0:000:00

0:00

Prawa autorskie: Fot. Maciek Jaźwiecki / Agencja Wyborcza.plFot. Maciek Jaźwieck...

Komisja do spraw afery wizowej, która bada skalę procederu korupcyjnego przy legalizacji pobytu cudzoziemców w Polsce w okresie od 12 listopada 2019 roku do 20 listopada 2023 roku, zakończyła pierwszy etap swoich prac. Kolejne posiedzenie 5 marca. Czego do tej pory się dowiedzieliśmy?

Mimo wcześniejszych zapowiedzi były wiceminister MSZ Piotr Wawrzyk odmówił zeznań przed komisją. Po raz pierwszy publicznie głos zabrał natomiast Edgar Kobos (na zdjęciu u góry), współpracownik Wawrzyka, który (choć oficjalnie niezatrudniony w MSZ) miał wydawać konsulom polecenia wystawania wiz rzekomym „aktorom Bollywood” (sprawę opisał we wrześniu Andrzej Stankiewicz w Onet.pl).

W swoich zeznaniach Kobos potwierdzał, że afera wizowa miała miejsce i to na dużą skalę. Zapewniał o swojej chęci współpracy z organami śledczymi i podkreślał znaczenie swojej pozycji w MSZ oraz jako współpracownik Wawrzyka.

Konsulowie w Mumbaju potwierdzają

Najciekawsze były zeznania konsula RP w Mumbaju Daniela Irzyka oraz Mateusza Reszczyka, wicekonsula. Obaj potwierdzili wszystkie szczegóły historii, o której we wrześniu pisał Stankiewicz.

Dostawali od wiceministra Wawrzyka maile z poleceniami wydania wiz rzekomym „aktorom” w trybie pilnym i poza kolejką. Jako osobę kontaktową Wawrzyk wskazywał Kobosa, który przedstawiał się jako „producent liniowy”, koordynujący logistykę „ekipy filmowej”.

Jednej z takich grup, liczącej 35 osób, konsulowie wydali wizy Schengen, ale już kolejna, 80-osobowa wzbudziła ich podejrzenia i postanowili ją zweryfikować. Gdy udali się do innego stanu, by przesłuchać wnioskujących, którzy pochodzili z tej samej wioski, okazało się – dokładnie tak, jak pisał Onet.pl – że „choreograf nie potrafił tańczyć, aktor nie potrafił wskazać żadnego dorobku filmowego” a wśród innych członków „ekipy” był np. sprzedawca warzyw czy pracowniczka stacji benzynowej. Wszyscy mówili wyłącznie w lokalnym języku gudżarackim, nie potrafili powiedzieć nic o planowanej produkcji filmowej i nie wyjeżdżali wcześniej za granicę.

Przeczytaj także:

Wicekonsul Reszczyk powiedział, że po tej weryfikacji odrzucili wszystkie wnioski, uznając je za ewidentny szwindel, ale cała grupa złożyła je ponownie. W tym momencie znowu zainterweniował Kobos, który wysłał konsulom kserokopie paszportów poprzedniej, 35-osobowej grupy. Jeśli dokumenty miały uwiarygodnić cały proceder, to stało się odwrotnie: podejrzenia konsuli wzbudził fakt, że w paszportach znajdowały się pieczęcie, wskazujące na to, że cała grupa z Indii poleciała nie do Polski, tylko do Paryża, a następnie opuściła strefę Schengen przez Madryt lub Lizbonę.

„Ponieważ mniej więcej w tym samym czasie podjęliśmy informację, że istnieje możliwość kanału przerzutowego z użyciem wizy Schengen wielokrotnego wjazdu, postanowiliśmy, że udam się do konsulatu amerykańskiego w Mumbaju, gdzie działa funkcjonariusz służb amerykańskich pod nazwą Overseas Criminal Investigator. (...) Ów agent specjalny poinformował mnie, że istnieje tego typu kanał przerzutowy, którego oni [Amerykanie] są świadomi – mówił Reszczyk.

„W związku z powyższym przekazałem mu informacje dotyczące tych 35 osób z naszą oceną sytuacji i poprosiłem o jak najszybsze sprawdzenie, czy przypadkiem ci ludzie nie wyjechali dalej z Lizbony i z Madrytu w stronę Stanów Zjednoczonych. Zwłaszcza że z Lizbony ani z Madrytu nie ma bezpośrednich lotów do Indii, a szczególnie do Gudżaratu. Po jakimś czasie dostaliśmy informację o tym, że co najmniej 21 osób przekroczyło granicę w Meksyku".

