Gdyby nie 1,5%, mogłoby nie być OKO.press

Twoja pomoc ma znaczenie

0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Fot . Krzysztof Cwik / Agencja Wyborcza.plFot . Krzysztof Cwik...

„Oficjalnie operacja tępienia tego drapieżnika ruszyła w 1955 roku” – wyjaśnia Krzysztof Potaczała, którego książka „Człowiek i wilk. Historia splamiona krwią” ukazała się właśnie w wydawnictwie Znak.

Reporter opisuje w niej akcję, przez którą niemal całkowicie straciliśmy wilki — objęte ochroną dopiero 40 lat później. W rozmowie z OKO.press odpowiada na pytania: Czy widać podobieństwa między społecznym nastawieniem do drapieżników wtedy i dziś? Jaką rolę odgrywały i odgrywają media? Czy czeka nas powtórka z tego dramatycznego momentu w historii?

Wilk i człowiek, zagadnienie zawsze aktualne

Paweł Średziński: Czy to celowy zabieg, żeby wydać tę książkę właśnie teraz, kiedy w mediach trwa nagonka na te drapieżniki?

Krzysztof Potaczała: Nosiłem się z zamiarem napisania tej książki od kilku lat. Zebrałem sporo materiału jeszcze w 2017 roku, ale miałem poczucie, że to nie wystarczy. Po pewnym czasie wróciłem do projektu, jeździłem w teren, spotykałem się z uczestnikami akcji wilczej po II wojnie światowej, w której – co warto podkreślić – brali udziału nie tylko myśliwi, ale wiele osób niezwiązanych z łowiectwem.

Rząd płacił wtedy za zabijanie wilków i to stanowiło wystarczającą zachętę do ich likwidowania.

Zawsze uważałem, że zagadnienie wilków jest istotne i nie traci na aktualności. Przypomnę, że przecież kwestia wilcza była aktualna dekadę czy dwie wcześniej, i obecnie też nie straciła na znaczeniu. Chciałem na problematykę gatunku Canis lupus w Polsce spojrzeć z kilku różnych perspektyw, cytując myśliwych, przyrodników, leśników, urzędników, innych mieszkańców Bieszczadów czy pozostałych regionów kraju.

Przeczytaj także:

Wojna wypowiedziana wilkom

W książce skoncentrował się pan na szczególnie okrutnym wobec wilków okresie, po drugiej wojnie światowej, kiedy Polska Ludowa tępiła te drapieżniki w sposób zorganizowany.

Dużo dziś mówi się o wilku, ukazało się w ostatnich latach kilka ciekawych książek. Ja celowo wróciłem do czasu PRL-u, kiedy wilk był postrzegany jako największe zagrożenie, najgorszy wróg dla otoczenia. Chciałem przypomnieć, jak walczono z wilkiem w dekadach Gomułki i Gierka, bo to wciąż mało znany temat.

Wilki unicestwiano na różne sposoby przez niemal 20 lat oficjalnej, usankcjonowanej przez rząd PRL akcji wilczej. Tępiono je ochoczo również po jej zakończeniu.

Jak zaczęła się wojna wypowiedziana wilkom przez władze PRL?

Wilka od dawien dawna postrzegano negatywnie. Jego obecność sprawiała, że uznano wypowiedzenie mu wojny za zasadne. Do tego populacja tego drapieżnika, chociaż ani przed, ani po 1945 roku dokładnie jej nie policzono, była bardziej widoczna. Od połowy 1947 roku, kiedy w Bieszczadach i przyległych rejonach dogasł konflikt polsko-ukraiński, wiele wsi opustoszało. To sprzyjało zwiększeniu liczebności wilka.

Oficjalnie operacja tępienia tego drapieżnika ruszyła w 1955 roku — rząd przyjął uchwałę w tej w sprawie 29 stycznia 1955 roku. To wtedy wypowiedziano mu wojnę, chociaż warto zaznaczyć, że liczne odstrzały były prowadzone w Bieszczadach, a także w północno-wschodniej Polsce i na Lubelszczyźnie, już wcześniej, w pierwszej połowie lat pięćdziesiątych. Najczęstszym argumentem myśliwych był przekaz, że przez wilka jest w lasach mniej „zwierzyny płowej” i dlatego należy ograniczyć liczebność tego drapieżnika.

Władze ugięły się pod naciskiem społecznym

Nikt wtedy nie zastanawiał się, jaki przyniesie skutek. W końcu uznano, że wilk nie zasługuje na rozmnażanie i życie. Po kraju niosła się także wieść, że wilki masowo atakują zwierzęta gospodarskie i zagrażają ludziom w osadach i wioskach położonych blisko lasu. Jednak ataki wilków na bydło czy owce wcale nie były nagminne. Były znacznie rzadsze niż dzisiaj, tak wynika z dokumentów i zebranych przeze mnie relacji świadków. Nie odnotowano wówczas też ataku zdrowego wilka na człowieka.

Wszystko to przypomina obecną sytuację.

Tak wtedy, jak i teraz, zaczęto od wysyłania listów protestacyjnych, monitów i próśb do resortu środowiska, żeby coś z kłopotliwym wilkiem zrobić. W PRL-u władze centralne ugięły się pod naciskiem społecznym. Obecnie jest trudniej, bo mamy w Polsce znacznie więcej obrońców szarych drapieżników niż wówczas. Wtedy niemal ich nie było, nie istniały prężne organizacje przyrodnicze, a blisko sto procent obywateli postrzegało wilka wyłącznie jako zabójcę, rabusia, złoczyńcę.

Przytaczam celowo te określenia, bo właśnie tak go nazywano. To już nie był wilk w ścisłym znaczeniu tego słowa, nie element ekosystemu, szczytowy rodzimy drapieżnik, lecz gatunek wyjęty spod prawa, wyłącznie szkodnik. A szkodniki bezlitośnie się unicestwia.

Osadnicy kontra wilki

Czy fakt, że w Bieszczady, w miejsce wysiedlonych ukraińskich mieszkańców, ściągnęli ludzie z różnych rejonów Polski, którzy często nie mieli doświadczeń związanych z obecnością dużych drapieżników, mógł wpłynąć na wzmożenie strachu przez wilkiem?

Niemało osadników przyjechało z centralnej Polski i innych regionów kraju, gdzie wilków nie było, bądź widywano je sporadycznie. Oni bali się najbardziej. Strach potęgowała niewiedza o gatunku i wyolbrzymiane przekazy o krwiożerczości oraz nieprzewidywalności wilków. Jednak część osób pochodziło z Podhala, gdzie wilki miały swoje rewiry i niekiedy zagryzały zwierzęta gospodarskie.

Kiedy pod Tatrami zrobiło się na halach ciasno od owiec, górale zaczęli przyjeżdżać ze stadami w Bieszczady. Ponosili jakieś straty z powodu wilków, choć nie było ich aż tak wiele. Owce i krowy pasły się na śródleśnych nieogrodzonych polanach, a jedynym zabezpieczeniem były owczarki podhalańskie. Nie zawsze potrafiły odpędzić wilki.

W Bieszczadach pojawiły też państwowe gospodarstwa rolne, które zaczęły prowadzić między innymi działalność hodowlaną.

Powstawały od początku lat 50. To wiązało się z bardzo dużą liczbą zwierząt gospodarskich, przede wszystkim bydła i owiec. Dobrze, że wspomniał pan o tym wątku, bo zarządcy PGR-ów, popierani przez lokalne władze, również słali do Warszawy pisma, w których domagali się regularnej i masowej likwidacji wilków. To z pewnością wzmogło jeszcze bardziej presję na wydanie decyzji o rozpoczęciu operacji skierowanej przeciwko szarym drapieżnikom.

Podwójna zachęta

W końcu ruszyła akcja. Jak wyglądała w praktyce?

Zabijano gatunek, o którym wiedza była bardzo ograniczona. Płacono za ubite wilki. Dopuszczono różne metody walki z tymi zwierzętami, w tym łapanie w potrzaski i sidła, odstrzeliwanie na łowach indywidualnych i zbiorowych z użyciem fladr. Na początku likwidacją wilków w Bieszczadach zajmowali się miejscowi myśliwi. Wielu z nich pracowało w Lasach Państwowych. Kiedy okazało się, że ludzi do odstrzału jest za mało – bo wilka nie tak łatwo ustrzelić, trzeba go zwabić, tropić lub wykorzystać inne metody, w tym fladrowanie – zaczęli przyjeżdżać myśliwi z całej Polski.

Zachęta była podwójna: finansowa rekompensata za zabicie wilka oraz wilcze trofeum – futro i czaszka. Dla myśliwego polowanie na wilka stawało się wyzwaniem.

Kiedy już go zabił, zyskiwał w hierarchii łowieckiej. W obławach na wilka uczestniczyli też miejscowi gospodarze, rolnicy, pracownicy różnych przedsiębiorstw i zakładów, których wtedy w Bieszczadach powstawało dość dużo. Z czasem osoby, które nie były myśliwymi, oprócz chodzenia w nagance, uczyły się jak zabijać wilki. Stawiano sidła, kopano doły, szukano wilczych nor i szczeniąt, żeby je zabić. Za to także dostawało się pieniądze.

Chęć uczestniczenia w obławach na wilki była tak duża, że dyrekcje zakładów i instytucji chętnie zwalniały swoich podwładnych z obowiązków służbowych, by mogli ruszyć w las. Zabijanie wilków rychło stało się kwestią priorytetową, choć, powtarzam, żyło ich wtedy w Bieszczadach, w Górach Sanocko-Turczańskich i na Pogórzu Przemyskim mniej niż obecnie.

Nie tylko Arłamów

Jednak z czasem Bieszczady zaczynają cieszyć się renomą dość ekskluzywnego łowiska i częściej na polowania przyjeżdżają peerelowskie elity. Czy to w jakiś sposób zamknęło część Bieszczadów dla każdego, kto chciał zabić wilka?

Zaczęło się poza Bieszczadami, w Arłamowie, gdzie powstał słynny ośrodek łowiecko-wypoczynkowy Urzędu Rady Ministrów o kryptonimie W-2. Natomiast w Bieszczadach takim centrum łowieckim zostało Muczne, czyli W-3. Wtedy, w połowie lat 70., doszło do wydzielenia pewnego obszaru Bieszczadów, gdzie polować mogli tylko wybrani.

Zarządzał nim pułkownik Kazimierz Doskoczyński, niegdyś ochroniarz Bolesława Bieruta, przyjaciel premiera Piotra Jaroszewicza. Teren został ogrodzony i nie miał tu prawa wstępu nikt, kto nie był pracownikiem tego ośrodka, żołnierzem dozorującym tę enklawę lub myśliwym z prawem do polowania w tym rejonie. Tuż nad Wilczą Górą w Stuposianach stał szlaban z posterunkiem wojskowym i dalej nie było wstępu. To już był teren rządowy.

Przyjeżdżali tam myśliwi zarówno krajowi, reprezentujący ówczesną władzę, jak również goście z zagranicy. Mogli tam polować na jelenie, żubry czy wilki.

Natomiast w pozostałych miejscach Bieszczadów, każdy mógł zabijać wilki, jak chciał i kiedy chciał. Nic się w tej sprawie nie zmieniło. Cały czas trwała intensywna operacja wyniszczania tego drapieżnika. Ona nigdy nie osłabła, przez dwie dekady. To zabijanie często było drastyczne. Wilki rozjeżdżano samochodami, ranne dobijano siekierami i łomami, szczenięta wybierano z gniazd i na miejscu likwidowano. Tylko nieliczne trafiły do ogrodów zoologicznych.

Otruć wilka

Trucie też było jedną z metod walki z tymi drapieżnikami.

Trucie zostało dozwolone, kiedy okazało się, że samo strzelanie to mało. Początkowo stosowano luminal, ale okazało się, że dawki nie były na tyle toksyczne, żeby zabić. Niektóre osobniki przeżywały, niektóre ginęły. Trucizną faszerowano padlinę. Przygotowywano też coś w rodzaju zatrutych kotletów.

Po luminalu zaczęto stosować bardziej skuteczną strychninę i dużo wilków padło po jej zjedzeniu. Muszę jednak zauważyć, że trucie wilków miało też przeciwników wśród części myśliwych. Ich zdaniem była różnica między polowaniem, w którym idzie się na wilka w obławie, tropi się go lub strzela do niego z zasiadki, a truciem, kiedy się tylko czeka, aż wilk zje toksynę i padnie.

Chociaż trucizna była wykładana komisyjnie, sporządzano protokół, to padały od niej także ssaki drapieżne, duże ptaki szponiaste, wśród nich orły i orliki. Zaczęły się z czasem pojawiać głosy, żeby zrezygnować z trucia. Zdarzyło się nawet, że jeden z mieszkańców Bieszczadów, bo żyło tam sporo ludzi ubogich, przyniósł do domu kawał końskiej zatrutej padliny i miał ją zjeść wraz z rodziną. Przypadek sprawił, że do tego nie doszło.

W końcu zrezygnowano z trucia, ale trudno oszacować skalę, by stwierdzić, ile wilków padło od zabójczych chemikaliów. Część zwierząt, podtruta, ginęła w innym miejscu, po pewnym czasie od zjedzenia mięsa. Całkowite statystyki zabitych wilków nie są pełne, chociaż wiadomo, że w ramach akcji wilczej od 1955 do 1971 roku zaraportowano na Podkarpaciu, na obszarze administracyjnym późniejszego województwa krośnieńskiego, ponad 1100 zlikwidowanych szarych drapieżników.

