, w którym się znajduje. Nic już jej nie ciekawi, chce tylko spać.

Na kolejną próbę zrobienia kilku kroków odpowiada „obiecałam sobie, że już więcej nie wstanę. Dosyć mam waszych tortur”.

Potem przestaje mówić całymi zdaniami. Wózek stoi nieużywany.

Podobno po odstawieniu antybiotyku może się jej poprawić. Ale też Clostridium może wrócić. W zasadzie to bardzo prawdopodobne, bo to bakteria lekooporna. Tak mówi Google.

***

Mama dostała fachową pomoc. Tylko koordynacja tej pomocy leżała. W efekcie mama była w szpitalu za długo, do lekarza rejonowego dostała się za późno, a całe leczenie było pewnie za drogie. My zostaliśmy ze świadomością, że zawaliliśmy.

;
Na zdjęciu Redakcja OKO.press
Redakcja OKO.press

Jesteśmy obywatelskim narzędziem kontroli władzy. Obecnej i każdej następnej. Sięgamy do korzeni dziennikarstwa – do prawdy. Podajemy tylko sprawdzone, wiarygodne informacje. Piszemy rzeczowo, odwołując się do danych liczbowych i opinii ekspertów. Tworzymy miejsce godne zaufania – Redakcja OKO.press

Komentarze