0:00
07 sierpnia 2022

Zabieram ukraińską flagę, by orki z niej nie szydziły [OPOWIEŚĆ TETIANY Z MARIUPOLA]

“Tam trzeba było wykonać trzy zadania: pozostać przy życiu, nie stracić rozumu i pozostać człowiekiem. Niestety, wielu osobom nie udało się spełnić tych trzech punktów” ー mówi Tetiana, nauczycielka z Mariupola. I ostrzega: “Opowiem pani coś, czego nie pokazują w telewizji. Będzie bardzo trudno tego słuchać” 

Wydrukuj

Tetianę poznałam w lipcu w mojej rodzinnej wsi pod Lwowem, w Medenicach. Zbierałam materiał do tekstu o "peresełeńcach", czyli wewnętrznych uchodźcach w Ukrainie. Tetianie i jej rodzinie udało się tu dotrzeć z Mariupola. Idę do niej późnym wieczorem, dzień przed moim powrotem do Polski. Chce porozmawiać o tym, jak wraz z rodziną została przyjęta przez mieszkańców Medenic. Jednak Tetiana opowiada zupełnie inną historię.

Na zdjęciu synowie Tetiany z ikonami zawieszonymi na szyi. "Dom jest zniszczony, ale ikon nie można zostawić. Tetiana wiesza każdemu członkowi rodziny na szyi świętych: sobie ー ikonę św. Makarego Kaniowskiego, mężowi ー Kazańską Matkę Boską, starszemu synowi ー Ostrobramską, młodszemu ー Piotra i Feofanię Muromskich, patronów rodziny".

Mieszkańcy miejscowości graniczących z linią frontu, także Mariupola, na długo przed 24 lutego przyzwyczaili się, że wojnę słychać z daleka i od czasu do czasu coś huknie. Mimo wojny, która toczyła się tuż obok, miasto się rozwijało, było wielonarodowe, była praca i wszystko, czego człowiek potrzebuje do życia. Dziś liczba mieszkańców zmniejszyła się 5 razy i mówi się, że w mieście zostało około 100-120 tys. osób, jednak dokładną liczbę trudno oszacować z powodu tymczasowej okupacji Mariupola.

Od jesieni w Ukrainie napięcie wisiało w powietrzu, w styczniu stało się nie do wytrzymania. Zachód donosił, że inwazja jest blisko, Moskwa uprawiała własną propagandę.

“W Mariupolu część mieszkańców czekała na Rosję. Ale było ich mniej, niż przed 2014 rokiem” ー opowiada Tetiana.

Tetiana pochodzi z obwodu żytomierskiego, studiowała w Równem. Mieszkała w Mariupolu od 2011 roku, w szkole uczyła angielskiego i ukraińskiego. Do 2014 roku nazywano ją “banderowką” (czyli mówiących po ukraińsku w rosyjskojęzycznych regionach) - bo rozmawiała z krewnymi po ukraińsku, a w Mariupolu głównym językiem był rosyjski. Od 2014 roku miasto się “ukrainizuje”. Ukraiński słychać w placówkach oświatowych, u lekarza, nawet w sklepach.

NIEDZIELA CIĘ ZASKOCZY” to nowy cykl OKO.press na najspokojniejszy dzień tygodnia. Chcemy zaoferować naszym Czytelniczkom i Czytelnikom „pożywienie dla myśli” – analizy, wywiady, reportaże i multimedia, które pokazują znane tematy z innej strony, wytrącają nasze myślenie z utartych ścieżek, zaskakują właśnie.

Po feriach zimowych w styczniu Tetiana nie czeka na zalecenia od miejskiego departamentu edukacji, sama pyta kierownictwo szkoły nr. 45, w której pracuje, czy może przeprowadzić instrukcję bezpieczeństwa na wypadek wojny. Trochę się boi, że to wywoła panikę wśród dzieci. Dostaje zgodę. Przeprowadza zajęcia dla klasy, której jest wychowawczynią. Instruuje dzieciaki, co robić, gdy podczas ostrzałów znajdą się w tłumie, a co, gdy będą w domu i jak zachowywać się w przypadku zamachu terrorystycznego. Jeszcze raz Tetiana szkoli dzieci 23 lutego. Już się nie śmieją, słuchają uważnie. Jedna dziewczynka płacze, bo w jej domu nie ma piwnicy. Nauczycielka uspokaja:

“Twój tata ma garaż? Garaż z kanałem samochodowym? To masz piwnicę”.

