Futbol to więcej niż sportowe emocje. Także historia i polityka doprowadzają do wrzenia trybuny podczas piłkarskich mistrzostw świata. Tym razem zapewne nie będzie inaczej
Hasło „wojna futbolowa” przylgnęło do opisywanego przez Ryszarda Kapuścińskiego konfliktu zbrojnego między Hondurasem i Salwadorem. Powody były ekonomiczne i etniczne, jednak iskrą zapalną okazała się rywalizacja reprezentacji obu krajów o miejsce na Mistrzostwach Świata 1970.
Seria meczów eliminacyjnych tych drużyn w czerwcu 1969 roku, zakończona zwycięstwem Salwadorczyków, tak wywindowała negatywne emocje, że przyczyniła się do wybuchu wojny w lipcu. Starcia trwały tylko sto godzin, lecz pochłonęły parę tysięcy ofiar.
W cieniu tej sławnej „wojny futbolowej” z – zaledwie, wydawałoby się – eliminacji do piłkarskich mistrzostw świata pozostaje wiele upolitycznionych spotkań już z samych mundiali, turniejów finałowych. Nie kosztowały życia tysięcy ludzi, jednakże milionom psuły krew i miały nieraz poważne konsekwencje pozasportowe.
Jeszcze w maju nie było pewne, czy na rozpoczynających się 11 czerwca piłkarskich MŚ 2026 – organizowanych wspólnie przez USA, Kanadę i Meksyk – wystąpi reprezentacja Iranu. Napięta sytuacja na Bliskim Wschodzie nakazywała sądzić, że niezależnie od zapewnień szefostwa FIFA, każde rozwiązanie wchodziło w rachubę.
W końcu drużynie Islamskiej Republiki Iranu nie tylko przypadłoby wystąpić na imprezie współorganizowanej przez Stany Zjednoczone, lecz i grać właśnie na tamtejszych boiskach. To znaczy wybiec na stadionie w Inglewood (położonym w obszarze metropolitalnym Los Angeles) przeciw Nowej Zelandii i Belgii, a następnie w Seattle – przeciw Egiptowi. Ba, po ewentualnym wyjściu z rozgrywek grupowych, Irańczyków mógłby czekać mecz właśnie z reprezentacją USA. Wcześniej w historii piłkarskich MŚ zdarzyło się to dwukrotnie.
Pamiętna była zwłaszcza rywalizacja z roku 1998, z mundialu we Francji. Groziła wybuchem beczka prochu, którą zapełniło wiele konfliktów politycznych:
To wszystko sprawiło, że piłkarskie spotkanie w Lyonie 21 czerwca 1998 roku nazwano „matką wszystkich meczów”, nawiązując do terminu „matka wszystkich bitew” z czasów bliskowschodniego konfliktu z Irakiem.
Francuzi obawiali się zamachu, okolice lyońskiego stadionu zamieniono w istną twierdzę. USA od lat przezywano w Iranie „Wielkim Szatanem”, z kolei państwo ajatollahów pokazywano w Ameryce jako kraj stricte terrorystyczny stanowiący zagrożenie dla ładu międzynarodowego. Po stronie irańskiej nie brakło przed meczem wypowiedzi nawiązujących do krwawej historii, nagłaśnianych przez propagandę. Wydawało się więc, że rywalizacja będzie brutalna.
Tymczasem na boisku Irańczycy wręczyli Amerykanom białe róże – w perskiej kulturze symbole pokoju, miłości i poszukiwania duchowej prawdy. Piłkarze obu zespołów przywitali się i uśmiechnięci zrobili wspólne zdjęcie. Na boisku wielkich kontrowersji także nie było. Lepsi okazali się Irańczycy i wygrali 2:1.
W ogólnej ocenie zwyciężył sport. Amerykański obrońca Jeff Agoos powiedział po meczu, że
piłkarze „zrobili więcej w 90 minut niż politycy w 20 lat”.
Irańczycy nie tylko wygrali z USA: to było w ogóle ich pierwsze zwycięstwo na MŚ. Mieszkańcy kraju hucznie świętowali na ulicach; policja przymykała nawet oko na picie alkoholu i chodzenie przez kobiety bez chust.
