A do umowy, obejmującej irański program atomowy, jeszcze dalej. Amerykanie potrzebują czegoś, co będą mogli przedstawić jako zwycięstwo. Otwarcie cieśniny to trochę mało. A Trump raczej nie chce skończyć na propagandowych plakatach w Teheranie jako upokorzony cesarz Walerian
Na zdjęciu: Pomnik przedstawia hołd oddawany cesarzowi państwa Sasanidów Szapurowi I przez pokonanego cesarza Rzymu Waleriana. Teheran, 11 listopada 2025 roku.
W latach 40. i 50. III wieku naszej ery Imperium Rzymskie toczyło z perskim państwem Sasanidów wiele wojen na ziemiach, które można było uznać za pogranicze tych dwóch ambitnych państw. Państwo Sasanidów było stosunkowo nowym tworem, który ledwie trzy dekady temu skonsolidował władzę nad wyżyną irańską. Drugie, choć wciąż uważało się za najpotężniejsze na świecie, zmagało się z potężnymi kryzysami. Władca państwa sasanidzkiego, szach Szapur I Wielki, chętnie to wykorzystywał.
Dlaczego o tym mówimy?
W sobotę 23 maja 2026 rzecznik irańskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych Esmail Bakei napisał w mediach społecznościowych:
„Z perspektywy Rzymian, Rzym był niekwestionowanym centrum świata. A jednak Irańczycy zniszczyli tę iluzję. Gdy Marcus Iulius Philippus (Filip I Arab) pomaszerował na wschód przeciwko Persji, kampania nie skończyła się rzymskim zwycięstwem. Skończyła się podpisaniem pokoju na warunkach Sasanidów: cesarz musiał się z tym pogodzić!”.
Tę analogię bardzo łatwo odczytać: Rzymianami są dziś Amerykanie, Filip I Arab to Trump. Przekaz jest równie prosty: kto decyduje się na to, by najechać Iran, płaci za to srogą cenę i ostatecznie musi zgodzić się na to, co proponują w negocjacjach Irańczycy.
Iran ostatnio (a szczególnie po zeszłorocznej wojnie 12-dniowej) coraz chętniej sięga do dziedzictwa 2,5 tys. lat nieprzerwanej historii władców i reżimów sprawujących władzę nad tym terenem. Jesienią zeszłego roku w Teheranie postawiono pomnik tego samego Szapura I, przed którym klęka inny cesarz rzymski – Walerian. Po bitwie z 260 roku Walerian zapisał się w historii w niezbyt chlubny sposób i został pierwszym rzymskim cesarzem, który trafił do niewoli. Ostatecznie i Walerian, i Filip I Arab skończyli na ogromnej płaskorzeźbie, umieszczonej blisko grobu Dariusza Wielkiego, jednego z najsłynniejszych perskich przywódców starożytnych. Oddają na niej hołd cesarzowi Szapurowi. A Irańczycy chętnie dziś ten wizerunek wykorzystują jak Bakei w swoim poście.
Jak w każdej propagandzie, która odwołuje się do historii, mamy tutaj mieszankę prawdy i nadinterpretacji. Gdyby Bakei chciał prowadzić swoją opowieść w zgodzie z wiedzą historyczną, okazałoby się bowiem, że starcie Filipa I Araba z Sasanidami nie jest najlepszą analogią.
To nie on bowiem podjął decyzję o ataku na ziemie perskie. Filip był jednym z najważniejszych przywódców wojskowych w kampanii wschodniej z 244 roku, gdy zmarł cesarz Gordian. Filip znajdował się w mało atrakcyjnej pozycji do przejęcia władzy – był wraz z pokonaną armią na terytorium wroga. Aby zabezpieczyć swoje rządy, musiał szybko wrócić do Rzymu. I stąd podpisał porozumienie, które faktycznie było dla Sasanidów korzystne.
Gdy ówczesne wydarzenia przedstawi się w ten sposób, analogia się sypie.
Opowieść, którą promuje Bakei i władze irańskie, opiera się na dwóch filarach.
Po pierwsze, na zakorzenionym głęboko przekonaniu historycznym, że Iranu nie da się pokonać. A po drugie, że Iran rywalizację z USA po prostu wygrał.
