Wybory w Berlinie i Meklemburgii-Pomorzu Przednim. AfD może wygrać, ale nie musi rządzić
Formalnej koalicji z AfD nie chce dziś żadna z pozostałych partii. Skrajna prawica może jednak zdobywać wpływy inaczej: dzięki jednemu głosowi BSW w komisji, chadeckiemu posłowi zmieniającemu klub albo poparciu udzielanemu „w konkretnej sprawie”. Niedzielne wybory pokażą, ile z niemieckiego kordonu sanitarnego zostało poza oficjalnymi deklaracjami
„Puree ziemniaczane, warzywa z pieca, bułka, banan. Obiad kosztuje trzy euro. A kandydatka stoi z chochlą i plastikowymi miskami, rozdając jedzenie.” Tak Boris Hermel z RBB rozpoczyna napisany pod koniec sierpnia portret lansującej się na dziewczynę z sąsiedztwa Elif Eralp, kandydatki Die Linke, czyli Lewicy, na burmistrzynię Berlina. Na jednym z kreuzberskich podwórek sztab urządził sąsiedzką stołówkę. Eralp ubrana jest w czerwony fartuch z napisem „Eat the rich”, „zjeść bogatych” i nakłada kolejne porcje.
Jeden z gości pikniku, Wolfgang Müller, pyta gdzie jeszcze można zjeść za trzy euro. Eralp obiecuje podobne stołówki w całym mieście, ale głównym tematem jej kampanii są mieszkania: ochrona lokatorów i realizacja referendum w sprawie uspołecznienia wielkich prywatnych dzisiaj zasobów mieszkaniowych.
Müller, animator i grafik od dekad mieszkający w Kreuzbergu, przychodzi po obiad i zadaje niewygodne pytanie. Co ma powiedzieć przyjacielowi, który stracił zaufanie do strony lewicowej, gdy postkomunistyczna PDS (poprzedniczka Die Linke) poparła sprzedaż największej miejskiej spółki mieszkaniowej? „To był wielki błąd” – odpowiada Eralp. Zanim przekona wyborców do swojego programu, musi się zmierzyć z decyzjami poprzedników. A kandydatka liczy dziś na zwycięstwo swojej partii w Berlinie.

Komentarze