0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Photo by ATTA KENARE / AFPPhoto by ATTA KENARE...

Ankieterzy firmy Ipsos w lipcu zapytali Amerykanów: „Biorąc pod uwagę koszty i zyski dla Stanów Zjednoczonych, czy warto prowadzić wojnę w Iranie, czy nie?”.

Wyniki są dla Donalda Trumpa Fatalne.

28 proc. odpowiedziało, że warto z Iranem walczyć, a 68 proc., że nie. To 40 punktów procentowych netto na minusie. Ipsos zadawał identyczne pytanie w czasie trwania amerykańskich wojen w Afganistanie i Iraku. Podczas żadnej z nich tak niskiego wyniku nie było. Wojna w Iraku po początkowej polaryzacji i wyniku netto w okolicy zera, po 3-4 latach zaczęła notować wyniki w okolicy minus 20-30 punktów. Najgorszy wynik odpowiedzi „warto” to 33 proc. i padł dwukrotnie – w 2007 i 2015 roku.

W najnowszym sondażu Ipsos mamy jeszcze kilka pytań dotyczących wojny z Iranem. Żadna z odpowiedzi nie jest dla Trumpa korzystna. Tylko 31 proc. pytanych sądzi, że obecne działania militarne powstrzymają Iran od zbudowania broni atomowej. Przeciwnego zdania jest 66 proc. osób.

Dla pełnego obrazu warto uzupełnić, że Amerykanie zasadniczo nie bardzo wierzą w możliwość powstrzymania Irańczyków od posiadania broni atomowej za pomocą umowy. Nawet w szczytowym czasie optymizmu związanego z umową JCPOA z 2015 roku, tuż przed jej podpisaniem, wyniki były tylko nieznacznie inne. W marcu tamtego roku to 37 proc. wiary w umowę i 59 proc. przeciwnych odpowiedzi.

Nowa umowa

Tylko 23 proc. pytanych uważa, że „obecnie negocjowana umowa” będzie lepsza od umowy z czasów Baracka Obamy z 2015 roku. Deal Obamy wybiera 37 proc. badanych (swoją drogą to nieco mylące pytanie, bo w tym momencie trudno mówić o negocjacjach dotyczących jakiejkolwiek umowy, dyplomaci rozmawiają dziś o nowym zawieszeniu broni).

Jeszcze jeden wynik: samo konto Białego Domu w serwisie X podało wynik sondażu firmy Big Data Poll na temat wsparcia dla porozumienia z Iranem. I tutaj… 60 proc. badanych to poparcie wyraża (wobec 24 proc. sprzeciwu). To sondaż sprzed niemal miesiąca (przeprowadzony w dniach 26-28 czerwca), ale Biały Dom pochwalił się nimi 20 lipca. To może sugerować niekompetencję – być może ktoś zapomniał usunąć zaplanowany wcześniej post. Bo jego wyniki idą w zupełnie inną stronę niż obecne działania Amerykanów w Iranie. Ale w momencie pisania tych słów post wisi już niemal dobę.

I wszystkie te wyniki nie są politycznie korzystne dla Trumpa. A to nie koniec złych wiadomości dla amerykańskiego prezydenta.

Według „Washington Post” agencje wywiadowcze poinformowały Trumpa, że w obecnej sytuacji jest mało możliwe, by Iran ugiął się pod obecną presją militarną. Z kolei „Wall Street Journal” 19 lipca napisał na podstawie rozmów z anonimowymi źródłami w amerykańskiej armii, że widać, że Irańczycy przebijają się przez amerykańskie systemy obronne, a irańskie pociski latają z prędkością, której Amerykanie się nie spodziewali.

Mimo tego na dziś nie widać sygnałów, by armia USA miała w najbliższych dniach się zatrzymać. A Iran nie cofa się przed mocną odpowiedzią na amerykańskie ataki. W efekcie w irańskich atakach po 7 lipca zginęła czwórka amerykańskich żołnierzy, około setka odniosła obrażenia (według armii zdecydowana większość z nich wróciła już do służby).

Przeczytaj także:

Powrót wojny

Przypomnijmy krótko: wojna w pełni wróciła do Iranu, cieśniny Ormuz i całego regionu Zatoki Perskiej po 7 lipca. Tego dnia Irańczycy zaatakowali trzy statki komercyjne w cieśninie Ormuz.

