Marta Lempart i Marta Puczyńska, zostały uniewinnione w sprawie protestów po odrzuceniu ustawy dekryminalizującej aborcję z 2024 roku. Zdaniem sądu ich działania były usprawiedliwione i nie miały społecznej szkodliwości
We wtorek 28 kwietnia 2026 roku Sąd Rejonowy dla Warszawy Śródmieścia wydał wyrok w sprawie członkiń Ogólnopolskiego Strajku Kobiet – Marty Lempart i Marty Puczyńskiej. Sędzia Anna Tyszkiewicz uniewinniła je od zarzucanych im wykroczeń związanych z używaniem wulgaryzmów podczas protestów.
Aktywistki stanęły przed wymiarem sprawiedliwości za wydarzenia, które miały miejsce podczas zgromadzeń organizowanych przez Strajk Kobiet w lipcu 2024 roku, kiedy to Sejm odrzucił ustawę znoszącą odpowiedzialność karną za pomoc w aborcji.
Uzasadniając wtorkowy wyrok, sąd zauważył, że aktywistki na pierwszy rzut oka popełniły zarzucane im wykroczenia. Świadczyło o tym między innymi przyznanie się przez nie do wypowiedzianych słów.
Istotne okazało się jednak, że zgromadzenie publiczne, podczas którego przywoływane hasła padły, odbywało się w ważnej społecznie sprawie.
Marta Puczyńska komentuje: "Biorąc pod uwagę przebieg rozprawy, spodziewałam się takiego wyroku. Już sam fakt, że świadek-policjant nie wiedział, że to ja byłam przewodniczącą zgromadzenia, sprawiał, że jego zeznania traciły na wiarygodności. Nie pamiętał nawet, o jakiej porze roku miał miejsce protest.
Nie odwoływałyśmy się od pierwszego wyroku nakazowego, którym była nagana, bo zwyczajnie nam się nie chciało. Uznałyśmy, że podczas protestu rzeczywiście padały przekleństwa, więc odwołanie nie ma sensu. Sprzeciw do wyroku nakazowego wniosła natomiast policja. To była pierwsza tego typu sytuacja w całym moim aktywistycznym życiu".
Ogólnopolski Strajk Kobiet zachęcał do udziału w wyborach w 2023 roku, do których część obecnych członków koalicji rządzącej szła z obietnicami liberalizacji prawa antyaborcyjnego na sztandarach. Na obietnicach się jednak skończyło, również z powodu przegranych w 2025 roku wyborów prezydenckich. Obecny prezydent odmawia podpisywania ustaw liberalizujących aborcję. Przeciw jest również część koalicjantów, czego jednym z przykładów było odrzucenie przez Sejm ustawy o dekryminalizacji pomocy w aborcji.
Sąd uwierzył aktywistkom, że protest i jego forma były reakcją na wydarzenia polityczne. Ustalił, że Marta Lempart wypowiadała wulgarne słowa w miejscu publicznym, a Marta Puczyńska temu nie zapobiegła. Sędzia stwierdziła, że nie popiera używania takiego języka, jednak zauważył istotny kontekst: emocje i silny sprzeciw, towarzyszące nie tylko Lempart, ale prawdopodobnie również innym zgromadzonym na protestach osobom.
Działaczka nie znieważyła nikogo konkretnie. Wykrzykiwane słowa kierowała do koalicji rządzącej, która rzeczywiście nie dotrzymała obietnic wyborczych.
W związku z tym zdaniem sądu działania aktywistek Ogólnopolskiego Strajku Kobiet były usprawiedliwione. Nie miały społecznej szkodliwości, ponieważ Lempart podniosła swoje hasła w obronie interesu społecznego.
Co więcej: sędzia zauważyła, że wulgarny język jest powszechny w przestrzeni publicznej. W trakcie organizowanych przez Strajk Kobiet protestów uczestniczki i uczestnicy również prezentowali wulgarne hasła – zarówno na transparentach, jak i w okrzykach.
Znamienne dla sądu było to, że nikt nie zgłosił zawiadomienia na działania Marty Lempart i Marty Puczyńskiej. Nie było mandatu. Od razu pojawił się wniosek o ukaranie.
Tymczasem w Sejmie padają często nieparlamentarne słowa. Tym jednak policja już się nie interesuje. W takich okolicznościach ściganie osób uczestniczących w proteście, które przeżywały silne emocje, można uznać za hipokryzję.
Sąd pochylił się również nad definicją słowa „nieprzyzwoity”, bo odnosi się ono do zachowań niezgodnych z normami, niestosownych. Zauważył, że o ile wulgaryzmy są słowami nieprzyzwoitymi, to nieprzyzwoite są również inne zachowania budzące sprzeciw – takie jak zachowanie polityków w parlamencie 12 lipca 2024 roku.
Na żadnej z rozpraw nie stawił się oskarżyciel. Nie dotarł on również na wygłoszenie mowy końcowej ani ogłoszenie wyroku.
Koszt sprawy poniósł Skarb Państwa – a więc my wszyscy.
W lipcu 2024 roku głosami PSL i przy braku głosu posła KO Romana Giertycha Sejm odrzucił ustawę dekryminalizującą pomoc w aborcji. Proponowane przez Lewicę, po czym poprawione w konserwatywny sposób po sugestiach koalicjantów, przepisy przepadły. Do ich przyjęcia zabrakło tylko (i aż) trzech głosów na „tak”.
Na „nie” zagłosował wtedy bez mała cały klub Polskiego Stronnictwa Ludowego – mimo że bliska mu wówczas Polska 2050 zdecydowała się głosować za zmianami.
Roman Giertych był obecny na sali plenarnej, jednak nie brał udziału w głosowaniu. Złamał tym samym dyscyplinę klubową, za co decyzją Donalda Tuska stracił funkcję wiceprzewodniczącego klubu parlamentarnego Koalicji Obywatelskiej.
Premier nie chował jednak długo urazy do partyjnego kolegi. Już niecałe dwa lata później, w marcu 2026 roku, Giertych ponownie objął stanowisko wiceprzewodniczącego partii, której jedną z głównych przedwyborczych obietnic była liberalizacja prawa antyaborcyjnego.
Po wynikach głosowania kobiety — niczym Tusk w medialnych nagłówkach — się wściekły. W przeciwieństwie do polityka postanowiły przekuć wściekłość w działania. Wyszły na ulicę, by ponownie domagać się swoich fundamentalnych praw.
Marta Puczyńska opowiada: „W 2023 roku namawiałyśmy do udziału w wyborach parlamentarnych, bo miałyśmy cień nadziei na to, że cokolwiek się posunie do przodu w ważnych dla nas sprawach. Cokolwiek. Nie stało się absolutnie nic. Co nam po ministerialnych wytycznych, które nie działają? Co po prawie, które nadal niezmiennie karze za pomoc w aborcji? Nie wiem, czy kiedykolwiek jeszcze komukolwiek powiem, żeby poszedł na wybory”.
Głównym hasłem padającym na demonstracjach było „Od Giewontu aż po Hel jeb*ć Giertycha i PSL”. Nie spodobało się to policji, która postanowiła skierować do sądu wniosek o ukaranie aktywistek Ogólnopolskiego Strajku Kobiet.
W odpowiedzi na wniosek policjantów sąd wydał w trybie nakazowym decyzję o naganie. Ta jednak nie wystarczyła funkcjonariuszom. Wnieśli sprzeciw. Ich działanie uruchomiło machinę powoływania biegłych, składania wyjaśnień i organizacji rozpraw. Wszystko za pieniądze podatników. Tylko po to, by dowiedzieć się, że policja nie miała racji.
Odrzucona przed prawie dwoma laty ustawa miała stanowić absolutne minimum liberalizacji restrykcyjnych antyaborcyjnych przepisów w Polsce. Jej celem było:
Pierwotna propozycja Lewicy zakładała limit 24 tygodni zamiast 12. Został on jednak zmieniony w ramach ustępstwa w stronę posłanek i posłów z Trzeciej Drogi – a więc również PSL, który ostatecznie i tak sprzeciwił się przyjęciu ustawy.
To nie pierwsza sytuacja, w której aktywistki muszą odpowiadać za legalne zgromadzenia, będące efektem antyaborcyjnych działań rządzących. W październiku 2024 roku Marta Lempart, Klementyna Suchanow i Agnieszka Czerederecka zostały uniewinnione w sprawie protestów, które miały miejsce w 2020 roku, po ogłoszeniu wyroku Trybunału Konstytucyjnego Julii Przyłębskiej, który uznał embriopatologiczną przesłankę do aborcji za niezgodną z Konstytucją.
Liderki Strajku Kobiet zostały wówczas oskarżone o „sprowadzenia zagrożenia dla życia i zdrowia ludzi poprzez szerzenie się epidemii”, za co groziło im od 6 miesięcy do 8 lat pozbawienia wolności. Martę Lempart oskarżano wtedy także o „publiczne pochwalanie popełniania przestępstw polegających na niszczeniu fasad budynków kościołów” i „znieważenie funkcjonariuszy policji”.
Ogłaszający wyrok z 2024 roku sędzia zauważyła, że działania kobiet bez wątpienia były efektem oddolnej mobilizacji przeciwko restrykcyjnemu ograniczaniu ich praw – niezależnie od tego, że oskarżone były twarzami zgromadzeń spontanicznych. W OKO.press pisał o tym Anton Ambroziak:
Mogłoby się wydawać, że rozprawa przed dwoma laty powinna być ostatnim tego typu działaniem wymierzonym w stronę aktywistek – wszak liderzy Koalicji 15 października zapowiadali, że po wygranych wyborach zliberalizują skrajnie antyaborcyjne, jedne z najbardziej restrykcyjnych w Europie, przepisy. Tak się jednak nie stało.
W Polsce każdego dnia przerywa się setki ciąż. Zdecydowana większość aborcji wykonywana jest metodą farmakologiczną – często ze wsparciem prokobiecych organizacji pomocowych. Przerwanie własnej ciąży jest legalne.
Artykuł 152, którego drugi ustęp miały znieść proponowane w 2024 roku zmiany, to dokładnie ten zapis, z którego została skazana Justyna Wydrzyńska – działaczka Aborcyjnego Dream Teamu, która pomogła Annie, wysyłając jej własne tabletki aborcyjne.
To również ten sam artykuł, z którego oskarżane są matki, partnerzy i przyjaciele innych kobiet, które potrzebują wsparcia w dostępie do bezpiecznego przerywania ciąży, a które w Polsce nie mogą liczyć na wsparcie ze strony państwa i systemu opieki zdrowotnej.
To przepis będący straszakiem skierowanym w stronę osób kierujących się odruchem bezwarunkowego wsparcia i akceptacji decyzji kobiet będących w ciążach, których nie chcą lub nawet nie mogą kontynuować.
To prawo, które zdaje się nie dostrzegać, że aborcje w naszym kraju odbywają i będą odbywać się każdego dnia niezależnie od tego, czy osobom w to zaangażowanym grożą jakieś konsekwencje, czy nie.
Kobiety
Protesty
Sądownictwo
Marta Lempart
aborcja
dekryminalizacja aborcji
Ogólnopolski Strajk Kobiet
Prawa kobiet
strajk kobiet
Absolwentka położnictwa, logopedka, pedagożka. Na co dzień marketing managerka OKO.press. Poza pracą propaguje położnictwo, w którym każda osoba ma prawo zakończyć swoją ciążę wtedy, kiedy chce i tak, jak chce.
Absolwentka położnictwa, logopedka, pedagożka. Na co dzień marketing managerka OKO.press. Poza pracą propaguje położnictwo, w którym każda osoba ma prawo zakończyć swoją ciążę wtedy, kiedy chce i tak, jak chce.
Komentarze