0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Fot. Maciek Jaźwiecki / Agencja Wyborcza.plFot. Maciek Jaźwieck...
  • Im bogatsi jesteśmy, im żyje nam się bezpieczniej, bardziej dostatnio, tym większa jest nasza ekspozycja na lęk. Boimy się bardziej. I nie dotyczy to tylko polskiego społeczeństwa, można to zaobserwować w społeczeństwach globalnej Północy. Nasz dobrobyt jest punktem odniesienia do tego, czego się boimy. Boimy się utraty tego, co mamy.
  • Wszystkie partie polityczne dbają o to, żeby siać strach, a następnie zaprezentować się jako odpowiedź na ten element lękowy, który został zasiany.
  • Dla Polaków Rosja oczywiście jest fundamentalnym zagrożeniem egzystencjalnym, ale jednocześnie panuje przekonanie, że ona utknęła na tej Ukrainie. Zresztą, jeśli popatrzymy sobie na źródła wiedzy zapożyczonej, to w polskich mediach dominuje narracja, że Ukraińcy już właściwie rzucili Putina i Rosję na kolana.
  • Polacy mniej boją się tego, że zdestabilizuje ich wojna z Rosją, zburzy ich spokój życia. Bardziej – że źródłem tej destabilizacji i zagrożeniem dla ich komfortu życia będzie polityka Zielonego Ładu, ETS2, strefy czystego transportu, różne państwowe regulacje, bo migracje też są takim czynnikiem administracyjno-zewnętrznym. Wszystko to w perspektywie Polaków jest większym zagrożeniem, niż to, co dzieje się za naszą wschodnią granicą.

Dominika Sitnicka, OKO.press: Na początku lipca nagłówki gazet i portali alarmowały, że Polacy są załamani sytuacją w kraju. Chodzi oczywiście o wyniki badania CBOS, w którym prawie 50% badanych odpowiedziało, że w Polsce źle się dzieje. Ale w tym samym badaniu aż 66% stwierdziło, że są zadowoleni z życia i że ich rodzinie się powodzi. Tylko 4% zadeklarowało, że ich osobista sytuacja jest zła.

Marcin Duma, badacz opinii publicznej i procesów politycznych, założyciel Instytutu Badań Rynkowych i Społecznych IBRiS: Tak, a co?

Czy to się ze sobą nie kłóci?

To nie jest nowe zjawisko i nie jest właściwe tylko Polsce. Oczywiście w części może za nie odpowiadać narracja o polityczna opozycji o Polsce w ruinie. Ale zasadnym pozostaje tu pytanie o sprawstwo, czyli jak dalece działania polityczne indukują takie przekonania, a jak dalece taka komunikacja jest po prostu próbą wskoczenia na istniejącą już falę. Co było pierwsze: jajko czy kura?

Czy najpierw był nastrój i ktoś próbuje dostroić swoją komunikację do tego nastroju? Czy też najpierw była komunikacja i ten nastrój został wywołany przez tę komunikację polityczną?

Przeczytaj także:

Paradox of wellbeing

W takim razie przekonanie o tym, że w kraju źle się dzieje, jest ściśle skorelowane z ocenami rządu? W CBOS-ie złe oceny rządu Tuska też od miesięcy, o ile już nie lat, błąkają się w przedziale 40-47%. Gdyby skoczyły oceny rządu, to skoczyłby optymizm w ocenie sytuacji w kraju?

Żeby uczciwie odpowiedzieć na to pytanie, musimy się oderwać od tu i teraz. Wrócę do fenomenu, który opisałaś w swoim pierwszym pytaniu, czyli złej ocenie sytuacji w kraju przy jednoczesnej dobrej ocenie swojego osobistego położenia.

To tak zwany paradox of wellbeing, który badacze amerykańscy opisali już w latach 60. XX wieku. To rozdźwięk między prywatną satysfakcją a publicznym pesymizmem. Opisali to w „The American Voter” Campbell, Converse, Miller i Stokes.

Obywatele co do zasady nie oceniają rzeczywistości według jednego kryterium. Mamy dwie płaszczyzny. Z jednej strony mikroświat, który mnie otacza. I ja wyobrażenie o tym mikroświecie buduję na podstawie moich doświadczeń. Jeśli komunikacja publiczna działa dobrze, ścieżki rowerowe się rozwijają, to Twoje zarobki są dla Ciebie satysfakcjonujące. Takich różnych elementów, które składają się na ocenę twojego najbliższego środowiska, jest jeszcze ze 20, może 30.

I rozumiem, że ludzie nie odnoszą tego swojego bezpośredniego środowiska do makropolityki?

Odpowiem inaczej. Na przykładzie opieki zdrowotnej, bo to obecnie nośny temat. Istnieje duża różnica między oceną opieki zdrowotnej przez tych, którzy z niej skorzystali na przykład raz w ciągu ostatnich 6 miesięcy, tych, którzy korzystają z niej szczególnie często, są przewlekle chorzy, w podeszłym wieku i tak dalej.

Ich ocena opieki zdrowotnej będzie lepsza niż osób, które nie korzystają z opieki zdrowotnej. I to jest świetny przykład tego private satisfaction, public pessimism. Zacząłem od tego, że jest mój mikroświat i moje doświadczenie.

Skąd w takim razie bierze się perspektywa makro, która jest zakorzeniona i która kieruje mnie w stronę pesymizmu?

Dlaczego Polska jest w ruinie, skoro moje najbliższe otoczenie ma się właściwie dobrze?

Ludzie nie mogą narzekać, mówią, że mają pracę, są zadowoleni z życia rodzinnego, radzą sobie finansowo i to całkiem dobrze.

Opinie zapożyczone

Ten rozdźwięk wynika z tego, że opinie i emocje na temat skali makro, nie są oparte na doświadczeniu. To opinie zapożyczane i w dużej mierze oparte na tym, co ci ludzie dostają w przekazach medialnych, co czytają na platformach społecznościowych. To jest źródło ich opinii.

A w mediach i na platformach — nie będzie to niezwykłym odkryciem — dominują raczej treści negatywne.

Co się okazuje? Tam, gdzie możemy dotknąć rzeczywistości własną ręką albo popatrzeć na nią własnym okiem, bez pośrednika w postaci czyjegoś zdjęcia, opisu, filmiku Mateckiego, czy kogokolwiek innego, to nagle ta rzeczywistość okazuje się spoko.

Ludzie jeżdżą na wakacje, nie muszą sobie odejmować od ust, dorsza mogą zjeść nad polskim morzem, nie muszą czekać na promocję w Biedronce.

Te fatalne oceny rządu, złe oceny dotyczące sytuacji gospodarczej i stanu państwa pozostają w bardzo mocnym kontraście do innych danych, które prezentuje CBOS.

A w jakim stopniu możemy ufać szczerości odpowiedzi na temat zadowolenia ze swojej sytuacji życiowej? Czy nie jest tak, że ludzie z chęci podbudowania swojej samooceny albo ze wstydu deklarują to zadowolenie trochę na wyrost?

CBOS robi te badania od lat 90. XX wieku. I w tamtej dekadzie startowaliśmy z dosyć niskiego pułapu. Gdzieś na przełomie 2014-2015 roku doszło do przełomu i na wykresie widać, że górę zaczyna brać zielona linia. Lekkie załamanie widać w 2023, ale nie takie, żeby te linie się przecięły.

To nasz sukces, Polski, społeczeństwa

To, co widzimy na tych wykresach z ostatnich trzech dekad, to nasz sukces.

Nas jako Polski, nas jako społeczeństwa, które się dorabia, które odbudowuje ten kraj, podciąga go, poddaje transformacji. To wszystko jest na tym wykresie pięknie namalowane. Można spierać się o to, czy to są dokładne liczby, czy nie, ale on pokazuje bezpośrednie doświadczenie badanych. To, co jest dla nich namacalne.

Pominięto odpowiedzi "trudno powiedzieć".

Spytam w takim razie o wykres odpowiedzi na pytanie o to, dokąd zmierza kraj. Bo tutaj też widać odbicie od roku 2017 aż do 2019, prawie do pandemii. W tym okresie zaczynają brać górę odpowiedzi, że kraj zmierza w dobrym kierunku.

Bo wtedy było super! To jest najlepszy czas, który my pamiętamy. Zostawię teraz na boku to, jak wtedy oceniali to wszystko wyborcy ówczesnej opozycji. Ludziom wtedy zaczęło się żyć lepiej. To był ten moment, w którym dystrybucja tego sukcesu, na który pracowaliśmy przez 30 lat, była najszersza.

Pandemia to zmieniła

I to też jest odpowiedź na to, dlaczego pandemia była tak wielkim — przepraszam za brzydkie słowo — gamechangerem w polskiej polityce.

Coś się wtedy skończyło. Kiedy ludzie dziś mówią o starych, dobrych czasach, nie mają już na myśli PRL-u, tylko okres przed pandemią. To jest benchmark.

CBOS

Pomimo tego, że wzrosły ich zarobki?

Wzrosty zjadła inflacja, koszty życia. Ludzie chcieliby mieć pensje takie, jak teraz, ale żeby ceny były takie jak w 2019. Oczywiście można się dąsać, że to nierozsądne, utopijne. Nie ma to żadnego znaczenia. Tak działa ludzka wyobraźnia.

Zatrzymałabym się tu na chwilę. Na początku wydawało mi się, że zmierzasz do tego, że przekonanie ludzi o tym, czy w kraju jest dobrze, czy źle jest bardzo plastyczne, łatwo sterowalne przy pomocy przekazów partyjnych, medialnych, soszjalmediowych. A jednak w tym odcinku kilkuletnim w badaniu wkracza realność. Polakom zaczęło się żyć lepiej i zaczęli lepiej oceniać sytuację w kraju. Czyli da się oddziaływać polityką publiczną, a nie tylko propagandą.

I tak, i nie. Możemy sobie wyobrazić, że obecny rząd popatrzy sobie i powie „Hej, zróbmy tak, jak zrobił rząd Morawieckiego”. Im się to fajnie udało, zróbmy tak samo.

PiS-owi zaczęło tak dobrze iść nie w pierwszej, tylko w drugiej połowie ich pierwszej kadencji. Zaczęli się odbijać w końcówce 2017 roku. Potem zostało to jeszcze podkręcone zmianą premiera, czyli wejściem Morawieckiego. Więc ta cała polityczna opowieść trochę surfowała na fali rosnącego zadowolenia.

Ale uwaga: różnicą jest punkt odniesienia. W 2017 roku punktem odniesienia były lata dziewięćdziesiąte i dwutysięczne. A dzisiaj punktem odniesienia jest 2019 rok. Wychodzimy z całkowicie innego punktu, jeśli chodzi o nasze oczekiwania i sposób ich zaspokojenia oraz nasze wyobrażenia o tym, gdzie powinniśmy być, a gdzie jesteśmy. Czy nam się nie podoba miejsce, w którym jesteśmy? Podoba nam się.

Czy istnieje wciąż tak zwane relatywne niezaspokojenie, które zresztą jest terminem naukowym, a odnosi się do tego, czy to, co dostaliśmy, jest zgodne z tym, co sobie wyobrażaliśmy, że dostaniemy? Istnieje.

Jeśli byliśmy przekonani, że trafimy szóstkę w totolotku, a trafiliśmy tylko piątkę, to właściwie nie jesteśmy zadowoleni. Bo miało być więcej.

A jakie znaczenie ma to, że naszym punktem odniesienia w latach 2017–2019 była też inna skala zagrożeń? Teraz jesteśmy po globalnej pandemii, w trakcie pełnoskalowej wojny za naszą granicą. Szykujemy się w taki, czy inny sposób na konfrontację z Rosją, o czym codziennie mówią nam politycy. Czy ten uogólniony lęk nie wynika też z tego, jak zmieniają się te warunki zewnętrzne?

To nie jest nic nowego. Przypomnę, że w 2014 roku było zajęcie Krymu i zasadniczo ulegliśmy wtedy takiemu bardzo poważnemu patriotyczno-wojennemu wzmocnieniu. Te emocje w kolejnych latach się wypłaszczały, podobnie po inwazji z 2022 zdążyły już opaść. Ale to nie znaczy, że zagrożenia ze strony Rosji nie było na obrzeżach naszego postrzegania świata.

Boimy się utraty, tego co mamy

Wydaje mi się, że działa tu inny mechanizm. Im bogatsi jesteśmy, im żyje nam się bezpieczniej, bardziej dostatnio, tym większa jest nasza ekspozycja na lęk. Boimy się bardziej. I nie dotyczy to tylko polskiego społeczeństwa, można to zaobserwować w społeczeństwach globalnej Północy.

Nasz dobrobyt jest punktem odniesienia do tego, czego się boimy. Boimy się utraty tego, co mamy. I analogicznie — kiedy nie mieliśmy nic, nasz apetyt na ryzyko był większy, bo nie mieliśmy nic do stracenia. A cel, który był jasno wyznaczony, motywował nas do tego, żeby podejmować różne działania.

Jakie na przykład?

Na przykład do tego, żeby wyjechać na Zachód po otwarciu Unii Europejskiej. Miliony Polaków rozpoczynały tam trochę życie na nowo. Oni podjęli ogromne ryzyko. Ale to właśnie były okoliczności, które premiowały podejmowanie ryzyka.

Dzisiaj ten apetyt na ryzyko się zmniejszył, a zwiększył się apetyt na stabilizację.

Częściej marzymy o tym, żeby utrzymać naszą obecną pozycję i poziom życia. Nie tyle chodzi o to, żeby zarabiać więcej, ile na przykład, żeby ustabilizować relację zarobków do cen.

Na to nakłada się szereg innych procesów. Strach jest wzmacniany także przez upadek autorytetów. Nie ma już istotnych postaci życia publicznego, które byłyby wspólnymi autorytetami i mogły tonować skoki nastrojów. Są autorytety jednej strony, są autorytety drugiej strony. Tworzą się autorytety trzeciej strony. Nie ma już wspólnego mianownika.

Fabryka strachu

Żyjemy w czasach fabryki strachu. Żeby sobie to zobrazować, wystarczy przyjrzeć się mediom, które premiują treści negatywne, lękowe. Firmy sprzedają rzeczy za pomocą strachu. „Zaszczep się przeciwko kleszczowemu zapaleniu mózgu, bo inaczej na pewno umrzesz”. A kleszcz po prostu jest w każdym miejscu.

„Bierz suplementy, bo inaczej będziesz miał zawroty głowy albo jakieś problemy zdrowotne”. Albo: „Jeśli chce ci się częściej sikać, na pewno — mój drogi facecie — musisz wziąć tę tabletkę na prostatę”.

I ta fabryka strachu, marketingowo-medialna, wzmacnia, a może wręcz szkoli nas, trenuje nas do tego, żebyśmy byli responsywni na komunikaty lękowe.

Na tych samych mechanizmach opierały się publikacje dotyczące opieki zdrowotnej w Kanale Zero. To już nie była historia o lekarzu-cwaniaku, tylko ludzie umierający na SOR-ach, handel zwłokami w prosektorium. Wszystko to dotykało pierwotnego lęku, miało naruszać tabu śmierci.

Jeśli spojrzymy jeszcze szerzej, to możemy dojść do wniosku, że i Brexit był ufundowany na podobnych lękach, bo tam obiecywano przywrócenie sprawności NHS. Oni eksploatowali dokładnie te same elementy, które i dzisiaj w Polsce są na jedynkach.

U nas w kampanii prezydenckiej straszono Ukraińcami w kolejkach do lekarza.

Zamień Ukraińca na Polaka i będziesz miała Brexit.

W liberalnej bańce uchodzi za pewnik przekonani, że najbardziej podatni na przekazy lękowe są wyborcy partii prawicowych, antyestablishmentowych. Bo to oni boją się gender, uchodźców, upadku cywilizacji, Ukropolin, nakazu jedzenia robaków itd. Ale lewicowi i liberalni wyborcy też mają swoje lęki.

Wszyscy się boimy. Tylko nie wszyscy boimy się tego samego.

Tusk był jak ten sprzedawca szczepionki

Czyli kiedy Donald Tusk wychodzi i mówi o wojnie i zbrojeniach, to też sprzedaje swoim wyborcom strach?

Bądźmy uczciwi i stańmy w prawdzie. Wybory w 2023 roku zostały wygrane na lęku. Donald Tusk zachował się jak sprzedawca szczepionki na odkleszczowe zapalenie mózgu. Wyostrzam to oczywiście trochę, żeby lepiej pokazać ten proces.

Donald Tusk powiedział tak: Słuchajcie, PiS sprowadził dla nas straszną biedę. Wyrzuci nas z Unii Europejskiej. Nie będziemy mieli pieniędzy. Zbiednieliście, inflacja, pandemia, to wszystko doprowadziło was do skraju. Tak jest, niszczy tę wasz stabilizację, ten piękny czas z 2019 roku. Ale ja — i tu wjechał nam spot ze stadionem piłkarskim pełnym palet banknotów eurowych — ja jestem odpowiedzią na to. Ja wiem, jak to załatwić. To jest strach, a to jestem ja i odpowiedź na to, żeby tym lękiem się zaopiekować.

To jest, proszę państwa, kleszcz, który pije waszą krew, zaraża was jakimiś strasznymi wirusami, a ja jestem szczepionką na to, żeby tego kleszcza nie było.

I generalnie polska polityka, nieważne, z której strony spojrzymy, jest na tym ufundowana.

Wszystkie partie polityczne dbają o to, żeby siać strach, a następnie zaprezentować się jako odpowiedź na ten element lękowy, który zasiała.

Słuchajcie, Ukraińcy zabierają wam chleb, okradają nam kraj. My się ich pozbędziemy. Murzyni na ulicach. My się ich pozbędziemy. OZE sroze, dociska was ETS2. My z tym skończymy. Upadek służby zdrowia. Turbo Polska. Trzeba to zrobić zupełnie inaczej. Wszystkie te przekazy bazują na lęku. Straszymy ludzi i pokazujemy im preparat, który jest cudownym lekarstwem na ten lęk. Mechanizm, do którego jesteśmy nawykli w całej komunikacji marketingowej, medialnej funkcjonuje sobie bardzo dobrze również i w polityce.

To nie jest nowość. W książce „Retrospective Voting in American National Elections” Maurice Fiorina mówił o tym, że wyborcy potrafią oddzielić ocenę swojej własnej sytuacji od oceny funkcjonowania państwa. A to z kolei powodowało, że na końcu nawet osoby zadowolone z własnego życia mogą głosować przeciwko rządzącym. Wystarczy, że uznają, że kraj zmierza w niewłaściwym kierunku.

Mówiąc inaczej — wystarczy, że dadzą się nastraszyć komuś, kto powie, że rząd tego nie rozwiąże, ale on to zrobi. I ten mechanizm w Polsce doskonale funkcjonuje.

To znaczy, że ci, którzy bronią swojego stanu posiadania, czyli rządzący, są trochę na przegranej pozycji? Bo jednak straszenie, że kraj się rujnuje, jest skuteczniejsze w momencie, w którym ty nie masz władzy. Wtedy możesz wypunktować rządzących od A do Z.

To nie do końca prawda. Z łatwością wyobrażam sobie Donalda Tuska, który wychodzi i mówi: Drogi centro-liberalno-lewicowy wyborco, idzie Braun z Bosakiem, Mentzenem i Kaczyńskim. Faszyści idą po władzę. Oni zabiorą ci zdolność do samostanowienia. O, zobaczcie, już tworzą straże kamrackie. Po polskich ulicach chodzą przebierańcy, cosplay Sturmabteilung.

To chyba wypadałoby jako władza coś zrobić z tą strażą kamracką.

Nie. Najlepiej, gdyby ta straż kamracka kogoś pobiła. I najlepiej, żeby to był Polak. Bo jak pobiją kogoś kolorowego, to tylko punkty im dojdą.

Straszenie czarną sotnią to doskonały motyw na kampanię.

I nie trzeba nawet patrzeć w przyszłość, w 2027 rok. Wystarczy cofnąć się do kampanii z 2025. Donald Tusk wtedy zastosował ten chwyt. Poszedł do Rymanowskiego i powiedział tak: Słuchajcie, czy wy jesteście gotowi wybrać na prezydenta człowieka, który robił TAKIE rzeczy? Przecież to człowiek z półświatka, gangus. To było straszenie. I jednocześnie wskazywał na rozwiązanie, którym miał być Rafał Trzaskowski.

Przyszła kampania też będzie lękowa

Tylko że kołdra była trochę za krótka. Zabrakło 360 tysięcy głosów, druga strona zagrała lepiej w obronie. Już widać, że kampania 2027 roku będzie równie lękowa. I to ze wszystkich stron.

Donald Tusk będzie straszył nadchodzącym prawicowym radykalizmem i ekstremizmem władzy, która okradnie Polaków ze swobody światopoglądowej. I nie chodzi tylko o aborcję, tylko w ogóle o pewien zespół takich antypostępowych ruchów.

I jak to ustawia pole dyskusji, skoro wszyscy będą straszyć?

Schodzimy z tematów takich jak ekonomia, płace, czy podatki na bezpieczeństwo, opiekowanie się naszymi lękami. Chodzi o szerokie rozumienie bezpieczeństwa jako bezpieczeństwa granic, tożsamości, suwerenności, kontroli zmian. To jest w tej chwili agenda prawej strony, nieważne czy myślimy o prawicy hard czy light.

Być może to jest też powód, dla którego w sondażach od przynajmniej roku widzimy, że koalicja dzisiaj rządząca nijak nie jest w stanie zdobyć większości w następnym Sejmie.

Ja myślę, że tych powodów znalazłoby się dużo więcej.

Oczywiście, że tak. Ja mówię tylko o pewnym fundamencie, podbudowie. Na tym fundamencie możesz nadbudowywać różne narracje, które to wspierają, ale ostatecznie one wszystkie są zakotwiczone w lęku przed przyszłością. I to straszenie jest łatwiejsze niż ta obietnica, z która wychodzi Donald Tusk i opowieścią o 20 gospodarce świata.

Ten podział jest jasno rozrysowany. Jedni straszą przyszłością, która jest mroczna, przerażająca, a my jesteśmy nawykli do strachu. A z drugiej strony jest Donald Tusk, który już trochę straszy Braunem, ale mimo wszystko mocniej skoncentrowany jest na obietnicy poprawy, wzrostu, że będzie jeszcze lepiej. To jest komunikacja z pierwszej połowy tego roku. Zobaczcie, tu wzrost gospodarczy, tu G20, on opowiada o tym, że jest coraz lepiej.

Ale też cały czas opowiada o bezpieczeństwie. Premier dużego europejskiego kraju wychodzi do prasy i mówi, że Rosja zaraz zaatakuje.

To jest trochę jak z tej bajki o chłopcu, który woła: wilki, wilki! Jak popatrzymy sobie w badania nastrojów związanych z wojną, na przykład na to, ile osób byłoby gotowych bronić kraju, to te cyferki cały czas spadają. Jesteśmy zmęczeni tą wojną. Chcielibyśmy, żeby ona się już naprawdę skończyła, żeby to zniknęło.

Stąd bierze się rosnące poparcie Brauna, od którego ludzie słyszą, że to nie nasza wojna. To wezwanie do zdystansowania się od tego wszystkiego. Ludzie nie mają już bojowych nastrojów, nie fantazjują o siodłaniu konia i ruszaniu na wroga.

Jak rozumiem, cała ta kampania mówiąca o tym, że rząd dba o bezpieczeństwo, że kupuje sprzęt, wdraża program SAFE, ma podtekst taki, że dzięki temu tej wojny właśnie nie będzie. Że będziecie mogli żyć sobie spokojnie.

Zauważ, że komunikacja wokół programu SAFE bardzo się zmieniła. SAFE przestał być programem o bezpieczeństwie i zaczął być ustawiany jako inwestycje, pieniądze, skok produkcji przemysłowej, nowe miejsca pracy. Cała ta komunikacja przeszła ewolucję. Być może dlatego, że ktoś popatrzył w badania, albo doszedł do tego wniosku i bez badań, że bezpieczeństwo po prostu nie żre.

Straszenie Rosją już tak nie działa

To już nie jest ten etap, że jak postawimy więcej żołnierzy na granicy, pokażemy się z czołgami, albo pokażemy F-35, to zrobimy na kimś wrażenie. I na to również się nakłada kwestia różnego rodzaju doświadczeń. To znaczy, inne elementy są większym zagrożeniem dla stabilizacji niż Rosja.

Nie boimy się Rosji?

Dla Polaków Rosja oczywiście jest fundamentalnym zagrożeniem egzystencjalnym, ale jednocześnie panuje przekonanie, że ona utknęła na tej Ukrainie. Zresztą, jeśli popatrzymy sobie na źródła wiedzy zapożyczonej, to w polskich mediach dominuje narracja, że Ukraińcy już właściwie rzucili Putina i Rosję na kolana.

A więc z jednej strony mamy bardzo silną komunikację — drony spadające na Moskwę, na Petersburg, palące się rafinerie, a z drugiej strony premiera straszącego tym upadającym imperium. To się nie klei.

Mamy wywiad szefa polskiego wywiadu, który mówi, że różne prowokacje są możliwe, ale mimo wszystko bez przekroczenia progu wojny. A z drugiej strony w mediach widzimy wyskakującą pokrywę eksplodującego zbiornika z ropą, co jest bardziej czytelnym sygnałem niż te opowieści, które przedstawia premier. Mam wrażenie, że trochę już nie ma popytu na opowieść o takim bezpieczeństwie.

Czyli nie boimy się już wojny, boimy się migrantów?

Polacy mniej boją się tego, że zdestabilizuje ich wojna z Rosją, zburzy ich spokój życia, a bardziej boją się, że źródłem tej destabilizacji i zagrożeniem dla ich komfortu życia będzie polityka Zielonego Ładu, ETS2, strefy czystego transportu, różne państwowe regulacje, bo migracje też są takim czynnikiem administracyjno-zewnętrznym.

Wszystko to w perspektywie Polaków jest większym zagrożeniem, niż to, co dzieje się za naszą wschodnią granicą.

Na zdjęciu Dominika Sitnicka
Dominika Sitnicka

Absolwentka Prawa i Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego. Publikowała m.in. w Dwutygodniku, Res Publice Nowej i Magazynie Kulturalnym. Pisze o praworządności, polityce i mediach.

Komentarze