0:000:00

0:00

Prawa autorskie: / Agencja Gazeta/ Agencja Gazeta

To miało być posiedzenie inne niż wszystkie, bo też skala wydarzeń na granicy polsko-białoruskiej - w optyce PiS, ale też większości opozycji - jest dziś bez precedensu. W taki ton już w pierwszej minucie uderzyła marszałkini Sejmu Elżbieta Witek, mówiąc o "być może najważniejszym" spotkaniu posłów i posłanek w tej kadencji. Zwołała je w trybie nadzwyczajnym 8 listopada 2021.

Powodem były doniesienia o dużej grupie osób obozujących na granicy po stronie białoruskiej, nieopodal miejscowości Kuźnica. Ich przemarsz wzdłuż zasieków i sytuację w obozie relacjonowaliśmy w OKO.press.

Przeczytaj także:

"Apeluję do wszystkich państwa posłów o rozważne i odpowiedzialne wypowiedzi z tej trybuny sejmowej. Dlatego, że zarówno parlamentarzystom, jak i naszym obywatelom należy się rzetelna informacja na temat tego, co jest na granicy polsko-białoruskiej, podejmowanych działań i ewentualnie tego, co nas może czekać. [...] Dziś skupione są na nas nie tylko oczy Polaków. Z pewnością echa dzisiejszego Sejmu będą słyszane za naszą wschodnią granicą" - ostrzegała Witek.

Wkrótce potem sala na jej zaproszenie gorącymi oklaskami po raz pierwszy podziękowała "wszystkim funkcjonariuszom i żołnierzom Wojska Polskiego, którzy bronią naszej granicy". Słowa poparcia dla działań polskich służb i wojskowych sypały się potem z ust kolejnych posłów i posłanek. Wiele osób sugerowało, by żołnierzy objąć opieką psychologiczną w związku z traumatycznymi wydarzeniami na granicy.

"Oni są bardzo silni psychicznie" - uspokajał Mateusz Morawiecki w odpowiedzi na pytania pod koniec posiedzenia.

Mieliśmy więc w Sejmie festiwal samozadowolenia i pokaz siły rządzących: "a nie mówiliśmy", "ostrzegaliśmy", "zdiagnozowaliśmy", "budujemy mur", "skuteczne działania". A do tego podsycanie strachu i negatywnych emocji.

Opozycja odbijała się od tak zbudowanej narracji. Próby dopytywania o realny plan PiS na rozwiązanie kryzysu, kontrowania czy niuansowania przekazu o wojnie z Łukaszenką, czy apele o przestrzeganie prawa międzynarodowego i respektowanie praw człowieka utonęły w morzu zapewnień o konieczności obrony polskich granic.

Morawiecki dziękuje Kaczyńskiemu i cytuje Kaczyńskiego

Swoje przemówienie Mateusz Morawiecki zaczął od przeprosin w imieniu... Jarosława Kaczyńskiego. Wicepremier i przewodniczący komitetu ds. bezpieczeństwa narodowego był w Sejmie nieobecny. "Zmogła go choroba" - wyjaśnił krótko premier i od razu przeszedł do zachwalania skutecznych działań Kaczyńskiego w ostatnich miesiącach.

"Prowadziły [te działania - red.] do podjęcia decyzji, które to decyzje i skutkują dużo większą efektywnością naszych działań na granicy. Dziękujemy bardzo panu prezesowi" - mówił Morawiecki.

Z ust premiera także padły głośne wezwania o porozumienie ponad podziałami politycznymi. Bo, jak tłumaczył premier, sytuacja na granicy jest "wyjątkowa".

"Bezpieczeństwo, integralność naszych granic jest w tak brutalny sposób atakowana i testowana. [...] Wspominałem już wcześniej słowa prezydenta Lecha Kaczyńskiego, ale jeszcze raz je wspomnę, bo one są niesamowicie adekwatne. 13 lat temu w Tbilisi powiedział, że dziś Gruzja, jutro Ukraina, pojutrze państwa bałtyckie, a potem być może przyjdzie kolej na mój kraj, na Polskę" - wspominał Morawiecki.

Usłyszeliśmy rytualne ostrzeżenia przed neoimperialną polityką Rosji i Putinem, który wydaje polecenia Łukaszence. Premier mówił, że sytuacja może trwać latami i że prawie na pewno jest częścią większej operacji, "wojny nowego typu" i "skoordynowanego ataku". Mówił o dezinformacji rosyjskich i białoruskich służb.

"To Aleksander Łukaszenka sprowadził specjalnie dziesiątki tysięcy ludzi na Białoruś. To Aleksander Łukaszenka przesuwa te grupy ludzkie, tych ludzi, migrantów specjalnie, przemocą [...] na naszą wschodnią granicę, używa tych ludzi jak żywych tarcz. I to Aleksander Łukaszenka jest odpowiedzialny za to, żeby ci ludzie wrócili do swoich krajów tam, gdzie ich miejsce" - zaznaczył.

"Ataków jest bez liku"

Ale Morawiecki przeczył też sam sobie. Z jednej strony malował obraz bezprecedensowej agresji, a z drugiej działania Białorusi nazywał "wyreżyserowanym spektaklem", w celu wprowadzenia chaosu w Polsce i UE.

"To są migranci, to nie są uchodźcy. [...] Przyciągnięci zostali migranci po to, żeby jako żywe tarcze zdestabilizować sytuację w Rzeczypospolitej, na Litwie, w państwach bałtyckich i w całej Unii Europejskiej. Nie możemy na to pozwolić, dlatego Komitet Bezpieczeństwa pod kierunkiem premiera Kaczyńskiego już w czerwcu podjął decyzję o budowę odpowiednich instalacji" - dowodził Morawiecki.

Chodziło oczywiście o budowę fizycznej zapory na granicy polsko-białoruskiej. Obecnie jest to siatka z drutu kolczastego, wkrótce stanąć ma tam mur.

"Gdyby nie to zabezpieczenie, to dziś te kolumny migrantów, popychane z tyłu kolbami karabinów białoruskich służb specjalnych, maszerowały już przez granicę Rzeczypospolitej. Te zabezpieczenia były okazały się kluczowe" - wskazywał premier i powtarzał podziękowania dla Dudy i Kaczyńskiego za zdolność przewidywania i "podjęte decyzje", które "budują przestrzeń bezpieczeństwa".

Morawiecki z uznaniem mówił też o "dość szczodrej" pomocy rządu dla przedsiębiorców ze strefy objętej stanem wyjątkowym oraz stacjonujących tam służb.

"Staramy się zapewnić wszystko mieszkańcom, aby mogli normalnie, w miarę normalnie funkcjonować. Ażeby funkcjonariusze, żołnierze, którzy są tam codziennie i każdą noc pełnią swoją służbę, byli bezpieczni i spokojni, żeby mogli w spokojny sposób wykonywać swoje obowiązki. A ataków jest bez liku. Są dni, w których jest kilkaset ataków dziennie, kilkaset prób przekroczenia granicy" - oznajmił (bo każda próba przekroczenia granicy to w tej retoryce "atak").

I dziękował: "panu prezesowi Jarosławowi Kaczyńskiemu", członkom komitetu bezpieczeństwa, ministrom, funkcjonariuszom, żołnierzom WOT, partnerom, sąsiadom w UE i spoza UE oraz prezydentowi Dudzie za "aktywność międzynarodową".

Zaznaczył zarazem, że polskie siły wojskowe są wystarczające i nie ma potrzeby wzywać na pomoc Fronteksu. W drugiej części posiedzenia dodał, że służba ta jest "nikła".

Kamiński i Błaszczak straszą "falą terroru"

Po wystąpieniu premiera bieżącą sytuację na granicy relacjonowali jeszcze ministrowie Mariusz Kamiński i Mariusz Błaszczak.

Kamiński mówił o "spektakularnym przemarszu", "nielegalnych migrantów", którzy najpierw godzinami byli dowożeni na granicę z Mińska, a następnie próbowali przedrzeć się przez ogrodzenie na stronę polską. Mówił o możliwym "szturmie" w najbliższych dniach, o kolejnych lotach do Mińska z państw Bliskiego Wschodu. O celach Putina i Łukaszenki i o wojnie hybrydowej wytoczonej wobec Polski.

Straszył też konsekwencjami przyjęcia w Polsce uchodźców.

"Wiemy, co było w roku 2015 w Europie. Wiemy, że fala uchodźców zalewała całą Unię Europejską, jakie były koszty polityczne, społeczne związane z tym zjawiskiem. [...] Wielu wykonawców aktów terrorystycznych w Europie Zachodniej w roku 2015 przeszła do Europy w ramach tego strumienia migrantów" - stwierdził Kamiński. Wzywał do porozumienia ponad podziałami politycznymi i zapewniał, że rząd ma koncepcję obrony granicy.

Błaszczak zachwalał działanie polskiego wojska, w tym żołnierzy WOT, które "celująco zdaje egzamin". Nie obyło się też bez gratulacji dla Jarosława Kaczyńskiego.

"Już w lipcu rozpoczęliśmy budowę tymczasowego ogrodzenia zbudowanego z zasieków wojskowych. To Komitet do Spraw Bezpieczeństwa Narodowego i spraw obronnych, na którego czele stoi pan premier Jarosław Kaczyński, podjął taką decyzję. Omówiliśmy, skoordynowaliśmy te działania. Mimo że pomysł ten spotkał się z nieuzasadnioną krytyką" - wskazywał.

Błaszczak przypomniał też konferencję prasową, na której wraz z Kamińskim zaprezentowali opinii publicznej "niepodważalne dowody na to, że wśród migrantów mogą znajdować się przestępcy, potencjalni terroryści lub osoby zaburzone". Mowa o wystąpieniu, na którym w prezentacji wykorzystali zdjęcia rzekomo znalezione w telefonach porzuconych na granicy - m.in. sceny z zoofilskich filmów porno.

"Wczoraj na własne oczy mogliśmy zobaczyć agresywnych młodych mężczyzn, którzy nie wahają się cynicznie wykorzystywać dzieci, by wzbudzić emocje. Widzieliśmy, jak bezwzględnie próbowali niszczyć ogrodzenie, atakować polskich żołnierzy i funkcjonariuszy, i siłą przebić się na terytorium Rzeczypospolitej. To były akty agresji, które z granicy mogą przenieść się do polskich miast, jeśli nie uda nam się zatrzymać tej fali" - straszył szef MON.

"Pamiętajmy o tym, że zdecydowaną większość migrantów stanowią właśnie młodzi mężczyźni. Którzy chcą poprawić swoją sytuację ekonomiczną i robią to w wyjątkowo perfidny sposób, nie licząc się absolutnie z żadnymi konsekwencjami" - mówił.

Siemoniak pyta o UE i NATO

Tomasz Siemoniak z Koalicji Obywatelskiej stwierdził, że gdyby Morawiecki w taki sam sposób wystąpił w Sejmie 6 września, podczas debaty o stanie wyjątkowym, "bylibyśmy w zupełnie innym punkcie".

"Już nie będę w tej sytuacji wracał do tamtych ataków na opozycję. Dzisiaj widać, że były one zupełnie zbędne, bo w ocenie źródeł kryzysu, absolutnie się nie różnimy. Agresywny reżim Łukaszenki, imperialne działania Kremla - miałem zaszczyt o tym wtedy, 6 września, tutaj mówić. I myślę, że nie różnimy się też, jeśli chodzi o kwestie szczelności granicy" - powiedział.

Krytykował natomiast fakt, że prezydent Duda do dziś nie zwołał Rady Bezpieczeństwa Narodowego. Oraz to, że rządzący nie informują o swoich działaniach opozycji - np. w trybie tajnym. Zdaniem Siemoniaka w wystąpieniu premiera zabrakło też recept na rozwiązania kryzysu na granicy.

"Brak realnych działań, jeśli chodzi o wsparcie Unii Europejskiej i NATO. Realnych - nie słów, bo słowa nas nie obronią. Panie premierze to najwyższy czas, żeby zakopać topór wojenny w relacjach z UE. Członkowie Izby Dyscyplinarnej nas na granicy nie obronią. Myślę, że pan minister Zbigniew Ziobro mógłby dać 100 dni spokoju w sprawach unijnych premierowi Zjednoczonej Prawicy" - mówił, nawiązując do antyunijnej retoryki ministra sprawiedliwości.

"To nie jest kwestia tego ilu funkcjonariuszy ma Frontex, to jest kwestia polityki, to jest kwestia tego, żeby cała Unia Europejska wiedziała, że to jest jej granica. Jej problem i jej ludzie muszą tam być. Pan premier mówi o tym, że jest to największe zagrożenie dla Polski od dekad. Dlaczego w takim razie nie zwracamy się do NATO o podjęcie konsultacji w trybie artykułu 4? Gdy państwo czuje się zagrożone? Wykorzystaliśmy tę możliwość w roku 2014" - przypomniał.

Dodał, że rząd mógłby też poprosić o zwiększenie sankcji gospodarczych wobec Białorusi, w tym wobec linii lotniczych uczestniczących w przemycie osób na granicę.

Czarzasty: "Wojna nie eliminuje humanizmu"

O tym, że Polska poza ochroną granic ma też obowiązek humanitarnie traktować osoby, które granicę przekroczą, mówił w imieniu klubu Lewicy Włodzimierz Czarzasty.

"Musimy bronić naszej wschodniej granicy. Jednocześnie każdy migrant, który przedostanie się przez tą chronioną i pilnowaną granicę, powinien uzyskać w Polsce pomóc. Wojna nie eliminuje humanizmu, a migrant to człowiek, nawet jeżeli jest oszukiwany. Każdy człowiek, który przekroczy granice, powinien poczuć różnicę między wschodnim despotyzmem a zachodnim poszanowaniem godności i praw człowieka. Bo właśnie te dwa światy oddziela polsko-białoruska granica" - tłumaczył.

Przypomniał też o humanitarnym traktowaniu Polek i Polaków emigrujących z kraju w latach 80.

"Jeśli ochrona międzynarodowa komuś nie przysługuje, to Polska powinna wsadzić go na pokład samolotu i odesłać do domu. Wszystko to może się przecież odbywać tak w cywilizowany sposób. Czy jesteśmy przygotowani na to, aby nasze państwo podejmowało takie działania?" - pytał.

"W rozwiązaniu tego kryzysu Polska musi współpracować z Unią Europejską w sprawie nałożenia sankcji na białoruski reżim [...] Rodzi się pytanie, jak chcecie korzystać z pomocy Unii Europejskiej, jeśli minister Ziobro mówi o wojnie hybrydowej prowadzonej przez UE z Polską? A pan panie premierze ostatnio podejrzewał UE o chęć wywołania trzeciej wojny światowej. Mur z betonu i stali może być zawodny. Wiemy, że stawianie muru to zawsze klęska demokracji. Trzeba budować mur dyplomatyczny, który ochroni Polskę" - tłumaczył Czarzasty.

Podkreślił też, że rząd powinien wpuścić dziennikarzy do strefy przygranicznej.

"Albo Polacy będą czerpać wiedzę z polskich mediów, albo w tę próżnię wejdą pożałowania godne portale typu Sputnik. Transparentność działań buduje zaufanie, jego brak buduje świat nienawiści, niedomówień. Odnoszę wrażenie, że stan wyjątkowy został po to wprowadzony, żeby wyeliminować dziennikarzy. Czy rozwiązał jeszcze jakiś problem poza zastraszaniem, czy pomoc ludziom mieszkającym przy granicy?" - dopytywał.

Morawiecki: "Uratowaliśmy kilkaset istnień ludzkich"

Część argumentów klubów KO i Lewicy powtarzała się w kolejnych pytaniach i uwagach zgłaszanych przez posłów i posłanki.

Władysław Kosinak-Kamysz w imieniu Koalicji Polskiej (PSL) dopytywał, czy Polska podjęła działania w innych instytucjach międzynarodowych - OBWE i Radzie Europy. Jakub Kulesza z Konfederacji apelował o przyspieszenie budowy muru i realne działania.

"Mamy całą paletę możliwości oddziaływania politycznego i gospodarczego. Dziś nie usłyszeliśmy od państwa niczego, żadnego planu. Były tylko peany na cześć tej siatki [na granicy - red.] i owacje partyjne na cześć prezesa premiera Jarosława Kaczyńskiego. Mówicie, że trwa wojna hybrydowa, ale na wojnie nie można się tylko bronić, trzeba też atakować. Białoruś praktycznie nie może eksportować inaczej niż przez Polskę. Nałóżmy sankcje, które prezydent Łukaszenka odczuje. Domagajmy się tego samego od Unii Europejskiej" - mówił Kulesza.

O pohamowanie emocji i nieepatowanie wojenną retoryką apelowała Hanna Gill-Piątek w imieniu koła poselskiego Polski 2050.

"Owszem, to jest głęboki konflikt wywołany przez Łukaszenkę, ale to nie jest wojna. Dziś jako społeczeństwo chcemy i mamy prawo wiedzieć, jakie drogi wyjścia z tej sytuacji proponuje rząd. [...] Bezpieczeństwo nie wyklucza człowieczeństwa. Każdy człowiek, który staje na granicy Rzeczypospolitej, powinien być traktowany z godnością i szacunkiem. To oznacza konieczność dopuszczenia organizacji humanitarnych i mediów, i niezależnych obserwatorów. To oznacza konieczność przyjęcia większej liczby wniosków o ochronę międzynarodową oraz sięgnięcia do gotowych wzorów, cywilizowanych procedur deportacyjnych" - mówiła Gill-Piątek.

"Bezpieczna granica to taka, na której nikt nie ginie" - przypomniała posłanka Lewicy Paulina Matysiak.

Ale były też głosy z drugiej strony. Poseł Konfederacji Dobromir Sośnierz sugerował, by do osób próbujących przekroczyć granicę otworzyć ogień z broni gładkolufowej.

Debatę zakończyło jeszcze jedno przemówienie premiera, w którym odniósł się do licznych głosów z sali. Zapewnił, że rozmawia z UE i chętnie przyjmie od Brukseli pomoc, np. finansową. Ubolewał, że na razie Unia wspiera jednak przede wszystkim "słowami otuchy".

Prośby o wpuszczenie mediów na granicę Morawiecki skwitował stwierdzeniem, że media powielały propagandę. "Może to drastyczne porównanie, ale jak Amerykanie między innymi przez to przegrali wojnę w Wietnamie, prawda?". Nawoływania o humanitarne traktowanie osób na granicy odpierał relacjami z rzekomego "instrumentalnego" traktowania dzieci przez dorosłych migrantów. Zapewniał też, że "żadne dzieci nie zostały pozostawione samym sobie", a rząd PiS uratował "kilkaset istnień ludzkich”.

Udostępnij:

Maria Pankowska

Dziennikarka, absolwentka ILS UW oraz College of Europe. W OKO.press od 2018 roku, od jesieni 2021 w dziale śledczym. Wcześniej pracowała w Polskim Instytucie Dyplomacji, w Komisji Europejskiej w Brukseli, a także na Uniwersytecie ONZ w Tokio.

Przeczytaj także:

Komentarze