„Potrzebujemy polityków, którzy będą w stanie powiedzieć: musimy usiąść do stołu i wypracować wspólne rozwiązania. Dla mnie te wybory są kluczowe, nie dlatego, że ściera się PO z PiS. Jesteśmy w przededniu naprawdę ważnych decyzji. Trwa kryzys klimatyczny i kryzys demokracji” – mówi OKO.press kandydatka Lewicy w Warszawie

„Wierzę, że Polska może być krajem nowoczesnym, otwartym, w którym każdy może żyć godnie, na dobrym poziomie, korzystając z dobrych usług. Z naszych list trafią do Sejmu ludzie, którzy mają dużo energii, są gotowi walczyć o wizję Polski, którą zapisaliśmy w programie. Adrian Zandberg, Maciej Gdula – wniosą zupełnie inny rodzaj uprawiania polityki” – mówi OKO.press Magdalena Biejat. Jest socjolożką i tłumaczką literatury hiszpańskiej. Zawodowo jest związana z organizacjami pozarządowymi, m.in. Helsińską Fundacją Praw Człowieka, Fundacją im. Batorego, „Stocznią” oraz partią Razem.

Mówi nam:

  • Dlaczego młode kobiety mają inne poglądy niż młodzi mężczyźni? Kobietom żyje się gorzej. Może przez to są bardziej krytycznie nastawione do rzeczywistości? Nietrudno jest wytworzyć w sobie pozycję bardziej buntowniczą. I młode kobiety taką postawę mają.
  • Mam postulat, z którym bardzo chciałabym się przebić. Musimy zacząć inaczej mierzyć rozwój kraju, patrzeć na przykład na dostęp do opieki zdrowotnej czy edukacji. W Szkocji zaczęli mierzyć, ile dzieci w szkołach deklaruje posiadanie przynajmniej trojga przyjaciół. To jest oficjalny wskaźnik, którym się mierzy dobrostan obywateli!
  • Nie ma Polski A i Polski B. Jest różnica poziomu życia, dostępu do usług publicznych.
  • PiS nie sprawdza się, jeżeli chodzi o zmiany systemowe, długofalowe. Za 500 plus nie kupię sobie dostępu do żłobka ani do szkoły, jeśli żłobków i szkół nie ma.

Rozmowa z Magdaleną Biejat jest kolejną w naszym przedwyborczym cyklu rozmów politycznych.

Poniżej cały wywiad z Magdaleną Biejat.

Agata Szczęśniak, OKO.press: Popiera Cię i Michał Boni, związany z Platformą Obywatelską, Monika Płatek oraz Sylwia Spurek z Wiosny i Jan Mencwel z Miasto Jest Nasze. A także Adam Wajrak. Jak to robisz, że zbierasz poparcie z tak różnych stron?

Magdalena Biejat, 4. miejsce na liście Lewica – KW SLD w Warszawie: My, młode pokolenie polityków, wnosimy nową jakość, którą doceniają ludzie pokroju Michała Boniego. Dążymy do tego, żeby mówić o merytoryce, o wartościach, o tym, co jest rzeczywiście ważne. Rozmawiałam z Michałem Bonim, dla niego istotne jest, żeby do Sejmu dostali się ludzie, którzy mówią to, w co wierzą i wierzą w to, co mówią. Sejm zabarykadował się nie tylko w sensie barierek, zawodowi politycy są coraz bardziej oderwani od rzeczywistości. Potrzebni są ludzie, którzy wniosą trochę świeżego powietrza do Sejmu, dyskusję o tym, co jest rzeczywiście ważne, zamiast ciągłych przepychanek.

A w co wierzysz?

Wierzę, że Polska może być krajem nowoczesnym, otwartym, w którym każdy może żyć godnie, na dobrym poziomie, korzystając z dobrych usług. Wierzę, że jesteśmy w stanie ponad podziałami rozmawiać o rozwiązywaniu realnych problemów.

Jesteśmy w przededniu naprawdę ważnych decyzji. Trwa kryzys klimatyczny i kryzys demokracji.

Potrzebujemy polityków, którzy będą w stanie powiedzieć: musimy usiąść do stołu i wypracować wspólne rozwiązania.

Dla mnie te wybory są kluczowe, nie dlatego, że ściera się PO z PiS. Za chwilę będziemy musieli odpowiedzieć na naprawdę poważne pytania.

Na czym polega kryzys demokracji?

Polacy nie wierzą, że politycy są w stanie cokolwiek zmienić. Skąd się bierze taka niska frekwencja w wyborach? Widać to w całej Unii Europejskiej, w USA. Nie ma zaufania do instytucji demokratycznych. Czy istnieje jakikolwiek mechanizm, jakakolwiek instytucja, siła polityczna, która jest w stanie przynieść realne zmiany?

Akurat w Polsce ludzie zobaczyli realną zmianę. Zagłosowali na PiS, zmienili rząd, a ten rząd zmienił życie wielu osób. 

To prawda. Dlatego ten rząd ma cały czas dobre notowania. Problem polega na tym, że to jest działanie na bardzo wąskiej grupie ludzi, którzy mają małe dzieci. Chociaż podnieśli też płacę minimalną i to dotyczy większej liczby osób. Problem polega na tym, że PiS nie sprawdza się, jeżeli chodzi o zmiany systemowe, długofalowe. Ja za 500 plus nie kupię sobie dostępu do żłobka ani do szkoły.

Bo to za mało pieniędzy?

Tak, ale też dlatego, że żłobków i szkół nie ma. Trzy czwarte gmin wiejskich nie ma żadnej opieki dla dzieci do lat trzech. Żadnej. Za 500 plus dostępu do porządnych usług medycznych nie kupię. Już w tej chwili brakuje specjalistów, nawet w prywatnej ochronie zdrowia ustawiają się kolejki. A profilaktyka i leczenie poważnych chorób jest nieopłacalne. Z rakiem czy poważną operacją lądujemy w szpitalu publicznym. Jeżeli nie zbudujemy dobrych usług publicznych, to transfery pieniężne będą jedynie przyczyniały się do dalszej prywatyzacji tych usług i dalszego rozwarstwienie społeczeństwa.

Mówią o tym ludzie, których spotykasz na ulicy?

Tak, dużo o tym rozmawiamy. Mówią też, że są zmęczeni Koalicją Obywatelską.

Podchodzą do kandydatki z ulotką i mówią: „Nie lubię Schetyny, nie podoba mi się Koalicja”?

Zwykle to ja podchodzę. Cieszą się, że przyszłam, że widzą kandydatkę, która się stara. Ale mówią też: „Tym razem zagłosuję na Lewicę, bo już nie mogę patrzeć na KO”. Ostatnio powiedział mi to taksówkarz, z którym jechałam. Powiedział, że zawsze głosował na Koalicję, ale ma już serdecznie dość i pierwszy raz w życiu zagłosuje na Lewicę. Obiecał, że na mnie.

Każdy polityk zna taksówkarza, który mu powiedział coś miłego.

Po prostu zaskakuje mnie, że ludzie tak często opowiadają, że są rozczarowani KO. Ale oczywiście nie mam pojęcia, jak to się przełoży na ostateczne wybory i na mój wynik, chociaż z badań wynika, że jest duży elektorat przepływowy między Lewicą a KO. Ludzie ostatecznie zdecydują przy urnach.

Niektórzy już zdecydowali, a niektórzy jeszcze myślą. Dlaczego powinni zagłosować na Lewicę?

Po nas wiadomo, czego się spodziewać.

Naprawdę!?

Tak. Mamy spójny program. Jako obywatelka mam problem z Koalicją Obywatelską, co chwila próbują uwodzić inny elektorat. Efekt jest taki, że w jednym tygodniu przekonują, że są partią konserwatywną, a w drugim, że bardziej lewicową. I nie wiadomo, jakie są ich wartości.

Wpisali do programu różne całkiem lewicowe postulaty, które powinny być Ci bliskie (alimenty ściągane jak podatki, podwyżki w budżetówce).

Ale mają też na liście Joannę Fabisiak, startuje z czwartego miejsca, tak samo jak ja. Pod której biurem poselskim trzy lata temu odczytywałam listę hańby posłów, którzy zagłosowali przeciwko ustawie „Ratujmy kobiety”. Trudno przewidzieć, jak będą się zachowywać posłowie Koalicji Obywatelskiej. Mnie niepokoi partia, która odznacza się dużym koniunkturalizmem.

My mamy bardzo dużo nowych twarzy na listach. To jest zaleta i jeden z powodów, dlaczego zdecydowałam się kandydować. Myślę z nadzieją o byciu w tym Sejmie, jeżeli się uda. Z naszych list trafią ludzie, którzy mają dużo energii, są gotowi walczyć o wizję Polski, którą zapisaliśmy w programie. Adrian Zandberg, Maciej Gdula – wniosą zupełnie inny rodzaj uprawiania polityki.

„Ma Pani piękną wizję, jest Pani młoda, ale i tak do Sejmu wejdzie Robert Kwiatkowski albo Marek Dyduch”. Nie słyszysz takich głosów?

Nie, akurat takich rzeczy nikt nie mówi. Gdybym się miała opierać tylko na tym, co mówią ludzie na ulicach i piszą w social mediach, byłabym super optymistyczna. Nie spodziewałam się, że aż tak dobrze ta kampania pójdzie.

Jeśli faktycznie jest dobrze, to jak myślisz – dlaczego?

Ludzie widzą, że jestem autentyczna. Mówię o tym, w co wierzę, opieram się na swojej wiedzy i doświadczeniu. Ważne jest wyście poza spory. Poza walkę „jedna Polska kontra druga Polska”. Ja chcę rozmawiać o konkretach. Udaje mi się z tym przekazem przebić nawet w Telewizji Polskiej i widzę, że ludzie to doceniają. Nie wchodzę w kłótnie, tylko staram się sprowadzić dyskusję do konkretów.

Wejdziecie do parlamentu i zaczniecie się kłócić, jak wszyscy.

W Razem jesteśmy demokratyczni i o wszystkim dyskutujemy. To nasza zaleta i wada. Wypracowujemy wszystkie decyzje wspólnie.

Stworzycie wspólny klub z SLD i Wiosną?

Trudno powiedzieć. To będzie zależało od układu sił i od tego, które osoby wejdą do Sejmu. Ja tego nie wykluczam, uważam, że jest wiele argumentów za tym. Prawdopodobnie nie wejdzie aż tylu członków Razem, żebyśmy stworzyli własny klub. Bycie w dużym klubie przekłada się na sprawczość w Sejmie, a na tym nam zależy. Ale mówię o tym w swoim imieniu, decyzja partii zapadnie dopiero po wyborach.

Twoje doświadczenie badaczki pomaga w prowadzeniu kampanii? 

Tak. Na różnych poziomach. Podstawowy jest taki, że zawodowo od kilkunastu lat zajmuję się rozmawianiem z ludźmi.

To rzeczywiście coś zaskakującego w polskiej polityce – rozmawiać z ludźmi. 

Ja to lubię. Mam to szczęście, że wykonuję pracę, którą po prostu kocham. Mam dobry kontakt z ludźmi, potrafię rozmawiać z osobami, z którymi się w wielu sprawach nie zgadzamy. Badałam koła gospodyń wiejskich, Ochotnicze Straże Pożarne, nie mam warszawocentrycznej perspektywy. Oczywiście, wychowałam się w Warszawie, tutaj żyję, znam problemy dużego miasta i to jest mi najbliższe, ale mam świadomość, jak wygląda życie poza dużymi ośrodkami.

Podział na Polskę A i B zakłamuje rzeczywistość

Jest w Polsce głęboki podział między dużymi a małymi miastami? Wzajemna niechęć?

Nie. Jest różnica poziomu życia, dostępu do usług publicznych. Kiedy jeżdżę na wieś czy do mniejszych ośrodków, staram się używać transportu publicznego i jest to coraz trudniejsze.

Pewnie do wielu miejsc nie dojeżdżasz albo się spóźniasz.

Niestety coraz częściej wybieram samochód. Bywa tak, że na początku roku mogę dojechać, a na koniec roku już nie, bo połączenia zostały zlikwidowane. Zwykle staram się przyjechać pociągiem rano, a wyjechać po południu. To odwrotny kierunek niż ten, który obsługują połączenia publiczne. Zwykle jest połączenie z małej miejscowości do dużej o 7 rano, a potem o 15. w drugą stronę. Jeśli ktoś z małej miejscowości chce w środku dnia pojechać do lekarza albo po południu do kina, to transportu nie ma. W większych miastach jest pod tym względem łatwiej. To jest różnica.

Zaściankowa Polska B, która głosuje na PiS, jest konserwatywna i chodzi w niedziele do kościoła – to tylko wizerunek.

Nie ma takiej Polski?

Nie. Myślę, że to jest bardzo wygodny sposób porządkowania rzeczywistości.

Dla kogo wygodny?

Dla polityków. Dużo łatwiej jest rozgrywać i tworzyć przekaz, rozgrywać spory wyborcze i polityczne w ten sposób. Niuansowanie jest mało wyraziste. Prościej jest tworzyć mocne podziały, mocne obrazy, z którymi łatwiej jest się przebić, ale które zakłamują rzeczywistość i psują nam debatę publiczną.

Przemysław Sadura, współautor badań o politycznym cynizmie Polaków, powiedział mi, że polskie społeczeństwo jest obecnie bardziej konserwatywne niż kilka lat temu. Przywiązanie do Kościoła, do rodziny jest w Polsce potężne. 

To ciekawe, bo mamy badania, które pokazują, że coraz więcej osób jest za wyprowadzeniem religii ze szkół. Są statystyki Kościoła, które pokazują, że coraz mniej ludzi chodzi regularnie w niedziele na msze. Na pewno bardzo łatwo jest grać na przywiązaniach do tradycyjnych modeli, kiedy się straszy wojną cywilizacyjną. Może Polacy starają się uciec do tego, co dobrze znają?

W szkole nie uczymy krytycznego funkcjonowania w społeczeństwie ani tego, jak być aktywnymi obywatelami. Jesteśmy mocno zatomizowani. Nie robimy niczego, żeby ludzie bardziej się angażowali w to, co się dzieje w ich otoczeniu, żeby bardziej sobie ufali.

Politycy mają na to wpływ?

Oczywiście. Pokazuje to chociażby przykład awarii „Czajki”. Politycy mogli łagodzić problem, wziąć odpowiedzialność za kryzys. W świecie idealnym powinno to wyglądać tak: rząd i samorząd siadają razem i zastanawiają się, jak rozwiązać problem. A była naparzanka polityczna, szczucie. Kiedy dziennikarze pytali mnie, co o tym myślę, mogłam powiedzieć tylko: nie wiem, nie mam informacji, bo one gubią się w walce politycznej wokół awarii. To jest realny wpływ polityków na to, jak my się czujemy w tym kraju.

Nie ma w tym przypadku symetrii. Główny atak w czasie awarii „Czajki” był ze strony rządu, a nie ze strony Rafała Trzaskowskiego. 

Tak, jasno mówiłam, że rząd wykorzystuje tę sytuację, żeby wzbudzać panikę w obywatelach. To sytuacja karygodna, nieodpowiedzialna, nie mam na to słów. Ale rząd robi wiele takich rzeczy. Przedstawia jako wroga mniejszości seksualne, żeby tworzyć poczucie osaczenia, że nasza polska rodzina jest zagrożona, to jest znowu dzielenie Polaków. W zeszłym tygodniu przedstawiliśmy pakt dla pieszych w Warszawie.

Ruchy miejskie chwaliły.

Ale natychmiast zrobiła się awantura: jak możecie tak niszczyć kierowcom życie?

Jak wiemy, kierowcy są w Polsce najbardziej prześladowaną grupą. Żartuję, oczywiście.

To jest znowu dzielenie Polaków, na trochę mniej oczywistym poziomie. Opowiadanie, że jest jakaś walka kierowcy kontra piesi. Wszyscy jesteśmy pieszymi, mamy dzieci, które są pieszymi. W Warszawie trzy czwarte wypadków z udziałem seniorów dzieje się, bo ktoś ich potrącił na pasach albo cofając na chodniku. W interesie nas wszystkich, niezależnie od tego, czy mamy samochód, czy nie, powinno leżeć to, żebyśmy byli bezpieczni. To się nie bierze znikąd, tylko z klimatu, który wytwarzają też politycy.

Lewica proponuje nową politykę miłości?

Nie musimy się kochać. Nie chodzi o to, żebyśmy nagle wszyscy się zgadzali we wszystkim. Na lewicy na przykład zgadzamy, że powinniśmy odejść od węgla, ale nie doszliśmy do konsensusu, czy powinniśmy również inwestować w energetykę jądrową, czy nie.

Możemy się zgadzać, że pewne wyzwania są ważne, ale to nie oznacza, że wszyscy musimy mieć ten sam pogląd na to, w jaki sposób na te wyzwania odpowiedzieć i w jaki sposób dojść do zmian. Ale powinna być przestrzeń, żeby móc się konstruktywnie spierać. Nie ciągłe walki w kisielu przed kamerami. Musimy usiąść i zastanowić się, co możemy zrobić, żeby żyło się lepiej nam wszystkim, żebyśmy… dożyli 2050 roku.

Kobiety zaczynają być wkurzone

Zdarzyło ci się rozmawiać z wyborcami Konfederacji?

Nie, chociaż nie wiem czyimi wyborcami byli młodzi chłopcy, którzy podeszli do mnie po debacie dla młodych. Byli oburzeni, bo powiedziałam, że powinniśmy mieć wszyscy taki sam dostęp do edukacji.

Ich zdaniem nie powinniśmy?

Uznali, że chcę równać w dół. A wtedy zdolniejsi dostaną tak samo złą edukację jak mniej zdolni. Próbowałam im wyjaśnić, że bardzo często to, czy ktoś idzie do gorszej czy do lepszej szkoły nie wynika z jego inteligencji, tylko z tego, ile pieniędzy mają jego rodzice.

Młode kobiety pewnie podzielają większość Twoich poglądów. Ale gdyby tu z nami siedział 20-latek, to uważałby Cię za kosmitkę. 

Sporo rozmawiam z młodymi mężczyznami na ulicach. To są trudne dyskusje. W wielu wypadkach na poziomie ideologii, a nie faktów.

Na przykład?

Młodzi mężczyźni wierzą, że publiczna ochrona zdrowia to przeżytek. Trzeba ją zlikwidować, a każdy powinien być kowalem swojego losu i sam sobie poradzić. To są dyskusje fundamentalne. Ciężko jest doprowadzić do konkretnych wniosków, czy konsensusu na ulicy przy rozdawaniu ulotek. Oni się uczą tego w szkole.

Wygląda na to, że chłopcy się tego uczą, a dziewczęta nie. 

Może to wynika z tego, że kobietom żyje się gorzej i są bardziej krytycznie nastawione do rzeczywistości? Bo nam się żyje gorzej, dotykają nas ograniczenia w dostępie do antykoncepcji, nierówność na rynku pracy, dyskryminacja — ma znaczenie to, czy mamy rodzinę, jak wyglądamy. Jesteśmy oceniane bardziej krytycznie. Nietrudno jest wytworzyć w sobie pozycję bardziej buntowniczą i bardziej krytyczną. I młode kobiety taką postawę mają.

Są krytyczne, ale czy chcą zmienić rzeczywistość w Polsce?

Myślę, że tak. Chociaż oczywiście to nie jest tak, że wszystkie nagle zostaną lewaczkami. Młode kobiety w dobie zglobalizowanej kultury, w której mamy dostęp do innych wzorców, mają poczucie, że coś tu jest nie halo, coś tu nie gra, nie tak to powinno wyglądać. Kobiety zaczynają być wkurzone. To pokazały też czarne protesty. Trudno jest w codziennej „bieżączce” o to walczyć, prowadzić walkę na codziennych, małych frontach, trudno też ją upubliczniać, ona często jest mało widoczna, ale mam nadzieję, że przynajmniej to wkurzenie wykorzystają przy urnach i zagłosują.

Odpowiada na to Koalicja Obywatelska. Pokazuje kandydatkę na premiera, obiecuje połowę miejsc w rządzie kobietom, nagrywa spot skierowany do kobiet. A wy wystawiacie trzech tenorów i macie spot, w którym kobiety prawie się nie odzywają. 

Uważam że to jest bardzo niefortunne. Duży błąd, zwłaszcza, że mamy bardzo dużo świetnych kobiet na listach. Bardzo dużo kobiet pokazuje się na konferencjach prasowych Lewicy, chodzą do mediów, nie ucisza się nas. Ale fakt, że na prowadzenie wysunęli się „trzej tenorzy”, nie jest zbyt szczęśliwy.

W Wiośnie i SLD liderami są mężczyźni. W Razem mamy kilkuosobowy zarząd krajowy, ale Adrian Zandberg jest najbardziej rozpoznawalny, w sposób naturalny to on stał się twarzą tego porozumienia. A media ukuły bon mot „trzech tenorów”. Natomiast fakt, że dalej brniemy w tą metaforę , jest dla mnie problematyczny. Jako lewica powinniśmy dużo bardziej wystawiać kobiety. 

„Trzech tenorów” namawia inne partie do podpisania paktu na rzecz kobiet. Dysonans.

Tak, zwłaszcza, że mamy świetne kobiety, które będą świetnymi posłankami, które nie przynoszą wstydu ani w mediach, ani na konferencjach prasowych, ani w debatach.

Dlaczego młode kobiety mimo wszystko miałyby zagłosować na Lewicę?

My konsekwentnie stoimy po stronie praw kobiet. Na naszych listach są osoby, które walczyły o prawa kobiet cały czas. Na listach KO są osoby i takie, i takie. Z jednej strony jest Barbara Nowacka, której nie można odmówić walki o prawa kobiet i która jest twarzą projektu „Ratujmy kobiety”, a z drugiej strony takie osoby jak Joanna Fabisiak, które zagłosowały przeciwko temu projektowi. Koalicja ustami Małgorzaty Kidawy-Błońskiej mówi o obecnym prawie jak o kompromisie, co jest bardzo problematyczne. To nie jest kompromis.

Nasz pakt dla kobiet mówi o kompleksowym wspieraniu kobiet. Chodzi nie tylko o prawa reprodukcyjne, ale też o możliwość wyboru, czy chcą pracować, czy opiekować się dziećmi. O wyrównywanie płac na rynku pracy. O lepszy dostęp do opieki ginekologicznej. Tylko u nas są działaczki, które dostrzegają szczególne potrzeby kobiet z niepełnosprawnościami.

Spotykasz się z pytaniami, jak być kobietą w polityce i to jeszcze z dziećmi? 

To ciekawe, bo ten temat właściwie się nie pojawia, mimo że niedawno urodziła mi się córka. Wiem, że z pytaniami na ten temat mierzy się Daria Gosek-Popiołek z Krakowa. A mnie jakoś nikt o to nie pyta. Kampania jest oczywiście obciążeniem dla nas, dzieci widzą mnie teraz przez pół godziny rano, już odliczamy dni do ciszy wyborczej.

Jak mierzyć rozwój kraju

Mówiłaś, że wyzwania, przed którymi stoimy, wymagają polityków nowego typu. Jacy oni muszą być?

Nie mogą lawirować, nie mogą boją się mówić trudnych rzeczy ani rozmowy o faktach. Ostatnio grzęźniemy w sporze politycznym na abstrakcyjnym poziomie.

Spór o praworządność to jest spór abstrakcyjny?

Nie, oczywiście nie. Miałam takie doświadczenie, że chodzę do mediów prawicowych i tam spotykam się z przedstawicielami PiS, którzy na antenie wykłócają się ze mną o to, jak doskonały jest program ochrony zdrowia, który realizuje partia rządząca, krytykują program lewicy. A w kuluarach mówią mi, że w sumie to im się ten nasz program podoba. To hipokryzja. Ważniejsze jest to, żeby pokazać, że jesteśmy przeciwko komuś, niż to, żeby dyskutować o tym, co realnie możemy zrobić. Ważniejsze jest, żeby zaostrzać spór, zbijać polityczny kapitał niż to, żeby wprowadzić reformy, które doprowadzą do lepszego punktu, niż jesteśmy.

W Sejmie zagłosujesz za ustawą przygotowaną przez PiS, jeśli uznasz, że jest dobra?

Tak. Mam tylko poważne wątpliwości, czy taka ustawa się pojawi. Ale gdyby była, racja stanu wymaga, żeby taką ustawę poprzeć.

15. emerytura.

To nie jest realne rozwiązanie. Mówię o zmianach systemowych. Musimy wprowadzać zmiany, które nie służą zbijaniu kapitału politycznego, musimy stworzyć realne podstawy do tego, żeby kraj się rozwijał. I nie chodzi o to, żeby nam rosło PKB, tylko o to, żeby rósł również dobrostan ludzi. Zresztą mam taki postulat, z którym bardzo chciałabym się przebić. Musimy zacząć inaczej patrzeć na rozwój kraju, zacząć mierzyć go nie tylko wskaźnikami ekonomicznymi, patrzeć na przykład na dostęp do opieki zdrowotnej czy edukacji. W Szkocji zaczęli mierzyć, ile dzieci w szkołach deklaruje posiadanie przynajmniej trojga przyjaciół. To jest oficjalny wskaźnik, którym się mierzy dobrostan obywateli!

Czym się zajmiesz w Sejmie w pierwszej kolejności?

Nie wiem, w co w ręce wsadzić (śmiech). Takich rzeczy, od których trzeba zacząć jest mnóstwo. Moim tematem są prawa pracownicze i prawa kobiet. Jestem matką małych dzieci, bliska jest mi walka o to, żeby pojawiło się realne wsparcie dla rodziców małych dzieci, dostęp do publicznych żłobków i przedszkoli. Przywrócenie pełnego dostępu do badań prenatalnych, do opieki ginekologicznej. Tematy pracownicze: inspekcja pracy, wprowadzenie płacy minimalnej, nie odgórnie dekretowanej przez rząd, tylko uzależnionej procentowo od średniej pensji.

Co jest nie tak z Polską Inspekcją Pracy?

Jest bezzębna. Niewiele może zrobić, żeby zmieniać realnie warunki pracy. Jedną rzecz można zrobić właściwie bezkosztowo. Inspekcja pracy powinna mieć możliwość ustalenia stosunku pracy w momencie wejścia do zakładu. Jeśli stwierdzi, że jakaś osoba pracuje w warunkach, które wskazują na to, że powinna mieć etat, to powinna ten etat po prostu ustanowić. Ale PIP ma też za mało pieniędzy i za mało ludzi, żeby realnie spełniać swoje obowiązki.

Opozycja wygra?

Opozycja, czyli?

No właśnie?

Jako przedstawicielka partii Razem, która ma za sobą dwa bardzo trudne wybory (europejskie i samorządowe), jestem daleka od dzielenia skóry na niedźwiedziu. Wszystko jest możliwe. Dowiemy się przy urnach. Tak samo możliwe jest, że Polacy jednak zdecydują się zagłosować pozytywnie i Lewica będzie miała dobry wynik, jak i to, że ostatecznie jednak zdecydują się zagłosować anty-PiS. Jesteśmy szantażowani tym duopolem PO kontra PiS od bardzo dawna.

W tej kampanii dużo mniej. 

Na pewno mniej. Ale byłam w TVP Info, gdzie próbowano mi wmówić, że razem z PO będziemy tworzyć zarząd koalicyjny z Konfederacją.

W międzyczasie Sławomir Neuman zdążył się z tego wycofać. 

Tak, ale ja byłam z tego rozliczana, choć nie jestem z Koalicji Obywatelskiej, tylko z Lewicy. Ewidentnie publicyści tamtej strony starają się wepchnąć nas w duopol. Nie wiem, na ile to będzie skuteczne, ale widzę, że nadal jest to możliwe. Tak długo to działało, że nie jest tak łatwo wyjść z tego schematu i wybrać innych. A inni politycy są nam bardzo potrzebni.

Kandydaci obiecują. OKO.press rozlicza.
Wesprzyj nas, byśmy mogli działać dalej.

Redaktorka, publicystka. Współzałożycielka i wieloletnia wicenaczelna Krytyki Politycznej. Pracowała w „Gazecie Wyborczej”. Socjolożka, studiowała też filozofię i stosunki międzynarodowe. Dumna z mazowiecko-podlaskich korzeni. W OKO.press pisze o mediach, polityce polskiej i zagranicznej oraz prawach kobiet.


Komentarze

Lubisz nas?

Dołącz do społeczności OKO.press