Przypomnijmy, że w ramach podpisanego 17 czerwca wstępnego porozumienia między USA i Iranem (które teoretycznie kończyło wojnę) przedwojenny ruch miał do cieśniny wrócić w ciągu 30 dni. Umowa była jednak oszczędna co do szczegółów. Iran starał się więc narzucić swoją kontrolę nad całą cieśniną Ormuz. Irańczycy starali się kontrolować też statki płynące jej południową częścią, w okolicy Omanu. Kilka z nich zignorowało irańskie ostrzeżenia. W efekcie irańskiego ataku, Amerykanie rozpoczęli ostrzał południowej części Iranu, z czasem rozszerzając zakres ataków.

W odpowiedzi na to Irańczycy wrócili do regularnych ataków na arabskie kraje Zatoki Perskiej, w których Amerykanie mają swoje bazy wojskowe. Irańskie ataki nie ograniczają się jednak tylko do amerykańskich baz. Kilkukrotnie uderzyli już m.in. w stację odsalania wody w Kuwejcie. A to kluczowa infrastruktura dla całego kraju. Około połowa zużywanej rocznie wody w kraju pochodzi właśnie z odsalania.

Czego chcą Amerykanie?

Wszystko to każe postawić pytanie: co dokładnie chce osiągnąć obecna administracja USA? Jedną z odpowiedzi można znaleźć w codziennych komunikatach CENTCOM, czyli United States Central Command, dowództwa amerykańskiej armii odpowiedzialnego za operacje na Bliskim Wschodzie i w Azji Centralnej. CENTCOM codziennie informuje, że celem amerykańskiej operacji jest osłabienie możliwości narzucania swojej kontroli w cieśninie Ormuz przez Iran.

I faktycznie spora część ataków armii USA faktycznie ten cel realizuje.

W jakim stopniu to jest możliwe do osiągnięcia, jak długo musiałaby potrwać i ile kosztowałaby operacja, która w pełni pozbawiłaby Iranu możliwości kontroli cieśniny? To zupełnie inne pytanie, na które na razie nie poznamy odpowiedzi. Na razie można być sceptycznym, czy to możliwe.

W wojnie marcowej Trump wielokrotnie opowiadał, że Iran został pokonany. Nic takiego się nie wydarzyło. Niemal pięć miesięcy po rozpoczęciu wojny przez USA i Izrael, Iran dalej jest w stanie zadawać bolesne ciosy amerykańskim bazom i sojusznikom w regionie.

Na razie jesteśmy więc wciąż w fazie eskalacji. Przedłużająca się wojna ma jednak spore koszty: politycznie wojna jest niepopularna, a jej przeciąganie łączy się z potencjalnymi stratami.

A w ostatnich dwóch tygodniach Iran pokazał, że straty te mogą być dotkliwe i amerykańscy żołnierze mogą wracać do kraju w trumnach. W latach 60. i 70. Amerykanie słyszeli, że to poświęcenie w walce z komunizmem. Dziś może to brzmieć abstrakcyjnie, ale spora część społeczeństwa uważała to zagrożenie za realne dla amerykańskiego stylu życia.

Co dziś Trump może powiedzieć Amerykanom? Że chodzi o zagrożenie irańską bombą atomową? Trump sam wystąpił z porozumienia, które czasowo to zagrożenie eliminowało. Że otworzy cieśninę Hormuz? Przed wojną, którą rozpoczął, cieśnina była otwarta. Że trzeba powstrzymać Iran od wspierania Hezbollahu czy Hutich? Dla Amerykanów zagrożenie związane z tym jest właściwie żadne.

Dwie drogi?

I dlatego wojna ta jest w USA niepopularna. A Trump ma problem z wyjściem z niej tak, by skutecznie pokazać się jako zwycięzca. Stąd na dziś trudno jest wykluczyć różne scenariusze – zarówno eskalacyjne, jak i deeskalacyjne. Wznowiona wojna ma jeden zrozumiały cel – potyczkę o cieśninę Ormuz.

Ale nie wiemy, ile może potrwać dojście do sytuacji, która usatysfakcjonuje administrację Trumpa. No i zmuszenie Iranu do kapitulacji przy stole negocjacyjnym będzie bardzo trudne i wymagałoby użycia znacznie większej siły – co wiąże się potencjalnie z jeszcze większymi kosztami. W tej sytuacji Trump nie może zatrzymać wojny zaraz po tym, jak zginęli amerykańscy żołnierze. A jej kontynuowanie grozi śmiercią kolejnych.

