Donald Trump zupełnie zrujnował zaufanie, które Grenlandczycy mieli do USA. Planem przejęcia wyspy amerykański prezydent nie wyważa otwartych drzwi, lecz sprawia, że te są mu z hukiem zamykane przed nosem. „Dziś ludzie boją się amerykańskich inwestycji” – mówi prof. Jeppe Strandsbjerg z Uniwersytetu w Grenlandii
Powiedz nam, co myślisz o OKO.press! Weź udział w krótkiej, anonimowej ankiecie.
Przejdź do ankietyBrama z kutego żelaza się otwiera. Z terenu Białego Domu wychodzi grupa dyplomatów. Na pierwszy plan wysuwa się niski, krępy mężczyzna w czarnym garniturze, który nerwowym truchtem rusza do zaparkowanej obok dyplomatycznej limuzyny. Otwiera bagażnik, sięga po płaszcz, z kieszeni wyciąga papierosy.
To duński minister spraw zagranicznych Lars Lokke Rasmussen. Jest 14 stycznia 2026. On i grenlandzka ministra spraw zagranicznych Vivian Motzfeldt zakończyli właśnie 80-minutowe spotkanie z wiceprezydentem J.D. Vance’m i sekretarzem stanu Marco Rubio. Na następnym ujęciu widać, jak Rasmussen i Motzfeldt nerwowo palą. Motzfeldt na chwilę patrzy w stronę kamery. Jej twarz jest pełna napięcia.
To trzecia część grenlandzkiego cyklu OKO.press. W tej serii pokazujemy, jak Grenlandczycy zareagowali na groźby prezydenta Donalda Trumpa i jego chęć przejęcia kontroli nad Grenlandią. Badamy, co to znaczy być małym, kilkudziesięciotysięcznym narodem, zamieszkującym odległą, arktyczną wyspę i znaleźć się nagle na celowniku największego mocarstwa świata w regionie, w którym nasila się konkurencja mocarstw. Czego Donald Trump nie rozumie na temat Grenlandii i jak pozbawia Grenlandczyków podmiotowości? Dlaczego polityka oparta o strefy wpływów i twardą siłę to jedynie strach, stres i całkowite zaprzepaszczenie zaufania między narodami? Jak amerykańskie groźby zmieniają myślenie Grenlandczyków o niepodległości? Czytajcie w OKO.press.
Zdjęcia z tego momentu obiegają amerykańskie i europejskie media. „Trudna dyplomacja” – tak komentują je dziennikarze. Ujęcie jak Rasmussen pędzi do auta po papierosy, staje się nawet przedmiotem żartów amerykańskich komików: oto co niecałe półtorej godziny spędzone w towarzystwie J.D. Vance’a i Marco Rubio za zamkniętymi drzwiami potrafi zrobić z nerwami.
Godzinę później podczas konferencji prasowej w ambasadzie Danii w Waszyngtonie Rasmussen i Motzfeldt przyznają, że spotkanie nie przyniosło przełomu. Nie udało się odwieść USA od chęci przejęcia kontroli nad Grenlandią.
„Między nami a USA wciąż są poważne różnice” – mówi Rasmussen.
„Chcemy współpracować z USA” – podkreśla Motzfeldt. „Ale to nie znaczy, że chcemy znaleźć się pod amerykańską kontrolą” – dodaje.
W rozmowie z grenlandzkim radiem KNR chwilę później Vivian Motzfeldt będzie walczyć ze łzami. „Tych ostatnich kilka dni było pełnych ogromnego napięcia” – powie. Przyzna, że czuje się bardzo przytłoczona sytuacją.
Dla Grenlandczyków to jeden z najbardziej niezwykłych momentów w historii.
Grenlandzka ministra spraw zagranicznych w Białym Domu usiłuje przekonać administrację USA, by ci odstąpili od planu przejęcia kontroli nad wyspą? W powietrzu wisi groźba inwazji. O tym, że USA jednak nie zamierzają najeżdżać wyspy, aby ją przejąć, prezydent Donald Trump powie dopiero 21 stycznia podczas szczytu w Davos.
– To wszystko było absurdalne i poruszające jednocześnie. Patrząc na to, co USA zrobiły w Wenezueli, ludzie naprawdę zastanawiali się, czy grozi nam amerykańska inwazja? To dało nam do myślenia. W jakim układzie politycznym jesteśmy najbezpieczniejsi? Czy pełna niepodległość to na pewno właściwy kierunek? – powie trzy tygodnie później OKO.press Miiti Geisler, właścicielka małej galerii z lokalnym rzemiosłem i inuicką sztuką w Nuuk.
Na spotkaniu w Waszyngtonie strony dogadują się, że niebawem prace rozpocznie amerykańsko-duńsko-grenlandzka grupa robocza, której celem będzie wypracowanie rozwiązań, by „uspokoić” amerykańskie obawy co do bezpieczeństwa w Arktyce. Na tamtym etapie prezydent Trump twierdzi bowiem, że kontrola nad Grenlandią jest z punktu widzenia USA niezbędna. Wokół wyspy mają bowiem pływać „chińskie i rosyjskie łodzie podwodne”, a Dania tego „w ogóle nie pilnuje”. Dania i Grenlandia dementują te twierdzenia.
Tydzień później na lotnisku w Nuuk Motzfeldt będzie witana jak bohaterka. Zdjęcia jej zatroskanej i zmęczonej twarzy po tygodniowym objeździe USA i europejskich sojuszników staną się w Grenlandii jednym z najbardziej rozpoznawalnych symboli „grenlandzkiego kryzysu”.
– To pierwszy raz, gdy grenlandzki polityk reprezentuje Grenlandię w sprawach międzynarodowych – komentuje Miiti Geisler.
Pomimo ogromnego niepokoju wynikającego z gróźb Donalda Trumpa wobec Grenlandii, fakt, że Grenlandczycy biorą udział w międzynarodowych negocjacjach w swojej sprawie, będzie dla nich powodem do dumy.
Od tych wydarzeń mijają niemal dwa miesiące, a o rzekomo toczących się między Danią, Grenlandią i USA rozmowach w ramach grupy roboczej, nie słychać nic.
W międzyczasie napięcie w relacjach grenlandzko-duńsko-amerykańskich nieco maleje, bo Donald Trump 21 stycznia podczas szczytu w Davos stwierdza, że nie ma zamiaru przejmować kontroli nad Grenlandią siłowo. Po rozmowie z szefem NATO Markiem Rutte Trump deklaruje, że zadowoli się jakąś formą umowy między USA, Danią i Grenlandią, która ma umożliwiać większą obecność wojskową Amerykanów na wyspie.
Niedługo po pierwszym spotkaniu grupy roboczej, które odbywa się 28 stycznia w Kopenhadze, duński minister spraw zagranicznych Lars Lokke Rasmussen ogłasza:
– Nie będziemy informować o tym, kiedy i gdzie odbywać się będą te spotkania. Trzeba uspokoić atmosferę i wyeliminować nadmierne emocje – mówi.
Na tamtym etapie wiadomo tylko, że rozmowy toczą się wokół kwestii zwiększenia zaangażowania NATO na Grenlandii i renegocjacji duńsko-amerykańskiego porozumienia z 1951 roku, które dawało USA prawo posiadania na Grenlandii baz wojskowych. W okresie Zimnej Wojny było ich 17. Została jedna. Po upadku Związku Radzieckiego Amerykanie uznali, że ryzyko ze strony Rosji minęło i pozamykali bazy.
7 lutego, przy okazji otwarcia konsulatu Kanady w Nuuk oraz przybycia na wyspę francuskiego konsula (to gesty wsparcia dla Grenlandii i Danii ze strony sojuszników), Vivian Motzfeld mówi, że sytuacja jest lepsza niż miesiąc wcześniej, ale wciąż jeszcze nie ma porozumienia.
– Nie wyszliśmy jeszcze z kryzysu i nie mamy jeszcze rozwiązania – podkreśla.
Pewną nadzieję na odstąpienie prezydenta Trumpa od zainteresowania Grenlandią przynosi jego doroczne wystąpienie o stanie unii z 26 lutego.
Trump ani słowem nie wspomina o Grenlandii.
Eksperci komentują to na dwa sposoby: Trump wie, że temat jest wybitnie niepopularny w USA, albo zdaje sobie sprawę z tego, że ta kwestia jest przegrana, bo Dania i Grenlandia nie odpuszczą. Trzymane w tajemnicy prace grupy roboczej mają być tylko przykrywką dla stopniowego wygaszania tematu.
