0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Foto Juan BARRETO / AFPFoto Juan BARRETO / ...

W sobotę 3 stycznia 2026 w nocy obudził mnie telefon. W słuchawce usłyszałem: „Bombardują Wenezuelę”. Zacząłem szukać informacji i próbowałem je potwierdzić. Po chwili nie miałem już wątpliwości: „Tak, kraj jest bombardowany”.

Nazywam się Alejandro Linares Mendoza i jestem wenezuelskim dziennikarzem z dwudziestoletnim stażem. Mieszkam i pracuję w Caracas, skąd właśnie dzwonię.

Tamtej sobotniej nocy panowało zamieszanie. Nie było jasne, czy chodzi o wewnętrzny bunt wojskowy, czy o operację militarną USA, której przecież się spodziewaliśmy.

Przeczytaj także:

Wyobraź sobie, że w Polsce zatrzymują premiera

Wyobraź sobie, że w Polsce w nocy dochodzi do zatrzymania premiera albo prezydenta. Informacja pojawia się nagle, bez zapowiedzi. Ludzie się budzą, telefony, smsy. Przez kilka godzin nikt nie wie, czy to bunt w wojsku, czy obca operacja. Państwowa telewizja milczy. Internet działa, ale Wenezuelczycy boją się pisać. Bo wiesz przecież, że lepiej nic nie pisać.

Dopiero z upływem godzin zaczynają pojawiać się kolejne potwierdzenia. Najpierw władze Wenezueli wydają komunikat, w którym przypisały działania militarne Stanom Zjednoczonym. Następnie amerykańska stacja CBS informuje, że prezydent USA Donald Trump autoryzował operację wojskową. Ostateczne potwierdzenie pada w mediach społecznościowych, gdy sam Trump ogłasza, że schwytano dyktatora Nicolása Maduro i jego żonę Silvię Flores.

Wiedzieliśmy, że coś może się wydarzyć, ale nie było wiadomo, kiedy – stąd element zaskoczenia. Ulga? Radość? Nie, raczej strach. Dla nas, Wenezuelczyków, był to moment przełomowy, ale nikt, kto mieszka w kraju, nie świętował. No, chyba że w zaciszu domowym, ale o tym się nie mówi. Nawet sąsiadom.

Lepiej milczeć

Nad ranem wychodzisz do sklepu. Nie wiadomo przecież, jak rozwinie się sytuacja. Jak każdy Wenezuelczyk robisz zakupy na zapas, na niewiadomą przyszłość. W kolejkach panuje przejmująca cisza. Zero oznak jakiejkolwiek radości. Lepiej milczeć. Tego nauczyło cię twoje państwo.

Caracas więc milczy. Caracas spowite jest lękiem. Caracas wie, że to, co wydarzyło się w sobotę, to tylko sygnał startowy. To nie będzie sprint. Czeka nas maraton.

Wolność? Jaka wolność? Policja i wojsko kontrolują miasto. Obok nich pojawiają się zamaskowani cywile. To tzw. kolektywy chavistowskie, cywile uzbrojeni przez reżim, którzy pilnują porządku. Wymachują pistoletami i karabinami. Patrolują ulice na motocyklach i ustawiają nieformalne punkty kontrolne. Zatrzymują przechodniów, pytają, dokąd idą, sprawdzają dokumenty, zdarza się, że zaglądają do telefonów. Wchodzą do galerii zdjęć, przeczesują czaty, sprawdzają media społecznościowe. Szukają słów takich jak „Trump”, „Maduro”, „Stany Zjednoczone” czy „inwazja”.

Nikt nie zadaje pytań. Każdy wie, że lepiej nie robić zdjęć, nie nagrywać, nie komentować. To nie kwestia tego tygodnia. My tak żyjemy od ponad dwudziestu lat.

Dlatego siedzisz w domu. Włączasz telewizor. Media prywatne unikają informacji, nadają seriale albo programy rozrywkowe – widać, że unikają polityki. Państwowa propaganda działa, jak działała. Krzyczy o „agresji ze strony imperium”, „jedności cywilno-wojskowej” i codziennej pracy jako o „wielkim wkładzie dla narodu”. Nie pada ani słowo o kapitulacji w sprawie ropy naftowej i uwolnieniu hiszpańskich więźniów.

Delcy Rodriguez? Nic się nie zmienia

Wiceprezydentka Delcy Rodriguez mówi USA i całemu światu, że będzie współpracowała. Pokazuje łagodniejszą twarz. Ale przecież w kraju nadal stosowane są represje. Nie, nie zgodzę się z opiniami, że Wenezuela ma dwie twarze. To jeden kraj żyjący w bardzo złożonej rzeczywistości.

Struktura chavistowska budowana przez ćwierć wieku nadal istnieje i ma się dobrze. Przykład? Podczas inauguracji Zgromadzenia Narodowego i zaprzysiężenia Rodríguez zostaje zatrzymanych czternastu dziennikarzy. Służby zmusiły ich do pokazania i usunięcia materiałów, sprawdzano ich prywatne telefony. Część z nich to moi koledzy. To atak na wolną prasę.

Nic się nie zmienia.

Trump? Wenezuelczycy nie zastawiają się, czy jest dobry, czy zły. Pytają, czy po tym, co się wydarzyło, będą mogli wreszcie żyć normalnie.

Postrzegamy go czysto pragmatycznie. To za jego prezydentury doszło do operacji, która zakończyła się zatrzymaniem Maduro. Ten fakt jest ważny i trudny do zignorowania. Jednocześnie Wenezuelczycy mają świadomość, że prezydent USA nie przywiązuje dużej wagi do słów. Mówi impulsywnie, zmienia narrację – raz akcentuje kwestie narkotyków, innym razem ropy naftowej czy roli opozycji.

W kraju, w którym przez lata słowa władzy były narzędziem propagandy i strachu, deklaracje z zagranicy mają znaczenie drugorzędne.

Kto się boi noblistki

Dla nas znacznie ważniejsze jest to, co dzieje się wewnątrz kraju. A tu kluczową rolę odgrywają służby wojskowe i bezpieczeństwa, które wciąż zachowują realną władzę. Nie jest tajemnicą, że to właśnie elity boją się Maríi Coriny Machado – nie dlatego, że nie ma poparcia społecznego, lecz dlatego, że mogłaby doprowadzić do rozliczeń, odebrania wpływów, biznesów i bezkarności. Pewnie dlatego Trump decyduje o odsunięciu jej od władzy w pierwszej fazie transformacji.

Prezydent USA nie jest w Wenezueli postrzegany jako zbawca demokracji ani jako imperialny agresor. Jest aktorem zewnętrznym, który uruchomił proces, ale nie kontroluje codziennej rzeczywistości na ulicach Caracas czy innych miast. A ta rzeczywistość wciąż naznaczona jest strachem, obecnością uzbrojonych grup i brakiem pełnej wolności.

Niby państwo funkcjonuje, ale pod powierzchnią panuje napięcie i niepewność. Władza się zmieniła, ale system oparty na strachu pozostał.

Czekamy na poniedziałek. Pełniąca obowiązki prezydenta Rodriguez zdecydowała, że szkoły – po świąteczno-noworocznej przerwie – mają działać „normalnie”. To ma sprawiać wrażenie stabilności. Normalność jest komunikatem politycznym, nie faktem.

Caracas trwa w milczeniu

Owszem, ludzie będą się częściej spotykać, rozmawiać i plotkować, ale raczej nic się nie wydarzy. Caracas nauczyło się trwać w milczeniu.

W poniedziałek do pracy wrócą także urzędy. Przez lata mylono bycie pracownikiem państwa z byciem zwolennikiem reżimu. Wielu wspierało władzę nie z przekonania, lecz z przymusu. Grożono im sankcjami, utratą pracy i nielicznych świadczeń. Reżim utrzymywał się dzięki monopolowi na broń, przejęciu instytucji i zastraszaniu obywateli.

Dziś słyszy się, że pracownicy sektora publicznego wracają do pracy nie dlatego, że czują się bezpiecznie, ale dlatego, że boją się stracić zatrudnienie. Mają obawy, czy w związku z sytuacją państwo wypłaci im 15 stycznia tzw. premie. Chodzi o 30 dolarów uzupełniające ich 70-dolarową miesięczną pensję.

Życie.

Powiedziałbym nawet, że to życie w stanie zawieszenia. Wiemy, że trzech dekad chavismu nie da się przecież odwrócić w ciągu kilku dni. Ani nawet miesięcy. Ale…

No właśnie, ale…

Ale jako Wenezuelczyk chcę jedynie dobrobytu mojego kraju. Zasługujemy na godne, spokojne i dostatnie życie. Wiemy, że coś się skończyło.

Problem w tym, że nie mamy pojęcia, co tak naprawdę się zaczęło.

;
Na zdjęciu Szymon Opryszek
Szymon Opryszek

Reporter, absolwent Polskiej Szkoły Reportażu i Szkoły Ekopoetyki. Pisze na temat praw człowieka, kryzysu klimatycznego i migracji. Za cykl reportaży „Moja zbrodnia, to mój paszport” nagrodzony w 2021 roku Piórem Nadziei Amnesty International. Jako reporter pracował w Afryce, na Kaukazie i Ameryce Łacińskiej. Autor książki reporterskiej „Woda. Historia pewnego porwania”, (Wydawnictwo Poznańskie, 2023). Wspólnie z Marią Hawranek wydał książki „Tańczymy już tylko w Zaduszki” (Wydawnictwo Znak, 2016) oraz „Wyhoduj sobie wolność” (Wydawnictwo Czarne, 2018). Mieszka w Krakowie.

Komentarze