Wilk potrącony pod Czaplinkiem nie musiał czekać przez całą noc na pomoc. Wystarczyłoby, gdyby służby znały prawo i wypełniły swój obowiązek. Pomaganie potrąconemu przy drodze zwierzęciu nie zależy od „dobrej woli” – jest obowiązkiem wynikającym z przepisów.
Niedawno niedaleko Czaplinka w woj. zachodniopomorskim samochód potrącił wilka. Wilk żył, ale miał sparaliżowany zad, unosił się tylko na przednich łapach, ciągnąc za sobą bezwładne tylne kończyny – podało Stowarzyszenie dla Natury „Wilk”, które zostało w nocy zaalarmowane o zdarzeniu.
Patrol policji, który czuwał przy wilku, wykonał kilka filmów zwierzęcia. Pomimo późnej pory natychmiast przeanalizowała współpracująca ze Stowarzyszeniem przy ratowaniu wilków lekarz weterynarii. Objawy wskazywały na złamany kręgosłup i konieczność przeprowadzenia szybkiej eutanazji, bo wokół panował mróz, z temperaturą – 12 stopni. Eutanazji nie udało się jednak przeprowadzić do rana i zwierzę męczyło się przez kilkanaście godzin. Dlaczego? Żaden okoliczny weterynarz, w tym lekarka weterynarii, która ma podpisana umowę z Urzędem Miasta i Gminy w Czaplinku na takie interwencje, nie odbierali telefonu, a powiatowy lekarz weterynarii z Drawska Pomorskiego odpowiedział, że nie może pomóc i nie wie do kogo mamy dzwonić.
Po tym zdarzeniu mój redakcyjny kolega, Paweł Średziński, w tekście „Wilk konał na mrozie przy drodze. Przez całą noc nie pomógł mu żaden lekarz weterynarii” napisał, że „w Polsce wciąż nie istnieje zorganizowany system pomocy dzikim zwierzętom. Nie ma żadnej służby powołanej w tym celu i wszystko zależy od dobrej woli ludzi.”
Nie mogę zgodzić się z tą tezą. System istnieje, choć bardzo niedoskonały i pełen luk oraz są osoby, które mają obowiązek pomagać dzikim zwierzętom po wypadkach. Problem w tym, że przepisy te są powszechnie ignorowane.
Zdarzenie z wilkiem było głośne, gdyż w internecie pojawiły się filmiki z cierpiącym zwierzęciem. Podobne zdarzenia z udziałem saren, lisów, jeleni, łosi czy wilków są codziennością na polskich drogach. Zwykle jednak zwierzęta potracone przez samochody konają w samotności i bez rozgłosu.
Pierwszy i podstawowy obowiązek ma kierowca, który potrącił zwierzę. Powinien się zatrzymać i w miarę możliwości udzielić mu pomocy lub zawiadomić służby (art. 25 ustawy o ochronie zwierząt). Służby te to wg przepisów:
Najlepiej jest po prostu zadzwonić na policję.
Za potrącenie zwierzęcia kierowca nie otrzyma mandatu (chyba że jest jasne, że przy okazji naruszył jakieś przepisy ruchu drogowego), ale za niezatrzymanie się po potrąceniu już może go dostać – oczywiście o ile będą świadkowie zdarzenia i powiadomią policję.
Ten przepis jest powszechnie ignorowany przez kierowców. Często nawet nie pofatygują się, żeby przesunąć ranne zwierzę z drogi i jest ono przejeżdżane przez następny samochód. Zdarza się nawet, że kierowcy celowo przejeżdżają zwierzę.
Służby powinny wezwać weterynarza, który ma umowę z gminą na zapewnienie całodobowej opieki weterynaryjnej w przypadkach zdarzeń drogowych z udziałem zwierząt (art. 11a ust. 2 pkt 8 ustawy o ochronie zwierząt). Tutaj jest słaby punkt systemu, gdyż przepis jest tak sformułowany, że pojawiają się wątpliwości czy ma on zastosowanie do zwierząt dzikich, czy tylko do bezdomnych.
Mianowicie: art. 11a ust. 1 stanowi, że rada gminy określa corocznie program opieki nad zwierzętami bezdomnymi oraz zapobiegania bezdomności zwierząt. Zaś w myśl ust. 2 pkt 8 tego przepisu program obejmuje zapewnienie całodobowej opieki weterynaryjnej w przypadkach zdarzeń drogowych z udziałem zwierząt.
Większość gmin zapewnia – przynajmniej w teorii – całodobową opiekę weterynaryjną również dzikim zwierzętom. Do tego, że taki obowiązek wynika z przepisów, przychyla się także Najwyższa Izba Kontroli. W informacji o wynikach kontroli „Postepowanie ze zwierzętami wolno żyjącymi (dzikimi) na terenie miast” pisze, że do zadań własnych gminy należy ochrona przyrody, która polega na „zachowaniu, zrównoważonym użytkowaniu oraz odnawianiu jej zasobów, tworów i składników, w tym m.in. dziko występujących zwierząt”.
„W kontekście »zachowania i odnawiania« populacji dzikich zwierząt jako składnika przyrody, pozostaje podejmowanie działań, które zapobiegną jej zmniejszaniu się, a także aktywności w zakresie udzielania pomocy, leczenia (w tym wyłączenia lub ograniczenia bólu i cierpienia) oraz rehabilitacji zwierząt osłabionych, chorych i rannych” – pisze NIK.
Alternatywne, ale rzadziej stosowane podejście to przyjęcie, że skoro zwierzęta wolno żyjące stanowią dobro ogólnonarodowe i powinny mieć zapewnione warunki rozwoju i swobodnego bytu, to podmiotem, na którym ciąży obowiązek opieki, jest Skarb Państwa.
W przypadku cierpiącego wilka z Czaplinka, gmina miała umowę z weterynarzem na pomoc dzikim zwierzętom rannym w wypadkach. Problem jednak w tym, że pani weterynarz przez wiele godzin nie odbierała telefonu, czyli w praktyce nie realizowała tego, do czego się zobowiązała. Zatem nie było tak, że pomoc zależała od czyjejś dobrej woli. Był ktoś, kto miał obowiązek pomóc, ale zrobił to z dużym opóźnieniem.
Z weterynarzami i pogotowiem zwierzęcym na koszt gminy jest jeszcze jeden problem: taka informacja nie jest podana na oficjalnych stronach internetowych. Gdy ktoś potrąci zwierzę poza godzinami pracy urzędu, to trudno mu ustalić, z kim gmina ma umowę. Teoretycznie powinny wiedzieć o tym służby, zwłaszcza policja, ale tu znowu pojawiają się problemy. Zdarza się, że policja nie wie albo uznaje potrącenie lisa czy sarny za zdarzenie na tyle niewarte uwagi, że patol przyjeżdża po kilku godzinach. A w tym czasie zwierzę cierpi i nie ma kto udzielić mu pomocy czy dokonać eutanazji.
Gminy często nie przewidują wystarczających środków na pomoc dzikim zwierzętom po wypadkach i taktują ten obowiązek jak konieczne zło, dlatego zdarza się, że pomoc weterynaryjna zapewniona jest tylko na papierze. Są gminy, na których terenie zdarzeń drogowych z udziałem zwierząt jest bardzo dużo. W takich miejscach zapewnienie realnej pomocy powypadkowej dzikim zwierzętom może być bardzo obciążające finansowo.
Cytowany przez Pawła Średzińskiego Mikołaj Dorożała, wiceminister klimatu i środowiska zapowiedział na Facebooku, że wystąpi do Głównego Lekarza Weterynarii o wyjaśnienia, dlaczego nikt z zakontraktowanych lekarzy nie przyjechał na miejsce i nie uśpił zwierzęcia.
Odpowiedział na to Główny Lekarz Weterynarii, tłumacząc, że „tego typu oświadczenia zamieszczane w mediach świadczą o nieznajomości prawa”, a „sposób postępowania ze zwierzętami poszkodowanymi w zdarzeniach drogowych wynika z uchwał podejmowanych przez władze administracji samorządowej. W razie konieczności bezzwłocznego uśmiercenia zwierzęcia podlegającego ścisłej ochronie gatunkowej działania te powinny być realizowane we współdziałaniu z Generalnym Dyrektorem Ochrony Środowiska”.
W tym przypadku do żadnych nieprawidłowości ze strony tej instytucji nie doszło. Przepisy nie nakładają na inspekcję weterynaryjną żadnych obowiązków, jeśli chodzi o pomoc dzikim zwierzętom po wypadkach.
Przyjeżdża weterynarz albo pogotowie i co dalej? Może zwierzę uśpić, co nie zawsze jest proste. Szczególnie gdy się nie dysponuje Strzelbą Palmera, czyli wiatrówką służąca do usypiania zwierząt. Ranny i przestraszony dzik, łoś czy wilk, o ile tylko ma dość sił, nie podda się chętnie badaniu.
Weterynarz może zdecydować o uśmierceniu zwierzęcia, ale nie tylko on może to zrobić. Może też: członek Polskiego Związku Łowieckiego, inspektor organizacji społecznej, której statutowym celem działania jest ochrona zwierząt, funkcjonariusz Policji, straży ochrony kolei, straży gminnej, Straży Granicznej, pracownik Służby Leśnej lub Służby Parków Narodowych, strażnik Państwowej Straży Łowieckiej, strażnik łowiecki lub strażnik Państwowej Straży Rybackiej (art. 33 ust. 3 ustawy ochronie zwierząt). W przypadku wilka trzeba to skonsultować z GDOŚ, jak podał Główny Lekarz Weterynarii. W GDOŚ działa, przynajmniej w teorii, telefon, pod który można dzwonić w sprawach nagłych.
Decyzję o zastrzeleniu rannego i cierpiącego zwierzęcia mogą podjąć więc policjanci. A na tym nie koniec. Nie muszą stać bezradnie nad zwierzęciem i wzywać w tym celu myśliwego. Mogą sami zastrzelić zwierzę. Wskazuje na to art. 33 ust. 4 ustawy o ochronie zwierząt, zgodnie z którym w razie konieczności bezzwłocznego uśmiercenia, czynność tę dokonuje się przez podanie środka usypiającego – przez lekarza weterynarii albo zastrzelenie zwierzęcia wolno żyjącego (dzikiego) – przez osobę uprawnioną do użycia broni palnej.
Skrócenie cierpienia zwierzęcia przez osobę nieuprawnioną podlega karze, co czasami też powadzi do absurdów. Zetknęłam się z sytuacją, gdy lekarz anestezjolog zobaczył przy drodze cierpiącą ranną łanię i mimo że akurat miał przy sobie środek, który mógł skrócić jej cierpienia, nie mógł tego zrobić legalnie.
Jeśli zwierzę jest ranne, ale można je wyleczyć (co wcale nie jest takie częste, przecież połamanej sarny nie zapakuje się w gips) i weterynarz uważa, że jest sens je ratować, to co zrobić? Tu zaczynają się kolejne schody. W Polsce są ośrodki rehabilitacji dzikich zwierząt, często prywatne (dopiero od niedawna dotowane przez państwo). Wykaz ośrodków udostępnia GDOŚ. Ośrodków tych jest mało, po kilka w każdym województwie, do tego wyspecjalizowane są w różnych zwierzętach. Zwierzę trzeba tam dowieźć i to jest obowiązek podmiotu, z którym gmina ma umowę. Tu wracamy do kwestii: co zrobić, jeśli nie można się do tego podmiotu dodzwonić? Mniejsze zwierzęta można z zachowaniem ostrożności zapakować do własnego samochodu i dowieźć do ośrodka, ale trudno to zrobić z jeleniem czy z wilkiem. Zwykle najbardziej pomocne są organizacje pozarządowe.
Nie wiadomo dokładnie, ile dzikich zwierząt ginie rocznie na drogach w Polsce, gdyż drogami zarządzają różne podmioty. Bez danych trudno wyobrazić sobie skuteczne zapobieganie takim zdarzeniom. Wprawdzie naukowcy opracowali mapę korytarzy ekologicznych w Polsce, która posłużyła do budowy przejść pod i nad drogami szybkiego ruchu (choć część przejść została zagrodzona z powodu walki z ASF).
Jednak takie przejścia budowane są jedynie przy autostradach i drogach ekspresowych. Tymczasem zwierzęta poruszają się przecież również po innych drogach. Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad nie widzi problemu.
„Nie mamy do dyspozycji jednolitej bazy danych dotyczącej zdarzeń drogowych z udziałem zwierząt, a informacje na ten temat są niestety rozproszone” – podaje anonimowy pracownik Biura Prasowego GDKiA i doprecyzowuje: „Nie prowadzimy jednolitego, centralnego zestawienia z danymi o martwych zwierzętach znalezionych w pasie drogowym, skuteczność zastosowanych na drogach rozwiązań w zakresie ochrony środowiska, w tym przejść dla zwierząt, jest przez nas na bieżąco monitorowana w podziale na konkretne odcinki dróg/rejony”.
Policja natomiast gromadzi tylko dane ogólne – liczbę zdarzeń ze zwierzętami bez podziału na gatunek i miejsce zdarzenia. Informacje o wielu zdarzeniach zresztą nie trafiają ani do zarządców dróg, ani do policji. Widać więc kolejną lukę.
Teoretycznie zwierzęta, które zginęły na skutek wypadku komunikacyjnego, powinny zmniejszać plan odstrzału na dany sezon, ale ani policja, ani zarządcy dróg nie mają obowiązku informowania kół łowieckich o potrąconych zwierzętach łownych.
Jak widać, system jest dziurawy i powinien zostać zmieniony. Mikołaj Dorożała deklaruje, że w lutym zaprosi naukowców z Państwowej Rady Ochrony Przyrody, Generalną Dyrekcję Ochrony Środowiska oraz departamenty merytoryczne Ministerstwa w celu opracowania rekomendacji zmian przepisów.
To jest plus, że wiceminister dostrzegł problem, choć do dyskusji warto także zaprosić osoby, które w praktyce udzielają pomocy zwierzętom po wypadkach, w tym prowadzących ośrodki leczenia i rehabilitacji dzikich zwierząt. I kluczowa sprawa: czy realne jest wypracowanie rozwiązań i uchwalenie odpowiednich przepisów przed wyborami? Do tej pory zmiany dotyczące dzikich zwierząt były procedowane bardzo długo. Zanim jednak uda się wprowadzić nowe regulacje, trzeba pilnować przestrzegania obecnie obowiązujących przepisów – a nie udawać, że nikt nie musi pomagać dzikim zwierzętom, które ucierpiały w zdarzeniach drogowych.
Absolwentka prawa, z zawodu dziennikarka, przez wiele lat związana z „Rzeczpospolitą”. Trzykrotna laureatka konkursu dziennikarskiego Polskiej Izby Ubezpieczeń i laureatka Nagrody Dziennikarstwa Ekonomicznego Press Club Polska w 2023 r. Obecnie freelancerka, pisywała m.in. do „Gazety Wyborczej”, miesięcznika „National Geographic Traveler”, „Parkietu”, Obserwatora Finansowego i Prawo.pl. Po latach mieszkania w Warszawie osiadła z gromadką kotów na Podlasiu.
Absolwentka prawa, z zawodu dziennikarka, przez wiele lat związana z „Rzeczpospolitą”. Trzykrotna laureatka konkursu dziennikarskiego Polskiej Izby Ubezpieczeń i laureatka Nagrody Dziennikarstwa Ekonomicznego Press Club Polska w 2023 r. Obecnie freelancerka, pisywała m.in. do „Gazety Wyborczej”, miesięcznika „National Geographic Traveler”, „Parkietu”, Obserwatora Finansowego i Prawo.pl. Po latach mieszkania w Warszawie osiadła z gromadką kotów na Podlasiu.
Komentarze