Ty i tak wojny nie zatrzymasz, pośpij

Tetiana codziennie przygotowuje się do zajęć, chodzi spać o 2-3 w nocy. Wstaje zawsze o 05:20. Kiedy budzi się 24 lutego, jej mąż nie śpi, ogląda telewizję.

- Czemu nie śpisz?

- Wojna się zaczęła.

- Kiedy?

- Jakieś pół godziny czy godzinę temu.

- Dlaczego mi nie mówiłeś?

- Nie chciałem cię budzić, ty i tak wojny nie zatrzymasz, to choć pośpij.

Na nauczycielskim czacie dyrekcja pisze: “Szanowni nauczyciele, pilnie poinformujcie rodziców i dzieci, że przechodzimy na zdalny tryb nauczania, tzn. nauczyciele w pracy, dzieci w domu”. Tetiana ma do pracy 35 min autobusem, boi się, że nie dojedzie lub nie wróci do domu.

W tym momencie rozmowy Tetiana milknie. Po chwili patrzy na mnie i ostrzega: “To, co teraz pani usłyszy, będzie bardzo trudne do słuchania, opowiem coś, czego nie pokazują w telewizji”.

Pierwsze godziny wojny

Na uczniowskim szkolnym czacie wybucha panika. Tetiana razem z psychologiem próbuje uspokoić dzieci. Wkrótce okazało się, że w klasie są dzieci, które nic przeciwko Rosji nie mają.

“Siedzą i czekają na Rosję. A ja płaczę. Uczyłam ich przez trzy lata. Co ja robiłam? ー żali się Tetiana. “Rozumiałam, że to wpływ rodziców, którzy tak myślą”.

Tetiana z rodziną ー mężem i synami (6 i 9 lat) ー mieszkają w dzielnicy Kalmiuskiej, na północy Mariupola. Znajduje się tam Mariupolski Kombinat Metalurgiczny imienia Illicza ー największy producent blachy ocynkowanej zimnowalcowanej w Ukrainie. Prawie tak duży jak znany na cały świat „Azowstal”, także leżący w Mariupolu.

Tetiana nie poszła do pracy, idzie więc do supermarketu, żeby zrobić zapasy jedzenia. Mąż pracuje w sklepie, ale ma urlop. Na półkach zostało niewiele. Są krewetki królewskie, lody, łosoś, jogurty i cukierki. Chleba brak.

“Jeśli masz pieniądze, to na pewno nie będziesz je wydawać na krewetki” ー mówi Tetiana.

Ludzie nie zdążyli wybrać gotówkę, pieniędzy w bankomatach już nie ma. Tetiana kupuje kaszę gryczaną, pszenicę, kaszę perłową dla psa. Przez strach wielu pracowników nie przyszło do pracy, kolejki do sklepów są ogromne, a półki ー puste.

Ostatni raz mąż Tetiany był w pracy 2 marca. Wtedy była dostawa chleba. Przywieźli 1700 bochenków. Nie więcej niż dwa na osobę. Mąż przyniósł 6 chlebów (po dwa każdego rodzaju - takie były zasady). W innej piekarni chleb był po 103 hrywien, czyli pięć razy drożej niż przed wojną. Ludzie byli wściekli, obiecali sobie, że po wojnie będą to sklepikarzom pamiętać.

“To był nasz ostatni chleb. Rozumiałam, że ten chleb musi starczyć na długo. Drobno pokroiłam go w kostkę, wysuszyłam, a te kostki później zaczęliśmy nazywać korabłykamy, czyli statki. Korabłyky dawałam tylko dzieciom. Z sąsiadami dzieliłam się wszystkim, ale nie statkami”.