Do kolejnego starcia z Amerykanami doszło w 2022 roku na mundialu w Katarze. Tym razem polityczne tło spotkania zdominowała wewnętrzna polityka w Iranie. Mecz odbył się w trakcie krwawych protestów społecznych po śmierci 23-letniej studentki Mahsy Amini, zatrzymanej przez policję obyczajową i pobitej za rzekomo zbyt swobodny strój.
Irańscy gracze już podczas wcześniejszego mundialowego meczu z Anglią (przegranego 2:6) w proteście przeciw brutalności reżimu odmówili śpiewania hymnu. Na trybunach pojawiły się Iranki: „niemoralna” rzecz nie do pomyślenia pod rządami ajatollahów. W meczu USA-Iran na boisku przeważali Amerykanie. Wygrali 1:0. Irańczycy odpadli z turnieju. Atmosfery radości już nie było.
Od tego czasu Iranem wstrząsnęły nie tylko protesty społeczne, lecz także amerykańsko-izraelskie bombardowania. Ostatnio Biały Dom niejeden raz wypowiadał się o władzach w Teheranie w bardzo brutalny sposób. „Duszą się jak nadziewane prosię” – stwierdził prezydent Donald Trump. Irańska propaganda zaś niestrudzenie szydziła z przywódcy USA w social mediach. To rzecz jasna napędza radykalizację emocji – także sportowych.
Kiedy w 1998 roku Irańczycy i Amerykanie pierwszy raz spotkali się na piłkarskim mundialu, w ich grupie były też zespoły Niemiec i Jugosławii. Oba pokazały swoją wyższość nad rywalami zza Atlantyku i z Bliskiego Wschodu, natomiast mecze reprezentacji z Bałkanów także miały swój polityczny podtekst.
Jugosławia oznaczała wówczas już tylko państwo powstałe w 1992 roku z połączenia Serbii i Czarnogóry, po rozpadzie dawnej Socjalistycznej Federacyjnej Republiki Jugosławii i po krwawej wojnie domowej.
W serbskiej narracji Niemcy i USA jawiły się jako winne bałkańskiej tragedii, nieobiektywnie traktujące strony konfliktu. W 1998 roku „Jugosłowianie” wygrali z Amerykanami 1:0, a z Niemcami zremisowali 2:2. Kiedy w kolejnej rundzie natrafili na Holendrów, niektórym kibicom przypomniała się sprawa… masakry na bośniackich muzułmanach w Srebrenicy w 1995 roku. Dokonali jej bośniaccy Serbowie, przy bierności i błędnych decyzjach holenderskiego batalionu sił ONZ mającego ochraniać cywilów.
Serbscy kibice uchodzą za krewkich i bardzo nacjonalistycznie nastawionych, obawiano się więc starć na mundialu. Na szczęście mecz charakteryzował się dramatyzmem już czysto sportowym. Wygrali Holendrzy 2:1, a rzutu karnego dla Jugosławii nie wykorzystał Predrag Mijatović, wówczas gwiazda Realu Madryt.
Unia Serbii i Czarnogóry przetrwała do 2006 roku. W międzyczasie doszło do wojny w Kosowie (1998-1999) i do wyłonienia się kolejnego państwa na gruzach dawnej Jugosławii. O silnych emocjach z tym związanych przypomnieli piłkarze w meczu Szwajcaria-Serbia podczas rosyjskiego mundialu w 2018 roku. Strzelcy obu bramek dla Helwetów – Granit Xhaka oraz Xherdan Shaqiri – pochodzili bowiem z rodzin uchodźców albańsko-kosowskich.
Zdobycie goli celebrowali, wykonując symbolicznego dwugłowego orła ze skrzyżowanych kciuków i rozłożonych dłoni. Gest ten nawiązuje do orła z albańskiej flagi i jest znakiem rozpoznawczym Albańczyków z Kosowa. Serbowie byli zbulwersowani, FIFA nałożyła na piłkarzy karę pieniężną, ale resentymenty związane z dawną Jugosławią powracają przy niemal każdym spotkaniu reprezentacji krajów powstałych z jej rozpadu.
Także podczas francuskiego mundialu w roku 1998 doszło do pamiętnego „politycznego meczu” Argentyna–Anglia. Na spotkania tych reprezentacji zawsze rzutuje cień wojny o Falklandy z wiosny 1982 roku. Argentyńczycy nigdy nie pogodzili się ze stratą archipelagu. To nic, że wojnę wywołała znienawidzona i krwawa argentyńska junta. Śmierć młodych ludzi i wojenne upokorzenie bardzo odbiły się na pokonanym narodzie.
Ponadto dla Anglików mecz w 1998 roku miał być okazją do rewanżu za porażkę w ćwierćfinale mundialu w roku 1986. Wtedy to Diego Maradona strzelił im dwie bramki: jedną dzięki „ręce boga” (po nielegalnym zagraniu ręką, niedostrzeżonym przez sędziego), a drugą po „golu stulecia” (długim, błyskotliwym rajdzie).
Maradona nie pozostawiał wątpliwości, że ów mecz z 1986 roku był dla niego i kolegów jak odzyskanie części wysp straconych cztery lata wcześniej. Cała Argentyna świętowała pokonanie Anglików jako cios dla wrogiego państwa, którym nadal rządziła znienawidzona premier Margaret Thatcher.
Kolejne spotkanie obu drużyn, w 1/8 finału w 1998 roku, także było dramatyczne. Po dziewięćdziesięciu minutach zakończyło się remisem 2:2. Anglicy grali w osłabieniu po czerwonej kartce dla Davida Beckhama, którego sprowokował do niesportowego zachowania faul Argentyńczyka Diego Simeone. Rozstrzygnięcia nie przyniosła dogrywka. Wreszcie po rzutach karnych wygrali Argentyńczycy 4:3.
Pomimo tej rywalizacji z Argentyną, najbardziej znanym „wojennym” przeciwnikiem Anglików pozostają jednak Niemcy. Dziś już rzadziej się zdarza odwoływanie do konfliktów zbrojnych między tymi krajami, pozostaje domeną prasy brukowej.
Jednak w roku 1966, gdy reprezentacje Anglii i RFN starły się w finale czempionatu rozgrywanego na angielskich boiskach, od końca II wojny światowej minęło ledwie 21 lat. Dawni żołnierze byli jeszcze w sile wieku i dobrze pamiętali czasy Hitlera. Piłkarzy porównywano do pilotów, marynarzy, piechoty.
W regulaminowym czasie gry był remis 2:2. W dogrywce Anglicy wyszli na prowadzenie po bramce niesłusznie uznanej przez sędziego – piłka po strzale nie przekroczyła linii bramkowej! Dołożyli jednak jeszcze jednego gola i ostatecznie zwyciężyli 4:2. W kraju zapanowała euforia.
Cztery lata później, w ćwierćfinale kolejnych mistrzostw, to Niemcy byli lepsi. Zwyciężyli po dogrywce 3:2 (2:2), a piłkarska katastrofa spowodowała pogorszenie społecznych nastrojów w Wielkiej Brytanii i klęskę labourzystów w kolejnych wyborach.
Aby dotrzeć do finału mundialu w roku 1966, reprezentacja RFN musiała pokonać po drodze ekipę Związku Radzieckiego. Wygrała 2:1, a kontekst polityczny był oczywisty. Oba państwa były do siebie wrogo nastawione.
Po pierwsze, II wojna światowa i podział przegranej Rzeszy na kapitalistyczną Republikę Federalną Niemiec i komunistyczną Niemiecką Republikę Demokratyczną.
Po drugie Zimna Wojna, podczas której między dwoma niemieckimi państwa przebiegała Żelazna Kurtyna, mur dzielił Berlin, a na granicach strzelano do ludzi usiłujących uciec z autorytarnego bloku wschodniego na Zachód, do wymarzonej demokracji.
W 1974 roku los chciał, że na mundialu w RFN stanęli przeciw sobie reprezentanci obu wspomnianych państw niemieckich. Dzieliła ich ideologia i sojusze: NATO kontra Układ Warszawski, EWG kontra RWPG.
Chociaż zachodnioniemieccy piłkarze uważani byli za lepszych i grali u siebie, nieoczekiwanie przegrali 0:1. Może celowo? Był to ostatni mecz w pierwszej grupowej rundzie mundialu. Ten wynik premiował obie niemieckie drużyny do dalszej gry, a na dodatek z grubsza wiadomo było, na kogo trafi zwycięzca w kolejnej, drugiej grupowej rundzie.
W ten sposób NRD odniosło wprawdzie prestiżową wygraną nad kapitalistycznymi sąsiadami, lecz dostało bardziej niewygodnych rywali, jak Holandia, Brazylia i Argentyna. RFN zaś przeszło do grupy z mniej utytułowanymi ekipami: Polską, Szwecją i Jugosławią.
Rywalizacja kadry zachodnioniemieckiej z Polską w 1974 roku – nazwana „meczem na wodzie” z racji ulewy, która przeszła nad stadionem przed meczem – w oczywisty sposób rozbudzała polityczne, wojenne zaszłości. Nie chodziło jednak tylko o przeszłość. Biało-czerwonych monitorowali podczas imprezy funkcjonariusze Służby Bezpieczeństwa.
Czego się bali? Niepożądanych kontaktów naszych piłkarzy ze środowiskami emigracyjnymi i z zachodnimi służbami, prób przekupstwa, a także ewentualnych ucieczek zawodników. Na boisku Niemcy wygrali 1:0 (choć Jan Tomaszewski obronił nawet strzał z rzutu karnego) i to oni wystąpili w finale. Pokonali w nim Holendrów 2:1. Polska drużyna natomiast i tak wróciła z mundialu w chwale bohaterów: po wygranej w kolejnym meczu z Brazylią zajęła historyczne trzecie miejsce, pierwszy raz przywieźliśmy z mundialu medal.
Jako jeszcze bardziej polityczny zapamiętali Polacy mecz z hiszpańskiego mundialu w roku 1982. Spotkanie przeciw reprezentacji ZSRR na słynnym stadionie Camp Nou w Barcelonie. Stawką był półfinał mundialu. Polacy nie mogli przegrać, do awansu starczał im remis. Służby nie mogły natomiast dopuścić, by w transmisji telewizyjnej, którą śledziły miliony Polaków, przemycone zostały jakieś treści „antypaństwowe”.
W kraju trwał stan wojenny, ludzie „Solidarności” znaleźli się za kratami. Z piłkarzami podróżowali esbecy. Tymczasem na trybunach pojawiły się flagi, a właściwie bannery z logiem „Solidarności”! Państwowa polska telewizja była przygotowana na kłopoty i transmitowała mecz z kilkusekundowym opóźnieniem. Nie miała jednak technicznych możliwości, by wyciąć bannery z trybun. Nie wszystko mogła zatuszować ani w porę przerwać transmisję. Widzieli te krótkie migawki zarówno zwykli widzowie przy odbiornikach, jak i działacze „S”, oglądający mecz w ośrodkach internowania.
Flagi rozwiesił polski aktywista emigracyjny Pascal Rossi-Grześkowiak, syn Francuza i Polki. Znikły dopiero w trakcie drugiej połowy meczu: po interwencji radzieckiego ambasadora zdjęła je hiszpańska policja, na oczach tysięcy skonsternowanych kibiców zasiadających na trybunach.
Wtedy Rossi-Grześkowiak postanowił wykorzystać fakt, że mecz toczył się w Barcelonie, a na stadionie sporo było Katalończyków – których przez wielowiekową walkę o niepodległość przezywano złośliwie Polakami (Los Polacos). „Krzyknąłem: Katalończycy! Pomóżcie! Dwie sekundy później 80 tysięcy ludzi krzyczało: Solidarność! Polska!” – wspominał po latach rozentuzjazmowany Rossi-Grześkowiak w wywiadzie z Jackiem Stańczykiem. Biało-czerwoni zremisowali z ZSRR 0:0. A więc sukces! Ostatecznie z hiszpańskiego mundialu wrócili z trzecim miejscem, z kolejnym medalem.
W historii mundiali zdarzało się wiele meczów nawiązujących do zakurzonych wojen i aktualnych konfliktów, nie brakło spotkań między dawnymi kolonizatorami i koloniami (Portugalia-Angola 1:0, 2006), między starymi i nowymi ojczyznami imigrantów (Maroko-Belgia 2:0, 2022), między demokratycznym Zachodem i tyrańskim Wschodem (Włochy-Korea Północna 0:1, 1966).
Dochodziło do faworyzowania gospodarzy i zdarzały się zamieszki z udziałem kibiców. Żadne z tych wydarzeń nie było jednak tak mroczne, jak spotkanie Włochy-Francja z 12 czerwca 1938 roku.
My zapamiętaliśmy ten mundial głównie z racji pierwszego występu reprezentacji Polski. Zakończonego przegraną – ale jakże piękną – z Brazylią, po dogrywce 5:6 (4:4). Trudno jednak pominąć, że MŚ 1938 rozegrano ledwie kilkanaście miesięcy przed wybuchem II wojny światowej. Jej widmo było wyraźne. Za miedzą trwała wojna domowa w Hiszpanii, podczas której Włochy oraz III Rzesza czynnie wspierały rebelię generała Franco. Gospodarze turnieju, Francuzi, przynajmniej początkowo próbowali pomagać władzom republikańskim.
Podczas MŚ 1938 doszło do rzadkiego wydarzenia: mecz Szwecja-Austria zakończył się walkowerem. Powód był polityczny – Austriacy nie wystąpili z powodu Anschlussu. Musieli już grać w reprezentacji III Rzeszy. Hajlować i włożyć koszulki ze swastyką. Reprezentacja III Rzeszy odpadła po dwóch meczach ze Szwajcarami (w pierwszym padł remis, więc zgodnie z ówczesnymi przepisami należało go powtórzyć), a do dziś wrażenie robi zdjęcie niemieckiego gracza schodzącego z boiska z zakrwawioną twarzą.
Tym większa stała szansa przed faszystowskimi Włochami, rządzonymi przez Mussoliniego. Mógł pokazać Hitlerowi, że przynajmniej w futbolu przerasta swojego politycznego druha. Poza tym Włosi bronili tytułu mistrza świata, zdobytego cztery lata wcześniej podczas mundialu rozegranego na własnych boiskach.
Stawkę meczu z Francuzami z 12 czerwca 1938 roku stanowił awans do półfinału. Duce mówił piłkarzom z patosem: „Wygrana albo śmierć”. Włożyli nawet, po raz pierwszy w historii, czarne koszulki. Na zdjęciach widać, jak przed pierwszym gwizdkiem wykonują faszystowskie pozdrowienie.
Włosi wygrali 3:1. Potem, po pokonaniu Brazylii, trafili w wielkim finale na Węgrów. Ich także zwyciężyli – 4:2. Mussolini świętował kolejne mistrzostwo. Bo w futbolu – jak w życiu, polityce i na wojnie – trofea zdobywają także dyktatorzy i szwarccharaktery.
Dziennikarz i autor książek. Był redaktorem naczelnym magazynu „Focus Historia”, zajmował się m.in. historycznymi śledztwami. Publikował artykuły m.in. w „Przekroju”, „Ciekawostkach historycznych” i „Tygodniku Powszechnym”. Autor kryminałów retro, powieści z dreszczykiem i książek popularyzujących historię.
Dziennikarz i autor książek. Był redaktorem naczelnym magazynu „Focus Historia”, zajmował się m.in. historycznymi śledztwami. Publikował artykuły m.in. w „Przekroju”, „Ciekawostkach historycznych” i „Tygodniku Powszechnym”. Autor kryminałów retro, powieści z dreszczykiem i książek popularyzujących historię.
Komentarze