0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Foto Mikhail METZEL / POOL / AFPFoto Mikhail METZEL ...

Polskie władze starając się poradzić sobie z kryzysem migracyjnym na granicy polsko-białoruskiej nieustannie wpadają w pułapkę, zastawioną przez Putina i Łukaszenkę. Nasze społeczeństwo robi to samo. Coraz bardziej przerażeni wizją migrantów mordujących polskich żołnierzy, realizujemy wschodni scenariusz.

Po trzech latach czas wreszcie zejść z pola gry wyznaczanego przez dyktatorów i zmierzyć się z kryzysem granicznym jako jednym z wielu problemów w Polsce i Europie.

Dopóki w migrantach chowających się w lesie widzimy bandytów, zabójców lub zapowiedź wojny, dopóty gramy w grę Putina.

Powiedzmy wreszcie sami sobie: STOP. I znajdźmy własną odpowiedź na prowokacyjne zachowania wschodnich satrapów.

„Widzę to tak” to cykl, w którym od czasu do czasu pozwalamy sobie i autorom zewnętrznym na bardziej publicystyczne podejście do opisu rzeczywistości. Zachęcamy do polemik.

Te obrazy podsuwa nam strach

Polska, wewnętrzna opowieść o kryzysie na granicy polsko-białoruskiej staje się coraz bardziej emocjonalna. Problem migrantów w masowym przekazie łączy się z wizją konwencjonalnej, pełnoskalowej wojny, jaką znamy z Ukrainy.

Te dwie rozłączne w rzeczywistości sytuacje zlewają się w jedno, tworząc przerażający miks. Uwiarygadniają go przekazy, które słyszymy od polityków: o żołnierzach atakowanych na granicy; o budowie pasa przygranicznych umocnień, zwanych Tarczą Wschód; o zagrożeniu wojną ze strony Rosji.

Emocje i wyobraźnia robią z tych doniesień jedno wyobrażenie, które można by dziś oddać symbolicznym obrazem atakujących Polskę wojsk białoruskich i rosyjskich, na których czele maszerują migranci z Bliskiego Wschodu, dzierżący w rękach noże i maczugi. Boimy się.

Przeczytaj także:

Ten strach wywołuje silną potrzebę obrony państwa za wszelką cenę. Strach tłumaczy, dlaczego w sondażu „Rzeczypospolitej” aż 85 procent ankietowanych odpowiedziało „tak” na pytanie: „Czy żołnierze wojska polskiego stacjonujący na wschodniej granicy powinni używać broni w przypadku prób siłowego przekroczenia granicy przez migrantów?”

Strzelajcie – zdają się mówić Polacy – strzelajcie, byle tylko było bezpiecznie!

Tyle że strach jest najgorszym doradcą w kryzysowych sytuacjach, wymagających opanowania i racjonalnego myślenia.

Pułapka wschodnich dyktatorów

Podejmując decyzje dotyczące kryzysu granicznego pod wpływem silnych emocji, udowadniamy, że właśnie wpadliśmy w pułapkę Putina i Łukaszenki. Coraz rzadziej wspominamy o tym, kto zastawił tę pułapkę. Nie zastanawiamy się, po co ta pułapka powstała i co zrobić, by w nią nie wpaść.

Znacznie częściej identyfikujemy kryzys graniczny jako starcie między migrantami a Polakami, zwłaszcza polskim rządem i polskim wojskiem. Kiedy zginął 21-letni żołnierz, w sieci popularność generowały wpisy, w których odpowiedzialnością za tą śmierć obarczano rządzących, a nie Putina czy Łukaszenkę. To symptomatyczne.

Przypomina znaną rosyjską narrację, którą Kreml stara się zainfekować Zachód. Otóż rosyjscy propagandziści przekonują, że wojna w Ukrainie to wina Stanów Zjednoczonych. A co z Rosją? Cóż, w tej narracji w ogóle jej nie ma. Zniknęła.

Mimo że wszyscy znamy fakty i wiemy, że Rosja była agresorem, Moskwa próbuje zmienić nasze myślenie.

Chce, abyśmy uwierzyli, że nie Kreml jest problemem, lecz władze USA, ewentualnie dowództwo NATO. To bzdura, wiadomo. Niestety, bzdura powtórzona wielokrotnie zapada w pamięć i może być uznana za prawdę. W kreowaniu tego rodzaju dezinformacyjnych przekazów pomijanie (państwa, osoby) jest tak samo ważne, jak wstawianie w to miejsce kogoś/czegoś innego.

Oblężona twierdza czy tunelowe myślenie?

My sami z narracji o polsko-białoruskim kryzysie granicznym usunęliśmy Putina i Łukaszenkę. Mimo że to właśnie oni rozpętali cały konflikt i nim zarządzają, eskalując w zależności od własnych potrzeb politycznych. Ba, z polskiej opowieści coraz intensywniej usuwamy także szerszy kontekst, który pokazuje, że z problemem migracji borykają się dziś różne państwa, także w Unii Europejskiej.

Putin gra migrantami nie tylko wobec Polski, ale też Litwy, Łotwy czy Finlandii.

W popularnych przekazach stajemy się oblężoną twierdzą, osamotnioną, atakowaną przez bliskowschodnich migrantów wyposażonych w zabójczą broń. Taka twierdza oczywiście musi się bronić za wszelką cenę. Sporo osób w Polsce zgadza się z tą wizją. Także dlatego, że innej nie ma. Nikt nie prezentuje opcjonalnych rozwiązań, nie toczy się nad nimi dyskusja. Pozostaje życie w twierdzy.

Z czego to wynika?

Jako społeczeństwo, do którego należą także decydenci, doświadczamy obecnie tak zwanego tunelowego myślenia.

To rodzaj zniekształcenia poznawczego, które sprawia, że wydaje nam się, iż dana sytuacja ma tylko jedno rozwiązanie – mimo że ma ich więcej. Nie widzimy innych możliwości. W Polsce tą jedyną opcją stała się militaryzacja kryzysu granicznego.

Nie emocje, lecz fakty

Spróbujmy jednak obniżyć emocjonalność przekazu. Przywróćmy temu, co się dzieje, realną skalę i przypomnijmy fakty.

Po pierwsze: kryzys migracyjny w Europie trwa od 2015 roku. Tylko w tamtym roku państwa Unii Europejskiej otrzymały ponad 1,2 miliona wniosków o azyl, dwa razy więcej niż w 2014. Od tego czasu z problemem mierzy się cała Unia Europejska, a zwłaszcza Włochy, Grecja, Węgry, Niemcy, Francja i Austria.

Kryzys migracyjny uznano za problem wspólnoty, czego wyrazem były choćby prowadzone w latach 2015-2016 negocjacje Unii z Turcją. W ich wyniku udało się zmniejszyć liczbę osób dostających się do Europy szlakiem bałkańskim i śródziemnomorskim.

Po drugie: kryzys migracyjny w Polsce rozpoczął się latem 2021 roku, mniej więcej pół roku przed zaatakowaniem Ukrainy przez Rosję. Najpierw rządzący Białorusią Aleksandr Łukaszenka zagroził, że przestanie powstrzymywać przed wjazdem do UE przybywających na Białoruś przestępców, terrorystów i handlarzy narkotyków. Następnie uruchomił kanał przerzutu migrantów z Bliskiego Wschodu do Litwy, Polski i Łotwy. To był odwet za sankcje, nakładane przez kraje europejskie na Białoruś po sfałszowanych wyborach prezydenckich.

Łukaszenka zarabia na migrantach

Migranci nie dotarliby do polskich lasów, gdyby nie operacja uruchomiona przez białoruski reżim. Opisywaliśmy ją w OKO.press. Łukaszenka z jednej strony zamknął dla swoich obywateli ruch na granicy z Ukrainą, wprowadził też opłaty i obostrzenia na granicy z Litwą i Polską. Białorusini uciekali bowiem z kraju masowo. A z drugiej strony zorganizował „przemysł turystyczny” dla mieszkańców Bliskiego Wschodu, którzy chcieli dostać się do Unii Europejskiej.

Specjalne samoloty, umowy z kolejnymi państwami, pośrednicy, kierowcy, „biura podróży”, oszukujące ludzi, że wystarczy dostać się na Białoruś, by potem już bez problemu przekroczyć unijną granicę. Śledztwo w tej sprawie przeprowadzili dziennikarze polskiej TV Biełsat, razem z niezależnymi białoruskimi partnerami. Ustalili, że Łukaszenka już w 2021 roku na tej „migracyjnej turystyce” zarobił miliony dolarów.

„Cyniczna próba sztucznego wywołania »kryzysu migracyjnego« na litewskiej i polskiej granicy jest nie tylko sposobem na odwet na Unii Europejskiej, ale również nową metodą zarobku przedstawicieli białoruskiego reżimu. Trudno nie widzieć w takich działaniach znamion handlu ludźmi” – pisał w OKO.press w lipcu 2021 roku Nikita Grekowicz.

Tym kryzysem sterują Putin i Łukaszenka

W pewnym momencie do białoruskiej rozgrywki włączył się Władimir Putin. Nie wiemy na jakim etapie – czy już na początku zasugerował Łukaszence destabilizowanie sąsiadów przez użycie migrantów? Czy może po pewnym czasie skorzystał z nadarzającej się okazji?

Wiemy, że już po wybuchu wojny w Ukrainie coraz więcej migrantów z Bliskiego Wschodu, pojawiających się przy polskiej granicy, podróżowało przez Rosję. I tak jest do dziś. Nieliczne doniesienia, jakie docierają z Rosji, pokazują, że także tam rozkwitł „turystyczny rynek”. Handlarze handlują rosyjskimi wizami, dostępem do kolejek po wizy. Żerują na migrantach finansowo, poczynając od biletów lotniczych, przez noclegi, po transport na Białoruś.

Kryzys migracyjny na polskiej granicy różni się od tego, którego doświadczają Grecja i Włochy. Jest sztucznie wywołany i sterowany przez dwóch wschodnich dyktatorów. Rośnie i opada w rytmie zależnym od politycznych interesów Putina i Łukaszenki. Obaj mogą niestety dość łatwo sterować liczbą napływających migrantów – wystarczy kontrolować liczbę wydawanych wiz i liczbę samolotów między Rosją, Białorusią a Bliskim Wschodem.

Kto przekracza granicę?

Dyktatorzy mogą również wpływać na to, kto pojawia się na polskiej granicy. Wydaje się, że w tym zakresie rację mają zarówno aktywiści, raportujący o kobietach, dzieciach i nastolatkach, chorujących i umierających w polskich lasach, jak i polskie służby, pokazujące silnych i sprawnych mężczyzn, pokonujących graniczne ogrodzenie.

Na granicy są i jedni, i drudzy. Zwłaszcza w czasie wojny z Ukrainą Putin stara się wykorzystać szlak migracyjny do przerzutu pracujących dla niego ludzi. Być może przepuszcza też przestępców, pozbywając się ich w ten sposób ze swojego kraju.

Ale granicę przekraczają również ci, którzy z Putinem czy Łukaszenką nie mają nic wspólnego.

Zwykli ludzie, tacy jak my, którzy szukają spokoju i bezpieczeństwa, uciekający od tragedii rozgrywających się w ich krajach. To najczęściej właśnie oni nie mają żadnego zewnętrznego wsparcia w czasie drogi do wymarzonej Unii Europejskiej. To na nich w Polsce nie czekają przemytnicy z dobrymi samochodami, jadącymi prosto do Niemiec. W lasach pozostają najsłabsi. I potrzebują naszej pomocy.

To jest prowokacja

Jaki jest cel działań Łukaszenki i Putina? Przede wszystkim chodzi o zdestabilizowanie państwa, które z ich perspektywy jest państwem wrogim, o generowanie chaosu, ale też o prowokowanie. Kryzys graniczny ma prowokować polskie władze i służby do działań podejmowanych pod wpływem emocji i presji społecznej. Takie działania są zwykle nieprzemyślane i nieracjonalne.

Dlaczego uważam, że chodzi o prowokowanie, nie o wywołanie wojny? Kryzys graniczny trwa już trzy lata.

Gdyby któryś ze wschodnich dyktatorów chciał wywołać wojnę z Polską, już by to zrobił.

Nie czekałby, aż Polska ustawi na granicy wojsko, dokupi broń i sprzęt, utworzy nowe jednostki wojskowe, wybuduje ogrodzenie na granicy, przygotuje plan umocnień Tarcza Wschód, może nawet zdąży te umocnienia wybudować.

Jak widać, nie chodzi tu o konwencjonalną wojnę. Migranci to element wojny hybrydowej, czyli – rozbrójmy to określenie – strategii, w której dane państwo chce osiągnąć polityczne cele, destabilizując i osłabiając przeciwnika, ale zazwyczaj innymi środkami niż wprowadzenie wojska na jego terytorium.

Putin z Łukaszenką używają migrantów do prowokowania Polski tak długo i intensywnie, bo chcą, abyśmy osłabli.

Fundamentem bezpieczeństwa państwa jest…

Jeśli ugrzęźniemy w przerażeniu wojną i damy się sprowokować wschodnim dyktatorom, skutki mogą być fatalne. Rozważmy taki przykład: żołnierze dostają zgodę na strzelanie do migrantów. Strzelają do nich, gdy ci próbują sforsować ogrodzenie na granicy (czyli gdy są jeszcze po stronie białoruskiej). W chaosie raniony zostaje białoruski funkcjonariusz. Dochodzi do natychmiastowej eskalacji.

Białoruś mogłaby to zdarzenie zinterpretować jako atak na swoje państwo. Sądzę, że w takiej sytuacji Łukaszenka przedstawiłby stronę polską jako militarnego agresora, atakującego niezależne państwo. Czy odpowiedziałby znacznie silniejszym atakiem, argumentując, że ma do niego prawo?

Czy bierzemy pod uwagę taki scenariusz, odpowiadając na pytanie o użycie broni przez żołnierzy na granicy?

Obwiniając prokuraturę za to, że sprawdza, czy żołnierze używający broni w czasie incydentu w marcu nie przekroczyli uprawnień?

Czy jesteśmy w stanie wyjść choć na chwilę poza wizję Polski ogarniętej wojną i zauważyć, że pilnowanie przez władze oraz organy ścigania tego, by żołnierze jak najrzadziej używali na granicy broni, jest fundamentem bezpieczeństwa państwa w sytuacji, w której się znajdujemy?

Jak sobie radzić z prowokacją na granicy?

W radzeniu sobie z prowokacją ważne jest przestrzeganie kilku zasad. Choć naturalną reakcją może wydawać się atak, trzeba się od niego powstrzymać. Atak jest bowiem spełnieniem oczekiwań prowokatora. Prowokowany staje się agresorem, zaś prowokatorowi trudno cokolwiek udowodnić.

Trzeba więc zrobić wszystko, by nie grać w tę grę. Unikanie, przetrzymywanie, dystansowanie się, obniżanie poziomu własnych emocji, niedawanie prowokatorowi pretekstu do kolejnych zaczepek – to najprostsze metody. Gdy nie pomagają, trzeba wypracować strategię. Dobrze jest w nią włączyć innych, którzy nie są bezpośrednio zaangażowani w konflikt i pomogą w zachowaniu racjonalnego osądu. A także przyhamują, kiedy emocje nas chwilowo poniosą.

Takiej właśnie strategii powinniśmy oczekiwać od rządu. Niestety, mamy raczej eskalowanie przerażenia wśród ludzi, stosowanie retoryki wojennej, łączenie w przekazie hybrydowych zaczepek na granicy z pełnoskalową wojną w Ukrainie.

Takie reakcje wskazują, że polscy politycy nieświadomie grają w grę, której zasady wyznaczają Putin i Łukaszenko.

Stoją na wyznaczonym przez nich polu i stosują wytyczone przez nich zasady gry. Zgodnie z zasadami reagowania na prowokację – trzeba przestać grać. Zejść z pola. I podjąć własne działania pilnując, by prowokator nie dostał pretekstu do eskalowania sytuacji.

Przemyślana strategia

Czy da się to zrobić w przypadku kryzysu migracyjnego na granicy polsko-białoruskiej? Tak. Wymaga to jednoczesnego podjęcia działań w kilku obszarach życia publicznego.

Po pierwsze: trzeba udrożnić i rozbudować system recepcyjny dla migrantów wnioskujących o udzielenie ochrony międzynarodowej w Polsce.

Mówiąc najprościej, chodzi o to, aby znacznie więcej urzędników niż dziś zajmowało się sprawdzaniem, czy konkretna osoba, przebywająca w ośrodku strzeżonym lub otwartym, może przebywać w Unii Europejskiej, czy też powinna zostać deportowana do kraju pochodzenia. To pozwoli skrócić czas procedur, które dziś ciągną się miesiącami, a nawet latami.

Muszą też powstać nowe ośrodki dla uchodźców. A my, jako społeczeństwo, musimy zaakceptować, że one będą. Są już dzisiaj w wielu miastach, nie są niczym nowym, nie trzeba się ich bać. Oczywiście potrzebne będzie także wsparcie informacyjne, rozmawianie z mieszkańcami i rozwiewanie ich obaw. Czyli – dobra komunikacja. A potem także mądre programy integracyjne dla migrantów, którzy zostaną w Polsce.

Przyspieszenie procedur nie rozwiąże części problemów, jak choćby tego, że państwa pochodzenia nie chcą przyjmować swoich obywateli. Dlatego trzeba zrobić drugi krok, czyli włączyć w polski problem partnerów zewnętrznych, głównie instytucje unijne, ale też inne państwa europejskie, a także organizacje międzynarodowe. Zaangażowanie zewnętrznych podmiotów sprawi, że Polska przestanie być z tym kryzysem sama.

PiS wmówił nam, że Polska jest oblężoną twierdzą, atakowaną jednocześnie z kilku stron. Osamotnioną i mogącą liczyć tylko na siebie. Pod jego rządami państwo polskie odcięło się od wielu partnerów, ponieważ PiS we wspólnocie unijnej widział zagrożenie. Czas to zmienić. Poczuć, że należymy do wspólnoty i razem odpowiadamy za nękające nas problemy.

Na granicy nie populizm, lecz deeskalacja

Trzecim krokiem powinna być zmiana strategii na samej granicy, i to w przeciwnym kierunku niż chce tego Ministerstwo Obrony Narodowej. Jak poinformowała w piątek „Gazeta Wyborcza”, MON dąży do takiej zmiany przepisów, by na granicy żołnierze i funkcjonariusze mogli strzelać bez obaw przed karą.

Zostaliby zwolnieni z odpowiedzialności za nieuzasadnione użycie broni palnej. Taka propozycja jest populistyczna i stwarza zagrożenie dla mieszkańców rejonów przygranicznych. Nietrudno sobie wyobrazić, że żołnierz omyłkowo strzela do mieszkańca – i nie ponosi za to żadnej kary!

Powiedzmy jasno: ta propozycja to próba wprowadzenia praw wojny w czasie pokoju. Wbrew emocjonalnym przekazom niektórych polityków – w Polsce nie trwa obecnie wojna.

Tego rodzaju propozycja dowodzi jednocześnie, że – jeśli doniesienie jest prawdziwe – polski MON perfekcyjnie, choć zapewne nieświadomie wpisuje się w rozgrywkę Putina i Łukaszenki.

Opisałam to wcześniej, ale powtórzę jeszcze raz. Na granicy należy zrobić wszystko, by pilnujący jej funkcjonariusze i żołnierze nie eskalowali sytuacji.

To powinien być najwyższy priorytet dowódców Straży Granicznej, Wojska Polskiego i Policji: nie dawać drugiej stronie pretekstu do eskalacji.

Zrobić wszystko, by nikt ze strzegących granicy nie uległ białorusko-rosyjskiej prowokacji. To będzie prawdziwa odpowiedzialność i dbanie o bezpieczeństwo państwa.

Przy czym nie chodzi o to, by żołnierze mieli zakaz użycia broni. Lecz o to, że w tej konkretnej sytuacji zniesienie ograniczeń w tym zakresie może się skończyć dużo bardziej tragicznie niż zabójstwem jednego żołnierza.

Polska racja stanu: nie dać się sprowokować

Jeśli te trzy kroki zostaną zrobione, pozostanie jeszcze czwarty, również bardzo istotny i konieczny do realizacji równolegle z pozostałymi. Chodzi o zmianę narracji.

Musimy przestać powtarzać zafałszowaną opowieść, która zawiera się w dwóch przekazach:

  • „W Polsce zaraz wybuchnie wojna”;
  • „Migranci nas zaleją i pozabijają”.

Zacznijmy wreszcie głosić przekaz oparty na prawdzie, a nie na lęku. Na prawdzie – i na nadziei.

Brzmi on następująco: „Putin i Łukaszenka nas prowokują. Ale my się nie damy sprowokować. To jest polska racja stanu”.

Takiej deklaracji chcę w tweetach szefa rządu na platformie X. Takiego przekazu chcę od szefa MON Władysława Kosiniaka-Kamysza, od dowódców polskiego wojska i polskich polityków. Nie populizm – lecz odpowiedzialność. Nie tanie wizerunkowe zagrywki – lecz myślenie w kategoriach realnego bezpieczeństwa państwa.

Jednoznaczne artykułowanie, kto wywołał kryzys graniczny, czym ten kryzys jest i jaka jest nasza strategia reagowania – to wszystko mieści się w tym przekazie. Jest w nim też racjonalne podejście, stabilność i mądrość. Potrzebujemy dziś mądrych polityków, którzy przestaną grać w grę Putina i Łukaszenki.

;
Anna Mierzyńska

Analizuje funkcjonowanie polityki w sieci. Specjalistka marketingu sektora publicznego, pracuje dla instytucji publicznych, uczelni wyższych i organizacji pozarządowych. Stała współpracowniczka OKO.press

Komentarze