Dzielnica Tetiany najdłużej przetrwała w dobrym stanie. Rodzina podczas ostrzałów schodzi do piwnicy. Tetiana nazywa ją “pańską”, bo tam jest co jeść, są świece, lekarstwa i nawet przez jakiś czas - prąd i Wi-Fi:

“Siedzieliśmy tam, oglądaliśmy media społecznościowe i wyzywaliśmy od najgorszych Putina. Najtrudniej było wytłumaczyć dzieciom, co się dzieje, żeby nie wpadły w panikę. Układ nerwowy dziecka coś blokuje, nie odczuły horroru, jak dorośli, którzy znają prawdziwą skalę niebezpieczeństwa”.

W sąsiednim domu mieszkają dwie rodziny: małżeństwo ok. 60 lat oraz matka z synem w wieku 40 lat, która nie przestała bronić Putina. Oni siedzą w swojej piwnicy. Sąsiedzi uzgadniają, że jeśli idą do piwnicy, to nie zamykają drzwi, na wypadek, gdyby zasypało wejście, żeby inni mogli wejść i odkopać. W piwnicy Tetiany też jest łom, siekiera, żeby w razie czego wykopać się od środka.

Po cholerę wam to, nie ma prądu

W pierwszych dniach wojny w mieście zaczyna się szaber. Ludzie okradają kliniki dentystyczne, kwiaciarnie i przedszkola, apteki. Z aptek zabierają wszystko jak leci, potem biorą to, co potrzebują, a resztę wyrzucają na śmietnik.

Tetiana widzi starszego mężczyznę stojącego z dwiema skradzionymi lodówkami na środku ulicy. Mężczyzna próbuje złapać samochód, który zawiózłby te lodówki do jego domu. Widzi starsze małżeństwo niosące szpitalne nosze, babcię ze spawarką, pijanego chłopaka obwieszonego mikserami.

“Patrzyliśmy i myśleliśmy: po cholerę wam to, ludzie, przecież prądu nie ma” ー mówi Tetiana. “Nie rozumieliśmy, co się z nimi dzieje. Ludzie nieśli duże pluszaki, odzież, materace i poduszki z przedszkoli”.

Obrabowano także przedszkole, gdzie chodził młodszy syn Tetiany, zabrali nawet jego piżamę z sypialni: “Wyciągnęli po drabinie pożarowej pianino. Grali na nim. Ktoś mówił, że potem pocięli je na drewno”.

Tetiana idzie do przedszkola, żeby zabrać rzeczy syna. Nie zostało nic, oprócz starych czeszek. Zabiera z sypialni pudło z pracami wychowawczyni syna, niepodpisane krzesełko, którego nie zdążyła podpisać przed wojną. Syn chciał, żeby narysowała na nim papugę, przed wojną nie zdążyła. Bierze też książkę “Ukraińskie bajki narodowe”.

W domu dzieci pytają:

- Mama, a dlaczego to przyniosłaś?

- Przedszkole zniszczyli…

- Mama, a jak przedszkole wyremontują, odniesiesz te rzeczy?

- Oczywiście, po to je zabrałam, żeby zachować.

“Byłam tak dumna ze swoich dzieci, że one są prawidłowo wychowane. Nie wezmą cudzej rzeczy. A niektórzy dorośli tego nie rozumieją” ー tłumaczy Tetiana.

Tetiana widzi, jak z okradanej szkoły wychodzi chłopiec z flagą Ukrainy.

“Pytam, szkoła wże wsio [“już po szkole”, w znaczeniu: “szkoły już nie ma”]. Gdzie to niesiesz? Mówi: Zabiorę ją do domu, żeby jak przyjdą orki, nikt z niej nie szydził. Uścisnęłam mu dłonie i powiedziałam, że jestem z niego dumna”.

W Mariupolu już wtedy nic nie działa. Nie ma policji, strażaków, lekarzy. Ludzie są skazani sami na siebie.

Głód

Przez płot Tetiana widzi, jak miejscowi przez tydzień po kolei wynoszą z fabryki alkoholu koniaki, wina, szampany, piwo. Nie przeszkadzają im ręce, nogi, mózgi i wnętrzności ludzkie, rozrzucone wszędzie, po ostrzałach. Niektórzy piją to, co przynieśli, inni próbują wymienić alkohol na inne rzeczy. Pieniądze nie mają już wartości.

"Kto miał kury próbował sprzedać jajka za 1000 hrywien". Zwykle jajka kosztują około 40 hrywien za 10 sztuk?, upewniam się.