Od Irańczyków bije dziś pewność siebie.
W takiej sytuacji powinni mieć w pamięci inną analogię historyczną, znacznie bliższą naszym czasom. I przyjrzeć się dokładniej temu, co stało się w 1982 roku.
Wówczas młoda Republika Islamska odzyskiwała powoli inicjatywę w wojnie z Irakiem. Irak Saddama Husajna zaatakował Iran w 1980 roku. Iracki dyktator chciał wykorzystać porewolucyjny chaos i zyskać kontrolę nad irańskim wybrzeżem Szatt al-Arab i bogatą w ropę irańską prowincją Chuzestan.
Irak rozpoczął inwazję we wrześniu, a już w grudniu postępy znacznie zwolniły. Prawie dokładnie 44 lata temu, 24 maja 1982 roku, po miesięcznej bitwie Irańczycy odbili przygraniczne miasto Choramszachr. Niedługo później Saddam Husajn zaproponował zakończenie wojny i wycofanie resztek irackich wojsk z terytorium Iranu. Irański przywódca Ruhollah Chomeini odmówił. Uznał bowiem, że wojna nie zakończy się, dopóki w Bagdadzie nie zostanie zainstalowany nowy rząd, a Irak nie zapłaci Iranowi reperacji wojennych.
Nadmierna pewność siebie połączona z motywacją ideologiczną i religijną (w Iraku w Karbali i Nadżafie znajdują się najświętsze sanktuaria szyizmu) sprawiła, że Iran postanowił walczyć dalej.
W konsekwencji wojna trwała kolejne 6 lat, żadna ze stron nie posunęła się już zbytnio do przodu, użyto broni chemicznej, na Teheran spadały rakiety. Łącznie zginęło około 100 tys. cywili i kilkaset tysięcy żołnierzy. Oparta m.in. o dużą pewność siebie i przesadną ocenę narodowego morale decyzja z 1982 roku okazała się bardzo kosztowną pomyłką.
I tutaj też można znaleźć pewne analogie z dzisiejszą sytuacją.
Iran w dzisiejszych rozmowach z USA występuje bowiem z pozycji siły tak jak Republika Islamska po kontrofensywie z 1982 roku. A Trump swoimi kilkukrotnymi groźbami o powrocie wojny, których następnie nie spełniał, osłabił swoją pozycję.
Dziś obie strony zgodnie twierdzą, że mamy znaczący postęp w rozmowach. I jednocześnie, dopóki porozumienie nie zostanie osiągnięte, na każdym etapie coś może się wysypać i rozbić o najmniejsze szczegóły.
Jeśli więc coś dziś może zgubić Irańczyków, to właśnie nadmierna pewność siebie. I próba upokorzenia USA (a o to też chodzi przecież w nawiązaniu do Filipa I Araba), której Amerykanie nie będą mogli przełknąć.
Problem ten może się rozwinąć na kilka sposobów. Po pierwsze, jeśli Iran faktycznie będzie nadmiernie przeciągał linę, Trump może w końcu zostać zmuszony do powrotu do ataków.
W ostatnich tygodniach udowodnił, że niechętnie spełni tę groźbę. Ale ta groźba nigdy nie została w pełni wycofana. Spekulacje o skutkach dalszej wojny to na dziś wróżenie z fusów, bo mamy tutaj wiele czynników. Ale Amerykanie nieustannie zachowują możliwość zadania Iranowi kolejnych ciosów. Te mogą dalej pognębić i tak już będącą w bardzo złej pozycji irańską gospodarkę.
Gra Iranu z kontrolą cieśniny Ormuz dała Iranowi kluczową przewagę w tej wojnie. W dłuższej perspektywie jednak może się okazać ryzykowna. W ciągu kilku lat może to skutkować rozwinięciem alternatywnych dróg eksportu – co arabskie kraje Zatoki Perskiej i tak już od lat realizują – a przez to zmniejszeniem wpływu Iranu. Wojna i irańska blokada tylko te procesy przyspieszy.
Z perspektywy irańskich władz utrzymanie się przy władzy jest oczywistym sukcesem. Licytowanie zbyt wysoko może się zemścić. Iran był przez ostatnie dekady krajem izolowanym na arenie międzynarodowej m.in. właśnie przez brak elastyczności w stosunkach międzynarodowych.
I niezależnie od wyniku tego starcia przed irańskimi władzami stoją bardzo trudne wyzwania. Bo zwrot np. ku Chinom to za mało. Jeśli Iran nie ma alternatyw, Chińczycy mogą we wszelkich umowach gospodarczych dyktować warunki. Wystarczy spojrzeć na to, jak podchodzą do Rosjan i budowy gazociągu Siła Syberii 2.
W publicznych komunikatach w potyczce między dumą a pokorą wygrywa ta pierwsza i buńczuczne nawiązania do starożytnych imperiów. Jeśli Islamska Republika chce przetrwać, będzie musiała raczej odrobić lekcję z pokory, patrząc w historię najnowszą.
Tak czy inaczej, najprawdopodobniej w najbliższym czasie czeka nas w rozmowach Iran-USA jakieś przesilenie. To też sugeruje Donald Trump w swoich wpisach w mediach społecznościowych.
„Negocjacje z Islamską Republiką Iranu idą dobrze! To będzie albo Wielkie Porozumienie dla wszystkich, albo żadnego porozumienia – powrót na pole bitwy, strzelanie, ale większe i silniejsze niż kiedykolwiek wcześniej – a tego nikt nie chce” – pisze 25 maja prezydent Trump.
Dzień wcześniej Trump pisał, że jeśli podpisze porozumienie z Iranem, to będzie to porządne porozumienie, „w przeciwieństwie do tego, które podpisał Obama, które dało Iranowi ogromne ilości gotówki i czystą ścieżkę do broni atomowej. Nasze porozumienie będzie kompletnym przeciwieństwem, ale nikt go jeszcze nie widział, ani nie wie, co tam jest”.
Ostatnie zdanie to przytyk do krytyków przecieków z negocjacji. Według amerykańskiego prezydenta są oni „przegrywami”. Porozumienie z czasów Obamy (firmowane nie tylko przez USA, ale też przez Francję, Niemcy, Rosję, Chiny i Unię Europejską) nie zatrzymywało możliwości wzbogacania uranu na zawsze, ale gdyby przestrzegać go do końca, to dziś Iran nie miałby 440 kg wysoko wzbogaconego uranu. A ma go, bo Trump z porozumienia wystąpił w 2018 roku i do dziś nie zaproponował niczego nowego.
Trump nieustannie sugeruje, że jego umowa będzie najlepsza. To z jednej strony typowa dla tego polityka emfaza – wszystko u niego jest największe, najlepsze i najważniejsze. A z drugiej to szykowanie opowieści na moment, gdy jakieś porozumienie uda się osiągnąć. Wówczas Trump z całą pewnością ogłosi wielki sukces. Jego słowa mogą być wówczas powiązane z rzeczywistością równie mocno, jak jego opowieść o porozumieniu z czasów Obamy.
Wróćmy jeszcze do wpisu z 25 maja. Najciekawsze jest tam coś zupełnie innego niż informacja, że negocjacje przebiegają dobrze. To, co jest w jego dalszej części, może sugerować, że ostatecznie wcale tak dobrze dla Amerykanów nie przebiegają.
Trump stosuje tam tak zwaną ucieczkę do przodu. I ogłosił, że rozmawiał z kilkoma krajami muzułmańskimi, którym przekazał, że po osiągnięciu porozumienia z Iranem kraje te powinny obowiązkowo dołączyć do Porozumień Abrahamowych.
To porozumienie o nawiązaniu stosunków dyplomatycznych krajów arabskich z Izraelem z 2020 roku, wynegocjowane przez Trumpa. We wrześniu 2020 częścią porozumienia były Zjednoczone Emiraty Arabskie i Bahrajn, później dołączyły też Sudan i Maroko. Było to faktyczne osiągnięcie Trumpa. Bo poza tym wówczas relacje z Izraelem utrzymywały tylko Jordania i Egipt.