Zdaniem portalu Axios Trump widzi tylko dwie drogi. Albo wynegocjowanie w najbliższych dniach 10-dniowego zawieszenia broni, albo rozszerzenie skali wojny, ponowne włączenie się do niej Izraela i zmuszenie Iranu do kapitulacji.

Nie bez powodu brzmi to wszystko tak, jak to już wielokrotnie już słyszeli. Tak samo to, że zakulisowe działania w sprawie zawieszenia broni prowadzą dyplomaci z Egiptu, Kataru i Pakistanu.

Kręcimy się w kółko, co coraz silniej pokazuje, jak dużą strategiczną pomyłką USA był atak z 28 lutego. Irańczycy nie chcą oddać kontroli nad cieśniną Ormuz, której wcześniej nie mieli. Amerykanie nie byli usatysfakcjonowani wynegocjowanym w czerwcu porozumieniem. Iran od początku zakładał, że dla USA wstępne porozumienie było przede wszystkim pretekstem do przegrupowania i nowych ataków.

Cena ropy znów rośnie

Chwilowo jednak cena ropy ponownie rośnie. Dziś baryłka ropy Brent ponownie przekroczyła 90 dolarów. Przez miesiące przed 28 lutego kosztowała poniżej 70 dolarów, a od wybuchu wojny do wstępnego porozumienia z połowy czerwca zwykle była droższa niż 100 dolarów. Od początku lipca cena wzrosła już o 20 dolarów.

Sytuację komplikuje ponowne wkroczenie do akcji rządzących częścią Jemenu Hutich z grupy Ansar Allah. Krwawy konflikt między Huti a Arabią Saudyjską był zamrożony od 2022 roku. Wybuchł jednak ponownie, w związku z wojną w Iranie.

Huti są sojusznikami Iranu, a pretekstem do obecnej eskalacji jest wstrzymywanie przez Saudyjczyków lotu z przedstawicielami Hutich z pogrzebu Alego Chameneiego. Huti zadeklarowali w poniedziałek 20 lipca, że rozpoczynają morską blokadę Arabii Saudyjskiej. Dla Saudyjczyków cieśnina Bab al-Mandab (Brama Łez) pomiędzy Jemenem a Dżibuti, łącząca Morze Czerwone z Oceanem Indyjskim, stanowi kluczową ścieżkę eksportu ropy naftowej.

Ropa transportowana tą drogą odpowiada za około 7 proc. światowego rynku.

Łącznie z kryzysem w cieśninie Ormuz skutki gospodarcze mogą być bardzo poważne. Na razie jednak jesteśmy na zbyt wczesnym etapie, by powiedzieć, w którą stronę skręci jemeńska odnoga irańskiej wojny.

Huti ostrzegają firmy zajmujące się transportem ropy, że wizyty w saudyjskich portach mogą zakończyć się atakiem na ich statki. Ale na razie do żadnych ataków nie doszło. W ciągu dnia dwa tankowce z saudyjską ropą zmierzające w stronę Bab al-Mandab zawróciły jednak do saudyjskiego portu.

Ani w jedną, ani w drugą

Może też się okazać, że cena eskalacji, podobnie jak w wypadku sytuacji między Iranem a USA, jest dla Hutich zbyt duża.

W wypadku Iranu i USA żadna ze stron nie ma ochoty się wycofać. I żadna nie ma łatwego wyjścia z sytuacji. Za wcześnie, by przewidywać, czy Iran stanie się dla USA tym, czym w latach 80. XX wieku dla Związku Radzieckiego był Afganistan. Tamta wojna drenowała zasoby Sowietów przez dekadę, a dziś USA, pomimo wielu problemów politycznych, jest znacznie silniejszym państwem niż ówczesne ZSRR. Niemniej to, że widać pewne podobieństwa i tak sporo mówi o tym, w co wpakowali się Amerykanie.

Na zdjęciu Jakub Szymczak
Jakub Szymczak

Dziennikarz OKO.press od 2018 roku, współkierownik działu społeczno-gospodarczego (razem z Katarzyną Kojzar). Publikował też m.in. w Res Publice Nowej, Miesięczniku ZNAK i magazynie „Kontakt”. Absolwent Polskiej Szkoły Reportażu, arabistyki na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu i historii na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Autor reportażu historycznego "Ja łebków nie dawałem. Procesy przed Żydowskim Sądem Społecznym" (Czarne, 2022) o powojennych rozliczeniach wewnątrz polskiej społeczności żydowskiej. W OKO.press pisze głównie o gospodarce i polityce międzynarodowej oraz Bliskim Wschodzie.

Komentarze