"Tak. Byli jeszcze tacy, którym udało się obrabować sklep z kiełbasą, wtedy kilogram kiełbasy kosztował tysiąc hrywien" - odpowiada Tetiana.

Prawdziwy głód zaczyna się po tygodniu od rozpoczęcia wojny. Zapasy produktów się kończą, wielu ludzi nie jest na to przygotowanych. Przetworów, dżemów nie robili, ziemniaków nie sadzili, a w sklepach nie kupowali więcej, niż mogli zjeść za jeden raz. Najgorzej jest z dziećmi, bo nie ma mleka. I osobami, które przyjmują insulinę. Ci po prostu umierają. Ulicą chodzą młodzi mężczyźni z tabliczką na szyi:

“Kupliu dieckoje pitanije” („Kupię żywność dla dzieci”).

“Koty kradły jedzenie i przynosiły nam. To rybę, to jakieś mięso. Skąd one to nosiły, nie wiem. To, co kot ugryzł, było dla niego, reszta ー dla nas. Ktoś przyniósł ryż pozamiatany z podłogi w sklepie, był zmieszany z mysimi odchodami, czyściliśmy ziarna, gotowaliśmy i jedliśmy. Psy miesiąc karmiliśmy pszenicą, która została wyrzucona, bo zaczęła kiełkować”.

Znajoma Tetiany, która do wojny prowadziła biznes gastronomiczny, prosi o olej. Tetiana dzieli się ostatnim. Znajoma w zamian przynosi 5 kilo pielmieni, czyli pierogów z mięsem. Jedzą je z sąsiadami przez dwa dni. Święto.

Bez taty nie pojedziemy

Przez pierwszy tydzień w dzielnicy Tetiany jest prąd, gaz i woda. Potem już nie.

“Najgorzej jednak bez zasięgu: nie możesz zadzwonić do bliskich i powiedzieć, że żyjesz”. Mieszkańcy nie mogą sprawdzić, co się dzieje, kto prowadzi ofensywę i czy miasto jest ciągle ukraińskie, czy nie.

Mariupol składa się z czterech dzielnic. Kiedy nie strzelają i nic nie spada, Tetiana chodzi pod administrację miasta, żeby się czegoś dowiedzieć. Jest początek marca, w mieście jeszcze jest ukraińska policja. Urzędnicy próbują załatwić ewakuację cywilów, jednak tylko dla kobiet i dzieci. Miało być sześć czy siedem autobusów. Mąż prosi, żeby pojechała z dziećmi.

- Nie chcę jechać bez ciebie.

- A ja chcę, żebyś pojechała.

- Zapytajmy dzieci, co o tym sądzą… Dzieci, nas mogą wywieźć tam, gdzie nie strzelają. Ale tata nie będzie mógł wsiąść do autobusu. Pojedziemy?

Chłopcy na to, że bez taty nie pojadą.

“Wtedy chyba pierwszy raz widziałam, że mój mąż płacze. Ja bym i tak go nie zostawiła, ale tę decyzję podjęły dzieci”.

Najgorsze były miny

W piwnicy jest wilgotno. To bardzo niezdrowo dla starszego syna - przed wojną leczył się z drobnoustrojów w nosogardzieli, które powodowały utraty przytomności, wyrastały mu migdałki gardłowe.

W domu są dwa bezpieczne miejsca dla dzieci: garderoba i łazienka, bo tam nie ma okien. Rodzina śpi na jednej dziecięcej sofie, bo tak cieplej. Okrywają się dwiema kołdrami, kurtkami i kożuchem z owczej skóry. Zasypiają słysząc spadające bomby, Tetiana liczy, ile tej nocy zrzucą. W dzień już nikt bomb nie liczy. W domu temperatura ledwo sięga 4 stopni, każdy nosi po kilka par spodni i skarpet. Tetiana nie zdejmuje chustki, żeby włosy się nie brudziły i żeby nie tracić ciepła.

“Najgorsze były miny. Jeśli słychać świst, trzeba szybko się ukryć i kryć głowę, bo mogą posypać się kamienie, szkło, kawałki dachu. Mina rozpada się na odłamki około 5 mm, one są gorące i bardzo ostre. Te fragmenty są niebezpieczne, łatwo okaleczają lub zabijają człowieka. Pierwsza mina, która była blisko nas, uderzyła w pięciopiętrowy budynek naprzeciw naszego domu, druga, taka sama spadła na garaż na sąsiednim podwórku. Po tym pochowali dziewczynkę. Trzy latka miała”. Tetiana przeprasza za chaotyczną opowieść: nie pamięta już dat. Po tym wypadku rodzina już nie odchodzi daleko od domu.

Jedzenie gotują na ognisku. Produkty z sąsiadami mają wspólne. Na rozpałkę robią wszystko, co znajdą w domach i co się nadaje.

Któregoś dnia Tetiana słyszy świst, ściany się trzęsą, z szafki coś wpada do garnka z zupą. To dom sąsiada, w którym mieszka z córką i teściową. Tetiana prosi męża, żeby poszedł sprawdzić, a sama dalej gotuje zupę. Musi nakarmić 10 osób (do grupy dołączyły dwie kobiety, krewne sąsiada).

Okazuje się, że mina trafiła prosto w dom, ściana spadła na teściową, która niedawno miała udar mózgu. “W domu dym, babci nie widać, zobaczyli kapcie, zaczęli odrzucać cegły. Wynieśli ją i położyli w samochodzie”.

Wszyscy gaszą pożar. Babcię odwożą do rodziny, po tygodniu babcia umiera. Chowają ją w sadzie sąsiada.

“Na stypę sąsiad przynosi 5 czy 7 jajek, kawałek sera i jakieś pierożki. Moje dzieci bardzo cieszyły się, że zmarła babcia. Dawno nie jadły jajek” ー przyznaje Tetiana.

Coraz bliżej nas

Miasto powoli zamienia się w ruiny. Na ulicach leżą trupy, a na podwórkach z każdym dniem pojawia się coraz więcej grobów. Pod parkanem Tetiany jakiemuś chłopcu kawałek miny kaleczy nogę. Ludzie wiozą go do domu na taczce, odcinają nogę piłą do metalu. Nawet nie krzyczy, jest w szoku. Chowają go następnego dnia.

Tetiana: “Nikt nie udzielał pomocy medycznej. Nigdzie nie było lekarzy. Jednemu mężczyźnie, odłamek miny odciął połowę żeber. Gdy zrzucili z niego kurtkę, widać było nagie serce. Był martwy. Obok niego krater".

25 marca na podwórko Tetiany spadają trzy takie miny.

“Mój najmłodszy syn zachorował, wysłałam męża po lekarstwo. Poszedł, a jak przyniósł je z kuchni, dom dosłownie podskoczył, wyleciało całe szkło, spadł sufit, zdążyłam rzucić koc na głowy dzieci. Drzwi wyleciały”. Po tym od razu zdecydowali się wyjechać z Mariupola. Torby mieli przygotowane jeszcze z lutego.

Tetiana rozrywa białe prześcieradło na kawałki, zawiązuje dzieciom, mężowi i sobie na ramię ー wstążka oznacza lojalność wobec Rosjan, bez niej nie udałoby się wyjść z miasta. Dom jest zniszczony, ale ikon nie można zostawić. Tetiana wiesza każdemu członkowi rodziny na szyi świętych: sobie ー ikonę św. Makarego Kaniowskiego, mężowi ー Kazańską Matkę Boską, starszemu synowi ー Ostrobramską, młodszemu ー Piotra i Feofanię Muromskich, patronów rodziny.

Rodzina Tetiany wyjeżdża z Mariupola. Na zdjęciu mąż Tatiany, jej synowie i sąsiedzi.

Córka sąsiada, któremu rodzina pomagała wyciągnąć babcię spod gruzów, pokazuje bezpieczną ścieżkę. Ruszają w drogę na piechotę: Tetiana, jej mąż i synowie i dwóch sąsiadów.

“Po drodze prawie znaleźliśmy się pod ostrzałem. Ale ludzie nas zawołali do siebie na podwórko. Jak mówili, jacyś trzej DNR-owcy kilka minut przed ostrzałem przychodzili. Mówili, teraz będzie ostrzał, schowajcie się. Nikt nie korzystał z tej drogi. To była ścieżka, którą ludzie wychodzili z miasta. Pieszo”.

Rodzina idzie przez pozostałości wysadzonego mostu - po deskach i kawałkach żelaza, którzy rzucili miejscowi, żeby jakoś dało się przejść. Z góry patrzą na swoją dzielnicę, jest pełna czarnego dymu.

Idą przez miasto, co chwila trafiają na blokposty [punkty kotrolne, na których służby sprawdzają dokumenty]. Czarni, brudni i głodni, z ikonami na szyjach, smutni i przestraszeni ー taki wygląd pomaga ominąć blokposty.

“Patrzą na ciebie jak na kogoś nienormalnego i nikt cię nie zatrzymuje" - mówi Tetiana.

Ludzie z okolicznych domów wynoszą uchodźcom jedzenie. W tej części miasta mieszkańcy mają szczęście, bo mieszkają około magazynów z jedzeniem. W dzielnicy Tetiany ludzie nosili ze składów tylko alkohol.

Tetiana chce się dostać się do teściowej, która mieszka w innym powiecie, ok. 50 km dalej. Młodszy syn podczas drogi choruje, sadzają go na rowerze. Drugi rower wyrzucają, bo nie da się z nim iść.

Po drodze widzą, jak rosyjscy żołnierze rozdają dzieciom ciastka i czekoladę. Tetiana posłusznie wkłada ciastka do worka, żeby nie narażać się na niebezpieczeństwo.

“Myślałam sobie: Skurwysyn, dzisiaj rano zniszczyłeś mój dom i dom tego dziecka, zniszczyłeś szkołę, w której pracowałam, zabijałeś ludzi, których znałam. A teraz dajesz mi te cztery ciastka? Abyś się nim udławił”.

Żyję

Z Mariupola do skrzyżowania za miastem rodzinę podwozi nieznajoma kobieta. Potem idą jeszcze 3 kilometry. Ktoś ich znowu podwozi, do wsi teściowej zostało tylko 8 km. Dalej pieszo. Docierają wieczorem. Teściowa nie jest zachwycona, jedzenia ma bardzo mało. No i ciasno w domu.

“Sądząc po tym, co pokazują w rosyjskiej telewizji, rozumiałam, że nic dobrego nas w Mariupolu nie czeka. Nie chcę, żeby moje dzieci wyrosły na te same potwory, które teraz przyszły na naszą ziemię” ー mówi Tetiana. Idzie na koniec wsi na cmentarz. Tylko tam udaje się złapać zasięg. Dzwoni do matki:

“Żyję”.

Drugi telefon do znajomej, która przynosiła pielmeni. Kobieta już jest w Winnicy. Tetiana pyta, jak jej się udało. Tamta radzi jechać na Berdiańsk, a potem na Zaporoże. I stamtąd dalej.

We wsi, w której mieszka teściowa, jest centrum rehabilitacji dla uzależnionych. Od wybuchu wojny pracownicy centrum pomagają uchodźcom. Tetiana prosi, żeby ich wywieźli. Wolontariusze chcą uzbierać dwa busy chętnych do ewakuacji. Zbiera się 10 osób. Dlaczego tak mało? Bo wolontariusze popełniają błąd: pytają w miejscowej administracji, czy nie ma więcej cywili do ewakuacji. Administracja wysyła ich na policję. A tam już siedzą Rosjanie i każdego sprawdzają.

“Rozbierają mężczyzn do majtek, żeby zobaczyć, czy nie ma śladów amunicji wojskowej, czy są tatuaże z symboliką patriotyczną, wszystkim przekopują rzeczy, grzebią w dokumentach, robią przesłuchanie, robią zdjęcia. Pobierają odciski wszystkich palców, tworzą jakąś bazę danych. Jeśli znasz kogoś, kto służy w Siłach Zbrojnych Ukrainy, Gwardii Narodowej, policji, SBU, obronie terytorialnej lub jeśli w jakikolwiek sposób im pomogłeś, jesteś zdrajcą i nikt nie wie, co się z tobą wkrótce stanie” ー mówi Tetiana.