Ostatnia amerykańska zaczepka wobec Grenlandii to zapowiedź wysłania na wyspę amerykańskiego statku medycznego z 22 lutego. W ostatnich tygodniach amerykańska narracja na temat Grenlandii ulega bowiem pewnej modyfikacji.
USA twierdzą, że najważniejsze dla nich, poza budową „Złotej Kopuły”, jest wsparcie rozwoju gospodarczego i społecznego Grenlandii „ze względów humanitarnych”.
– Szczerze mówiąc, jedynym, co nas interesuje, to znalezienie sposobu, aby Stany Zjednoczone miały możliwość pomóc mieszkańcom Grenlandii w rozwoju – mówi 28 lutego w wywiadzie z grenlandzkim radiem KNR Jeff Landry, gubernator Luizjany i amerykański wysłannik ds. Grenlandii. Trump powierza Landry'emu stanowisko specjalnego wysłannika ds. Grenlandii nie bez powodu – Luizjana to stan, który USA kupiły od Francji w 1803 roku. W rozmowie z KNR Landry mówi o „ogromnym pragnieniu” prezydenta Trumpa, by wspierać Grenlandię we wszystkich dziedzinach – od rozwoju biznesu i wzrostu gospodarczego, po opiekę zdrowotną.
To Landry podpowiada Trumpowi, by ten wysłał na Grenlandię statek medyczny. W swoich mediach społecznościowych polityk często pisze o rzekomo „niepasującym do Grenlandii” duńskim systemie zdrowotnym.
– To, że Grenlandia ma podobną strukturę opieki zdrowotnej jak Dania, nie oznacza, że osiąga takie same wyniki – pisze Landry na X (nie bez częściowej racji) i dodaje do wpisu tabelę porównującą statystyki dotyczące zdrowia publicznego w Grenlandii i Danii.
W nocy z soboty na niedzielę 21 na 22 lutego Donald Trump ogłasza, że amerykański statek szpitalny jest już w drodze do Grenlandii, aby „zatroszczyć się o mieszkańców wyspy”, bo „wielu ludzi jest chorych”, ale „nie mają odpowiedniej opieki”.
Premier Grenlandii Jens-Frederik Nielsen uprzejmie odmawia jego przyjęcia. „Mamy system, w którym opieka zdrowotna jest darmowa dla wszystkich mieszkańców” – pisze w mediach społecznościowych, nawiązując do faktu, że w USA taki system nie istnieje.
W międzyczasie The Wall Street Journal donosi, że wbrew twierdzeniom Trumpa, żaden statek szpitalny nie wyruszył do Grenlandii.
Potem temat znowu cichnie.
Donald Trump jest od ponad dwóch tygodni pochłonięty wywołaną przez siebie wojną na Bliskim Wschodzie. Grenlandia chwilowo nie budzi jego zainteresowania.
– Czy można uznać, że mamy spokój? Nie – mówi podczas Konferencji Bezpieczeństwa w Europie Mette Frederiksen, premierka Danii.
Grenlandzcy eksperci i analitycy zachodzą w głowę: o co tak naprawdę chodzi USA? Zgodnie z informacjami przekazywanymi przez duńskie i grenlandzkie władze ostatnio na początku lutego, a także z nielicznymi przeciekami medialnymi, amerykańsko-duńsko-grenlandzkie rozmowy dotyczą trzech spraw:
Ale wojskowa obecność USA na terenie Grenlandii jest możliwa na podstawie amerykańsko-duńskiego porozumienia z 1951 roku. Umowa była już raz nowelizowana w 2004 roku, kiedy to wyrażono zgodę na rozbudowę bazy Thule i ustawienie w niej m.in. elementów obrony przeciwrakietowej. Umowa pozwala USA na zwiększenie swojej obecności wojskowej.
– Do tej pory Stany Zjednoczone miały takie relacje z Danią i Grenlandią, że wystarczyłoby jedno spotkanie i wspólna kawa, by USA mogły otworzyć nowe bazy na wyspie. Teraz to się zmieniło, obecność wojskowa Amerykanów budzi niepokój ludności – mówi doktor Rasmus Leander Nielsen, dyrektor Centrum Polityki Zagranicznej i Bezpieczeństwa Uniwersytetu Grenlandzkiego w Nuuk.
Jeśli zaś chodzi o dostęp Amerykanów do grenlandzkich surowców naturalnych (Grenlandia ma ósme co do wielkości zasoby tzw. pierwiastków ziem rzadkich oraz duże złoża ropy naftowej i gazu), to jest on możliwy na zasadach ogólnych. Grenlandia czeka na inwestorów zagranicznych, gotowych inwestować we wciąż bardzo jeszcze mało rozwinięty, wymagający ogromnych nakładów i budowy całej infrastruktury przemysł wydobywczy. Ale inwestycje obwarowane są bardzo restrykcyjnymi zasadami środowiskowymi i społecznymi, do których inwestorzy amerykańscy musieliby się dostosować.
– Grenlandczycy, ze względu na bardzo głęboki i intymny stosunek do ziemi, nie mają zamiaru tych wymogów odpuszczać. Być może to też jakiś powód dla prezydenta Donalda Trumpa, by fantazjować o przejęciu kontroli nad wyspą – mówi dr Leander Nielsen.
Grenlandczycy nie mówili też „nie” wobec posadowienia na wyspie elementów tzw. Złotej Kopuły, bo temat budowy na wyspie elementów amerykańskiej tarczy antyrakietowej jest obecny od lat. Choć zdaniem wielu amerykańskich ekspertów ten projekt, podobnie jak jego pierwowzór z czasów Reagana – zaproponowana w 1983 roku tzw. Strategiczna Inicjatywa Obronna, to mrzonka. Stany Zjednoczone są za duże, by zbudować wokół nich tarczę antyrakietową na wzór izraelski. Już projekt Reagana pokazał, że przy tak dużym terytorium, tarcza byłaby bardzo nieszczelna.
Ale mniej więcej od 2019 roku, kiedy Donald Trump pierwszy raz wyraził chęć przejęcia kontroli nad wyspą, podejście Grenlandczyków do USA zmieniło się o 360 stopni.
– Amerykanie wyważają otwarte drzwi, a tym samym sprawiają, że zaufanie znika i te drzwi zamykają się im przed nosem – mówi badacz. – Od 2019 roku, kiedy Donald Trump po raz pierwszy oznajmił światu, że chce przejąć kontrolę nad Grenlandią, Grenlandczycy ukuli trzy powiedzenia: „Jesteśmy otwarci na biznes, a nie na sprzedaż”. „Nic o nas bez nas”. „Nie chcemy być Duńczykami, nie chcemy być Amerykanami”. Ale wraz z groźbami Trumpa, ta otwartość na Amerykanów bardzo zmalała – mówi dr Rasmus Leander Nielsen.
– Dziś ludzie boją się amerykańskich inwestycji – dodaje badacz.
W rozmowach z Grenlandią i Danią USA domagają się też przekazania im pełnego prawa do ziemi, na której leżałyby części amerykańskiej infrastruktury wojskowej oraz bazy wojskowe. Ta ziemia miałaby być ziemią amerykańską.
Grenlandczycy i Duńczycy mówią zgodnie: nie ma takiej opcji.
– Dla Grenlandii i Danii dzielenie się suwerennością ziemi to nieprzekraczalna czerwona linia. I to zostało wyrażone wobec Amerykanów. Wystarczy, że Amerykanie na terenie swojej bazy mają ustanowioną amerykańską jurysdykcję, czyli obowiązuje tam amerykańskie prawo. Ale oddawanie Amerykanom pełnej kontroli nad zajmowaną przez bazy wojskowe ziemią, zupełnie nie wchodzi w grę. To bardzo drażliwy temat dla Grenlandczyków, którzy dopiero co w 2009 roku na mocy Aktu o Samorządzie Grenlandii przejęli od Danii pełną kontrolę nad ziemią i zasobami naturalnymi. Trudno, żeby teraz mieli ją dobrowolnie oddawać – tłumaczy prof. Jeppe Strandsbjerg z Centrum Polityki Zagranicznej i Bezpieczeństwa Uniwersytetu Grenlandzkiego w Nuuk.
– W tej sprawie pojawia się wiele wątków: obawy o bezpieczeństwo Arktyki, o wpływy Chin w regionie, kwestia kontroli i dostępu do kluczowych dla współczesnych gospodarek i konkurencji z Chinami surowców naturalnych itp. Ale czy to są naprawdę te kluczowe zmartwienia? Czy to tylko pretekst do tego, by wysuwać roszczenia o kontrolę nad wyspą i przejęcie jej na własność? – zastanawia się Strandsbjerg.
