13 listopada 2022

Wychowanie to nie tresura. Dziecko potrzebuje dostrzeżenia [Hawranek pyta, jak ratować szkołę]

Z niepokojem słucham opowieści o szkolnym spektaklu, w który rzekomo była zaangażowana cała klasa, ale kilkoro uczniów było drzewami. To nie jest rozwiązanie, nikt nie chce być drzewem. Każdy chce zgrać Julię lub Romea – rozmowa z Jarosławem Kordzińskim, szkolnym wychowawcą

  • Nauczyciel jest dobry tylko wtedy, kiedy uczniowie takim go widzą.
  • Jeśli nie dam sobie czasu, uważności na dziecko, to nie będzie żadnego wychowania. Bo dziecko nie potrzebuje rad, tylko dostrzeżenia. Trzeba poznać jego zasoby i na nich pracować.
  • Jeśli pokazuję jedyne słusznie rozwiązanie, to zobaczę przed sobą przestraszonego człowieka, który będzie uciekał od relacji ze mną. Jeżeli obserwuję, bardziej pytam, niż odpowiadam, to uczeń się do mnie zbliży.
  • Nauczycielka poprosiła uczniów, by napisali na karteczkach, jak chcieliby, żeby wyglądały lekcje. Jedenastoletni uczeń napisał: niech pani wyjdzie zza biurka, chcielibyśmy, żeby pani była z nami, a nie przeciwko nam. Dzieci to bardzo mądrzy ludzie.

– o tym, jak nie zamienić wychowania w tresurę, z Jarosławem Kordzińskim*, wychowawcą i coachem, rozmawia Maria Hawranek.

To kolejna rozmowa z cyklu OKO.press „Jak ratować szkołę”, który rozpoczęliśmy 1 września. Pytamy nauczycieli z różnych szkół w Polsce, jak dobrze uczyć, jak radzić sobie ze złym systemem, przeładowanym programem, nauczycielskim automatyzmem, skostniałą szkolną strukturą i ideologią, która ogranicza wolność szkoły.

Maria Hawranek, OKO.press: Pana pierwsza klasa wychowawcza?

Jarosław Kordziński: Dwanaścioro dzieci w szkole podstawowej we wsi Kurowo. Pracowałem głównie w wiejskich podstawówkach. Byłem polonistą i nauczycielem historii, a wychowawstwo dostałem w trzeciej klasie.

Który to był rok?

1980. Byłem młodym absolwentem uniwersytetu i wszyscy nauczyciele, którzy byli po 30-stce, wydali mi się starzy. Nie dało się z nimi rozmawiać, wiedzieli lepiej, oceniali. I jak wszedłem do 8. klasy, to te dzieciaki wydały mi się takie fajne, w moim klimacie. Więc zacząłem się z nimi bratać.

Tamci ośmioklasiści stali się dla mnie wychowawcami. Nauczyli mnie, że nauczyciel nie powinien być kolegą, bratem łatą, który wszystko odpuszcza.

A wielu nauczycieli rezygnuje z roli nauczyciela nadzorcy na rzecz nauczyciela – kumpla. Dlaczego nie tędy droga?

Na szkoleniach nauczyciele opowiadają mi, że przeszli to samo. Jak wszedłem po studiach do szkoły, miałem jeszcze w głowie młodzieńcze, radosne doświadczenia edukacyjne – ściąganie, kombinowanie, oszukiwanie nauczycieli. Myślałem, że tak powinna wyglądać szkoła, nie można za dużo od uczniów wymagać.

Wydawać by się mogło, że dzieciakom to się spodoba – fajny, wyluzowany facet, jak z książek Jarka Szulskiego, który spontanicznie zabiera dzieciaki w góry i wędruje z nimi w deszczu. Też robiłem podobne rzeczy – brałem je na plażę do Dębek, a potem wracaliśmy piechotą 20 kilometrów. Dobrze jednak pamiętam artykuł byłej uczennicy Szulskiego w „Krytyce Politycznej", że hola, hola, nie zawsze to było takie fajne, bo wiązało się z dużą dozą niepewności.

