Projekt nowelizacji ustawy o świadczeniach opieki zdrowotnej finansowanych ze środków publicznych wychodzi naprzeciw społecznym oczekiwaniom, by lekarze nie mogli zarabiać kokosów. Ale czy nowela poprawi sytuację pacjentów?
Projekt nowelizacji ustawy o świadczeniach opieki zdrowotnej finansowanych ze środków publicznych oraz niektórych innych ustaw (UD439) został opublikowany przez Rządowe Centrum Legislacji 24 lipca 2026 r. Zawiera on część propozycji zmian ogłoszonych 8 lipca 2026 r. przez ministrę zdrowia Jolantę Sobierańską-Grendę (na zdjęciu u góry). Przypomnijmy, że ministra kilka dni wcześniej została postawiona w tej kwestii pod ścianą przez premiera Donalda Tuska.
A wszystko za sprawą nagłaśnianych szeroko przez media nieprawidłowości w warszawskim Szpitalu Południowym. Wtedy to opinia publiczna po raz kolejny dowiedziała się, że są w Polsce lekarze, którzy w publicznym sektorze zarabiają grubo ponad 100 zł tysięcy miesięcznie, nie będąc nawet specjalistami.
Sygnały o gigantycznych zarobkach medyków pojawiały się już wcześniej. Chociażby ten o neurochirurgu, który pracując w zadłużonym po uszy warszawskim Instytucie Psychiatrii i Neurologii, „wyciąga” 300 tys. zł na miesiąc. Władze od dawna wiedziały o kominach płacowych w publicznych placówkach, siedziały jednak cicho.
Tym razem mleko się rozlało i rząd przystąpił do wymuszonych działań.
„Widzę to tak” to cykl, w którym od czasu do czasu pozwalamy sobie i autorom zewnętrznym na bardziej publicystyczne podejście do opisu rzeczywistości. Zachęcamy do polemik.
Szykowanym naprędce zmianom towarzyszyła publiczna debata pełna ostrej krytyki lekarzy wymierzonej w całe środowisko.
Jakby to oni stworzyli system kontraktów, wyceniali poszczególne procedury i byli odpowiedzialni za to, że szpitalom opłacało się ich zatrudniać za ciężkie pieniądze, bo i tak na tym zarabiały. Z drugiej strony trzeba też powiedzieć, że część lekarzy czerpało z systemu gigantyczne korzyści, zaś środowisku specjalnie to nie przeszkadzało.
Władzom natomiast w chwili, gdy media zaczęły nagłaśniać te ekscesy, pasowało wskazanie winnego. Znalazło go w postaci pazernych medyków. To zdecydowanie łatwiejsze niż wzięcie odpowiedzialności za rosnące latami długi szpitali, za odkładaną w nieskończoność likwidację nadmiarowych placówek, za niegospodarne wydawanie środków publicznych.
Zamiast porządnej, przemyślanej reformy, której zresztą nie sposób stworzyć z dnia na dzień, postanowiono szybko wprowadzić kilka istotnych ograniczeń.
Najważniejsze zmiany to:
Ministerstwo Zdrowia spieszy z wprowadzeniem w życie powyższych zmian. Władzom zależy, by zaczęły one obowiązywać 1 stycznia 2027 r. M.in. dlatego czas na konsultacje społeczne ustawy ograniczono (mimo protestów) do 2 tygodni.
PAP podał, iż urząd otrzymał do projektu ustawy aż 530 uwag. Napłynęły one od 92 instytucji. Naczelna Izba Lekarska już kilkanaście dni temu zamieściła swoje szczegółowe stanowisko w tej sprawie. Publicznie wypowiedziało się także m.in. Porozumienie Rezydentów.
Dzielę się państwem kilkoma swoimi uwagami na ten temat.
Uważna lektura dokumentu utwierdza mnie w przekonaniu, że w propozycji ustawy chodzi głównie o przykręcenie śruby medykom. A następnie kontrolowanie ich (a także ich pracodawców) na każdym kroku, czy aby nie obchodzą nowych przepisów.
Trudno dostrzec w tym wszystkim pacjenta, a przecież to on powinien być tu najważniejszy.
Wprawdzie w projekcie czytamy o poprawie jakości i dostępności świadczeń, a także o tym, że ustawa „zmierza do wyeliminowania przypadków nierównego traktowania pacjentów przez podmioty wykonujące działalność leczniczą”.
Niestety, obawiam się, że projektowane zmiany utrudnią dostęp do świadczeń i dodatkowo pogłębią nierówności w zdrowiu, jakie obserwujemy w Polsce. Bez poważnej, całościowej reformy, będziemy tylko udawać, że naprawiamy system.