Tworzenie kanału przerzutowego

Konsul mówił też, że dla społeczności Gudżaratu „istnieją dwa miejsca na świecie, do których oni chcą emigrować – to są Stany Zjednoczone, a dokładnie stan New Jersey, i Wielka Brytania".

Wiza Schengen nie uprawnia do wjazdu do USA, ale już do Meksyku tak (w przeciwieństwie do wizy krajowej, która uprawnia tylko do wjazdu do Polski). Dalsza podróż do USA musiała więc odbywać się nielegalnymi szlakami z pomocą przemytników.

Wizy Schengen wydawane przez polskie konsulaty stały się więc elementem tworzenia nielegalnego kanału przerzutu ludzi. Dotychczasowe ustalenia pokazują, że właśnie dzięki interwencji konsuli w Mumbaju, którzy postanowili zweryfikować podejrzane wnioski, udało się powstrzymać rozwój tego kanału. Czy skorzystało z niego więcej niż te 35 osób, którym wcześniej wydano wizy?

Szef komisji, poseł KO Michał Szczerba, powiedział, że prokuratura ustaliła, że w procesie korupcyjnym wizy otrzymało 607 cudzoziemców. Konsul Reszczyk mówił natomiast, że polecenia wydawania wiz „bez kolejki” spływały co najmniej od wiosny 2022 roku również do konsulatów w innych krajach. Wymienił (zaznaczając, że nie jest to pełna lista) konsulaty w Arabii Saudyjskiej, Hongkongu, Tajwanie, Singapurze, Tanzanii, Pakistanie i Filipinach.

We wrześniu dziennikarka OKO.press Maria Pankowska przeprowadziła rozmowę z konsulem w jednym z krajów azjatyckich, który potwierdzał, że również dostawał naciski z MSZ:

Konsul, który chciał pozostać anonimowy, opowiadał, że otrzymał z MSZ pismo, które – powołując się na decyzję Piotra Wawrzyka – imiennie wskazywało osoby do wydania wiz poza kolejką.

Konsul informował MSZ o ryzyku korupcji w związku z listami, ale jego wiadomości zostały zignorowane. Mówił też, że polecenia były przekazywane w sposób zupełnie jawny: „Pismo, które dostaliśmy, było skierowane do kilku placówek. Nikt tego nie utrzymywał w tajemnicy. To było najdziwniejsze. Nie było szyfrowania, tylko oficjalne pismo z poleceniem. Więc od początku było wiadomo, że to wyjdzie prędzej czy później. Konsulowie mogli mieć wątpliwości, że to rzeczywiście jest coś nielegalnego”.

W zeznaniach przed komisją śledczą wicekonsul Reszczyk przytoczył swoją rozmowę z agentem federalnym USA, który potwierdził mu, że przypadek „bollywodzkich aktorów” był prawdopodobnie typową próbą testowania kanału przerzutowego. Reszczyk powiedział też, że w opinii Hindusów uzyskanie wizy Schengen w polskich konsulatach uchodzi za stosunkowo łatwe. O tym, ile, i jakiego typu wiz oraz zezwoleń wydaje Polska, pisaliśmy tutaj:

Koślawy system wizowy

Zeznania obu konsulów potwierdziły, że polskie procedury wizowe zostały wykorzystane jako element przestępczego procederu. W dodatku, „na papierze” wszystko się zgadzało i wydanie takich wiz przez konsulat byłoby zgodne z prawem. Nic nie wskazuje na to, by do korupcji dochodziło na poziomie konsulatów czy firm zajmujących się outsourcingiem wizowym w Indiach (a aplikanci składali wnioski w regionalnym oddziale firmy VFS Global, tam również przesłuchiwali ich konsulowie).

Jak to możliwe, że dochodzi do sytuacji, w której legalnie wydane w polskich konsulatach wizy Schengen, stają się „trampoliną” na szlak przemytniczy do USA?

Całkiem trafnej odpowiedzi na to pytanie udzielił podczas przesłuchania Edgar Kobos: „To był koślawy system, w którym występowało wiele nadużyć, na różnych szczeblach. Niewydolność placówek, zwiększenie wydawania wiz i presja na ich wydawanie, zmiany w prawie, outsourcing wizowy, tworzenie instytucji takich jak Centrum Wizowe w Łodzi”.

O tym skomplikowanym i pełnym luk oraz sprzecznych interesów systemie pisaliśmy szeroko tutaj:

Faktem jest, że w ostatnich latach wiele branż zmagało się z niedoborem pracowników i lobbowało za ułatwieniami wizowymi. Firmy rekrutowały pracowników za granicą i na ich wnioski Urzędy Wojewódzkie wydawały zezwolenia na pracę. Liczba tych zezwoleń znacząco wrosła w ostatnich latach.

W kampanii wyborczej politycy ówczesnej opozycji często przytaczali te statystyki, sugerując, że są to „migranci, których PiS sprowadził do Polski”. To prawda, że skala imigracji do Polski w ostatnich latach się zwiększyła, jednak liczba zezwoleń na pracę absolutnie nie przekładała się na liczbę wiz – tych wydano dużo mniej, m.in. dlatego, że przeciążone konsulaty nie nadążały z procedowaniem wniosków. Przedsiębiorcy wielu branż apelowali o usprawnienie tego systemu.

W 2020 roku wprowadzono ułatwienia prawne, umożliwiające cudzoziemcom aplikowanie o wizę w konsulatach poza swoim krajem zamieszkania lub pochodzenia, a od 2023 roku planowano dodatkowo uprościć procedury wizowe dla 20 krajów. Przedsiębiorcy przyjęli te zmiany z entuzjazmem, ale już eksperci byli sceptyczni.

Profesor Maciej Duszczyk, dziś wiceminister ds. migracji, w komentarzu dla OKO.press we wrześniu 2023 r. podkreślał, że potrzeby pracodawców nie mogą decydować o skali imigracji, bo w przyszłości wygeneruje to wiele problemów: Polska nie stworzyła polityki migracyjnej, nie ma planu na integrację i odpowiedniej infrastruktury społecznej.

Na ryzyko związane z ułatwieniami wizowymi i outsourcingiem części procedur wskazywał też w rozmowie z OKO.press Marcin Krzyżanowski, były konsul RP w Kabulu. Jego zdaniem, procedowanie wniosków wizowych przez komercyjne firmy częściowo pozbawia państwo kontroli nad tym procesem i może prowadzić do nieprawidłowości. Pracownik takiej firmy – zwłaszcza jeśli weryfikowałby wnioski wizowe będąc w Polsce, jak miałoby to miejsce, gdyby powstało planowane Centrum Wizowe w Łodzi – nie jest w stanie sprawdzić aplikanta i potwierdzić prawdziwości jego historii tak, jak doświadczony konsul, który zna lokalny kontekst.

„Afera bollywodzka” zresztą to potwierdza – to dzięki interwencji konsulów, którzy pofatygowali się, by zweryfikować wnioski, które wzbudziły ich podejrzenia, „szlak przerzutowy” udało się w porę zatrzymać.

Całą rozmowę z byłym konsulem można przeczytać tutaj:

Gdzie dochodziło do korupcji i nieprawidłowości?

Do podsumowania Kobosa o „koślawym systemie” należałoby dodać jeszcze jeden element: ogromny popyt na wizy Schengen doprowadził do wytworzenia się systemu „pośredników”, którzy na lukach w systemie i na desperacji ludzi marzących o emigracji zbudowali intratny biznes.

„Pośrednicy” działają zarówno w Polsce, jak i w krajach pochodzenia migrantów. Ich oferta i cennik mogą być różne – w rozmowie z Marią Pankowską, konsul mówił, że za „pakiet usług”, w których zakres wchodzi np. bilet lotniczy, ubezpieczenie i zezwolenie na pracę uzyskane w Urzędzie Wojewódzkim, potencjalni emigranci płacą 15-20 tysięcy złotych.

Z zeznań konsulów w Mumbaju przed komisją wynika, że bohaterowie „afery bollywodzkiej” płacili pośrednikom ok. 10 tysięcy euro. Przykładowy schemat działania takiego pośrednika opisywał Marcin Krzyżanowski:

„Zgłaszał się do nich człowiek, który chciał wyjechać, płacił – wtedy było to ok. 10 tysięcy dolarów, ale inflacja zrobiła swoje. Za te pieniądze ten pośrednik – możemy go nazwać »brokerem« – załatwiał w Polsce wszystkie dokumenty, i to prawdziwe. Za parę groszy uzyskiwał od firmy X ofertę pracy w Polsce. Oferta była prawdziwa. Po prostu wydana bez intencji zatrudnienia. Mogła być to oferta na stanowisko ślusarza, spawacza, kogokolwiek. Z nią szło się do starostwa po zezwolenie na pracę [zezwolenie wydaje Urząd Wojewódzki i jeśli oferta pracy spełnia kryteria, to nie ma przepisów, na mocy których mógłby odmówić jego wydania]. W międzyczasie inny pośrednik w Afganistanie załatwiał resztę papierów – umowę najmu mieszkania, potwierdzenie wykształcenia, kwalifikacji”.

Następnie, pośrednik uczył swojego klienta całej historii, którą ten przedstawiał potem przed konsulem. Krzyżanowski opowiadał o odrzucaniu wniosków, gdy orientował się, że aplikant kłamie, ale zaznaczał, że bywa to trudne.

„Nie wszyscy konsulowie mieli luksus bezpośredniego przesłuchania aplikanta. Ja mówię też po persku, więc mogłem zweryfikować więcej rzeczy. A i tak zdziwiłbym się, gdyby się okazało, że pomimo dołożenia wszelkich starań nie przepuściłem nigdy żadnego lipnego wniosku przygotowanego przez brokera-bajkopisarza”.

Krzyżanowski wspominał też o innym scenariuszu: faktycznej korupcji, choć bardzo mało prawdopodobne, by dotyczyła samych konsulów:

„Bardziej możliwe jest skorumpowanie »naszego« miejscowego pracownika, który podlega konsulowi. Wtedy on może te dokumenty swojego „klienta” przygotować, przedstawić w odpowiednim świetle. A konsul, który ma na przykład przysłowiowe 100 wniosków dziennie do przerobienia, nie będzie wczytywał się w każdą literkę. Wszystko się zgadza, podpis, pieczątka, naklejka – i lecimy do Polski” – mówił.

Polskie wizy jako „trampoliny na Zachód”

Część migrantów korzystała z usług pośredników, by faktycznie podjąć pracę w Polsce. W ostatnich latach coraz częstsze były jednak przypadki wykorzystywania wiz jako „trampoliny do Europy Zachodniej”.

Część pośredników działała właśnie w ten sposób: dogadywali się z przedsiębiorcą i załatwiali u niego „lipną” ofertę pracy, a celem ich klientów od początku był inny kraj. Przedsiębiorca nie ponosił konsekwencji tego, że cudzoziemski pracownik ostatecznie nie trafił do Polski.

Przedstawiciele zrzeszeń przedsiębiorców podkreślali, że karanie przedsiębiorców za to byłoby niesprawiedliwe: fakt, że wielu cudzoziemców traktuje polską wizę jako „trampolinę na Zachód,” jest również problemem dla wielu uczciwych pracodawców. Choć podczas rekrutacji starają się weryfikować faktyczne intencje kandydata, to i tak część pracowników nigdy do nich nie dociera, a czasem opuszczają Polskę po krótkim pobycie. Większość trafia ostatecznie do innych krajów Schengen. A w każdym razie, tak się wydawało, zanim na jaw nie wyszła „afera bollywodzka” – tak naprawdę nie wiemy, ilu posiadaczom wiz Schengen udało się dostać do Meksyku i dalej, nielegalnym szlakiem do USA.

Nieprawidłowości w systemie wizowym miały więc miejsce od dawna. Najczęściej przybierały postać quasi-legalnych „szwindli” z udziałem pośredników; rzadziej dochodziło do korupcji szeregowych pracowników konsulatu; a przypadek przekupienia samego konsula Marcin Krzyżanowski potrafił przywołać jeden – sprzed kilkunastu lat, w Łucku. Zupełną nowością i najbardziej szokującym faktem „afery wizowej” jest to, że w proceder zamieszane było samo MSZ.

Jaka była rola Edgara Kobosa?

Z dotychczasowych ustaleń komisji śledczej trudno wywnioskować, jaka była skala zaangażowania ministerstwa i samego Piotra Wawrzyka. Wawrzyk odmówił składania zeznań przed komisją, choć wcześniej zapowiadał gotowość do rozmów i odpowiedzi na wszystkie pytania.

W listopadowym wywiadzie dla Radia ZET przekonywał, że został wykorzystany przez Edgara Kobosa: „Za bardzo mu zaufałem, zapewniano mnie, że taki proceder ułatwień w wydawaniu wiz funkcjonował w MSZ od dawna. O tym, że on prowadzi takie działania, dowiedziałem się dopiero kilka tygodni po jego zatrzymaniu. Według tego, co on mnie przekazywał, ta działalność miała charakter czysto biznesowy, nie miała charakteru korupcyjnego, czy jakiegokolwiek przestępczego. To miała być działalność o charakterze formalnego pośrednictwa pracy” – mówił Wawrzyk.

Jednocześnie przekonywał też, że afera nie dotyczyła MSZ: „Ani w centrali ministerstwa, ani w placówkach, według mojej najlepszej wiedzy, nie doszło do żadnych działań niezgodnych z prawem”.

Z wersji byłego wiceministra (której nie powtórzył jednak przed komisją śledczą, wbrew zapowiedziom) wynikałoby więc, że nielegalne działania Kobosa należy oddzielić od MSZ. Kobos miałby po prostu wykorzystać znajomość z Wawrzykiem, przedstawić mu swoje działania jako „formalne pośrednictwo pracy” i nakłonić do wysyłania do kilkunastu konsulatów maili z ponagleniami.

Wiceminister miał być przekonany, że „taki proceder ułatwień funkcjonował w MSZ od dawna”. Jednocześnie, jak wynika chociażby z relacji konsula, który we wrześniu opowiadał OKO.press o wywieranych na niego naciskach, ministerstwo nie zareagowało w żaden sposób na zgłoszenia o ryzyku korupcji.

Na jawnych posiedzeniach komisji, Edgar Kobos przedstawiał inną wersję. Przyznawał, że dopuścił się działań niezgodnych z prawem i mówił, że „chce naprawić swoje błędy”. Podkreślał, że afera jest jak najbardziej sprawą MSZ, o czym świadczą „działania legislacyjne podejmowane przez Piotra Wawrzyka albo tworzenie nowych instytucji, których celem było jedynie zwiększenie, ale znaczące zwiększenie możliwości tego, jak wiele wiz Polska będzie w stanie wydać”.

Mówił też, że Zjednoczona Prawica próbowała bagatelizować skalę afery, a jednocześnie uniemożliwić mu wypowiedzi w mediach. Kobos podkreślał też, że ma informację o sposobach w jakich pracownicy centrali MSZ wymuszali wydawanie wiz na konsulach w wielu krajach.

Podczas jawnej części przesłuchania, Kobos zapewniał też, że był ważną osobą w MSZ i blisko współpracował w Wawrzykiem. O tym wspominał także wicekonsul w Mumbaju: choć Kobos oficjalnie nie był pracownikiem MSZ, to był dwukrotnie wybrany jako przedstawiciel młodzieżowy ministerstwa w ONZ, pojawiał się z byłym wiceministrem na wielu zdjęciach i Wawrzyk przedstawiał go mailach jako osobę do kontaktu (oficjalnie Kobos miał być „producentem liniowym” ekipy filmowej).

Dalsza część przesłuchania Kobosa odbywała się niejawnie. Po 4,5-godzinnym przesłuchaniu, przewodniczący komisji Michał Szczerba powiedział, że „wyposażyło ono członków komisji w nowe okoliczności, w nową wiedzę”.

O czym jest afera wizowa?

We wrześniu „afera wizowa” rozpalała wyobraźnię i w medialnej burzy wokół niej pojawiło się mnóstwo wątków, m.in.: migracji legalnej i nielegalnej, korupcji, outsourcingu wizowego, bezpieczeństwa, terroryzmu, granicy polsko-białoruskiej i potencjalnej sprzedaży setek tysięcy polskich wiz – na przykład na straganach w Nigerii.

Z dotychczasowych ustaleń prokuratury wynika, że w procederze korupcyjnym wizy otrzymało 607 osób. Nie wiadomo, ile osób jeszcze skorzystało na licznych lukach w „koślawym systemie”. Choć o sposobach działania pośredników i wykorzystywaniu polskich wiz do wyjazdu na Zachód wiedziano od dawna, to afery z udziałem udawanych aktorów Bollywood nikt się chyba jednak nie spodziewał.

Trudno przewidywać, co jeszcze mogło narodzić się na styku państwowej administracji i kreatywnego biznesu.

Na pewno było to coś bardziej zaawansowanego technologicznie niż stragany z wizami. We wrześniowej rozmowie z OKO.press były konsul w Kabulu opisywał, jak powstaje wiza: „Trzeba najpierw wprowadzić do systemu personalia, numer paszportu, zeskanować zdjęcia, i tak dalej. Potem wsadzam wizę do specjalnej drukarki. Na naklejkę zostaje naniesione zdjęcie, dane osobowe, dane wizy i kod”.

Zaznaczał też, że w wyjątkowej sytuacji – np. wojny i ewakuacji konsulatu – można wypisać wizę ręcznie, ale wymaga to powiadomienia służb bezpieczeństwa i Straży Granicznej o każdym takim przypadku.

Fakt nieistnienia straganów z wizami potwierdził także wicekonsul Reszczyk: „Nie, taka sytuacja nie jest możliwa. Stragany wynikają wyłącznie ze zdjęć Google Street View, które pokazują kolejkę do Wydziału Konsularnego Ambasady RP w Abudży w Nigerii”.

We wrześniowych rozmowach z OKO.press, były i obecny konsul podkreślali także, że w procedurach wizowych kładzie się duży nacisk na bezpieczeństwo. Marcin Krzyżanowski mówił, że aplikanci z krajów o dużym zagrożeniu terrorystycznym są dokładnie weryfikowani na różnych etapach, zarówno służb bezpieczeństwa, konsulatu, jak i Straży Granicznej, która ostatecznie może odmówić podejrzanym osobom wjazdu do kraju.

Potwierdzał to również konsul, z którym rozmawiała Maria Pankowska. Lista osób, którym MSZ polecało wydać wizy „poza kolejką”, nie budziła wątpliwości pod względem zagrożenia dla państwa: „To nie byli niebezpieczni ludzie. Nikt z krajów uważanych za niebezpieczne nie dostanie wizy, jeśli nie zaakceptuje go m.in. Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego i Straż Graniczna. Wiadomo, system jest przeciążony, a liczba sprawdzeń olbrzymia, ale konsul wizy nie wyda, jeśli te służby nie wyrażą zgody. Ci ludzie na listach z departamentu też byli sprawdzani, jeśli było to wymagane, i generalnie nie stanowili zagrożenia”, mówił konsul.

Afera wizowa czy wojewódzka?

„Afera wizowa przestawiona przez media jest wyłącznie częścią znacznie większej afery: afery legalizacyjnej, migracyjnej. To jest afera dotycząca zaniedbań, bardzo poważnych zaniedbań ze strony organów państwa" – mówił podczas przesłuchania wicekonsul Reszczyk. – „Ta przedstawiona w mediach afera jest tylko drobnym elementem. Odpowiedzialni za nią to ludzie, którzy odpowiadali za pracę wojewodów, za wydawanie dziesiątek, a może setek tysięcy pozwoleń o pracę, bo bez nich nie dałoby się złożyć wniosku wizowego”.

Ta wypowiedź wydaje się dobrym punktem wyjścia do dalszych śledztw. Mówiąc o „aferze wizowej”, myślimy głównie o konsulatach w dalekich krajach i cokolwiek podejrzanej roli wysokich państwowych urzędników w całym procederze. Mniej egzotyczną, ale równie ciekawą stroną medalu może być działalność polskich pośredników i urzędów wojewódzkich, które wydają zezwolenia na pracę.

O jednym z takich przypadków napisały w październiku lokalne media w Opolu. Działająca tam firma Permit, oferująca pośrednictwo w załatwianiu zezwoleń na pracę należy do żony Pawła Ślązaka, opolskiego Inspektora Wydziału ds. Cudzoziemców w Urzędzie Wojewódzkim.

W rozmowie z dziennikarzami inspektor wojewódzki Paweł Ślązak potwierdził, że firma należy do jego żony. Choć jest zarejestrowana pod ich adresem zamieszkania, w bloku, a na swojej stronie reklamuje się wizerunkiem Urzędu Wojewódzkiego, to inspektor twierdził, że nie ma to związku z jego pracą: „Nic z tej firmy nie przechodziło przez moje ręce”, zapewniał, dodając, że zdarza mu się czasem odebrać telefon od klienta. „Ale nie mówię, że jestem urzędnikiem. Przyjmuje zgłoszenie, a potem przekazuję sprawę żonie”. Sprawie przyglądał się ówczesny poseł KO Ryszard Wilczyński, nazywając ją „ewidentnym konfliktem interesów”.

;

Udostępnij:

Małgorzata Tomczak

Socjolożka, kulturoznawczyni i dziennikarka freelance. Publikowała m.in. w "Gazecie Wyborczej", "Newsweeku" i "Balkan Insights". Na stałe mieszka w Madrycie.

Komentarze