Jednocześnie było to osiągnięcie niespełniające oczekiwań. Bo Trump dążył do tego, by wciągnąć do porozumienia więcej krajów, w tym Arabię Saudyjską. Tu na przeszkodzie stoi m.in. stosunek Izraela do Palestyny. Do 2023 toczyły się powolne rozmowy na ten temat, po październiku 2023 nadzieje zwolenników porozumienia ponownie upadły.
Z pokrętnego wpisu Trumpa da się wyczytać następującą logikę: skoro Trump doprowadził do świetnego porozumienia z Iranem, kraje muzułmańskie powinny z wdzięczności dołączyć do firmowanego przez Trumpa porozumienia.
Nie trzeba dodawać, że jest z tą logiką wiele problemów.
O jakie kraje chodzi Trumpowi? Mówi to wprost: Arabia Saudyjska, ZEA, Katar, Pakistan, Turcja, Egipt, Jordania i Bahrajn. Co obiecuje im Trump?
Po pierwsze, boom ekonomiczny. Bo, jak przekonuje, wszystkie kraje, które porozumienie podpisały, tego właśnie doświadczyły. Najpewniej nie zgodziliby się z tym Sudańczycy w permanentnym kryzysie politycznym, cierpiący z powodu wojny domowej od ponad trzech lat.
Co jeszcze?
„Porozumienia Abrahamowe będą wspaniałe dla wszystkich i dadzą Bliskiemu Wschodowi prawdziwą Siłę, Moc i Pokój po raz pierwszy od pięciu tysięcy lat”.
Trudno się kolejny raz nie uśmiechnąć przy tym zdaniu – dla dobra czytelnika i by nie wydłużać nadmiernie tekstu, nie będziemy kolejny raz wracać do głębokiej przeszłości i prowadzić lekcji z historii dla Donalda Trumpa. Szczególnie że w zarysowanym przez Trumpa przedziale czasowym musielibyśmy się cofać aż do legendarnego Gilgamesza. Skupmy się na tym, co z tego wynika dla dzisiejszej rozgrywki z Iranem.
Przede wszystkim lista Trumpa nie ma większego sensu. Spośród ośmiu wymienionych krajów, pięć z nich utrzymuje stosunki dyplomatyczne z Izraelem. Pozostaje Pakistan, Katar i Arabia Saudyjska. A i tak „być może jeden lub dwa kraje będą miały powód, by tego nie robić, i zaakceptujemy to, ale większość powinna być gotowa” – pisze Trump. Wyłączając dwa kraje, zostaje nam jeden. Czyli: jeśli choć jeden kraj dołączyłby do Porozumień Abrahamowych, byłby to dla Trumpa Wielki Sukces i Największe Porozumienie w Historii.
I do tego sprowadza się ten długi i niespójny wewnętrznie wpis: porozumienie z Iranem nie układa się po myśli Trumpa, więc amerykański prezydent potrzebuje dodatkowego sukcesu.
Bardzo wątpliwe jednak, by ten sukces osiągnął. Bo Trump po raz kolejny domaga się szybkich decyzji w procesach dyplomatycznych, które są bardzo powolne i zależą od bardzo wielu czynników. Arabia Saudyjska i Katar domagają się, by normalizacja stosunków z Izraelem była uzależniona od zagwarantowanej przez Izrael ścieżki do zbudowania państwa palestyńskiego. A jasne jest, że na to dzisiaj nie ma żadnych szans.
Co więcej – gdyby Trump faktycznie łączył umowę z Iranem z nowymi krajami w Porozumieniach Abrahamowych, jest to najlepsza ścieżka do sabotażu obu umów.
W ostatnich dniach nieustannie trwają intensywne negocjacje. Z najważniejszych wydarzeń trzeba tutaj wymienić wizytę szefa pakistańskiej armii Asifa Munira w Teheranie z piątku 22 maja, wizytę katarskiej delegacji w Iranie w tym samym czasie, czy wizytę najważniejszych irańskich polityków odpowiedzialnych za negocjacje Abbasa Arakcziego i Mohammeda Baghera Ghalibafa w Katarze.
Katarczycy przyłączyli się w ostatnich dniach do mediacji. A ruch ten był powszechnie interpretowany jako zbliżający nas do ogłoszenia zakończenia wojny.
Nie znamy dokładnej treści dokumentów, nad którymi dyskutują strony. Z doniesień medialnych można odtworzyć, że najważniejsze punkty potencjalnego porozumienia z perspektywy Iranu to:
Irańczycy nie chcą rozmawiać o programie atomowym – ta część porozumienia miałaby być omówiona w kolejnym kroku, w najbliższych 30 lub 60 dniach (padają różne daty). Wiele z tych punktów wygląda na bardzo kontrowersyjne z perspektywy USA. Jednocześnie Amerykanie również mówią jasno, że mamy do czynienia z przełomem i jesteśmy bliżej porozumienia niż kiedykolwiek wcześniej.
W tych negocjacjach wszystko jednak może odwrócić się bardzo szybko. A poniedziałek 25 maja sugerował, że napięć wciąż jest bardzo dużo. W nocy doszło do wymiany ognia w okolicy irańskiego miasta portowego Bandar Abbas między siłami amerykańskimi a wojskami Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej.
Amerykanie otwarcie przyznają, że zaatakowali łodzie Strażników, które miały kłaść miny w cieśninie. Rano Strażnicy Rewolucji ogłosili, że zestrzelili amerykański dron. Takie wymiany można też odczytywać jako część negocjacji i sprawdzanie drugiej strony. Równie dobrze mogą rozmowy utrudnić lub wymknąć się spoza kontroli.
Jeszcze trudniejsza sytuacja to front libański, który Iran nieustannie uznaje za część tej samej konfrontacji. Irańczycy ostrzegają Amerykanów, że jakiekolwiek izraelskie ataki na Bejrut lub jego południowe przedmieścia poważnie zagrozi negocjacjom. Tymczasem izraelska armia twierdzi, że ostatniej nocy uderzyła w około 100 celów w Libanie. W ciągu dnia nakazała ewakuację mieszkańcom około 100-tysięcznego Nabatije na południu kraju.
To nie Bejrut, ale jednak to poważne operacje, które nie mają nic wspólnego z zawieszeniem broni. Więc to kolejna sytuacja, która również może wymknąć się spod kontroli. Szczególnie że Izrael wcale nie jest chętny, by wojnę zakończyć.
Czyli: do porozumienia jest i blisko, i daleko.
A do szczegółowej umowy, obejmującej irański program atomowy, jeszcze dalej. A wszystko może się jeszcze kilkukrotnie odwrócić. Administracja Trumpa potrzebuje czegoś, co będzie mogła przedstawić jako swoje zwycięstwo. Otwarcie cieśniny, która przed wojną była przecież otwarta, to trochę mało. A Trump z pewnością nie chciałby skończyć na ogromnych propagandowych plakatach w Teheranie jako upokorzony cesarz Walerian.
Dziennikarz OKO.press od 2018 roku, współkierownik działu społeczno-gospodarczego (razem z Katarzyną Kojzar). Publikował też m.in. w Res Publice Nowej, Miesięczniku ZNAK i magazynie „Kontakt”. Absolwent Polskiej Szkoły Reportażu, arabistyki na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu i historii na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Autor reportażu historycznego "Ja łebków nie dawałem. Procesy przed Żydowskim Sądem Społecznym" (Czarne, 2022) o powojennych rozliczeniach wewnątrz polskiej społeczności żydowskiej. W OKO.press pisze głównie o gospodarce i polityce międzynarodowej oraz Bliskim Wschodzie.
Dziennikarz OKO.press od 2018 roku, współkierownik działu społeczno-gospodarczego (razem z Katarzyną Kojzar). Publikował też m.in. w Res Publice Nowej, Miesięczniku ZNAK i magazynie „Kontakt”. Absolwent Polskiej Szkoły Reportażu, arabistyki na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu i historii na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Autor reportażu historycznego "Ja łebków nie dawałem. Procesy przed Żydowskim Sądem Społecznym" (Czarne, 2022) o powojennych rozliczeniach wewnątrz polskiej społeczności żydowskiej. W OKO.press pisze głównie o gospodarce i polityce międzynarodowej oraz Bliskim Wschodzie.
Komentarze