Bestia grasuje

W swojej książce zwraca pan uwagę na język, który towarzyszył opisowi tej akcji wymierzonej w wilki. Przypomina on klikbajtowe nagłówki we współczesnych nam mediach, które mają budzić negatywne emocje i strach.

Często w prasie z tamtego okresu czytamy, że wataha czy wilk grasuje. Już tylko słowo „grasować” sugeruje, że należy się tego zwierzęcia bać. Doszło do tego, że już sama obecność wilka, pojawienie się niewielkiej liczby tych drapieżników, przedstawiano jako wielki problem. Ówczesna prasa była wielkim orędownikiem akcji tępienia wilków. Gazety były wtedy potęgą. Nie było tygodnia, żeby na ich łamach nie pojawiła się informacja o operacji wymierzonej w wilki. Odbiorca tych przekazów otrzymywał jasną wiadomość — wilk jest niebezpieczny, musimy go wytępić. Nagłówki, że wilki grasują, napadają, osaczają, że podeszły pod wieś i pożarły psa, działały na wyobraźnię mieszkańców wsi i miast. Dzisiaj nadal część mediów w ten sposób pisze o wilkach.

Czy podejście do wilka jako groźnego zwierzęcia, jest wciąż silne w Bieszczadach?

Bieszczady się zmieniły. W ostatnich 20 latach osiedliło się tu sporo ludzi z innych regionów, którzy mają często zupełnie inne zdanie o wilku, raczej dobre. Natomiast miejscowi o tych drapieżnikach przeważnie mówią negatywnie. Wilki współcześnie częściej się pojawiają w różnych miejscach w Bieszczadach, czasami blisko ludzkich zabudowań. Zagryzają psy na podwórzach i z tego powodu spirala niechęci do drapieżników się nakręca.

Trudno złapać kłusownika

Kiedy w 1998 roku gatunek został objęty ochroną ścisłą, na początku nie było wielkiego sprzeciwu wobec tej decyzji. Zaczął narastać później. Do dziś zwolennikom osłabienia statusu ochrony wilka nie udało się przywrócić polowań. Wilki też nadal giną z rąk ludzi. O wielu przypadkach nie wiemy, bo trudno złapać kogoś, kto to robi. Rzadko zdarza się ujęcie takiej osoby na gorącym uczynku.

A jaki jest odbiór Pańskiej książki w Bieszczadach?

Książka ukazała się niedawno, nie ma jeszcze „wstrząsających” komentarzy. Przy tej okazji zaznaczę, że moim zadaniem nie było wydawanie sądów, lecz obiektywne przedstawienie akcji wilczej. Wykorzystałem do tego archiwalne dokumenty, doniesienia prasowe, moje rozmowy z myśliwymi i innymi uczestnikami tamtych wydarzeń. Cytuję też obszernie badaczy wilków.

Nie napisałem tego reportażu, żeby kogokolwiek potępiać czy oskarżać. Nie taka moja rola. Ocenę opisywanych wydarzeń pozostawiam czytelnikom. Starałem się przedstawić różne głosy i opinie, by możliwie szeroko ująć temat i aby był on cennym źródłem wiedzy o tragicznym losie wilków sprzed dekad. Oraz o ludziach, którzy wydali im bezpardonową walkę. Dzisiaj jesteśmy blisko powtórki z przeszłości.

Krzysztof Potaczała – reporter, dziennikarz, który mieszka od urodzenia w Bieszczadach. Od lat związany z prasą regionalną i ogólnopolską. Autor wielu książek dotyczących Bieszczadów. W 2025 roku nakładem wydawnictwa Znak ukazała się jego książka „O czym drzewa w Bieszczadach nie szumią. Ocalona z Sobiboru”.

Na zdjęciu Paweł Średziński
Paweł Średziński

Publicysta, dziennikarz, autor książek poświęconych ludziom i przyrodzie: „Syria. Przewodnik po kraju, którego nie ma”, „Łoś. Opowieści o gapiszonach z krainy Biebrzy”, „Puszcza Knyszyńska. Opowieści o lesunach, zwierzętach i królewskim lesie, a także o tajemnicach w głębi lasu skrywanych, „Rzeki. Opowieści z Mezopotamii, krainy między Biebrzą i Narwią leżącej" i "Borsuk. Władca ciemności. Biografia nieautoryzowana".

Komentarze