Zdaniem Rasmusa Leandera Nielsena
działania Donalda Trumpa mogą wynikać z czysto imperialistycznych pobudek.
– Mamy nadzieję, że to nie jest ta sytuacja, ale wiele na to wskazuje – mówi badacz.
– Przejęcie kontroli nad Grenlandią wpisuje się w wyrażoną w amerykańskiej narodowej strategii obrony potrzebę sprawowania pełnej, niczym nieograniczonej kontroli nad zachodnią półkulą, którą administracja Trumpa postrzega jako naturalną amerykańską strefę wpływów – dodaje Leander Nielsen.
– Grenlandia jest zdecydowanie częścią tak rozumianej przestrzeni geopolitycznej, ze strategicznym położeniem i dostępem do Arktyki – mówi badacz. – I jeśli to z tego wynikają pragnienia Trumpa związane z kontrolowaniem wyspy, to prezydent USA może nie chcieć z tego zrezygnować.
Donald Trump zupełnie zrujnował zaufanie, które Grenlandczycy mieli do USA. Sondaże potwierdzają wyraźną niechęć mieszkańców wyspy do Stanów Zjednoczonych. Tylko 8 proc. badanych uważa, że gdyby Grenlandia stała się częścią USA, miałoby to jakieś zalety. 76 proc. badanych jest zdecydowanie przeciwnych takiemu scenariuszowi.
Grenlandczycy pozostają niewzruszeni wobec obietnic amerykańskiego prezydenta, że jeśli Grenlandia da się kupić Stanom Zjednoczonym, to każdy mieszkaniec dostanie po 100 tysięcy dolarów, Grenlandia będzie miała „najlepszą edukację” i „najlepszą służbę zdrowia”, bo Trump uczyni ją „znowu wielką”. Zgodnie ze swoją dewizą „Make [odpowiednie wstawić] Great Again”.
– Mamy opiekę zdrowotną za darmo, rozwinięty system świadczeń społecznych, a nasze dzieci mogą studiować za darmo – także w Danii. Czy Donald Trump naprawdę myśli, że ma Grenlandczykom coś do zaoferowania? – mówi Miiti Geisler.
Jedynym środowiskiem politycznym, które nie odcina się wyraźnie od Stanów Zjednoczonych, jest pozostająca obecnie w opozycji do szerokiej, czteropartyjnej koalicji, centrowa, populistyczna partia Naleraq.
Naleraq to obecnie jedyna partia polityczna w Grenlandii, która postuluje jak najszybsze uniezależnienie się od Danii i organizację referendum niepodległościowego w ciągu najbliższych 3-4 lat. To politycy tej partii przyjęli syna Donalda Trumpa, gdy ten niespodziewanie, tuż po inauguracji ojca, przyjechał na wyspę z „prywatną wizytą”. Lider ugrupowania, Pele Broberg, opowiada się za tym, by Grenlandia nawiązała niezależne od Danii porozumienie wojskowe z USA oraz by rozmowy te były prowadzone bez udziału Danii. Takiej możliwości jednak nie ma, bo formalnie, na mocy Aktu o samorządności Grenlandii z 2009 roku, Kopenhaga wciąż odpowiada za sprawy zagraniczne.
Amerykańskie groźby sprawiają też, że zmienia się dynamika relacji między Grenlandią a Danią. O tym, że groźby prezydenta Donalda Trumpa to dla Danii sygnał alarmowy, mówi OKO.press Bente Haislund, emerytowana pielęgniarka z Danii, która regularnie przyjeżdża do Nuuk na kontrakty.
Rozmawiamy w Nuuk. Bente poznaję za pośrednictwem mojej współlokatorki w hostelu.
– Grenlandzka służba zdrowia stale posiłkuje się personelem medycznym z Danii. Na wyspie brakuje wykształconych lekarzy i pielęgniarek. Wiele specjalizacji w ogóle nie jest na miejscu praktykowanych. Lekarze przyjeżdżają na tydzień lub dwa, by hurtowo wykonywać operacje. Podobnie pielęgniarki – mówi kobieta.
Bente ma 69 lat. Całe życie pracowała jako pielęgniarka. Gdy przeszła na emeryturę, pomyślała o pracy w Grenlandii – pierwszy raz na kontrakt przyjechała tu 20 lat temu. W wieku 69 lat czuła się za młoda na totalną bezczynność.
– Sięgając po tematy związane z jakością służby zdrowia, Amerykanie uderzają w czuły punkt w relacjach Grenlandii z Danią – mówi kobieta.
Statystyki zdrowia publicznego są w Grenlandii faktycznie gorsze niż w Danii. Wskaźnik śmiertelności niemowląt na wyspie wynosi 8,5 na 1000 urodzeń, podczas gdy w Danii jest to 2,6. Śmiertelność pacjentów z rakiem w Grenlandii jest dwukrotnie wyższa niż w Danii ze względu na późną diagnozę i utrudniony dostęp do leczenia. I to pomimo że pacjenci z Grenlandii, jeśli nie mogą otrzymać świadczenia na miejscu, są przewożeni do Danii i leczeni w szpitalach na kontynencie.
– Groźby Trumpa zmotywowały Danię do tego, by zadbać o relacje z Grenlandią, która długo była raczej zapomniana – mówi pielęgniarka.
W poniedziałek 9 lutego grenlandzki minister finansów, Múte B. Egede, podpisuje umowę z Danią, która zakłada zwiększenie finansowania grenlandzkiej służby zdrowia oraz dostępu grenlandzkich pacjentów do opieki szpitalnej w Danii.
Pula środków na leczenie grenlandzkich pacjentów w Danii wzrośnie z 30 milionów koron rocznie do 200 milionów koron. Dodatkowe 10 milionów koron w 2026 roku oraz po 15 milionów koron w latach 2027-2029 zostanie przeznaczone na zwiększenie liczby duńskiego personelu medycznego w Grenlandii.
Umowa dotycząca finansowania służby zdrowia to tylko część szerszego planu duńskich inwestycji na wyspie.
W ciągu trzech lat Dania ma zainwestować na wyspie 1,6 mld koron.
Środki mają być przeznaczone m.in. na budowę portu głębokomorskiego w Qaqortoq na południu, lądowiska dla samolotów i helikopterów w Ittoqqortoormiit na wschodzie Grenlandii oraz dofinansowanie szkół. Budowa portu ma kluczowe znaczenie dla rozwoju przemysłu wydobywczego.
Dofinansowanie Grenlandii, które długo budziło kontrowersje i dyskusje w Danii, zostaje praktycznie podwojone.
– Nikt nie kwestionuje dziś potrzeby częściowego finansowania Grenlandii. Zdaje się, że w tej kwestii w kraju panuje konsensus, bo Dania chce utrzymać Grenlandię jako część królestwa – mówi Bente Haislund.
Odkąd Trump zaczął grozić przejęciem kontroli nad wyspą, widocznemu przyspieszeniu ulega też wiele ważnych procesów dotyczących uznania i wynagrodzenia krzywd, których Grenlandczycy doświadczyli z rąk kolonizatorów, a także później, w okresie postkolonialnym.
Latem 2025 roku prace kończy powołana w 2021 roku komisja ds. zbadania praktyki stosowania przymusowej antykoncepcji wobec inuickich kobiet i dziewcząt, najczęściej bez ich wiedzy i zgody, w latach 60. i 70., o której pisaliśmy w drugiej części grenlandzkiego cyklu. Na polecenie władz kolonialnych działający na wyspie lekarze zakładali kobietom spirale domaciczne, by ograniczyć przyrost naturalny. Dania obawiała się wzrostu populacji wyspy i rosnących kosztów utrzymania byłej kolonii.
Skalę procederu najlepiej pokazują dane: między 1964 a 1974 przyrost naturalny na wyspie spadł niemal o dwie trzecie – z ponad 1670 urodzeń w 1964 roku do nieco ponad 600 w 1974. Lekarze na wyspie do dziś znajdują u niektórych kobiet wszczepione przed 50 laty spirale.
Dziś kobiety, które doświadczyły przymusowej antykoncepcji, mogą ubiegać się o odszkodowania. Premierka Danii Mette Frederiksen we wrześniu 2025 oficjalnie przeprasza Grenlandki za cierpienia spowodowane przez duńskie władze.
Ale problemem dla Grenlandczyków jest wciąż ogromna dyskryminacja. Jak wynika z raportu ONZ z 2023 roku,
Od tego czasu we wszystkich tych kwestiach usiłowano poczynić postępy. W maju 2025, po wielu latach walk, zostało wreszcie znowelizowane prawo dotyczące oceny kompetencji rodzicielskich wobec Grenlandek. Obecnie nakazuje ono, by w ocenie umiejętności rodzicielskich Inuitek i Inuitów brała udział specjalna komisja z odpowiednim przygotowaniem kulturowym.
W styczniu 2025 premierka Mette Frederiksen ogłosiła też 12-punktowy plan, którego celem ma być walka z dyskryminacją Grenlandczyków. Obejmuje on m.in.
W planach jest też rozbudowanie dotyczącego Grenlandii programu nauczania w duńskich szkołach.
Mette Frederiksen jest pierwszą premierką Danii, która otwarcie przyznała, że problem dyskryminacji Grenlandczyków istnieje i trzeba go rozwiązać.
– Jest wiele spraw, które w relacji Duńczyków z Grenlandczykami wciąż wymagają zmiany. Ważne, że zaczęliśmy o nich rozmawiać – mówi Bente Haislund.
Amerykańskie groźby wobec Grenlandii sprawiły, że Grenlandczycy ponownie zaczęli zadawać sobie pytanie o to, co dalej z ich niepodległością. Coś, co przez dekady wielu wydawało się naturalnym kierunkiem – czyli dążenie do pełnej niepodległości – zostało w pewnym stopniu zakwestionowane.
– Wyobrażenie, że niepodległość miałaby oznaczać pełne odłączenie się od Danii i stanie się suwerennym państwem, ulega wyraźnej modyfikacji. Podczas sesji parlamentu 2 lutego [2026 – red.] można było usłyszeć, że większość partii mówi obecnie o niepodległości jako o większej autonomii w ramach Królestwa Danii. O współdecydowaniu, o pełnym uznaniu równości Grenlandii i tego, że nie jest ona podporządkowana Danii, lecz jest równym podmiotem. Tak więc dla Grenlandczyków bardziej liczy się równość, autonomia i uznanie, a nie samo odłączenie się od Danii – mówi profesor Jeppe Strandsbjerg z Centrum Polityki Zagranicznej i Bezpieczeństwa przy Uniwersytecie Grenlandzkim.
Strandsbjerg podkreśla, że istnieje wola w grenlandzkim społeczeństwie, by dotychczasowe status quo w relacjach z Danią uległo zmianie.
– Wydaje się, że istnieje porozumienie między władzami Grenlandii a Danii, że ta relacja musi się zmieniać, musi ewoluować, że dotychczasowe status quo musi ulec zmianie. Nawet bez całkowitego odłączania się od Danii, istnieje możliwość poszerzenia grenlandzkiej autonomii i bardziej wyrównanej relacji z Danią – mówi badacz.
Grenlandczycy coraz chętniej patrzą też w kierunku Unii Europejskiej. Jak wynika z ostatnich sondaży, od większych związków ze Stanami Zjednoczonymi, Grenlandczycy wolą współpracę z UE. Według lutowego sondażu „The Copenhagen Post” aż 65 proc. badanych opowiada się za wzmocnieniem współpracy z Unią Europejską, a tylko 5 proc. z USA.
Dr Rasmus Leander Nielsen komentuje wyniki sondażu: – Wolimy działać z tymi, którym możemy ufać.
Dziennikarka działu politycznego OKO.press. Absolwentka studiów podyplomowych z zakresu nauk o polityce Instytutu Studiów Politycznych PAN i Collegium Civitas, oraz dziennikarstwa na Uniwersytecie Wrocławskim. Stypendystka amerykańskiego programu dla dziennikarzy Central Eastern Journalism Fellowship Program oraz laureatka nagrody im. Leopolda Ungera. Pisze o demokracji, sprawach międzynarodowych i Unii Europejskiej. Publikowała m.in. w Tygodniku Powszechnym, portalu EUobserver, Business Insiderze i Gazecie Wyborczej.
Dziennikarka działu politycznego OKO.press. Absolwentka studiów podyplomowych z zakresu nauk o polityce Instytutu Studiów Politycznych PAN i Collegium Civitas, oraz dziennikarstwa na Uniwersytecie Wrocławskim. Stypendystka amerykańskiego programu dla dziennikarzy Central Eastern Journalism Fellowship Program oraz laureatka nagrody im. Leopolda Ungera. Pisze o demokracji, sprawach międzynarodowych i Unii Europejskiej. Publikowała m.in. w Tygodniku Powszechnym, portalu EUobserver, Business Insiderze i Gazecie Wyborczej.
Komentarze