W Ocenie Skutków Regulacji ustawodawca wyraźnie zaznacza, że jednym z głównych problemów polskiego systemu opieki zdrowotnej są ograniczone zasoby kadrowe. To m.in. z tego powodu wielu lekarzy pracuje w kilku miejscach. Ograniczenie tej możliwości sprawi, że lekarz nie zoperuje niektórych pacjentów w szpitalu bądź nie przyjmie ich w przychodni.
Będzie to dotyczyć głównie poradni w mniejszych miejscowościach, które często zatrudniają lekarzy specjalistów na kilka godzin w tygodniu, a także szpitali powiatowych.
Ustawodawca twierdzi, że chce położyć kres „medycynie walizkowej” tj. temu, że lekarz przyjeżdża do placówki, wykonuje w niej ileś zabiegów, a późniejszy los pacjentów już go nie obchodzi. Jest to niewątpliwie problem, ale czy zakazując takich praktyk, nie wylewa się dziecka z kąpielą?
Jeśli projektowane regulacje wejdą w życie, pacjenci w większych ośrodkach prawdopodobnie mniej boleśnie odczują ich konsekwencje. Natomiast ci z mniejszych miejscowości staną przed koniecznością dłuższego stania w kolejce i dojazdów do placówek w oddalonych większych miastach.
Już dziś z racji kłopotów kadrowych wiele szpitali ma ogromne problemy z obsadzeniem dyżurów na SOR-ach czy w ramach nocnej i świątecznej opieki medycznej. Wygląda na to, że po 1 stycznia 2027 r. będzie z tym tylko gorzej.
Wydaje się też, że „medycyna walizkowa” w odniesieniu do poradni nie jest rozwiązaniem, z którym należałoby walczyć.
Dobrze by było się również zastanowić, czy te same rozwiązania powinny obowiązywać od razu w całym kraju. Trudno bowiem porównać sytuację w dużym mieście, w którym działa kilka szpitali, z małym ośrodkiem np. na ścianie wschodniej, gdzie już dziś dostęp do wielu świadczeń jest mocno utrudniony.
Powstałe w czasach COVID-u kominy płacowe to w dużej mierze efekt nieprawidłowych wycen wielu świadczeń. Autorzy Oceny Skutków Regulacji nie wskazują, by zawyżenie niektórych z nich było źródłem problemów. Dostrzegają tu jednak nieprawidłowości, ponieważ ustawa ma dać uprawnienia rządowej Agencji Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji do podejmowania inicjatywy we wprowadzaniu oczekiwanych zmian.
Do tej pory AOTMiT mógł wykonywać tylko zaplanowane z góry roczne plany Ministerstwa Zdrowia w tym zakresie.
To korzystna zmiana. Oby się utrzymała i Agencja rzeczywiście dokonała w miarę szybko potrzebnych korekt.
Pieniędzy w systemie publicznych od proponowanych zmian nie przybędzie — piszą autorzy regulacji. Publiczne środki mają być tylko lepiej wydawane niż dziś.
Za to przybędzie — i to skokowo — kontrolerów nowych przepisów. Projekt ustawy zakłada stworzenie 480 etatów dla kontrolerów. 48 nowych pracowników ma zasilić wojewódzkie oddziały NFZ, aż 432 warszawską Centralę. Łączny koszt ich zatrudnienia do roku 2036 oszacowano na 550 mln zł.
Część kontrolerów ma być lekarzami i — jak pisała w „Gazecie Wyborczej” Judyta Watoła — prezes NFZ będzie mógł zatrudniać ich na kontraktach i jednocześnie pozwalać im dalej leczyć.
Nic tylko zostać kontrolerem.
Co ciekawe, kontrole mogą dotyczyć także komercyjnych placówek. W jakim celu? Po to, by sprawdzić, czy lekarz, który powinien być w publicznym szpitalu, nie dyżuruje akurat w prywatnym.
Z dokumentu wynika jasno, że władza traktuje wszystkich lekarzy jako potencjalnych oszustów. Że będą oni nie tylko pracować nadal za dużo, ale także oszukiwać w zeznaniach. Bo jakże inaczej rozumieć przepis, że za złożenie fałszywego świadectwa na temat wykonywanej pracy będą im grozić sankcje karne?
Czy naprawdę nie wystarczyłyby sankcje administracyjne?
Czy rzeczywiście tego typu wykroczeniami powinny zajmować się nasze przeciążone pracą sądy?
Na myśl przychodzi mi wypowiedź lekarza, który kilka lat temu mówił OKO.press: „Władza stawia nas w jednym szeregu z pedofilami, handlarzami narkotyków i zwykłymi przestępcami”. (Rozmowa dotyczyła błędów medycznych i wprowadzonych przez Zbigniewa Ziobro specjalnych komórek w prokuraturach okręgowych do badania tych błędów; notabene w części prokuratur nadal istnieją takie komórki).
Ciekawie brzmi 12 punkt Oceny Skutków Regulacji. Dotyczy on tego, w jaki sposób przekonamy się o efektach projektu i jakie mierniki zostaną w tym celu użyte.
Otóż wskaźnikiem tym nie będzie bynajmniej skrócenie kolejek do pewnych badań czy zabiegów lub dostępność do nich w mniejszych miejscowościach, lecz „zmiana (obniżenie) odsetka osób wykonujących zawód medyczny, udzielających świadczeń zdrowotnych z zakresu leczenia szpitalnego i ambulatoryjnej opieki specjalistycznej, zatrudnionych u więcej niż 2 świadczeniodawców”.
Drugi wskaźnik będzie wskazywał z kolei na „zmianę (zwiększenie) odsetka osób (...) zatrudnionych u jednego świadczeniodawcy”.
Rozumiem, że lepiej przywiązać lekarza czy pielęgniarkę do jednego miejsca pracy, ale to naprawdę nie powinno być jedynym wskaźnikiem poprawy funkcjonowania systemu.
Premier Donald Tusk niedawno powiedział, że „za wszelką cenę chce uniknąć sytuacji, w której te zmiany [zawarte w projektowanej ustawie] doprowadziłyby do realizacji przez lekarzy mniejszej liczby świadczeń na rzecz pacjentów. To bardzo trudne zadanie. Naprawdę nie chcę demotywować lekarzy” – dodał Tusk.
Być może premier zwrócił uwagę na pojawiające się w przestrzeni publicznej zapowiedzi o strajku włoskim lekarzy.
Sprowadzałby się on do wykonywania mniejszej ilości zabiegów w tym samym czasie.
Pytana o możliwą ograniczoną liczbę świadczeń wiceministra zdrowia Katarzyna Kęcka natomiast postraszyła, że takie ograniczenie będzie miało konkretne konsekwencje dla placówki. W przypadku szpitali należących do sieci mniejsza liczba wykonanych świadczeń może przełożyć się na wysokość ryczałtu w kolejnym roku — ostrzegła urzędniczka.
„Nie jest więc tak, że można dowolnie ograniczyć liczbę udzielonych świadczeń tylko dlatego, że wynagrodzenie będzie rozliczane godzinowo, a nie od wykonanej procedury” – dodała Kęcka.
W wielu uwagach do projektu ustawy, jakie pojawiają się w sieci, powtarza się wątek zamykania niektórych szpitali powiatowych, dla których nowa regulacja może być prawdziwym gwoździem do trumny.
W Polsce od dawna mówi się, że to nieuchronne, ale można mieć wątpliwości, czy taka zmiana powinna się dokonać w ten właśnie sposób.
Ustawodawca jest jednak optymistą. „Projekt (....) wywrze pozytywny wpływ na podmioty lecznicze udzielające świadczeń opieki zdrowotnej ze środków publicznych, dzięki poprawie stabilności posiadanych zasobów kadrowych i ograniczeniu presji płacowej ze strony pracowników medycznych”.
Czekamy na wyniki konsultacji publicznych. Zostaną one omówione w raporcie dołączonym do Oceny Skutków Regulacji — zapowiada Ministerstwo Zdrowia.
Przekonamy się, czy ustawodawca uwzględni przynajmniej część z nich. Czy — jak dowodzi tego chociażby grzęznąca reforma opieki psychiatrycznej — władza niby słucha innych głosów, a potem i tak robi swoje.
Zdrowie
Jolanta Sobierańska-Grenda.
Ministerstwo Zdrowia
lekarze
Naczelna Izba Lekarska
Porozumienie Rezydentów
SOR
szpitale powiatowe
ustawa
zarobki medyków
Biolog, dziennikarz. Zrobił doktorat na UW, uczył biologii studentów w Algierii. 20 lat spędził w „Gazecie Wyborczej”. Współzakładał tam dział nauki i wypromował wielu dziennikarzy naukowych. Pracował też m.in. w Ambasadzie RP w Waszyngtonie, zajmując się współpracą naukową i kulturalną między Stanami a Polską. W OKO.press pisze głównie o systemie ochrony zdrowia.
Biolog, dziennikarz. Zrobił doktorat na UW, uczył biologii studentów w Algierii. 20 lat spędził w „Gazecie Wyborczej”. Współzakładał tam dział nauki i wypromował wielu dziennikarzy naukowych. Pracował też m.in. w Ambasadzie RP w Waszyngtonie, zajmując się współpracą naukową i kulturalną między Stanami a Polską. W OKO.press pisze głównie o systemie ochrony zdrowia.
Komentarze