Gdyby nie 1,5%, mogłoby nie być OKO.press

Twoja pomoc ma znaczenie

0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: 25.05.2025 Warszawa , Wielki Marsz Patriotow . Marszalek Sejmu Szymon Holownia przemawia podczas koalicyjnego marszu poparcia dla Rafala Trzaskowskiego - kandydata PO w Wyborach Prezydenckich 2025 . Fot. Slawomir Kaminski / Agencja Wyborcza.pl25.05.2025 Warszawa ...

Posłowie Polski 2050 i PSL przedstawili projekt nowelizacji ustawy o ochronie przyrody. Chcą, żeby powoływanie rezerwatów było zależne od woli rady gminy. W praktyce będzie to przyznanie gminom prawa weta – taki sam mechanizm obowiązuje przy powoływaniu parków narodowych. Przez to od 25 lat w Polsce nie powstał żaden nowy park.

Projekt już nazwano „lex Romowicz”, od nazwiska posła-sprawozdawcy, Bartosza Romowicza z Polski 2050.

Pomysł samorządowego weta krytykują eksperci, wskazując, że takie rozwiązanie zablokuje powstawanie nowych rezerwatów. Opisaliśmy to w OKO.press:

Przeczytaj także:

Pod kontrowersyjnym projektem podpisał się również Szymon Hołownia – który, kandydując do Sejmu, obiecywał wzmocnienie ochrony przyrody.

Adam Wajrak, dziennikarz „Gazety Wyborczej” i popularyzator przyrody, zwrócił się do byłego marszałka na Facebooku: „Wręczacie broń atomową klikom miejscowych deweloperów, leśników, drzewiarzy i myśliwych. W starciu ze słabszym, jakim jest przyroda”.

Dalej Wajrak pisze: „Jeśli faktycznie chcesz takiej podmiotowości samorządów, to dajmy im identyczne prawo w sprawie dróg i autostrad, elektrowni (w tym tej atomowej), lotnisk takich jak CPK, wojskowych poligonów albo instalacji do utylizacji odpadów. Nie da się? Jako to? Ciekawe, dlaczego? Forsując te przepisy, nie tylko blokujecie tworzenie rezerwatów, ale też dajecie obywatelom sygnał, że przyroda jest największym zagrożeniem dla społeczności lokalnych, a przecież tak nie jest”.

Hołownia na ten list odpowiedział kilka godzin później. Można tę odpowiedź znaleźć tutaj:

Z odpowiedzi wicemarszałka Szymona Hołowni można wywnioskować, że rezerwaty powołuje się w Warszawie, a lokalne społeczności nie mają nic do powiedzenia.

A jak jest naprawdę? Zapytaliśmy Piotra Kluba, leśnika i przyrodnika z Fundacji Dziedzictwo Przyrodnicze.

Katarzyna Kojzar, OKO.press: Szymon Hołownia opublikował na Facebooku swoją odpowiedź w sprawie powoływania rezerwatów. Pisze w niej: „Stanowczo też sprzeciwiam się paternalistycznemu, nieinkluzywnemu konceptowi: profesor z Warszawy wie lepiej, więc radny z (tu wpisać nazwę gminy), ma się zamknąć, bo są większe dobra”. Czy to faktycznie profesor z Warszawy ogłasza, gdzie będzie rezerwat i społeczność lokalna musi się z tym pogodzić?

Piotr Klub, Fundacja Dziedzictwo Przyrodnicze: Nie, powoływanie rezerwatów przyrody wygląda zupełnie inaczej. Organem powołującym rezerwat jest regionalny dyrektor ochrony środowiska, czyli ten, który jest właściwy dla swojego województwa. To on ocenia i sprawdza, czy postulowane rezerwaty powinny powstać. A mogą być wnioskowane przez wiele podmiotów – Lasy Państwowe, przyrodników, uczelnie, instytucje państwowe...

...lokalne inicjatywy. Na przykład pod Krakowem dzięki zaangażowaniu lokalnych aktywistów udało się powołać rezerwat Kleszczowskie Wąwozy.

Oczywiście! Bardzo często o rezerwaty wnioskują organizacje pozarządowe. To jest duże źródło wielu różnych projektów, bo organizacje poświęcają środki i czas po to, żeby jakiś kawałek przyrody opisać i sprawdzić, czy jest on cenny. A jeśli jest — wnioskują o powołanie rezerwatu.

Rada opiniuje, RDOŚ powołuje

Taki wniosek trafia do RDOŚ. Ustawa mówi jeszcze o tym, że regionalny dyrektor ochrony środowiska zasięga opinii regionalnej rady ochrony przyrody, czyli organu doradczego, gremium, w którym zasiada wiele osób o różnych interesach. To są przyrodnicy, samorządowcy, leśnicy, przedstawiciele różnych instytucji. Szerokie grono. Opinia nie jest wiążąca – Rada opiniuje, ale nie uzgadnia powołania rezerwatów. Nie ma prawa weta – ma prawo do opinii.

Szymon Hołownia pisze, żeby „uszanować podmiotowość ludzi” i żeby „nie kazać im milczeć”, jeśli chodzi o rezerwaty. Tymczasem każdy rezerwat przed powołaniem jest poddawany konsultacjom społecznym.

Fundacja Dziedzictwo Przyrodnicze jest autorem kilku projektów i dokumentacji dla rezerwatów przyrody, więc bardzo mocno uczestniczymy w tych procesach. Za każdym razem, kiedy pojawia się taka propozycja, nie przechodzi bez konsultacji. To nie jest tak, że regionalny dyrektor rano wstaje, pije kawę i dochodzi do wniosku, że powoła sobie jakiś rezerwat. Zawsze jest rozmowa, spotkanie w terenie, konsultacje, w których każdy może się wypowiedzieć. Samorządy w tym uczestniczą, spotykają się z RDOŚ, podejmują uchwały w sprawach dotyczących rezerwatów.

Żaden rezerwat nie powstaje po cichu w biurze dyrektora. Obserwuję ten proces na co dzień i wiem, że ilość spotkań, rozmów, dyskusji na temat rezerwatów przyrody jest ogromna.

Gminy zablokują rezerwaty?

Ale samorządy mogą wydawać opinię. Nie mogą blokować powstawania rezerwatów – a to chcą im zapewnić Polska 2050 i PSL.

Jeżeli samorządy dostaną narzędzie blokowania rezerwatów, to będą z tego chętnie korzystać. Nie będzie się dało powoływać wyższych form ochrony przyrody. Parki narodowe są już zablokowane, a teraz mają być zablokowane też rezerwaty. Państwo straci kompetencje do ochrony najcenniejszych obszarów. Przekaże tę kompetencję radom gmin, które nie są organami eksperckimi, a które będą mogły decydować o przyszłości naszego narodowego dziedzictwa, jakim jest przyroda.

To tak, jakby rada gminy Malbork zdecydowała, że trzeba zburzyć zamek, bo nie zgadza się na ochronę takiego zabytku. To jest pozostałość po niemieckim dziedzictwie tych ziem i nie chcemy tego chronić, a wy tam z Warszawy nie będziecie nam mówić, co powinniśmy zrobić. Trudno by było się z tym pogodzić, prawda?

A posłowie proponują, żeby lokalna społeczność rękami i głosami radnych, decydowała, żeby wyciąć las, osuszyć bagno, i nic wam do tego, bo to jest nasze. Nie tak się kształtuje ochronę środowiska.

Kto broni swoich interesów

Rezerwaty to często niewielkie, kilkudziesięciohektarowe tereny, które z różnych powodów są objęte wyższą formą ochrony. Społeczności i gminni radni mogą nawet nie wiedzieć, że gdzieś w środku ich lokalnego lasu jest rezerwat powołany ze względu na ochronę konkretnego gatunku.

W uzasadnieniu projektu pana posła Romowicza jest napisane, że społeczność ma bardzo dobrą orientację w tym, co jest cenne w lokalnej przyrodzie. Przepraszam, ale mam zupełnie inne zdanie na ten temat. Lokalna społeczność, owszem, zna teren, trasy i szlaki, ale

nie jest w stanie ocenić, czy występuje na tym terenie rzadki gatunek chroniony, na przykład będący wskaźnikiem lasów reliktowych albo rosnący głęboko w lesie, na wysokim wzniesieniu.

Do tego trzeba przygotowania, wiedzy. To muszą oceniać specjaliści.

To pierwsza sprawa. Po drugie, rady gmin często kierują pewnymi partykularnymi interesami. W radach siedzą pracownicy Lasów Państwowych i myśliwi. W strategii komunikacyjnej LP jest napisane, że zagrożeniem dla działania Lasów Państwowych jest zwiększanie powierzchni obszarów chronionych. No więc co ci leśnicy siedzący w radach będą robić? Będą pilnować interesu swojej instytucji.

Na terenie Nadleśnictwa Stuposiany jest obszar proponowany jako rezerwat przyrody – są to tereny bardzo trudno dostępne, z bardzo cenną przyrodą. Gospodarowanie nimi jest deficytowe. Mimo wszystko ciężko jest powołać tam rezerwat przyrody, bo każdy zaangażowany broni swoich interesów. Próbujemy, rozmawiamy. Gdyby weszła w życie ta ustawa, nie mielibyśmy żadnych szans na ochronę tego terenu.

Pomóc słabszemu. Czyli przyrodzie

„Ochrona przyrody, długofalowa, konsekwentna, skuteczna, sensowna, NIE JEST możliwa bez udziału społeczności, której los dał żyć w miejscu, w którym przyrodę chcemy w szczególny sposób chronić” – pisze Hołownia.

Szymon Hołownia, którego bardzo szanuję, często podkreśla, że trzeba bronić tych słabszych. Tutaj tym słabszym jest dzika przyroda – zagrożona lokalnymi interesami, które nie zawsze chcą godzić się na jej ochronę. Obserwuję to od lat. Ustanawianie form ochrony przyrody zawsze budzi sprzeciw, nie da się tego zrobić przy stuprocentowej akceptacji samorządu. Dlatego potrzebne są wyspecjalizowane organy, które będą bronić tych cennych zasobów dla wszystkich Polaków. Zaangażowanie samorządu – tak, oczywiście, jest potrzebne. Ale nie potrzebujemy narzędzi, które zablokują powoływanie rezerwatów.

W praktyce obserwujemy — jak zresztą wspomniałeś — że takie samorządowe weto zablokowało powstawanie parków narodowych.

Ponad ćwierć wieku temu wprowadzono konieczność uzgadniania z gminami nowych parków. Z tego powodu od 2001 roku nie powstał w Polsce żaden nowy park narodowy.

Ale wcześniej, w 1996 roku, jeszcze przed wprowadzeniem weta, powstał Park Narodowy Borów Tucholskich. Miał być wielokrotnie większy, ale część gmin stawiała opór. Finalnie powołano park mały, okrojony, wyłącznie w granicach gmin Chojnice i Brusy. Mimo że gminy nie miały możliwości uzgadniania, czyli stawiania weta, skutecznie zablokowały powołanie dużego parku.

Tak dziś się dzieje w przypadku rezerwatów — nieważne, że gminy nie mają tego formalnego weta. One sobie doskonale radzą, jeśli nie odpowiadają im granice nowych rezerwatów. Nie były i nie są pozbawione głosu w tej sprawie

Na zdjęciu Katarzyna Kojzar
Katarzyna Kojzar

Dziennikarka, reporterka, redaktorka, współkierowniczka działu społeczno-gospodarczego (razem z Jakubem Szymczakiem). Zarządza również pracą zespołu klimatycznego. W OKO.press zajmuje się przede wszystkim prawami zwierząt, ochroną rzek, lasów i innych cennych ekosystemów, a także sprawami dotyczącymi łowiectwa, energetyki i klimatu. Absolwentka Uniwersytetu Jagiellońskiego i Polskiej Szkoły Reportażu, laureatka Polsko-Niemieckiej Nagrody Dziennikarskiej im. Tadeusza Mazowieckiego za reportaż o Odrze i nagrody Fundacji Polcul im. Jerzego Bonieckiego za "bezkompromisowość i konsekwencję w nagłaśnianiu zaniedbań władz w obszarze ochrony środowiska naturalnego". Urodziła się nad Odrą, mieszka w Krakowie.

Komentarze