Wolontariusze lądują w areszcie, busy znikają. Tetianie Rosjanie mówią, że wolontariusze pracują w złej organizacji. Kiedy tekst jest przygotowany do publikacji dowiadujemy się, że z więzienia w Ołeniwce zwolniono dwóch wolontariuszy i 30 innych jeńców. Są bezpieczni.

Rosjanie odwożą ludzi z powrotem do centrum miejscowości.

“Ork powiedział mi, że tam jest punkt ewakuacji. Podchodzę, pytam, dokąd jedziemy. Mówią mi: Rostów lub Donieck. A Zaporoże nie? Oni patrzą złośliwie. Wtedy dodaję: A do Berdiańska?”.

Jakiś mężczyzna proponuje, że zawiezie rodzinę za 6000 hrywien.

“6 tysięcy? No skąd… Gotówki nie zdążyliśmy wybrać" - mówi Tetiana.

W końcu ktoś godzi się zawieźć ich do Berdiańska za 2000 hrywien. Jadą bocznymi dróżkami, ale udaje się objechać najstraszniejsze blokposty, gdzie cywile czekają dobę lub dwie.

W Berdiańsku uchodźcy trafiają do centrum pomocowego. “Były tam ukraińskie flagi, jednak władza już rosyjska. Wiedzieliśmy, że to kłamstwo”.

Jedna noga na zewnątrz, rozstrzelamy całą kolumnę

Rodzina nocuje w centrum pomocowym. 1 kwietnia na krótko pojawia się zasięg. Tetiana dowiaduje się o ewakuacji, którą przygotowuje Iryna Wereszczuk, ukraińska wicepremier, minister ds. reintegracji tymczasowo okupowanych terytoriów Ukrainy. 45 autobusów czeka pod Berdiańskiem, jednak rosyjscy żołnierze nie zezwalają na ewakuację. Ludziom nie pozostaje nic innego, jak pieszo wychodzić z miasta.

Za miastem Tetiana widzi miejskie i szkolne autobusy, które na nich czekają. Z Berdiańska kolumna ewakuacyjna wyjeżdża o 11:00 rano, do Zaporoża dojeżdżają o pierwszej w nocy. Odległość między miastami to 200 km, kiedyś można było dojechać w 3 godziny. Na 200 km rosyjscy żołnierze rozmieścili ponad 12 blokpostów. A w nich znana procedura: rozbieranie, oglądanie…

Kolumna porusza się tylko razem, żaden autobus nie może wyprzedzać lub zostać. Na jednym blokpoście ludziom grożą rozstrzelaniem.

Tetiana: “Dzieci chciały wyjść do toalety, było duszno, wypiły dużo wody. Kierowca otworzył drzwi, podszedł ten, kogo nazywają MCZS DNR, czyli przedstawiciel Ministerstwa ds. Sytuacji Nadzwyczajnych Donieckiej Republiki Ludowej. Krzyknął: Jesli tolko adna naga wyjdet na ulicu, my rastreliajem wsiu kalonu. [Jeżeli tylko jedna noga wyjdzie na zewnątrz, rozstrzelamy całą kolumnę]. Nie szkoda im było 45 autobusów z ludźmi. Wzięliśmy 6-litrową butelkę i korzystaliśmy z niej zamiast toalety”.

W Zaporożu rodzina dostaje nocleg i jedzenie. Następnego dnia wolontariusze odwożą ich na bezpłatny pociąg do Lwowa. W Zaporożu lepiej nie zostawać.

Już piąty miesiąc Tetiana z mężem i dziećmi mieszka na zachodzie Ukrainy. Nie mają dokąd wracać:

Tetiana mówi o wojnie: “Tam trzeba było wykonać trzy zadania: pozostać przy życiu, nie stracić rozumu i pozostać człowiekiem. Niestety, wielu osobom nie udało się spełnić wszystkich trzech punktów”.

Udostępnij:

Krystyna Garbicz

Jest dziennikarką, reporterką, „ambasadorką” Ukrainy w Polsce. Ukończyła studia dziennikarskie na Uniwersytecie Jagiellońskim. Pisała na portalu dla Ukraińców w Krakowie — UAinKraków.pl oraz do charkowskiego Gwara Media.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne