Gdyby nie 1,5%, mogłoby nie być OKO.press

Twoja pomoc ma znaczenie

0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: US President Donald Trump speaks with the media aboard Air Force One during a flight from Dover, Delaware, to Miami, Florida, on March 7, 2026. (Photo by SAUL LOEB / AFP)US President Donald ...

Powiedz nam, co myślisz o OKO.press! Weź udział w krótkiej, anonimowej ankiecie.

Przejdź do ankiety

Przywódcy UE nie patyczkują się z Trumpem w sprawie interwencji zbrojnej w Cieśninie Ormuz.

  • „To nie nasza wojna” – powiedział w poniedziałek 16 marca 2026 niemiecki minister obrony Boris Pistorius.
  • Działania USA w Zatoce Perskiej, w tym naloty na Iran są „nielegalne” – uważa prezydent Francji Emmanuel Macron.
  • Wielka Brytania nie da się wciągnąć w wojnę – zapowiedział premier Wielkiej Brytanii Keir Starmer.
  • Wysłania wsparcia do Cieśniny Ormuz odmówiła też Polska i inne państwa.

Prezydent Trump dał upust swojej złości w poniedziałek 16 marca, podczas konferencji prasowej w Gabinecie Owalnym. Powiedział, że „w sumie go to nie dziwi”, że pomimo „miliardów, które USA wydają na obronę sojuszu”, europejscy członkowie NATO „nigdy nie byli gotowi wspierać USA”. Chwilę później stwierdził, że wyjście USA z NATO to coś, co „warto rozważyć” i że jest w stanie to zrobić „bez zgody Kongresu”.

Gdzie jesteśmy? Czy to kolejny kryzys NATO, który zwiększa ryzyko rozpadu sojuszu, a przynajmniej znowu każe wątpić w obowiązywanie artykułu 5.? Jak wojna na Bliskim Wschodzie i kolejny konflikt na linii europejscy członkowie NATO – USA wpływają na bezpieczeństwo Europy i przebieg wojny w Ukrainie?

Rozmówcą OKO.press jest Jacob Funk Kirkegaard*, starszy ekspert ds. polityki bezpieczeństwa europejskiego think tanku Breugel w Brukseli.

„Epicka furia” Trumpa

Paulina Pacuła, OKO.press: Donald Trump jest wściekły na europejskich sojuszników NATO, bo niemal wszyscy odmówili udziału w próbach przywrócenia bezpieczeństwa w Cieśninie Ormuz. Przy tej okazji amerykański prezydent znowu miał okazję zrugać europejskich członków NATO i orzec, że NATO dowodzi swojej bezużyteczności. Zasugerował też, że USA mogą opuścić Sojusz nawet bez zgody Kongresu. Zanim porozmawiamy o możliwych konsekwencjach tej sytuacji, chciałam zapytać: dlaczego pana zdaniem Trump w ogóle poprosił o wsparcie europejskich sojuszników w cieśninie Ormuz?

Jacob Funk Kirkegaard, starszy ekspert ds. polityki bezpieczeństwa: To dość oczywiste. Ma trudność z realizacją swojego planu na Bliskim Wschodzie. Warto pamiętać, że jako pierwsza pomysłowi wojskowej eskorty statków w Cieśninie Ormuz odmówiła amerykańska marynarka wojenna, uznając to za zbyt niebezpieczne dla personelu. Dlatego Trump zwrócił się do Europejczyków.

Nie jest też prawdą, że USA są w stanie opuścić NATO bez zgody Kongresu. Prawo w tym zakresie zostało zmienione dwa lata temu. Dokładnie po to, by wyeliminować to ryzyko. Zgoda Kongresu jest niezbędna, by USA mogły wyjść z NATO.

Natomiast nie ulega wątpliwości, że jako naczelny dowódca Trump ma wiele narzędzi do tego, by osłabiać NATO i sprawić, że artykuł 5 będzie de facto martwy. Może sabotować działanie sojuszu poprzez blokowanie podejmowania decyzji, zmniejszenie budżetu, np. na siły zbrojne w Europie. Może cofać amerykańskie dofinansowanie na rozwój armii sojuszniczych, co już zrobił.

Ale jak się porozmawia z amerykańskimi kongresmenami, to oni odpowiadają, że jeśli będzie takie ryzyko, to Kongres przygotuje ustawę nakładającą na kolejne kategorie wydatków wojskowych wymóg akceptacji Kongresu. Albo jeszcze bardziej szczegółowo rozpiszą budżet Pentagonu, żeby uniemożliwić Trumpowi takie zmiany.

Więc tak, Trump może osłabiać NATO na wiele sposobów, ale nie może sam podjąć prawnie wiążącej decyzji o wyjściu USA z NATO.

W kontekście odmowy wsparcia USA przez europejskich sojuszników w Cieśninie Ormuz myślę, że warto też zwrócić uwagę na to, czego Trump nie zrobił. Nie wyskoczył z nowymi cłami na UE. Przypomnijmy sobie, co się stało po tym, jak Europejczycy odmówili mu prawa do Grenlandii i wysłali tam niewielkie siły, aby pokazać, że nie ma mowy o żadnych zmianach przynależności wyspy. Trump od razu zapowiedział podniesienie ceł na państwa, które się mu sprzeciwiły. Teraz tego nie było. Wyrok amerykańskiego Sądu Najwyższego związał mu w tej kwestii ręce.

I zastanawiam się, czy powodem jego furii nie było właśnie to, że w odpowiedzi na niesubordynację sojuszników Trump nie mógł ogłosić nowych ceł. Jedyne, co mógł zrobić, to zbesztać ich publicznie, a to sprawiło, że wydał się słaby. Brak możliwości nakładania nowych ceł powoduje, że państwa europejskie, które nie muszą obawiać się nagłego podniesienia poziomu opłat handlowych, mają większą swobodę politycznego działania. I myślę, że Trumpa, który lubi trzymać wszystkich pod butem, doprowadza to do furii.

Trump jest słaby. Wystarczy zerknąć na sondaże opinii publicznej. Istnieje wyraźne ryzyko, że Republikanie przegrają wybory uzupełniające do Kongresu. Wojna w Zatoce Perskiej nie cieszy się poparciem Amerykanów. Poza tym nie idzie po myśli Trumpa, a prezydent nie ma też pomysłu na to, jak ją zakończyć.

Trump jest jak przywódca mafii. W im trudniejszej sytuacji się znajduje, tym bardziej próbuje dociskać ludzi, by wymóc przysługi. A Europa powiedziała mu „nie”.

Przeczytaj także:

Czy to dobrze, że Europa sprzeciwiła się Trumpowi?

To zależy, z jakiej perspektywy patrzymy. Jeśli ktoś uważa, że Europa powinna za wszelką cenę utrzymywać dobre relacje z USA i że europejscy przywódcy nie mają nic lepszego do roboty, to pewnie nie. Ale moim zdaniem nie o to chodzi.

Wojna prowadzona przez USA i Izrael na Bliskim Wschodzie jest bez wątpienia nielegalna. Jest też szalenie niepopularna wśród europejskiej opinii publicznej, a Trump jest coraz gorzej ocenianym przez Europejczyków prezydentem. Dlatego moim zdaniem

europejscy przywódcy nie mieli innej możliwości, niż odmówić Trumpowi.

Warto też cofnąć się o siedem miesięcy i zastanowić się: dlaczego wtedy Europa zdecydowała się zaakceptować skrajnie niekorzystną dla siebie umowę handlową z USA? Bo wtedy jeszcze usiłowano utrzymać USA w orbicie państw wspierających Ukrainę. Dziś potencjalny koszt rozczarowania prezydenta Donalda Trumpa jest znacznie mniejszy.

Oczywiste jest, że przy tej administracji nie ma szans na amerykańską pomoc dla Ukrainy, a potencjalne dostawy z programu PURL, w ramach którego państwa europejskie kupują dla Ukrainy broń w USA, będą drastycznie maleć. To, co USA do tej pory sprzedawały Ukrainie, teraz będą potrzebować do wojny z Iranem.

W jaki sposób więc Donald Trump jest teraz w stanie „zemścić się” na europejskich sojusznikach? USA już zniosły sankcje na rosyjską ropę pod pretekstem konieczności zwiększenia podaży w związku z wojną na Bliskim Wschodzie. Tak więc potencjalne negatywne konsekwencje powiedzenia dziś „nie” Trumpowi są znacznie mniejsze niż np. jeszcze rok temu. Dlatego uważam, że państwa, które odmówiły, zrobiły bardzo dobrze.

Donald Trump nie pytał się o zdanie europejskich przywódców, gdy zaczynał tę wojnę. Jest taka stara zasada: kto psuje, ten płaci.

Wojna w Iranie a Ukraina

Przejdźmy do tematu wsparcia dla Ukrainy. Jest nowy raport Międzynarodowego Instytutu Badań nad Pokojem w Sztokholmie (SIPRI), z którego wynika, że w 2025 roku dostawy broni na Ukrainę spadły w porównaniu z poprzednimi latami. I to mimo dalszego wsparcia wojskowego ze strony Europy, Kanady i Australii. Mamy się czym niepokoić? W jaki sposób wojna w Iranie wpływa na sytuację na froncie ukraińskim oraz – w szerszym kontekście – co jest przyczyną tego ogólnego spadku dostaw broni na Ukrainę i jakie działania – jeśli w ogóle – są podejmowane, aby rozwiązać ten problem?

Tak, to bardzo niepokojące trendy – zdecydowanie jest się czym martwić. Jeśli spojrzeć na aspekt gospodarczy, to jak dotąd największym beneficjentem wojny w Zatoce jest Władimir Putin. Rosja może sprzedawać ropę na świecie po znacznie wyższych cenach niż dotychczas.

Coraz większym problemem dla Ukrainy są też dostawy pocisków obrony powietrznej bezpośrednio od producentów w Stanach Zjednoczonych. Priorytetem USA będzie przede wszystkim uzupełnianie własnych zapasów, później sprzedaż uzbrojenia sojusznikom na Bliskim Wschodzie, a dopiero na końcu sprzedaż go Europie z przeznaczeniem dla Ukrainy.

W jakimś stopniu pozytywną konsekwencją tej wojny dla Ukrainy jest jednak rozwijająca się współpraca Ukrainy z państwami Zatoki Perskiej.

Jak poinformował prezydent Wołodymyr Zełenski podczas spotkania z premierem Wielkiej Brytanii Keirem Starmerem i sekretarzem NATO Markiem Rutte w Londynie, setki ukraińskich specjalistów pracują już nad wdrażaniem systemów obrony powietrznej i systemów antydronowych w regionie Zatoki. To oznacza dla Ukrainy nie tylko potencjalne przychody, ale też możliwość wymiany: Ukraina dostarcza technologie i drony przechwytujące, a w zamian otrzymuje pociski obrony powietrznej.

Z perspektywy państw Zatoki to racjonalny wybór – używanie drogich pocisków Patriot do zestrzeliwania irańskich dronów jest nieefektywne kosztowo. Znacznie bardziej opłaca się przekazać część tych pocisków Ukrainie i w zamian otrzymać większą liczbę tańszych dronów przechwytujących. Zwłaszcza że obecne zagrożenia w regionie w ogromnym stopniu sprowadzają się właśnie do ataków dronowych.

W ten sposób Ukraina jest w stanie nie tylko demonstrować skuteczność swoich technologii, ale też pozyskiwać uzbrojenie, którego w najbliższym czasie nie będzie w stanie dostarczyć amerykański przemysł.

Ale zdecydowanie najgorszą konsekwencją tej wojny są korzyści finansowe, które z rosnących cen ropy czerpie Rosja. Problem polega na tym, że nie wiadomo, jak długo ta sytuacja się utrzyma. Z wypowiedzi amerykańskiego sekretarza skarbu wynika, że złagodzenie sankcji wobec Rosji ma charakter tymczasowy. Pytanie jednak kiedy sankcje zostaną ponownie zaostrzone, jeśli konflikt na Bliskim Wschodzie się przedłuży. Z punktu widzenia Ukrainy każde zawieszenie sankcji oznacza znaczące wzmocnienie finansowe Rosji – i to może mieć dla przebiegu wojny w Ukrainie większe znaczenie niż bieżące problemy z dostawami pocisków obrony powietrznej.

Co z dostawami dla Ukrainy?

Wspomniał pan o dronach, pociskach do Patriotów. W jakich kategoriach produktów zbrojeniowych możemy w najbliższym czasie zobaczyć – albo już widzimy – problemy z dostawami dla Ukrainy? Czy są jakieś kategorie produktów potrzebnych Ukrainie, w przypadku których Europa mogłaby szybko zadziałać i zwiększyć produkcję?

Na polu walki w Ukrainie kluczową rolę nadal odgrywają drony – a te w przeważającej mierze są produkowane lokalnie. Obszarem, w którym Europa zdecydowanie powinna dalej zwiększać produkcję, jest artyleria. W tym zakresie radzi sobie zresztą całkiem dobrze, znacząco zwiększając moce produkcyjne i wyraźnie ograniczając zależność od Stanów Zjednoczonych. Ten trend trzeba utrzymać.

Jeśli chodzi o pociski obrony powietrznej, niestety możliwości Europy są bardziej ograniczone. Możliwe jest przekazywanie Ukrainie istniejących systemów – takich jak francusko-włoskie systemy obrony powietrznej czy inne europejskie rozwiązania – ale nie jest to proces szybki.

Dlatego najważniejszym wkładem Europy w obronność Ukrainy w krótkim okresie pozostaje finansowanie.

Europa zobowiązała się do wspierania Ukrainy finansowo, jednak obecnie kluczowym problemem jest blokada – ze strony Węgier – dotycząca pakietu pożyczkowego o wartości 90 miliardów euro. To, moim zdaniem, najistotniejsza kwestia. Europa chce i powinna dostarczać Ukrainie środki finansowe – i to jest zobowiązanie, które musi zostać zrealizowane.

Najnowszy raport Kiel Institute for the World Economy z lutego wskazuje, że mimo spadku wsparcia ze strony USA, całkowity poziom pomocy dla Ukrainy w 2025 roku pozostał na zbliżonym poziomie. Jest tak dzięki zwiększonemu zaangażowaniu Europy. Europejska pomoc wojskowa dla Ukrainy wzrosła w 2025 roku o 67 proc. w stosunku do średniej z lat 2020-2024. Czy te dane pokazują, że Europa zrobiła wystarczająco dużo, by uzupełnić brak amerykańskiego wsparcia, czy potrzebne są dalsze, bardziej intensywne działania?

Europa rzeczywiście w ogromnym stopniu wypełniła lukę pozostawioną przez Stany Zjednoczone – zarówno pod względem finansowym, jak i w zakresie bezpośredniej pomocy wojskowej. To bardzo pozytywny trend, który należy utrzymać i rozwijać, zwłaszcza w obszarze obrony powietrznej. Patrząc bowiem na przebieg wojny, największym ograniczeniem dla Ukrainy są właśnie braki w tej domenie. Poza tym niedobór zasobów ludzkich – Ukraina boryka się z brakiem żołnierzy.

Jeśli chodzi o dalsze wsparcie ze strony Europy, to – powtarzam to jeszcze raz – kluczowe znaczenie mają środki finansowe. Jednym z najważniejszych filarów potencjału obronnego Ukrainy stała się bowiem jej niesamowita zdolność do szybkiego rozwoju własnego przemysłu zbrojeniowego – zarówno w zakresie projektowania, innowacji, jak i masowej produkcji uzbrojenia, w tym dronów. Europa może wspierać ten proces dostawami komponentów, ale przede wszystkim potrzebne są pieniądze na inwestycje. Te przekładają się bowiem bezpośrednio na większą produkcję uzbrojenia w samej Ukrainie.

Tak więc Unia Europejska, od zeszłego roku i wymiany ekipy w Białym Domu, podjęła właściwe działania – i powinna je kontynuować.

„Przyjaźń” Węgier i Słowacji

Wspomniał Pan o pożyczce dla Ukrainy, której wypłata jest obecnie blokowana przez Węgry. Premier Viktor Orbán domaga się przywrócenia działania rurociągu Przyjaźń, który został uszkodzony w styczniu w wyniku rosyjskiego ostrzału. Prezydent Zełenski mówił wprost o tym, że nie ma sensu przywracanie operacyjności tego rurociągu, zważywszy na to, że Europa i tak powoli odchodzi od importu rosyjskich surowców. Ale Komisja Europejska nalegała, by rurociąg naprawić, i w poniedziałek, 16 marca, zaproponowała pomoc Ukrainie w tej sprawie. Czy uleganie szantażowi Orbána ma sens?

Z perspektywy strategicznej Wołodymyr Zełenski ma rację – wspieranie zdolności Rosji do eksportu ropy jest trudne do uzasadnienia, to szaleństwo. Działania Komisji Europejskiej wynikają jednak z dwóch czynników.

  • Po pierwsze, trudno jest szybko uruchomić pakiet 90 mld euro pilnego wsparcia finansowego dla Ukrainy inną drogą.
  • Po drugie, kluczowe znaczenie ma sytuacja polityczna na Węgrzech.

Wzrost cen ropy po wybuchu wojny z Iranem wzmacnia narrację Viktora Orbána, który przekonuje, że kraj potrzebuje taniej rosyjskiej ropy, by uniknąć gwałtownego wzrostu cen paliw i oskarża Ukrainę o wstrzymywanie dostaw. W obecnych warunkach ten argument może trafiać do wyborców silniej niż wcześniej, przekładając się na szanse wyborcze Orbána.

W praktyce mamy więc do czynienia z próbą osłabienia tej narracji w trakcie kampanii wyborczej. Ukraina być może dała się przekonać, że kluczowe jest doprowadzenie do zmiany władzy w Budapeszcie. Stawka jest znacznie większa niż tylko wspomniane 90 mld euro pomocy dla Ukrainy. Chodzi też o odblokowanie procesu akcesji Ukrainy do Unii Europejskiej.

Propozycja naprawy rurociągu ma więc cel polityczny: chodzi o pozbawienie Orbána argumentu, że to Ukraina odpowiada za wzrost cen paliw na Węgrzech. Jeśli przegra on wybory, bardzo prawdopodobne jest, że nowy rząd z Péterem Magyarem będzie bardziej otwarty na alternatywne kierunki dostaw, takie jak rurociąg chorwacki, a więc import ropy spoza Rosji. W takim scenariuszu problem i tak zniknąłby w ciągu kilku miesięcy.

Można to nazwać „brudnym kompromisem”, będącym odpowiedzią na wyraźny szantaż ze strony Węgier. Jego celem jest jednak zwiększenie szans na zmianę władzy na Węgrzech. Zwycięstwo opozycji na Węgrzech ma ogromne znaczenie – niezbędne są głębokie reformy państwa, przywrócenie demokracji i odbudowa instytucji. Z tego punktu widzenia przekaz wobec Ukrainy jest jasny: to rozwiązanie niedoskonałe i krótkoterminowe, ale potencjalne korzyści polityczne są ogromne.

Co będzie z NATO

Wróćmy jeszcze do konfliktu między USA a europejskimi sojusznikami w sprawie wysłania sił do Cieśniny Ormuz. Do jakiego stopnia wczorajsze wypowiedzi prezydenta Trumpa o możliwym wyjściu USA z NATO powinny skłonić Europę do ponownego przemyślenia przyszłości sojuszu oraz sensu polegania na amerykańskiej obecności wojskowej w Europie? Czy to kolejny sygnał ostrzegawczy, że NATO w swojej dotychczasowej formie staje się pieśnią przeszłości?

Moim zdaniem do rzetelnej oceny tej kwestii kluczowe są konkretne działania administracji Donalda Trumpa. Po pierwsze, faktyczne ograniczenie wsparcia dla Ukrainy – w tym wstrzymanie współdzielenia danych wywiadowczych – oznaczało w praktyce pomoc państwu, które prowadzi agresję przeciwko demokratycznemu sojusznikowi Europy. To musi skłaniać do zasadniczych pytań o wiarygodność artykułu 5. NATO, zwłaszcza w kontekście potencjalnej agresji Rosji wobec Europy.

Jeśli Stany Zjednoczone nie są skłonne wspierać Ukrainy, to czy rzeczywiście można zakładać, że przyjdą z pomocą Europie w podobnej sytuacji? Wiarygodność tego zobowiązania jest dziś wyraźnie niższa niż wcześniej.

Drugą kwestią jest sprawa Grenlandii. Sam fakt, że Donald Trump nie wykluczał użycia siły wobec terytorium innego państwa NATO, podważa zaufanie do gotowości USA do obrony sojuszników. Nawet jeśli w Partii Republikańskiej istnieją różne stanowiska w tej sprawie, trudno ignorować ten sygnał.

W efekcie Europa musi skupić się na budowie własnych zdolności odstraszania – wspólnie z Ukrainą. Nie chodzi o dorównanie Stanom Zjednoczonym, lecz o osiągnięcie przewagi nad Rosją. To jest dziś kluczowe zadanie dla Europy.

Czy oznacza to również konieczność budowy europejskiego odstraszania nuklearnego, niezależnego od infrastruktury amerykańskiej?

To bardzo istotne pytanie. W pewnym sensie Europa już dysponuje takim potencjałem. Chodzi o francuski arsenał nuklearny, który, w przeciwieństwie do brytyjskiego, nie jest zależny od technologii amerykańskiej.

Inicjatywa prezydenta Emmanuela Macrona, prowadzona we współpracy z krajami takimi jak Niemcy czy Polska, jest w tym kontekście bardzo ważna. Nie oznacza co prawda pełnej „europeizacji” francuskiego odstraszania, ale wysyła jasny sygnał: w razie konfrontacji nuklearnej z Rosją Francja byłaby gotowa wesprzeć europejskich sojuszników.

Ten kierunek należy ocenić pozytywnie, choć trzeba uwzględnić ryzyka polityczne. Już w przyszłym roku we Francji odbędą się wybory, a Marine Le Pen wielokrotnie podkreślała, że francuski potencjał nuklearny powinien służyć wyłącznie Francji. Podobne niepewności dotyczą Wielkiej Brytanii – nie można wykluczyć zmian politycznych, które wpłynęłyby na podejście do bezpieczeństwa.

W tej sytuacji pojawia się fundamentalne pytanie: czy Europa może opierać swoje bezpieczeństwo nuklearne na państwach, w których władzy mogą dojść ugrupowania o bardziej prorosyjskim nastawieniu? Dlatego coraz częściej pojawia się debata – także w Polsce i krajach nordyckich – o potrzebie budowy własnych zdolności odstraszania.

To scenariusz realny, zwłaszcza w warunkach trwającej agresji Rosji i malejącej pewności co do wsparcia ze strony USA. Trzeba przy tym pamiętać, że budowa takiego potencjału wymaga czasu – dlatego dyskusja powinna rozpocząć się już teraz.

„Deal” z Trumpem

Premier Finlandii zasugerował, że Europa mogłaby zaoferować wsparcie Stanom Zjednoczonym w sprawie Iranu w zamian za silniejsze zaangażowanie Waszyngtonu na rzecz Ukrainy. Czy taki „układ” ma sens?

To bardzo dobra propozycja, ponieważ pokazuje, że Europa jest partnerem, a nie stroną, którą można jednostronnie wykorzystywać.

Donald Trump prowadzi politykę transakcyjną – lubi zawierać konkretne porozumienia. W tym sensie taka oferta dobrze wpisuje się w jego sposób myślenia: Stany Zjednoczone mają problem związany z Iranem, Europa – z Ukrainą, więc można poszukać rozwiązania korzystnego dla obu stron.

To także zmienia dynamikę relacji. Zamiast jednostronnych oczekiwań pojawia się propozycja współpracy. Jednocześnie odbiera to Trumpowi argument, że Europa nie chce angażować się we wspólne działania.

Z politycznego punktu widzenia jest to więc propozycja trafna i dobrze dopasowana do stylu działania obecnej administracji USA.

*Jacob Funk Kirkegaard – starszy analityk w think tanku Bruegel. Specjalizuje się w ekonomii międzynarodowej, polityce przemysłowej sektora obronnego, demografii, migracjach, rynkach pracy oraz bezpośrednich inwestycjach zagranicznych. Współpracuje z Peterson Institute for International Economics oraz kieruje badaniami europejskimi w 22V Research w Nowym Jorku. Wcześniej pracował jako starszy analityk w brukselskim biurze German Marshall Fund of the United States. Doświadczenie zdobywał m.in. w duńskim Ministerstwie Obrony, NATO, Organizacji Narodów Zjednoczonych oraz w sektorze finansowym. Posiada stopień doktora uzyskany w Johns Hopkins University School of Advanced International Studies.

;
Na zdjęciu Paulina Pacuła
Paulina Pacuła

Dziennikarka działu politycznego OKO.press. Absolwentka studiów podyplomowych z zakresu nauk o polityce Instytutu Studiów Politycznych PAN i Collegium Civitas, oraz dziennikarstwa na Uniwersytecie Wrocławskim. Stypendystka amerykańskiego programu dla dziennikarzy Central Eastern Journalism Fellowship Program oraz laureatka nagrody im. Leopolda Ungera. Pisze o demokracji, sprawach międzynarodowych i Unii Europejskiej. Publikowała m.in. w Tygodniku Powszechnym, portalu EUobserver, Business Insiderze i Gazecie Wyborczej.

Komentarze