Była premier ogłosiła niedawno, że rozważa wystartowanie w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Nie będzie pierwszym prawicowym politykiem, który chce dołączyć do brukselskich elit, by walczyć z "szaleństwem brukselskich elit". Przypominamy, co Beata Szydło mówiła o Unii Europejskiej i jej problemach oraz jak chciała je rozwiązać

Po niespodziewanej dymisji premier Beaty Szydło, politycy PiS sugerowali różne ambitne plany na jej dalszą karierę polityczną. Podobno rozważano nawet jej kandydaturę na komisarz Komisji Europejskiej. W wywiadzie dla „Wprost” jeden z wpływowych polityków PiS miał jednak powiedzieć, że z pomysłu zrezygnowano, bo jej kandydatura niosłaby „ryzyko burzliwej konfrontacji, a nawet kompromitacji na forum europejskim”.

Szydło może rzeczywiście nie kojarzyć się w Brukseli najlepiej. Jedną z jej pierwszych decyzji jako premier było usunięcie flagi Unii Europejskiej z Kancelarii Premiera. Stanęła w ten sposób w jednym szeregu z eurosceptycznymi rządami Czech i Węgier.

Sukcesem nie było też głosowanie w Radzie Europejskiej przeciwko Donaldowi Tuskowi na druga kadencję szefa Rady – Szydło przegrała to głosowanie 27:1. OKO.press pisało o tym tu:

Szydło musiała też tłumaczyć się z sytuacji wokół Trybunału Konstytucyjnego w Parlamencie Europejskim w Strasburgu.

Mimo wielu gorzkich słów i otwartego eurosceptycyzmu Beata Szydło nigdy nie opowiadała się za wystąpieniem Polski z Unii. Od lat domaga się jednak zmian w działaniu Unii i uważa w ślad za Jarosławem Kaczyńskim, że Polska ma w tej kwestii wiele do zaoferowania. Jak dotąd żadne konkretne propozycje ze strony PiS jednak nie padły.

Swój poziom języka angielskiego ocenia jako „gorszy niż Dudy” i choć podobno od lat odbywa intensywne (i kosztowne) lekcje.

Podczas spotkania z Theresą May we wrześniu 2017, Szydło mówiła do brytyjskiej premier po polsku, patrząc w notatki.

Przerwany lot

Kariera Szydło w szeregach PiS wyhamowała w ciągu ostatniego roku tak samo gwałtownie i niespodziewanie, jak się zaczęła. Córka górnika z Przeciszyna, wsi w Zachodniej Małopolsce, zanim zajęła się polityką, studiowała etnografię na Uniwersytecie Jagielońskim. Była nawet doktorantką, ale z kariery akademickiej w końcu zrezygnowała.

Później dokształcała się jeszcze podyplomowo: z Zarządzania Kulturą w Warszawie i Zarządzania Samorządem Terytorialnym w Unii Europejskiej w Krakowie. W wieku 35 lat została najmłodszym burmistrzem w Małopolsce, stając na czele rodzinnej Gminy Brzeszcze.

4 lata później, w 2002 roku była już radną sejmiku wojewódzkiego Małopolski. Zanim trafiła do PiS, próbowała dostać się do Platformy, ale tam jej nie chciano. W 2005 roku do Sejmu weszła więc z listy PiS, z najlepszym wynikiem w regionie.

Po katastrofie smoleńskiej zastąpiła Aleksandrę Natali-Świat na stanowisku szefowej komisji finansów publicznych. Pierwszy wielki skok w partyjnej hierarchii nadszedł w 2010 roku, kiedy niespodziewanie awansowała na wiceprezeskę PiS. W 2015 poprowadziła kampanię Andrzeja Dudy na prezydenta. Być może ten sukces przesądził o tym, że padło na nią łaskawe spojrzenie prezesa.

Kaczyński miał powiedzieć, że Szydło jest „zupełnie niezwykłą, a jednocześnie zwykłą polską kobietą”. Tak została zupełnie niezwykłą premierką rządu PiS, a jednocześnie zwykłą marionetką w rękach prezesa.

Od początku nie ulegało wątpliwości, że nie jest samodzielna, lojalnie realizuje politykę Jarosława Kaczyńskiego, on sam nieszczególnie się z tym krył. To on narzucał ton i tematy debaty, które premier potem wiernie powtarzała. To do niego przyjeżdżali z wizytą zagraniczni politycy, często zupełnie ignorując samą premier.

To od niego zależał los ministrów i całego rządu, o czym najdobitniej świadczy nagła dymisja Szydło i zastąpienie jej Morawieckim, mimo że cieszyła się wśród wyborców sporym poparciem. Czym zawiniła? Tego nikt do końca nie wie. Spekulowano, że nie byłaby wygodna w negocjacjach z Unią Europejską, kiedy polski rząd znalazł się w tarapatach. Albo że Mateusz Morawiecki jest wybrańcem Kaczyńskiego. Wiadomo za to, że od tamtej pory jej kariera polityczna uległa zawieszeniu. Dostała na pocieszenie stanowisko wicepremiera ds. społecznych w rządzie swego byłego zastępcy.

Teraz Beata Szydło ma kandydować z lisy PiS do Parlamentu Europejskiego. Wybory są w maju 2019. OKO.press analizuje, czego Polacy mogą się spodziewać po takiej europosłance.

„To nie Polska ma problem z Komisją Europejską, ale Komisja sama ze sobą”

Jeszcze jako posłanka PiS, Beata Szydło ostro krytykowała rządy PO za złamanie unijnej zasady standstill (oczekiwania na decyzje KE) przy ratowaniu spółki LOT i przestrzegała o „czarnych chmurach” zbierających się nad Polską, jeśli chodzi o finanse europejskie. Od czasu „dobrej zmiany” ma jednak mniejsze zrozumienie dla Unijnych kontroli.

Beata Szydło od lat uważa, że zamiast rozwiązywać realne problemy, Unia Europejska zajmuje się szukaniem dziury w całym. Co gorsza, szuka jej właśnie w Polsce, w dodatku powodowana najgorszymi pobudkami – chciwością i poczuciem wyższości.

„Jeżeli zastanawiam się, dlaczego UE tak bardzo zajmuje się Polską, to mam dwie odpowiedzi: po pierwsze – chodzi o pieniądze, […] a po drugie – politycy starej Unii lubią pouczać, jest takie poczucie wyższości tych państw nad nowymi (członkami UE) z Europy Środkowo-Wschodniej” – powiedziała w 2016 roku w rozmowie z dziennikarzami TVP Info, komentując rezolucję ws. kryzysu wokół Trybunału Konstytucyjnego.

Zarzucała też Unii Europejskiej, że podczas gdy polski rząd zajmuje się sprawami ludzi, „administracja brukselska zajmuje się sama sobą”. Komisji Europejskiej oberwało się z kolei za decyzję przeprowadzenia debaty o sytuacji kobiet w Polsce. Zdaniem Szydło to kolejny temat zastępczy dla prawdziwych problemów, którym Unia nie chce sprostać.

Według byłej premier w Polsce za rządów PiS nie ma i nigdy nie było problemów z łamaniem unijnego czy polskiego prawa. To brukselski instytucje winne są całemu zamieszaniu.

„Król jest nagi – ta prawda dociera do kolejnych mieszkańców Europy. UE jest najbardziej zagrożona przez jej instytucje, które walczą pomiędzy sobą o kompetencje, wpływy, przywileje dla siebie. Wymyślają kolejne bezsensowne procedury. Wywołują kolejne konflikty i kryzysy, które potem w pocie czoła bezskutecznie rozwiązują” –  odpowiedziała na artykuł na portalu Politico, dotyczący wszczęcia przez UE procedury ochrony praworządności w Polsce.

W maju, podczas posiedzenia sejmu stwierdziła, że „to nie Polska ma problem z Komisją Europejską, ale Komisja Europejska sama ze sobą”.

Żeby odsunąć europejskich biurokratów od „dobrej zmiany”, Szydło wielokrotnie, choć ogólnikowo, domagała się zmian w funkcjonowaniu UE, reform i mniejszej ingerencji w sprawy wewnętrzne Państw Członkowskich – szczególnie w kwestii polityki bezpieczeństwa.

Pod koniec 2017 roku w wywiadzie dla tygodnika „Sieci Prawdy”, Szydło stwierdziła też, że cała spadająca na Polskę krytyka ze strony Unii, to argumenty „w dużej mierze wymyślone”. Według byłej premier prawdziwą przyczyną tej „presji” na Polskę, czyli kraj „prounijny, praworządny, demokratyczny, solidarny z innymi państwami i z ludźmi potrzebującymi pomocy”, jest właśnie rządowa polityka wobec migrantów.

„Szaleństwo brukselskich elit”, czyli problem uchodźców

Groźby obcięcia unijnych funduszy dla Polski, które pojawiają się co jakiś czas w odpowiedzi na uparte ignorowanie zaleceń Komisji Europejskiej, Szydło uważa za bezprawny szantaż. W maju 2016 r., kiedy broniła w parlamencie Antoniego Macierewicza, zadeklarowała, że: „Polska nie zgodzi się na żadne szantaże ze strony Unii Europejskiej. Nie będziemy uczestniczyć w szaleństwie brukselskich elit”.

Mówiąc „szaleństwo”, miała wtedy na myśli politykę relokacji uchodźców, którą nazywała „eksportowaniem problemów”. Po objęciu rządów, Szydło powoli wycofywała się z podpisanej przez Polskę deklaracji o przyjęcie obcokrajowców w ramach unijnego systemu relokacji.

Po tym, jak rząd PiS zgodził się w końcu na przyjęcie 100 imigrantów (zamiast 7 tysięcy), proces relokacji szybko został „tymczasowo” zamrożony. Powodem był rzekomy brak odpowiednich unijnych procedur i obawa, że do Polski wpuszczeni zostaną terroryści. Tłumacząc decyzję rządu, była premier mieszała uchodźców z imigrantami ekonomicznymi.

„Honorujemy decyzje, które zapadają na poziomie UE i rozumiemy to, ale… Uchodźcy, którzy uciekają przed zagrożeniem życia – to jedno. A ci, którzy uciekają z powodów ekonomicznych to drugie. Jest też kwestia tego, czy wśród nich nie ma tych, którzy powodują zagrożenie. […] Jeżeli te zobowiązania będzie można wykonać bez narażania bezpieczeństwa Polaków, to zgodzimy się je wykonać” – tłumaczyła w wywiadzie dla Polsatu w listopadzie 2015 roku.

Szydło nie wspomniała jednak, że kraje przyjmujące mogły prowadzić również własne kontrole bezpieczeństwa i odrzucać kandydatów, a także określać preferencje – przyjmować uchodźców tylko z niektórych Państw lub na przykład tylko kobiety z dziećmi.

Premier nie wyraziła jednak zgody nawet na przyjęcie sierot z Aleppo, kiedy w 2017 roku o pozwolenie ubiegał się prezydent Sopotu. Okazało się, że one też stanowiły „zagrożenie bezpieczeństwa Polaków”. W odpowiedzi na „politykę eksportowania problemów” Szydło lansuje aktualnie politykę „pomocy na miejscu”.

„[…] chcemy pomagać i pomagamy oraz będziemy rozwijać pomoc humanitarną. Realizujemy międzynarodowe projekty, angażujemy się w pomoc w Syrii i wszędzie tam, gdzie ludzie tej pomocy potrzebują. Ale […] Polska nie zgodzi się na żadne szantaże ze strony Unii Europejskiej” – deklarowała na posiedzeniu sejmu w maju 2017 r.

OKO Press sprawdziło, jaki jest polski wkład w pomoc humanitarną w Syrii:

Polska rzeczywiście przyjęła „pakiet pomocy humanitarnej na Bliskim Wschodzie”. Znacznie wzrosły też przeznaczone na pomoc środki, choć głównie z powodu wprowadzenia obowiązkowych wpłat do unijnych funduszy. Wystarczy jednak porównać podobne wydatki wśród innych Państw OECD zrzeszonych w Development Assistance Committee (DAC – forum stworzone w celu niesienia pomocy rozwojowej), żeby się przekonać, że jest to wciąż bardzo mało.

Jeśli chodzi o procent PKB przeznaczany na pomoc rozwojową, plasujemy się na samym końcu tej listy. W 2018 roku więcej niż na pomoc humanitarną Polska przeznaczy chociażby na obsługę Kancelarii Prezydenta lub na Instytut Pamięci Narodowej.

Szydło zdaje się nie dopuszczać myśli, że prawdziwa pomoc uchodźcom zakłada wsparcie„na miejscu” (szczególnie po wojnie), jak i w ucieczce od wojny. W wywiadzie dla internetowej telewizji wPolsce.pl z czerwca 2017 roku zamiast korytarzy humanitarnych zaproponowała stawianie szpitali „tam na miejscu”, bo z jej kalkulacji wynikało, że w ten sposób pomoże się większej liczbie osób, a poza tym tak jest „łatwiej”.

Zamiast ucieczki od wojny i szansy na normalne życie, była premier oferuje więc zabandażowanie „tam na miejscu” w szpitalach, które w dodatku często są celami ataków.

Konserwatywna odnowa Europy

Obecność imigrantów o odmiennym wyznaniu wiąże się też z inną kwestią, którą Szydło uważa za kluczowy problem Unii – utratą wspólnych wartości. I nie chodzi tutaj bynajmniej o wartości zapisane w Traktacie o Unii Europejskiej, takich jak wolność, demokracja, równość czy  państwo prawa, ale o wartości chrześcijańskie. Dlaczego? Bo Europejczykami staliśmy się przez chrzest.

„My jesteśmy Europejczykami i zawsze byliśmy, dzisiaj jest taki dzień, że przypominamy o korzeniach chrześcijańskich Europy, bo Polska weszła do Europy poprzez chrześcijaństwo, staliśmy się Europejczykami, bo Mieszko przyjął chrzest” – powiedziała w 2016 na antenie TVP info.

Była premier uważa, że to właśnie na Polsce spoczywa zadanie odbudowywania chrześcijańskich wartości w Europie. „Uważam, że Polska ma do odegrania w Europie ważną rolę. Europa boryka się dziś z ogromną ilością różnego rodzaju problemów, gdzie odejście od wartości jest bardzo silne i stanowi pewien trend polityczny. Jesteśmy państwem, które ma szanse odbudować Europę wartości. To nie jest łatwe, ale ktoś musi się o wartości upomnieć” – tłumaczyła w wywiadzie dla Naszego Dziennika w grudniu 2017 roku.

Na pytanie o „konserwatywną odnowę” Europy, odpowiedziała, że ta: „musi dziś walczyć, by ocalić swą tożsamość i chrześcijańskie korzenie. [Czas zadecydować] czy Unia Europejska ma być taką, jaką widzieli ją ojcowie założyciele, czy też pójdziemy w kierunku przeciwnym”.

Polska Szydło ma więc przed sobą misję przypomnienia Europie o jej prawdziwej, zatraconej tożsamości. Jednym z kluczowych przykładów na europejskie zagubienie jest według niej „ideologia gender”.

Słowo „gender”, które weszło do obiegu jako określenie na płeć kulturową, w środowiskach prawicowych szybko stało się „niebezpieczną ideologią”. Wszystko dlatego, że zakłada możliwość oddzielenie tożsamości płciowej od płci biologicznej. Gender szybko stał się też słowem kluczem, do którego wrzucano wszystko, co w oczach PiS patologiczne, czyli sprzeczne z ideą tradycyjnej rodziny heteronormatywnej.

Szydło wielokrotnie chwaliła się tym, że na forum europejskim protestowała przeciwko pojawianiu się koncepcji gender w traktatach. Przestrzegała i nauczała też przywódców innych państw przed tym niebezpieczeństwem. Groziła nawet wypowiedzeniem przez Polskę Konwencji o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej, ponieważ pojawia się w niej pojęcie płci kulturowej. Konwencji ostatecznie nie wypowiedziano, ale do dziś rząd po ciuchu ją bojkotuje, nie wprowadzając w życie jej ustaleń.

„Dobra zmiana” w Europie?

W wywiadzie dla telewizji wPolsce.pl 28 sierpnia 2018 Szydło zadeklarowała, że PiS szykuje się do „wielkiej walki” o zwycięstwo w wyborach do Parlamentu Europejskiego, bo Europie też potrzebna jest „dobra zmiana”. Jej zdaniem Polska swoją polityką budowania godności rodzin, polepszania bytu obywateli oraz ostrzeganiem o zagrożeniach pokazała Europie, że „można inaczej”. Zapowiedziała też walkę o powrót do chrześcijańskich korzeni Europy.

Delikatną zmianę narracji na temat imigrantów można było wyczuć w tym, co odpowiedziała dziennikarzowi zaniepokojonemu, że Warszawa „nasiąka przybyszami z Azji i Afryki”. Szydło odpowiedziała, że to „naturalny proces”, który „będzie narastał”. Dodała też,  że dla obcokrajowców, „którzy u nas studiują, pracują, chcą tutaj razem z nami żyć, szanując naszą kulturę, akceptując te warunki, które tutaj są w Polsce, powinniśmy […] jak najszerzej otwierać ramiona”.

Zupełnie inaczej wypowiadała się też o problemie migracji, który zdiagnozowała jako wynik „nieprzemyślanych decyzji w UE i wpuszczenia bez żadnego przygotowania takiej fali ludzi, którzy tutaj też nie otrzymali żadnej oferty, bo trafili do miejsc, w których ani nie mieli perspektyw mieszkania, ani pracy […]”.

Szydło wróży też Unii Europejskiej zmiany w układzie politycznym. W wywiadzie dla Polskiego Radia 24 powiedziała, że: „teraz jest niepowtarzalna okazja, żeby zmienić pole gry w Radzie Europejskiej”.

Kto tej zmiany dokona? „Pragmatyczni”, prawicowi politycy, tacy jak nowy premier Włoch Giuseppe Conte, Viktor Orbán czy kanclerz Austrii Sebastiana Kurz. „Jest szansa na to, żeby przełamać wreszcie ten bardzo silny układ mocnych, bogatszych państw UE, Niemców, Francuzów… którzy zawsze trzymali się razem i własne interesy próbowali rozwiązywać”.
O wizji „nowej Europie” Orbán, Salvini, Kurz i Kaczyński pisaliśmy już przy okazji szczytu Rady UE 28-29 czerwca 2018:

Być może misją Szydło będzie teraz przeprowadzenie chrześcijańsko-konserwatywnej ofensywy w Unii Europejskiej, a może, jak sugeruje Tomasz Ławnicki,

to tylko kolejny przykład tego, jak Jarosław Kaczyński „zsyła” niewygodnych polityków do Strasburga i Brukseli.

Odpowiadając dziennikarzom telewizji wPolsce.pl na pytanie o kandydowanie do Parlamentu Europejskiego, była premier znacząco się zająknęła: „Jeśli będzie taka wola ze strony… i potrzeba, żebym wystartowała w wyborach do Europarlamentu, to jestem gotowa to zrobić”. Pozostaje nam więc czekać na decyzję prezesa PiS, a potem zadecydować, czy chcemy „dobrej zmiany” w Parlamencie Europejskim.



Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym