0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Il. Iga Kucharka / OKO.pressIl. Iga Kucharka / O...

Pierwsze opisy naukowe środków psychodelicznych pochodzą dopiero z 1957 roku, jak twierdzi badacz tego tematu prof. Charles Grob, psychiatra (i pediatra) z University of California w Los Angeles. Sam termin „psychodeliczny” powstał rok później. Ukuł go inny brytyjski psychiatra Humphry Osmond z greckich słów psyche, czyli dusza lub umysł oraz delein, przejawiać się, manifestować.

Natomiast halucynogenne środki znane były, jak twierdzi Grob, przynajmniej od 7 tysięcy lat. Stosowano je w wielu wierzeniach i religiach w celach rytualnych. Były metodą komunikacji z bóstwami i łączenia się w jedność ze wszechświatem. Wizje pozwalały na „podróż w głąb siebie”, a z takich podróży ludzie czasem wracali odmienieni.

Takich roślin i związków jest bez liku. Należy do nich ayahuasca, której nazwa w języku keczua oznacza „pnącze duszy”, wykorzystywana przez Indian południowoamerykańskich, i pejotl, stosowany przez Indian z Ameryki Środkowej i Północnej. Jest w tej grupie także psylocybina występująca w setkach gatunków różnych grzybów (grzybów psylocybinowych, zwanych potocznie „grzybkami”). Są też i syntetyczne związki: LSD, MDMA czy stosowana przy znieczuleniu ogólnym ketamina.

Nie każdy środek psychoaktywny jest psychodelikiem. Psychodeliki od innych substancji psychoaktywnych odróżnia to, że wywołują doświadczenia odmiennych stanów świadomości podobnych do transu, medytacji czy marzeń sennych. Istotnym elementem takich stanów są halucynacje.

(Niektóre stymulanty, zwłaszcza w większych dawkach, mogą wywoływać stany psychotyczne, w których zdarzają się urojenia. Urojenia to fałszywe przekonania, najczęściej o czyhającym zagrożeniu. Halucynacje natomiast to postrzeganie czegoś, czego nie ma.)

Przeczytaj także:

LSD, czyli pierwszy syntetyczny

W końcu lat trzydziestych ubiegłego wieku w laboratoriach firmy Sandoz badano pewien związek chemiczny z nadzieją, że będzie działać rozkurczowo na macicę w trakcie porodu. Nie stwierdzono takiego działania, więc badania zarzucono.

Po kilku latach, w 1943 roku, do badań nad nim wrócił chemik Alex Hoffman. Pewnego dnia poczuł się nienaturalnie zmęczony i postanowił się położyć. Zmęczeniu zaczęło towarzyszyć uczucie przyjemnego odurzenia, pojawiły się też niewyraźne halucynacje. Ten stan minął po około dwóch godzinach.

Hoffman podejrzewał, że ten dziwny stan mógł być skutkiem badanego przezeń w laboratorium LSD. Postanowił przeprowadzić eksperyment na samym sobie. Odmierzył sobie dawkę 250 mikrogramów (ćwierć miligrama, tyle waży mniej więcej pół małego ziarnka soli), rozpuścił w wodzie i wypił.

„Po godzinie demon opanował moją duszę”, opisywał później Hoffman (twierdzi Wikipedia). „Wszyscy ludzie, których widziałem, mieli na sobie straszne maski”.

Był przerażony i sądził, że umiera. Lekarz, który go zbadał, stwierdził jednak tylko trochę powiększone źrenice. Hoffman zaś postanowił wrócić do domu na rowerze – dość odważna decyzja w stanie ograniczonej świadomości – ale nic po drodze mu się nie stało.

Z początku nikt nie chciał Hoffmanowi wierzyć, bowiem nie znano wówczas związków, które miałyby tak silne działanie halucynogenne w tak niewielkiej dawce. Z czasem jednak podobne eksperymenty na sobie przeprowadziło wielu chemików, psychologów i psychiatrów. Potwierdzili obserwacje Hofmanna.

Beztroska hipisów na LSD

W latach pięćdziesiątych firma Sandoz zaczęła produkować LSD pod nazwą Delysid jako lek pobudzający układ oddechowy i układ krążenia. Stosowano go również „w psychoterapii analitycznej w celu przywołania tłumionego materiału, oraz w celu odprężenia umysłowego, zwłaszcza w stanach lękowych i nerwicach natręctw”, a także – w co dziś trudno uwierzyć – w psychiatrii w celu „wzmożenia reakcji pacjentów psychotycznych” (opis z 1964 roku).

Wieść o jego halucynogennych właściwościach szybko się rozeszła. W latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku dość często przyjmowano Delysid rekreacyjnie. Amerykańska FDA uznała to za problem i wycofała go w 1967 z listy leków. Był to ruch spóźniony, bowiem LSD było wówczas już częścią kulturowej otoczki ruchu hipisów. Przyjmowało je wielu artystów tej epoki.

John Lennon zarzekał się, że „Lucy in the Sky with Diamonds” to jedynie opis rysunku jego czteroletniej córki, ale na niewiele się to zdało. Do dziś większość uważa, że utwór ten jest opisem halucynacji po przyjęciu LSD (zapewne przez litery tworzące ten skrót w tytule). Natomiast jeśli coś jest opisem doświadczeń Lennona z halucynogennym środkiem, jest to raczej „Strawberry Fields Forever”, gdzie wszystko jest nierzeczywiste i beztroskie.

Let me take you down where I’m going to

Strawberry fields

Nothing is real

And nothing to get hung about

Strawberry fields forever

W 1980 roku Alex Hoffman wydał książkę „LSD. My problem child” (czyli “LSD: Moje trudne dziecko”). Faktycznie, odkryty przez niego związek przyczynił się do popularności wielu innych związków psychoaktywnych. Natomiast większą rolę w ich propagowaniu odegrał zdecydowanie Alexander Shulgin.

Shulgin, czyli beztroska klubowiczów na extasy

Ten amerykański biochemik o rosyjskich korzeniach w latach 60. prowadził badania nad innym związkiem psychoaktywnym, MDMA, skądinąd znanym niemal od początków wieku (bo już od 1912 roku). I tego związku używali amerykańscy psychoterapeuci, bowiem MDMA łagodziło lęki, zwiększało otwartość i empatię. Dziś związki o takim działaniu nazywamy „empatogenami”.

W latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku MDMA trafiło do klubów disco, a pod koniec lat 80. zostało wpisane na listę nielegalnych substancji psychoaktywnych. Niewiele ten zakaz zmienił, pod nazwą „extasy” było i nadal jest dość powszechnie przyjmowane w klubach.

W 1991 roku Shulgin wraz z żoną Anną opublikowali książkę „Phenethylamines I Have Known And Loved” („Fenyloetyloaminy, które poznałem i pokochałem”), a w 1998 roku „Tryptamines I Have Known And Loved”), opisując w nich dziesiątki psychoaktywnych związków odpowiednio z grupy fenyloetyloamin i tryptamin.

Jego postać trudno ocenić jednoznacznie. Z jednej strony był propagatorem idei bezpiecznego przyjmowania związków psychoaktywnych: opisywał, jak przyjmować je, by sobie nie szkodzić. Z drugiej niewątpliwie przyczynił się do zainteresowania nimi, a tam, gdzie jest popyt, musi pojawić się podaż. Nie bez znaczenia było także to, że publikował przepisy na ich chemiczną syntezę.

Bezsprzecznie Shulgin przyczynił się do gwałtownego rozwoju czarnego rynku coraz to nowych substancji psychoaktywnych. Ten rozwój był tak szybki, że nie nadążały za nim ani prawo, ani medycyna. Kłopot mieli ratownicy medyczni, izby przyjęć i lekarze toksykolodzy.

W Polsce zjawisko to nazywaliśmy “dopalaczami”.

W początkach lat dwutysięcznych zaczęto odnotowywać zgony po przedawkowaniu jednego ze związków opisanych przez Shulgina (opisuje to na przykład Mike Power w „Medium”). Poza tym MDMA i jego pochodne nie są pozbawione szkodliwych skutków ubocznych. Mogą wywołać między innymi: niebezpieczny wzrost ciśnienia krwi, wzrost temperatury ciała powyżej 40 stopni (hiperpireksję), niewydolność oddechową, rozkład mięśni (rabdomiolizę), odwodnienie i ostrą niewydolność nerek.

Zanim Shulgin zapadł na demencję (mniej więcej w okolicy 2010 roku) zdążył wyrazić ubolewanie z powodu tych zgonów. Było to jednak ubolewanie bez skruchy: dodał, że nawet przyjmowanie aspiryny wiąże się z ryzykiem.

Zawędrowaliśmy do czasów współczesnych, przy tym MDMA nie jest typowym psychodelikiem. Cofnijmy się, by wytłumaczyć, dlaczego środki psychodeliczne mają taką złą sławę – i dlaczego naukowcy zaczęli je badać stosunkowo niedawno.

CIA i „program kontroli umysłów”

W 1953 roku Centralna Agencja Wywiadowcza, czyli CIA, rozpoczęła projekt o nazwie „MKUltra”. Zamierzała sprawdzić, czy związki psychodeliczne pozwolą sterować zachowaniem ludzi.

W czasach zimnej wojny możliwość farmakologicznego wpływania na szpiegów, by zeznali prawdę o szczegółach swoich działań, byłaby bezcenna. Cenne mogło być samo unieszkodliwienie agenta przez podanie mu LSD.

Eksperymenty rzecz jasna prowadzono w tajemnicy. Niestety również z naruszeniem zasad etyki i nawet praw człowieka.

W większości przypadków prowadzono je na nieświadomych tego pacjentach szpitali psychiatrycznych, zmuszanych do tego więźniach i osobach uzależnionych od narkotyków, a także prostytutkach i ich klientach (CIA zakładało nawet specjalne domy publiczne) oraz osobach podejrzanych o współpracę z radzieckim wywiadem. W czasach makkartyzmu taki zarzut oznaczał zwykle śmierć cywilną, a oskarżonych łatwo było zaszantażować.

Uczestnikom eksperymentów bez ich zgody podawano głównie LSD lub meskalinę (choć testowano także barbiturany, amfetaminę, kokainę, skopolaminę i psylocybinę). Stosowano przy tym także inne środki, które dziś kwalifikujemy jako tortury: oślepianie silnym światłem, pozbawianie snu i rażenie prądem elektrycznym.

Inna część eksperymentów toczyła się w Kanadzie, gdzie do 1964 roku CIA sponsorowało działania Donalda Camerona, psychiatry wierzącego, że schizofrenię da się uleczyć przez wymazanie wspomnień za pomocą elektrowstrząsów i środków farmakologicznych. Jego metody zrujnowały życie wielu pacjentom i ich rodzinom, co jest tematem na osobną opowieść.

Program zamknięto w 1973 roku. Po pierwsze dwie dekady badań nad „kontrolą umysłu” okazały się fiaskiem. Nie ma żadnych środków farmakologicznych, które pozwalałyby sterować ludźmi niczym w stanie hipnozy.

Po drugie, w 1973 roku Amerykanie śledzili na ekranach telewizorów przesłuchania przed senacką komisją w sprawie afery Watergate. W CIA obawiano się, że na jaw może wyjść także program MKUltra. Zamknięto więc go, a większość dokumentów zniszczono.

Z powodu tych nieetycznych eksperymentów badania substancji psychodelicznych przez dekady były postrzegane jako dziedzina, której finansowanie należy omijać szerokim łukiem. Z kolei popularność takich środków w latach 60. i 70. przyniosła, na fali konserwatywnych rządów lat 80., falę ich delegalizacji.

Ketamina czyli nieoczekiwane skutki znieczulenia

Dziś znakomita większość środków psychodelicznych (nazywanych fachowo dysocjantami) to substancje ściśle kontrolowane – ich produkcję i obrót regulują przepisy prawa.

To utrudnia badania naukowe. Trzeba wystąpić o zezwolenie. Zdobyć badany związek z legalnego źródła (co wiąże się z biurokracją związaną ze sprowadzeniem jej z zagranicy). No i trzeba przekonać przełożonych i administrujących funduszami, że takie badanie, mimo tych utrudnień, ma sens.

Jest jednak wyjątek. Ketamina jest środkiem znieczulającym znanym od lat 50. ubiegłego wieku. Używa się jej czasem do znieczulenia w przypadku zabiegów krótkotrwałych: nastawiania kości, znoszenia bólu porodowego, do znieczulania przedoperacyjnego stosuje się ją u zwierząt. Istotne jest to, że jest przebadanym środkiem: znane są jej skutki uboczne i sposób dawkowania.

Z powodu jej psychodelicznych właściwości bywa też zażywana rekreacyjnie. Nie jest to środek szczególnie bezpieczny: w samej Anglii i Walii w latach 2005-2013 odnotowano 90 ofiar rekreacyjnego zażycia ketaminy. Poza tym jej długotrwałe stosowanie prowadzi do uszkodzenia (często nieodwracalnie) pęcherza moczowego i zakażeń dróg moczowych.

Niemniej z anegdotycznych doniesień zażywających ją rekreacyjnie osób wynikało, że jest niezwykle skutecznym środkiem przeciwdepresyjnym. Gdy naukowcy zaczęli to badać, okazało się, że istotnie, nawet jednorazowe podanie ketaminy w niewielkiej dawce (dużo niższej niż potrzebna do wprowadzenia w stan narkozy) usuwa objawy depresji w ciągu dwóch godzin. I działa nawet w przypadkach depresji opornej na leczenie innymi lekami.

To olbrzymia różnica w porównaniu z wszelkimi innymi lekami stosowanymi w leczeniu depresji. Ich efekt widoczny jest dopiero po kilku tygodniach stosowania.

Dlaczego nie leczymy wszystkich przypadków depresji ketaminą? Przede wszystkim dlatego, że trzeba ją było podawać dożylnie, esketamina w spreju do podawania donosowego pojawiła się dopiero w 2020 roku.

Oba leki trzeba jednak podawać w gabinecie pod nadzorem lekarza, zarówno ze względu na ich skutki halucynogenne, jak i możliwość wystąpienia potencjalnie groźnych zaburzeń rytmu serca.

Efekty ketaminy nie zawsze są trwałe, a terapię trzeba powtarzać czasem kilka razy. Leki przyjmowane doustnie są praktyczniejszym rozwiązaniem. Ketaminę stosuje się dziś, gdy leczenie nimi okazuje się nieskuteczne.

Prawda czy fałsz?

Związki halucynogenne zmieniają mózg

Sprawdziliśmy

Z badań naukowych wynika, że  rozluźniają ścisłą współpracę różnych ośrodków mózgu. To z kolei sprawia, że łatwiej powstawać mogą w nich nowe połączenia między neuronami i znikać stare - czyli zwiększają neuroplastyczność.

Uważasz inaczej?

Stworzony zgodnie z międzynarodowymi zasadami weryfikacji faktów.

Skostniałe połączenia neuronów

Brytyjski psychofarmakolog z Imperial College w Londynie, badacz psychodelików, prof. David Nutt, twierdzi, że dodatkowa użyteczność tego środka przy leczeniu depresji wynika właśnie z tego, że zniekształca czas i przestrzeń, pisał w „Polityce” Paweł Walewski. Cytował też polskich lekarzy, którzy stosują leczenie ketaminą.

„Psychodeliczne podróże, które odbywają pacjenci pod jej wpływem, uwalniają z uścisku negatywnych myśli. Później na codzienne problemy można spojrzeć z innej perspektywy, co ma ogromną wartość psychoterapeutyczną – potwierdza opinię brytyjskiego eksperta dr Marcinowicz”.

To bardzo trafne spostrzeżenie.

Od pewnego czasu naukowcy podejrzewali, że depresja może wynikać utrwalenia negatywnych wzorców myślowych. Są pewne dowody, że leki przeciwdepresyjne działają, bowiem zwiększają plastyczność synaptyczną, czyli zdolność mózgu do tworzenia nowych połączeń między neuronami.

Dowody na to pojawiły się jednak stosunkowo niedawno, bo w 2023 roku. W pracy opublikowanej w „Molecular Psychiatry” badacze opisali, że takie działanie ma jeden z najskuteczniejszych leków przeciwdepresyjnych, escitalopram, o czym pisałem wtedy w OKO.press.

Przyrost nowych połączeń między neuronami pozwala przełamać utrwalone negatywne wzorce myślowe, a to z kolei wydobyć się z depresji. Problem polega jednak na tym, że taki efekt leków przeciwdepresyjnych pojawia się dopiero po kilku tygodniach ich stosowania.

Dlatego z nadzieją spoglądano na substancje psychodeliczne. Ich działanie jest szybkie (niemal natychmiastowe), a skutki „podróży w głąb siebie” są, jeśli wierzyć anegdotycznym dowodom, pozytywne i długotrwałe. W przypadku ketaminy nie musimy polegać na dowodach anegdotycznych. W ciągu ostatnich kilku lat pojawiło się całkiem sporo naukowych, które tego dowodzą.

Na przykład ta opublikowana w „Neuropsychopharmacology” w 2024 roku czy opublikowana w „Science” rok później.

Mamy dość solidne dowody, że ketamina powoduje zwiększenie plastyczności synaptycznej, co pomaga „przezwoić” połączenia neuronów i wyjść z depresji.

Co psylocybina robi z mózgiem (gryzoni)

Przeprowadzone w ubiegłym roku eksperymenty na gryzoniach – ich wyniki opublikowano całkiem niedawno, bo 22 stycznia na łamach „Cell” – wskazują na podobny efekt psylocybiny.

Eksperymenty prowadzono na myszach, którym podawano niewielkie dawki tego związku lub placebo. Mózgi myszy, którym podawano psylocybinę, miały silniejsze połączenia między retrosplenialną a przedczołową korą mózgową.

Kora retrosplenialna odgrywa kluczową rolę w integracji bodźców zmysłowych, nawigacji przestrzennej, pamięci epizodycznej, uczeniu się kontekstowym oraz wyobraźni. Niemniej istotne jest to, że łączy struktury limbiczne odpowiedzialne za emocje, z korą nową. Kora przedczołowa z kolei zaangażowana jest w planowanie oraz zachowania społeczne.

Psylocybina zmniejszała również liczbę powtarzających się równoległych połączeń w korze mózgowej. Takie połączenia są istotne w przechowywaniu wspomnień, ale mogą prowadzić również do zbytniej koncentracji na nieprzyjemnych doświadczeniach i ich rozpamiętywania (ruminacji). Objaw ten obserwowany jest w różnych schorzeniach: od zaburzeń obsesyjno-kompulsywnych, przez depresję, po zespół stresu pourazowego.

Eksperyment ten nie dowodzi, że pojedyncza dawka psylocybiny „przezwaja mózg”. To, jak zmieniają się połączenia w korze mózgowej, zależy od doświadczeń. Psylocybina zwiększa gotowość mózgu do tworzenia nowych połączeń między neuronami (synaps) i do usuwania zbędnych. Innymi słowy zwiększa neuroplastyczność.

Ketamina i psylocybina, czyli myszy i ludzie

Tu należy zastrzec, że te eksperymenty prowadzono na myszach. Nie mamy bezpośrednich dowodów, że psylocybina działa tak samo na ludzkie mózgi. Możemy jedynie wnioskować, że działa tak samo.

Z badań prowadzonych z udziałem ludzi, których wyniki opublikowano w czerwcu 2024 roku w „Nature” wynika, że psylocybina, podobnie jak inne dysocjanty (na przykład ketamina) „desynchronizuje” połączenia między różnymi ośrodkami mózgu. Być może desynchronizacja pracy mózgu jest właśnie podłożem plastyczności synaptycznej, pisali we wnioskach autorzy pracy.

Wiemy bowiem z badań z udziałem ludzi (na przykład cytowanych wcześniej prac w „Neuropsychopharmacology” 2024 i „Science” 2025), że ketamina wywołuje taką desynchronizację i jednocześnie zwiększa plastyczność synaptyczną.

Innymi słowy oba halucynogenne związki, ketamina i psylocybina, sprawiają, że różne ośrodki w mózgu przestają pracować jak jeden zsynchronizowany mechanizm. W przypadku ketaminy ta desynchronizacja przygotowuje neurony do tworzenia nowych połączeń (i usuwania starych). Z dużą dozą prawdopodobieństwa podobnie jest w przypadku psylocybiny.

Co robi ketamina z mózgiem (człowieka)

W przypadku ketaminy znany jest nawet biochemiczny mechanizm zwiększenia plastyczności synaptycznej. Odkryli go badacze z Vanderbilt University, o czym donosili w 2021 roku w dwóch pracach: opublikowanej w maju w „PNAS”oraz w czerwcu w „Nature Neuroscience”.

Ketamina blokuje receptory NDMA (N-metylo-D-asparaginowe), które odgrywają kluczową rolę w komunikowaniu się neuronów. W mózgu szybko zmienia się delikatna biochemiczna równowaga.

Powstaje więcej reeliny, białka, które reguluje powstawanie i pracę neuronów. Dzięki niemu neurony mogą zmieniać swoje reakcje w odpowiedzi na nadchodzące sygnały (czyli reelina moduluje plastyczność synaptyczną). Pobudza również rozwój dendrytów („wypustek” neuronów, które odbierają sygnały od innych neuronów). A także kieruje ruchem neuroblastów (komórek macierzystych, z których powstają nowe neurony i komórki glejowe).

Ketamina uruchamia wszystkie te procesy naraz.

Prawda czy fałsz?

Mikrodawkowanie, czyli przyjmowanie niewielkich ilości dysocjantów, np. psylocybiny, w dawkach, które nie wywołują halucynacji, poprawia pracę mózgu

Sprawdziliśmy

Nie ma na to solidnych naukowych dowodów. Badania, które wskazują na taki efekt, są nieliczne i zwykle słabej jakości.

Uważasz inaczej?

Stworzony zgodnie z międzynarodowymi zasadami weryfikacji faktów.

Mikrodawkowanie – fakt, czy fake?

Mikrodawkowanie to moda polegająca na przyjmowaniu niewielkich ilości dysocjantów w dawkach, które nie wywołują halucynacji, w nadziei na poprawę działania mózgu. Nie ma na to solidnych naukowych dowodów. Zaś badania, które taki efekt potwierdzają, są nieliczne i zwykle słabej jakości.

Z pracy opublikowanej w „Translational Psychiatry” w 2022 roku wynika, że przyjmowanie 0,5 grama sproszkowanych grzybów Psilocybe cubensis nie ma pozytywnego wpływu na zdolności umysłowe badane za pomocą psychologicznych testów.

(Dwa lata temu. Komisja ds. Polskiego Nazewnictwa Grzybów przy Polskim Towarzystwie Mykologicznym nadała temu gatunkowi polską nazwę: łysiczka kubańska.)

Autorzy tej pracy wspominają także, że nie ma wielu rzetelnych badań nad mikrodawkowaniem dysocjantów. Te badania, które są solidne (w kontrolowanych warunkach, z próbą kontrolną) prowadzono zwykle nad wpływem LSD. Wynika z nich, że jego mikrodawkowanie przynosi lekkie podniesienie nastroju, ale okupione zwiększeniem objawów lękowych. Natomiast zdolności umysłowe raczej lekko upośledza (tu cytują badania z 2020 roku).

Pozytywny wpływ mikrodawkowania należy raczej przypisać efektowi placebo. Otóż aż 60 do 75 proc. badanych w eksperymentach nad mikrodawkowaniem występuje o „odślepienie”, czyli udzielenie informacji, czy otrzymywało badaną substancję czy placebo.

Na chłopski rozum natomiast – jeśli warunkiem zwiększenia plastyczności synaptycznej jest desynchronizacja pracy ośrodków mózgu do tego stopnia, że doświadcza się halucynacji, to można przypuszczać, że bez halucynacji taka desynchronizacja albo nie zachodzi albo nie jest wystarczająco silna, by wywołać zwiększenie plastyczności synaptycznej.

Po co naturze halucynogenne związki

Nie jest do końca jasne, po co rośliny i grzyby wytwarzają halucynogenne dla nas związki. Podejrzewano jednak, że może być to mechanizm obrony przed pasożytami, na przykład larwami owadów.

Naukowcy z Uniwersytetu w Plymouth postanowili to sprawdzić. Dodawali larwom muszek owocówek sproszkowane grzyby Psilocybe cubensis do pokarmu. Larwy żywiące się pokarmem z tym dodatkiem rzadziej dożywały przeobrażenia. Przy niższych dawkach dożywała ich połowa, przy wyższych – jedna czwarta.

Wśród tych, które przeżyły, widać było wpływ diety z „grzybkami”. Larwy były mniejsze, bardziej asymetryczne (co jest typowym objawem stresu rozwojowego). Były też mniej aktywne, pokonywały krótsze dystanse, a ich ruchy były mniej skoordynowane.

(O tym naukowcy donieśli w preprincie, czyli niezrecenzowanej jeszcze pracy, umieszczonej w serwisie BiorXiv w grudniu ubiegłego roku.)

Jednym słowem psylocybina szkodzi larwom owadów i zmniejsza ich liczebność. Te grzyby, które w wyniku mutacji zaczęły ją wytwarzać, zmniejszały populacje żywiących się nimi larw, a zwiększały swoje szanse na przetrwanie (oraz przekazanie swoich genów).

Czy owady mają halucynacje po psylocybinie? Prawdopodobnie nie. Receptory neuroprzekaźników u owadów bardzo różnią się od receptorów tych samych związków u kręgowców. Poza tym owadzie mózgi są prostsze: składają się mniejszej liczby ściśle powiązanych ze sobą ośrodków. Można przypuszczać, że trudniej jest rozstroić mózg owada niż złożony mózg ssaka.

Tego jednak do końca nie wiemy. Owady przejawiają zadziwiająco złożone zachowania. Są naukowcy, którzy twierdzą, że nie możemy być pewni, że owady są pozbawione świadomości.

Cykl „SOBOTA PRAWDĘ CI POWIE” to propozycja OKO.press na pierwszy dzień weekendu. Znajdziecie tu fact-checkingi (z OKO-wym fałszometrem) zarówno z polityki polskiej, jak i ze świata, bo nie tylko u nas politycy i polityczki kłamią, kręcą, konfabulują. Cofniemy się też w przeszłość, bo kłamstwo towarzyszyło całym dziejom. Rozbrajamy mity i popularne złudzenia krążące po sieci i ludzkich umysłach. I piszemy o błędach poznawczych, które sprawiają, że jesteśmy bezbronni wobec kłamstw. Tylko czy naprawdę jesteśmy? Nad tym też się zastanowimy.

;
Na zdjęciu Michał Rolecki
Michał Rolecki

Rocznik 1976. Od dziecka przeglądał encyklopedie i słowniki. Ukończył anglistykę, tłumaczył teksty naukowe i medyczne. O nauce pisał m. in. w "Gazecie Wyborczej", Polityce.pl i portalu sztucznainteligencja.org.pl. Lubi wiedzieć, jak jest naprawdę. Uważa, że pisanie o nauce jest rodzajem szczepionki, która chroni nas przed dezinformacją. W OKO.press najczęściej wyjaśnia, czy coś jest prawdą, czy fałszem. Czasem są to powszechne przekonania na jakiś temat, a czasem wypowiedzi polityków.

Komentarze