A wracając do tamtej 8. klasy, oni poczuli, że jako dorosły chcę zaanektować ich wolność, wejść z buciorami w ich samodzielność, że próbuję udawać, że jestem tak samo młody jak oni, podczas gdy byłem dla nich takim samym leśnym dziadkiem, jak dla mnie ci z pokoju nauczycielskiego. Uświadomiłem sobie, że gramy w szkole różne role i nie mogę z mojej wychodzić, by na siłę być fajnym kolesiem. Muszę znaleźć inny sposób, by być jednocześnie fajnym kolesiem, ale i dorosłym.

I co pan wymyślił?

Trenowałem różne podejścia. Skoro nie mogłem być dobrym, próbowałem być złym nauczycielem. To było straszne, miałem okropne wyrzuty sumienia, co oni chyba widzieli. Nauczyłem się wtedy, że trzeba się dogadywać z uczniami co do zasad. Umawialiśmy się np., że jak będą pisać prace domowe, to sprawdzę tylko trzem osobom, żeby nie żyli w ciągłym strachu. Albo że dwójek nie będę stawiał do dziennika, tylko umówimy się na rozmowę, by mogli ją poprawić. W tamtych czasach był większy szacunek dla szkoły i uczniowie przeżywali taką dwójkę, nawet jeśli nie mieli wielkich ambicji naukowych.

Nauczyciel jest dobry tylko wtedy, kiedy uczniowie takim go widzą. Bo potrafi się komunikować, wchodzić w relacje, robić coś wspólnie z nimi. Tamta 8 klasa była stracona, ale była dla mnie genialnym nauczycielem pracy wychowawczej.

Polecam pracę w metaforze

Jakie są zatem cechy dobrego wychowawcy?

Nastoletni człowiek zmienia się niezwykle dynamicznie, zakładanie jednego narzędzia do jego wychowania jest błędem. Kluczowa wydaje mi się umiejętność słuchania. Jeśli nie dam sobie czasu uważności na dziecko, to nie będzie żadnego wychowania. Bo dziecko nie potrzebuje rad, tylko dostrzeżenia. Trzeba poznać jego zasoby i na nich pracować. Jeśli pokazuję jedyne słusznie rozwiązanie, to zobaczę przed sobą przestraszonego człowieka, który będzie uciekał od relacji ze mną.

Jeżeli obserwuję, bardziej pytam niż odpowiadam, to uczeń się do mnie zbliży. Terapia jest dobrym rozwiązaniem dla tych, którzy chcą w niej wziąć udział. Podobnie z wychowaniem – nie da się zaocznie przejść tego procesu. Dobry wychowawca stwarza też sytuacje, w których dzieci same sobie pomagają.

To na poziomie idei. A teraz konkretnie.

Zawsze pomocna wydała mi się praca w metaforze. My, dorośli i dzieci, posługujemy się różnymi językami, stoją za nami inne doświadczenia, konteksty. Dlatego m.in. konstruktywiści zachęcają, by dzieci wzajemnie tłumaczyły sobie np. matematykę. Lepiej zrozumieją, gdy tłumaczą im inne dzieci, niż kiedy tłumaczy dorosły.

Albo weźmy pojęcie odpowiedzialności. Jesteśmy w stanie je rozumieć dopiero w dorosłości, w wieku 21, 23 lat, gdy mózg jest odpowiednio ukształtowany. Nie możemy więc oczekiwać od dzieci, by „brały coś na swoją odpowiedzialność”. Nie wiedzą, co to znaczy.

A konkretnie to robiłem tak: wchodziłem do klasy z talią kart. Najpierw to były obrazki wycinane z kolorowych czasopism. Dziś najprościej jest używać kart Dixit. I pytałem, jaka karta najlepiej odpowiada twoim wyobrażeniom szkoły? I rozmawialiśmy.

Jedna z nauczycielek, które kiedyś szkoliłem, poprosiła, by uczniowie napisali na karteczkach, jak chcieliby, żeby wyglądały ich lekcje. Jedenastoletni uczeń napisał: niech pani wyjdzie zza biurka. Chcemy, by pani była z nami, a nie przeciwko nam. Dzieci to są bardzo mądrzy ludzie.

Co jeszcze?

Wspólna praca. Przynoszę kolorowe gazety i proszę, by w grupach 4-5 osobowych uczennice i uczniowie przygotowali kolaż na temat dorosłości, współpracy, odpowiedzialności, patriotyzmu lub innych trudnych do zdefiniowania słów.

Ten sposób pracy pozwala im poznać własne zasoby społeczne. Mogą się o coś spierać, coś negocjować. Kolaże zwykle są atrakcyjne, więc dla pokolenia „subitowego", które potrzebuje natychmiastowej gratyfikacji, dają też przyjemny efekt. Potem dzieci z jednej grupy opowiadają o swoim kolażu, a reszta klasy mówi o swoich skojarzeniach. To znów przyczynek do budowania metafory.

Na koniec możemy wybrać trzy pojęcia, które kojarzą się z tym, co powstało. Chodzi o to, by lekcja wychowawcza była dla dzieci podstawą do budowania własnego świata znaczeń.

Jak słyszę, ważny jest proces grupowy?

To określenie bardziej ze świata szkoleń czy zarządzania. Nie chodzi o to, by zarządzać procesem, ale by stworzyć klimat do rozmowy, dogadywania się. Na początku lat 2000 przez 10 lat prowadziliśmy jako Ośrodek Rozwoju Edukacji „Educator” w Trójmieście Młodzieżowy Parlament Ekologiczny. Zapraszaliśmy dzieci od 4. klasy podstawówki do 5. klasy szkoły średniej. Dobieraliśmy je losowo, ale dbaliśmy, by byli wśród nich przedstawiciele różnych grup wiekowych.

Na początku starsi nie chcieli pracować z dzieciakami. Ale dzięki metodom, które im podsyłaliśmy, bywało, że na końcowe przemówienie w parlamencie wysyłali czwartoklasistę, by reprezentował grupę. Bo najfajniej mówił, niczego się nie bał.

W każdej grupie są dzieciaki uznawane za lepsze i gorsze. Gdy je mieszamy, każdy z nich może mieć coś do zaoferowania, nie tylko ten klasowy geniusz. W ten sposób dzieci budują też społeczność.

Czyli wychowanie nie odbywa się tylko na linii dorosły – dzieci, ale też na linii dzieci – dzieci?

Dzieci wspaniale się nawzajem wychowują. Kiedyś w szkole w Malborku robiliśmy jako Educator diagnozę, w której okazało się, że brzydkie słowa to jej największy kłopot.

Zaproponowaliśmy, że jak nauczyciel dyżurny usłyszy takie brzydkie słowo, to odwraca się do ucznia, który je wypowiedział, patrzy mu w oczy i mówi: „w naszej szkole takich słów się nie używa”.

Po trzech miesiącach nauczyciele powiedzieli nam, że kiedy już zaczynali się odwracać na dźwięk brzydkiego słowa, dziecko mówiło za nich: „w naszej szkole takich słów się nie używa”.

To nic trudnego, zwykła socjotechnika. W każdym roku możemy przyjąć cztery, może pięć takich technik, nie więcej. Kiedy konsekwentnie je wdrażamy, szkoła się zmienia.

Dobra pani bije służącą

A jak być skutecznym wychowawcą przez 45 minut w tygodniu?

Nie da się. Nie uczymy przez to, co mówimy, tylko przez to, jacy jesteśmy.

To, co dzieje się w klasie 4. nie zależy tylko od wychowawcy tej klasy. Zależy od całej szkoły, na którą składają się też inni dorośli i dzieci. Klasa jest tylko kolejnym środowiskiem. Można w niej testować, jak radzić sobie z krytycznymi sytuacjami – przemocą, wykluczeniem, arogancją. Jednak punktem wyjścia powinna być rozmowa dorosłych, którzy tworzą szkołę, czyli przede wszystkim nauczycieli, nie tylko wychowawców.

Jedni uważają, że szkoła powinna kształtować postawy, inni, że wychowanie to sprawa rodziców, nie szkoły.

Dokumenty prawa oświatowego jasno wskazują, że wychowanie jest sprawą szkoły. W karcie nauczyciela jest zawarte m.in. kształtowanie postaw, edukowanie o prawach człowieka. Czytała pani „Dobrą panią” Elizy Orzeszkowej?

Nie.

Tytułowa „dobra pani” to taka katolicka osoba, która wzięła dziewczynkę na wychowanie, bo była ładna. Ubierała ją, kształciła, uczyła gry na fortepianie, było bardzo sympatycznie. Orzeszkowa opisuje jednak moment, kiedy dobra pani klepie „Ojcze nasz” i, mówiąc „odpuść nam nasze winy jako i my odpuszczamy”, bije służącą za to, że zrobiła coś nie tak, jak należy.

Mam poczucie, że my dorośli często tak funkcjonujemy – klepiemy prawa człowieka, a stosujemy przemoc.

Kiedyś kuratorium w nazwie miało określenie „do spraw oświaty i wychowania”, w latach 90. została tylko oświata, więc część nauczycieli niesłusznie poczuła się zwolniona z obowiązku.

Zgodnie z ustawą, każda szkoła powinna mieć tzw. program profilaktyczno-wychowawczy, opracowany we współpracy z rodzicami.

W praktyce jest tak, że często szkoła ściąga go z internetu. Albo przygotowują go nauczyciele i dają do podpisania Radzie Rodziców. Bez żadnej rozmowy.

Wychowuje nawet pani woźna

Wielu nauczycieli narzeka, że rodzice są roszczeniowi.

W konstytucji i w przepisach dotyczących rodziny to rodzic decyduje, a nauczyciel bez niego nic nie może. Niektórym rodzicom wydaje się, że mogą pouczać szkołę i nauczycieli. Jestem za tym, by mimo to włączać rodziców w ten proces. A jeśli to jest z jakiegoś powodu trudne, to mówię nauczycielom: nie mamy wpływu na rodziców, mamy wpływ na dzieci. I nie tylko nauczyciele, ale cała szkoła.

W pewnej szkole dzieci źle się zachowywały przed WF-em. Pani sprzątająca zauważyła, że tłoczą się przed zamkniętą szatnią i poirytowane biją się z dziećmi, które ich zdaniem uniemożliwiają im przebranie się na zajęcia.

Skrócono więc lekcję, by dzieci zdążyły się przebrać i problemu nie było.

Czyli wszyscy w szkole wychowują, nawet pani woźna.

Tak! Byłem w dużej szkole w Gdyni, składała się z trzech bloków. Rozmawialiśmy, co robić, gdy dziecko pod wpływem narkotyków będzie agresywne wobec nauczyciela. Mówię: trzeba skontaktować się z pedagożką.

„Ale nauczyciel nie może w takiej sytuacji wyjść z klasy".

Niech zadzwoni, proponuję.

„Mamy takie zasady, że nauczyciel nie może dzwonić".

W końcu nauczyciele zdecydowali się na takie rozwiązanie: w sytuacji krytycznej, nauczyciel otwiera drzwi, pani sprzątająca to zauważa i kogoś woła.

Powiedział pan wcześniej: nie uczymy przez to, co mówimy, tylko przez to, jacy jesteśmy. To może nie każdy nauczyciel powinien być wychowawcą?

Czy wychowawca to nauczyciel, który „bierze wychowawstwo”? Nie! To jedynie funkcja. Każdy dorosły, a już na pewno każdy nauczyciel, powinien być wychowawcą.

Jak ta matematyczka z Goleniowa, z którą pani rozmawiała – uczy, a jest wychowawcą. Trudne rzeczy, jak mnożenie, stają się fajnym dorosłym wyzwaniem, bo dzieci pracują w sklepie.

Wychowuję przez to, jak zadaję pytania, jak reaguję w sytuacjach krytycznych, jakie rzeczy są dla mnie ważne i co w związku z tym robię.

Znowu podkreślę: cała szkoła jest wychowawczym środowiskiem, nie jeden nauczyciel. W pewnym sensie funkcja wychowawcy jest błędem.

Ale intencja jest chyba niezła – mieć w szkole zaufanego dorosłego, opiekuna, do którego można zwrócić się z troskami.

Zgoda, wychowawca ma poprowadzić uczniów ku dorosłości, ale musi mu w tym pomagać cała szkoła. Bo często wychowawca tzw. trudnej klasy staje się na radach pedagogicznych chłopcem do bicia.

Jak taka 4. klasa sprawia kłopoty, wszyscy w szkole powinni ją wesprzeć, a nie pomstować na jednego nauczyciela, który spotyka się z nimi na 45 minut w tygodniu.

Był pomysł rozporządzenia o pomocy psychologiczno-pedagogicznej: nauczyciele pracujący z daną klasą stanowiliby jej grupę wsparcia, której liderem byłby wychowawca.

Projekt zgłoszono pod koniec epoki Tuska, przepadł, ale był też niedopracowany – bo jeśli jako fizyk mam 18 klas i musiałbym pracować z 18 grupami, to byłoby szaleństwo. Myślę jednak, że to dobry kierunek. Ważne, byśmy mieli wspólne, kluczowe normy w procesie kształtowania postaw i zachowań, np. nie opowiadamy głupich dowcipów, czy nie przeklinamy.

Ale to jednak małe tematy. A co z zasadami typu: nie upokarzamy filmikami w internecie? Nie wyśmiewamy uchodźców? Nie szykanujemy osób LGBT?

Zacznę od internetu. Proszę dzieci, by znalazły filmiki, na których w ich odczuciu jakaś osoba może poczuć się poniżona. Jest tego mnóstwo. Oglądamy, rozmawiamy. Pytam dzieci, dlaczego wrzucacie takie filmy?

Bo to takie śmieszne, na Tik Toku to tak szybko leci. Mówię: śmieszne dla osób z zewnątrz, ale bohater czy bohaterka filmu często to przeżywa, nie przychodzi z tego powodu do szkoły, może się samookalecza. Dzieci to czują.

Kiedy Babka od histy chciała przeprowadzić zajęcia antydyskryminacyjne o LGBT w poznańskiej szkole, okazało się to niemożliwe.

Mówi się o trzech poziomach budowania relacji: tolerancja, akceptacja i empatia. W szkole chętnie mówimy o tolerancji. Zresztą sam prezydent mówi, że on to nawet tych gejów toleruje. Ale ani on, ani szkoła, nie ćwiczą akceptacji i empatii.

Weźmy świetnie opracowany program tęczowych piątków. Dzieci chcą w nim brać udział, ale często dyrekcja się boi, że zostanie odebrana jako nazbyt akceptująca wobec „ideologii”.

Moja córka, kiedy uczyła w wielkiej szkole powszechnej w Warszawie, chciała zorganizować tęczowy piątek. I gdy do szkoły przyszły plakaty z KPH, dostała pouczenie od dyrekcji, że takich plakatów to w szkole być nie może. LGBT to na pewno tabu.

Kolejny grząski temat to migranci. Był kiedyś taki program ONZ „Inni to także my”. Dotyczył ludzi z doświadczeniem migracji, ja z nim kiedyś pracowałem w kontekście dzieci z Armenii. Polegał na wcielaniu się dzieci w inne postaci. Malujemy kolegów, dziś np. Czeczenów albo Syryjczyków, wypisujemy dobre i złe rzeczy, które się nam z nimi kojarzą. Zastanawiamy się, z czego wynika, że pewne rzeczy postrzegamy jako złe. Przykładowo chodzi o wiarę, tradycyjne zachowania, brak poprawności w posługiwaniu się językiem polskim czy nawet kolor skóry. I wtedy zamiast sytuacji: „nie można źle mówić o obcych”, stwarzamy inną: „warto poznać obcych”.

Wspólnie przygotowywaliśmy posiłki, uczyliśmy się tańców. Dziś dzieci pytają swoich kolegów czy koleżanki przybyszów, w jakie gry grają i często okazuje się, że grają w te same.

Z muzeum do McDonalds'a

Jędrzej Witkowski z Centrum Edukacji Obywatelskiej powiedział mi dwa lata temu, jeszcze przed całą sytuacją na granicy polsko-białoruskiej, że wśród scenariuszy lekcji dla nauczycieli najtrudniejsze do realizacji są te o uchodźcach.

Część nauczycieli rezygnuje z tych tematów, bo bezpieczniej ich nie robić. Wiele zależy do dyrektora. Dyrektor XXX LO w Warszawie Marcin Konrad Jaroszewski, który zginął w czasie wakacji w górach, na wieść, że kuratorka chciała odnotować, gdzie są prowadzone zajęcia o LGBT, napisał do niej: u mnie, jestem dumny, to jedno z ważniejszych wyzwań, by uczyć otwartości i empatii dla osób o innej tożsamości płciowej.

Są i tacy dyrektorzy. Ale nie czarujmy się: nie każdy nauczyciel jest tolerancyjny. Nie każdy ma świadomość, że wyuczona bezradność jakiejś grupy wymaga naszej interwencji.

Jest też duża presja rodziców na szkołę. Żyjemy w bańkach, w niektórych atmosfera panuje taka, by inność eksterminować.

Znajome edukatorki seksualne mówią, że w ostatnich latach chłopcy częściej pozwalają sobie na prowokacyjne, mizoginistyczne komentarze. Uważają, że bycie seksistowskim macho jest fajne i że mają do tego prawo.

Zadaniem nauczyciela jest w tej sytuacji interweniować, pomagać wczuć się w rolę krzywdzonego.

Mogę być skutecznym wychowawcą, nawet gdy cała szkoła jest przeciwko mnie, ale tylko wtedy, gdy dogadam się z moimi dzieciakami.

Miał pan tak?

Pracowałem w wiejskiej szkole 5 km od morza. Jeden dzieciak nigdy na tym morzem nie był, bo musiał opiekować się rodzeństwem. Do dziś mi smutno, jak o tym myślę.

Powiedziałem jego rodzicom, że wycieczka nad morze jest obowiązkowa dla wszystkich uczniów. To było niesamowite obserwować jego zachowanie, kiedy pierwszy raz wszedł na plażę.

Dzieci potrzebują poczucia sprawstwa.

Kiedyś z całą klasą obraliśmy sobie za cel wycieczkę do Krakowa. Potrzebowaliśmy pieniędzy. Znalazłem rolnika, u którego mogliśmy zbierać ziemniaki. Zarobiliśmy i pojechaliśmy do tego Krakowa. I gdy chodziliśmy po cudownych muzeach, uczennica spytała: a może teraz pójdziemy do McDonalds'a? Więc poszliśmy.

Cel musi być skrojony na potrzeby grupy, z którą pracuję. A nie, że ja uwielbiam chodzić po górach, to jedziemy, chociaż klasa tego nienawidzi.

Często podkreśla pan, że skuteczny wychowawca musi mieć cel.

Jestem maniakiem projektów. Identyfikujemy cel i oczekiwane rezultaty oraz poszukujemy optymalnych dróg dojścia, nazywamy zadania i role, jakie trzeba będzie odegrać. Z niepokojem słucham opowieści o spektaklu, w który rzekomo była zaangażowana cała klasa, ale kilkoro uczniów było drzewami. To nie jest rozwiązanie, nikt nie chce być drzewem. Każdy chce być Julią lub Romeem.

Stąd często, zamiast spektakli wymagających opanowania tekstów, odgrywaliśmy pantomimę, gdzie każdy był fajnie przebrany i ruszał się, jak potrafił.

Rozmawiamy o tym, co jest dla kogo atrakcyjne. Ktoś chce być liderem, ktoś woli coś obliczać. Ważne, by za chęcią szły też realne kompetencje. Możemy zbierać pieniądze na zwierzęta ze schroniska albo opiekować się młodszymi uczniami. Fajnym pomysłem jest, kiedy ósmoklasiści przygotowują dla pierwszaków drobne prezenty i opiekują się nimi w pierwszych miesiącach szkoły.

Czyli te cele to raczej drobne są?

A co to znaczy?

Że nie stawiam sobie za cel: chcę wychować dzieci na dobrych ludzi. Tylko: robię z nimi jakiś projekt?

A co to znaczy być dobrym człowiekiem? Kiedy o to pytam, okazuje się, że dobry człowiek to ktoś, kto potrafi zareagować na potrzeby innych. A na jakie potrzeby może zareagować szóstoklasista? Zwykle dzieci mówią wtedy o dziadkach, babciach, o ludziach na ulicy. A w szkole komu można pomóc? Jak?

Więc powtarzam: cel musi być osiągnięty w 100 proc., ale może być bardzo malutki. Np. pamiętanie o urodzinach wszystkich w klasie. Niekoniecznie musimy od razu załatwić komuś leczenie onkologiczne.

Namaluj swoją złość

Miałam w podstawówce historyka. Do tej pory pamiętam, że mój kolega Bartek był Bolesławem Krzywoustym, kiedy historyk tłumaczył nam rozbicie dzielnicowe. On miał prawie dwa metry wzrostu, na przerwach się z nami wygłupiał albo grał w piłkę. Zaproponował, by mówić mu po imieniu, Jacek. Jak ktoś z nas nie zrobił zadania na historię, było nam przed nim okropnie głupio. Jak pan myśli, do nauczycieli powinniśmy mówić po imieniu, pan, pani, a może ciociu, wujku, jak w niektórych szkołach alternatywnych?

W Szwecji usłyszałem anegdotę o królu, który wyszedł na ulicę i spytał poddanych, czy to prawda, że do wszystkich mówicie na ty?

Tak, odpowiedział poddany, tylko do ciebie mówimy królu. To są tylko słowa.

Jak słyszę, ten historyk miał wam coś do zaoferowania. Nie był tylko wesołym dużym facetem, ale ciekawie opowiadał o historii.

Na tym polega klucz. Jeśli ja nie mam do zaoferowania siebie jako atrakcyjnej osoby, uczeń nie będzie mnie szanował, niezależnie od tego, czy będzie do mnie mówił po imieniu, czy na pan.

A z czego ta atrakcyjność wynika?

Z faktu, że jestem pogodzony ze sobą i mam fajne rzeczy do opowiedzenia. Ja nie mam uczyć, odpytywać, tylko opowiadać – historię, geografię, czy matematykę.

To wszystko nie może być zbiorem definicji, tylko opowieścią zrozumiałą dla moich uczniów.

Oczywiście nie będę atrakcyjnym nauczycielem w każdej sytuacji – pomylę się, odniosę porażki, nie udadzą się zaplanowane przeze mnie aktywności. Warto mieć dystans do siebie.

I żeby było jasne: moja atrakcyjność jako nauczyciela nie polega na tym, że na każdą lekcję mam przygotowane fajerwerki. Wystarczy, że codziennie przychodzę zainteresowany tym, co dzieci mają mi do powiedzenia.

Tak po prostu?

Wychowanie to nie tresura, a szkoła to nie obóz karny. Przychodzi do szkoły smutne dziecko – bo ktoś mu zrobił krzywdę, przewróciło się, bo w domu była afera. Oczywiście mogę powiedzieć: do wesela się zagoi, to nic takiego.

Ale mogę też posłuchać dzieciaka.

W książce „Jak mówić, żeby dzieci nas słuchały, jak słuchać, żeby dzieci do nas mówiły” przeczytałem, że kiedy dzieci są złe, to można je poprosić, by tę złość namalowały. Poprosiłem kiedyś o to moją wściekłą córeczkę.

Rzuciła mi obrazek ze złością mówiąc: masz te swoje eksperymenty. Ale się uspokoiła, a ja też miałem czas, by ochłonąć. Kiedy to powiedziała, ja się roześmiałem i zaczęliśmy normalnie rozmawiać.

Nie jestem człowiekiem, który wie lepiej. Czasem trzeba rozłożyć ręce, przytulić, powiedzieć: nie daję rady.

Dla dorosłych to są często trudne rzeczy. Wychowawca ma czasem poczucie: jestem mesjaszem, co prowadzi naród dziecięcy przez to Morze Czerwone, które się rozstępuje i dochodzimy do wymarzonej ziemi obiecanej.

To tak nie działa. Zbyt wiele się dzieje. Czasem trzeba się po prostu zatrzymać i nic więcej.

Portret mężczyzny z brodą i siwymi włosami

*Jarosław Kordziński, trener, coach, mediator, szkoleniowiec. Autor tekstów z zakresu zarządzania oświatą, organizacji procesu edukacyjnego i psychologii pozytywnej, m.in. książki: „Autorytet nauczyciela, czyli jak być skutecznym i zmotywowanym wychowawcą”.

Udostępnij:

Maria Hawranek

Reporterka i podróżniczka. Pisze dla „Dużego Formatu”, „Wysokich Obcasów”, „Tygodnika Powszechnego” i „Przekroju”. Współtwórczyni reporterskiego projektu IntoAmericas.com. Autorka książki „Szkoły, do których chce się chodzić, są bliżej niż myślisz”. Razem z Szymonem Opryszkiem wydała książki „Wyhoduj sobie wolność”, „Tańczymy już tylko w Zaduszki”. Mama Gucia, ich trzyletniego syna.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne