Były myśliwy: Kiedyś podchodziło się dzika z dubeltówką, mógł wyczuć człowieka i uciec. Teraz poluje się z termowizorami, zwierzę nie ma szans. To już nie jest łowiectwo. To egzekucje. „BEZBRONNE”, cykl OKO.press o zwierzętach, które powinniśmy otoczyć ochroną
Dzik został zabity na placu zabaw przy Domu Zakonnym na warszawskim Bemowie. Ksiądz, wzywając policję, mówił, że zwierzę nie ma duszy. Imię Henio nadali dzikowi mieszkańcy. Był koniec kwietnia 2026.
W lutym zabito matkę z młodymi przy Instytucie Psychiatrii i Neurologii na ul. Sobieskiego w Warszawie. Jesienią na osiedlu Gdańsk Chełm myśliwi strzelali do lochy. Nie zabili jej, zadali tylko głębokie rany. Umierała kilka dni, zagubione warchlaki biegały między blokami.
Sześć kilometrów dalej i paręnaście miesięcy wcześniej dziki odstrzelono pod Szkołą Podstawową nr 38, na oczach mieszkańców. Uczniowie następnego dnia widzieli ślady krwi na boisku.
W tym samym czasie, bez świadków, w lasach dziki ginęły masowo. Przez cały 2025 rok zabito ich ponad 200 tysięcy.
Bobrzą tamę ktoś rozjechał koparką. Łosia zabił myśliwy, bo „pomylił z dzikiem”. Żubr zginął na drodze, potrącony przez auto. Dzikie zwierzęta giną, tracą domy, są płoszone. W reporterskim cyklu OKO.press „BEZBRONNE” pokazujemy, jaka jest sytuacja zwierząt w Polsce. Jak prawo, które miało chronić, nie chroni. Jak człowiek, który miał pomóc – szkodzi i zabija.
To pierwsza część reportażu „Jak zabija się dziki”. Jutro część druga „Dwudziestu policjantów na jednego Henia”.
Zabijanie dzików ma różne tryby.
W trybie łowieckim każde koło łowieckie zakłada, ile dzików zabije w sezonie, żeby „regulować populację”, a myśliwi idą do lasu i strzelają.
„Planowany odstrzał minimalny musi uwzględnić przyjęty poziom przyrostu zrealizowanego oraz zakładać doprowadzenie i utrzymanie liczebności populacji dzika na poziomie 1 osobnika na 1000 ha obwodu. Zaleca się realizację odstrzału przede wszystkim wśród warchlaków” – czytam w wytycznych na sezon 2026/2027, które opublikował PZŁ z Olsztyna.
Za taki odstrzał myśliwy nie dostaje pieniędzy, ale może zabrać ciało zwierzęcia. Używając myśliwskiego słownika: tuszę. Może ją sprzedać, za kilogram dostaje od kilku do 10 złotych. Największe lochy ważą 140 kilogramów, odyńce są nieco większe.
Myśliwi mogą też zabitego dzika zabrać do domu, „na użytek własny”. Niektórzy oficjalnie zabierają mięso dla siebie, a sprzedają je w swoich myśliwskich zajazdach i restauracjach.
Innym trybem jest „odstrzał redukcyjny”. Decyzję o uśmierceniu wydaje starosta albo prezydent miasta. Taki odstrzał, według prawa, polowaniem już nie jest. Skazywane są na niego dziki, o których przez telefon alarmują mieszkańcy. Nawet z dobrymi intencjami, z nadzieją, że zwierzę trafi do ośrodka rehabilitacji.
W grę wchodzą spore pieniądze. Na przykład w Łodzi zlecono zabicie 185 dzików w ciągu roku, a firma zajmująca się odstrzałem dostała za to pół miliona złotych.
Dziki zabija się również w trybie „sanitarnym”.
Chodzi o walkę z ASF – afrykański pomór świń, chorobę niegroźną dla człowieka, ale zabójczą dla dzików i świń. Jak dostanie się do chlewni, trzeba uśmiercić całe stado. Wirus jest bardzo zaraźliwy – do zakażenia wystarczy, że świnia napije się zanieczyszczonej wody. Do chlewni mogą go zawlec sami rolnicy, wnosząc na butach krew czy odchody zakażonego dzika. ASF przenoszą też kleszcze.
„Dziki są głównym rezerwuarem wirusa ASF w środowisku” – argumentuje Główny Inspektorat Weterynarii. Redukcja populacji ma “przerwać łańcuch zakażeń”.
Zabite dziki trafiają do badań na obecność ASF, a do kieszeni myśliwych wpada dodatkowa gotówka.
Jeszcze niedawno ryczałt za zastrzelenie odyńca czy warchlaka wynosił 300 zł, a za zabicie lochy – 650 zł. 80 procent tej kwoty dostawał myśliwy, a 20 – PZŁ lub zarządca obwodu łowieckiego. W marcu 2026 stawka się zmieniła – po interwencji Ministerstwa Klimatu i Środowiska ujednolicono ryczałt. Niezależnie, jakiej płci dzik został zabity, należy się za niego 350 zł. Myśliwy dostaje 40 procent – czyli 140 złotych.
Wiceminister klimatu Mikołaj Dorożała pisał do resortu rolnictwa:
„Badania naukowe jednoznacznie wskazują, że odstrzał dorosłych samic dzików prowadzi do zaburzenia struktury społecznej dzika, wzrostu rozrodczości kompensacyjnej również młodych osobników i zwiększonej migracji osobników.
W długiej perspektywie zwiększa to dynamikę populacji, migrację oraz szkody, zamiast je ograniczać. W związku z powyższym nadmierne premiowanie odstrzału sanitarnego samic dzika jest nie tylko nieuzasadnione, ale i szkodliwe pod kątem walki z ASF”.
Rzeź dzików trwa od 2014 roku, kiedy pojawił się w Polsce pierwszy przypadek ASF. Początkowo organizowana była tylko w regionach, gdzie stwierdzono wirusa. W 2019 roku ówczesny minister rolnictwa Jan Krzysztof Ardanowski ogłosił masowy odstrzał w całym kraju.
Łowczy świętokrzyski na pytanie lokalnej „Wyborczej”, ile dzików ma zginąć, odpowiedział: „Tyle, na ile święty Hubert pozwoli”.
Z sześciu kolejnych ministrów rolnictwa żaden rzezi nie zatrzymał. Według najnowszego rozporządzenia Ministra Rolnictwa odstrzał będzie trwał do 2027 roku, ale może być przedłużony.
Na rzeź dzików od 2019 roku Skarb Państwa wydał już 626 milionów złotych. Zabito ponad 2 miliony osobników.
Droga do domu Marcina Kostrzyńskiego z centrum miasteczka Górzno prowadzi między dwoma jeziorami, skręca w las i wymaga przeprawy przez leśne ścieżki. Jest bardzo sucho, nie padało od dawna. Kiedy parkujemy pod domem, auto jest brudne od kurzu.
Marcin oprowadza mnie po niewielkim domku. Na ścianach zdjęcia ukochanego jamnika, dzików, saren i wilków. Przez podwórko biegnie wiewiórka.
– Jest trochę za ciepło, ale przyjdą. – Marcin nalewa kawę i kroi placek ze śliwkami. – Moja miłość do dzików zaczęła się od polowań. Polowałem dla przyjemności zabijania. Niech nikt mi nie wmawia, że wstaje o czwartej nad ranem, śpi trzy godziny, marznie w ciemnym lesie tylko po to, żeby z obowiązku, dla państwa, w ramach służby, polować. Ściema. Zabijanie to taki rodzaj adrenaliny, który głęboko wpływa na psychikę. Nie da się tego podrobić.
Dziś Kostrzyński jest znanym przyrodnikiem, działa w koalicji Niech Żyją!, jeździ po Polsce z opowieściami o dzikich zwierzętach. Najbardziej lubi spotkania z dziećmi, które zasypują go pytaniami: a czy to prawda, że niedźwiedź łapie rybę jednym chapsnięciem? Dlaczego sarna tak skacze? A czy dzik naprawdę ma ostre kły?
Opowiadając o przyrodzie, cały czas się uśmiecha. Nie wyobrażam sobie go celującego do zwierzęcia z broni.
– Byłem na stażu łowieckim. Jeden z myśliwych przypadkowo zabił przy mnie lochę – a wtedy zabijanie matki małych dzików było jeszcze niedozwolone. Dziś, przez walkę z ASF, do loch strzela się masowo. Myśliwy nie zauważył, że w zbożu są warchlaki, strzelił. Matka leżała nieruchomo, a maluchy biegały wokół niej, przeraźliwie kwicząc. To był straszny, przeszywający kwik. Nie do zapomnienia. A potem mój dobry kolega, etyczny myśliwy, który bardzo się starał polować tak, żeby zwierzęta się nie męczyły, pomylił się i też strzelił lochę. Miała cztery młode. Przyszły do mnie w strasznym stanie – wspomina.
– Tutaj?
– Tak, do mojego kawałka lasu. Miałem kompostownik, wyjadały z niego resztki. Wychudzone, słabe. Wtedy do mnie dotarło, jaką krzywdę tym dzikom zrobił człowiek. Bez matki straciły chęć życia. Były bezradne, nie wiedziały, gdzie iść, co jeść, skąd brać wodę. Nie mogłem patrzeć, jak zwierzę umiera z głodu i z rozpaczy. Przestałem jeść mięso. Myśliwy-wegetarianin, nie wiem, czy był ktoś taki poza mną. Ograniczyłem polowania tylko do jeleni, ale w końcu zrezygnowałem z polowań całkowicie. Długo jeszcze byłem w Polskim Związku Łowieckim, myśląc, że coś mogę zmienić od środka, ale to były tylko złudzenia.
Cztery małe dziki przeżyły – trzy dziewczyny i chłopak. Marcin nadał mu imię: Albert. Wyrósł na wielkiego i silnego dzika.
– Jedyny dzik, który nigdy nie przychodził do mnie z pustym ryjkiem – opowiada Marcin. – Raz przyniósł gałęzie wierzbowe, które musiał nieść kilka kilometrów przez las. Taki miał zwyczaj. Jak dorósł, nie chciał już jeść z kompostownika. Odmawiał naleśników, które jako maluch uwielbiał. Sam znajdował sobie jedzenie, do mnie przychodził, bo czuł się tu bezpiecznie. Wykopywał dołek i spał pod gruszą.
Albert nigdy nie zalecał się do żadnej z sióstr. Dziki, opowiada mi Marcin, rozumieją więzi rodzinne, nie ma chowu wsobnego.
– Siostry Alberta stworzyły klan, co zdarza się całkiem często. Lochy potrafią synchronizować swoje porody. Tuż przed porodem przygotowują barłogi, blisko siebie i w pobliżu wody.
Spałem kiedyś w używanym barłogu dzika i muszę powiedzieć, że izolacja była wykonana genialnie.
Najpierw jest dół wyryty ryjem, później naniesione miękkie gałęzie, głównie modrzewiowe, a na to jest pyskiem nazrywana trawa. Powstaje ciepłe, duże gniazdo – wyjaśnia Marcin.
Lochy razem wychowują młode, dzięki czemu mogą się nimi dzielić. Jeśli jedna urodzi więcej niż dwanaścioro, a ma 12 sutków, oddaje “nadwyżkę” ciotce. Stworzenie takiej grupy jest dla dzików bezpiecznym wyjściem. Jak jednej losze coś się stanie, warchlaki mają zastępczą mamę.
– Faceci są lochom potrzebni tylko do zapłodnienia. Odyńce to raczej samotniki – dodaje Kostrzyński.
Na podwórku Marcina Kostrzyńskiego wszystko jest przemyślane. Piwnica z niszami dla nietoperzy. Na drzewie dwa karmniki – dla ptaków i wiewiórek. Ptasi to 60-litrowa beczka pełna słonecznika, zimą zajadały się nim sikorki. Wiewiórczy wypełniony jest zmielonymi orzechami. Marcin najpierw wsypywał całe orzechy, ale wiewiórki je wybierały i zakopywały.
Jest też pojnik, pod którym robi się małe bagienko. Zwierzęta mogą się napić i schłodzić w gorący dzień.
Dla dzików jest zboże. Nie, żeby się najadły, ale żeby zwabić je na podwórko. Podajnik zboża jest zautomatyzowany – wysypuje jedzenie w porach, kiedy myśliwi idą do lasu. W ten sposób dzików w lesie podczas polowania jest mniej. Mieszkańcy okolicy wiedzą, co robi Marcin. Mówi, że rolnicy to cenią – wolą, żeby dziki chrupały zboże na jego podwórku, niż buszowały w ich uprawach.
– Myśliwi się nie mszczą? Opon nie dziurawią?
– Mam tu mnóstwo kamer i fotopułapek, doskonale wiem, kto się tu kręci. Kiedyś myśliwy podczas mojej nieobecności przywiózł psa, żeby go na dzikach trenować. Siedział w samochodzie, a jak dziki przyszły, szczuł je psem. Nie wiedział, że te dziki już z niejednego korytka jadły. Są zdeterminowane. Lochy, zamiast uciec, to psa tak pogoniły, że już do końca życia nie dał się wyciągnąć na polowanie.
Zboże u Marcina to nic w porównaniu z wyżerką, jaką dziki znajdują pod ambonami: ziemniaki, kukurydza, kapusta, dynie, czasem resztki chleba.
– To powinno być systemowo zabronione. Nie może być tak, że myśliwi dokarmiają dziki pod ambonami, wysypują nęciska, wabiąc dzikie zwierzęta tuż pod lufę. Dlatego sam dokarmiam, to jedyny sposób, żeby te zwierzęta ochronić – mówi.
Według przepisów dotyczących walki z wirusem ASF dzików nie można dokarmiać w paśnikach. – Ale jak już się zmieni nazwę z paśnika na nęcisko i wysypie tam, co nam fantazja podpowie, to nagle wszystko jest legalne – denerwuje się.
Interwencję w sprawie dokarmiania przeprowadziła Regina Skibińska, dziennikarka OKO.press. Wysłała do Powiatowej Inspekcji Weterynaryjnej w Kościerzynie pismo: „Koło łowieckie Hodowca chwali się na Facebooku dokarmianiem zwierząt w obwodzie łowieckim 143. Karma wskazuje, że będzie to świetny paśnik dla dzików, tymczasem przepisy dotyczące walki z ASF jasno wskazują, że dokarmianie dzików jest zabronione”. Poprosiła PIW o reakcję.
Odpowiedź? „Przygotowana mieszanka kapusty, buraków i dyń, stanowiła karmę nęcącą i została przygotowana w celu ograniczenia szkód rolniczych (w sezonie jesienno-zimowym) w uprawach rzepaku i zbóż, wyrządzanych przez zwierzynę płową (jelenie i sarny)”. PIW argumentował, że to nie jest karmisko dla dzików. Problem w tym, że dziki o tym nie wiedzą, a z rozrzuconej w lesie kapusty i dyni chętnie korzystają.
Profesor Rafał Kowalczyk z Instytutu Biologii Ssaków PAN mówił w OKO.press, że nie ma żadnych dowodów na związek dokarmiania ze zmniejszeniem szkód rolniczych. Wręcz przeciwnie – przyzwyczajamy dzikie zwierzęta do smaków, których nie znają z natury. Nic więc dziwnego, że potem docierają na pola czy do śmietników, szukając tego, w czym rozsmakowały się w karmiskach.
– Na dziki jest prosta metoda – mówi Marcin Kostrzyński. – Jeśli ograniczylibyśmy albo w ogóle zakazalibyśmy polowań w lasach, a do tego powstrzymalibyśmy wycinkę drzew, dziki nie miałyby żadnego interesu w szukaniu innych miejsc do życia. Miałyby tu spokój i jedzenie.
Jeśli mamy las dębowy, który rośnie od stu lat, to on od stu lat dostarcza żołędzie dzikom. Stary, dziki las daje zwierzętom wszystko, czego potrzebują.
Dziki potrzebują lasu, ale las też potrzebuje dzików. Buchtowanie w ziemi użyźnia ją, spulchnia glebę i pomaga roślinom w kiełkowaniu. Dziki zjadają też larwy chrabąszcza, nie dopuszczając, by zniszczyły lasy dębowe.
– A leśnicy, zamiast zostawić tę robotę dzikom, wolą, żeby dziki były zastrzelone, a pędraki zabite opryskiem za grube miliony złotych. Mój kolega leśnik wziął mnie do lasu, gdzie taki oprysk zrobiono. Nie powiem gdzie, bo miałby problemy. Chrabąszcze wyginęły, ale nie było tam też żadnego ptaka, żadnej żaby. Pustynia. I jeszcze jedno. Gryzonie obgryzają sadzonki drzew czy młode drzewka, potrafią je zupełnie zniszczyć. Są też nosicielami kleszczy, które się na nich rozwijają. Czyli im więcej gryzoni, tym więcej zniszczonych drzewek i chorób odkleszczowych. Dziki zjadając myszy w lesie, bardzo te negatywne skutki ograniczają. Więc można powiedzieć, że nas chronią.
Dwa małe dziczki biegną po lesie, wskakują do kałuż, wpadają w krzaki, żeby za sekundę z nich wyskoczyć. Wbijają ryjki w błoto, podrzucają do góry mokrą ziemię. Kamera śledzi ich ruchy. Chwilę później śpią wtulone w siebie pod ławką.
Inne nagranie: otwierają się drewniane drzwi, dziki wchodzą do domu, przepychając się na progu. Lecą do sypialni, wyglądają przez okno, w kuchni obwąchują lodówkę.
To Chrumcia i Pumba, dzicze sieroty, które wybrały Marcina na swojego opiekuna.
– Są już wstępne naukowe dowody, że zwierzęta, a zwłaszcza dziki, mają rodzaj werbalnej komunikacji. W prostych rzeczach są w stanie się dogadać. Bardzo szybko i bardzo mądrze łączą fakty. Mój dom skojarzyły z bezpieczeństwem – mówi.
Po lesie poszła fama. Dziki wiedzą, że u niego jest bezpieczna przystań dla warchlaków bez matek, rannych zwierząt i tych uciekających przed myśliwymi.
Pierwsza przyszła Chrumcia, śliczny warchlak z wielkimi rzęsami – opowiada Marcin. – To był dzik pozbawiony złych emocji. Potrafiła się przytulić do każdego psa. Dotykała moje psy nosem, delikatnie, jakby chciała je głaskać.
Miała jeden poważny problem: była samotna, a dzik to zwierzę stadne, więc robiła wszystko, żeby cały czas być obok Marcina.
Pumba spadła jej z nieba. Po prostu przyszła na podwórko i została przyszywaną siostrą Chrumci. Choć były rówieśniczkami, Pumba była większa i bardziej nieporadna. Trochę zagubiona, wpatrzona w siostrę jak w autorytet.
Oglądam nagrania i nie mogę się napatrzeć. Obie wyglądają jak najszczęśliwsze stworzenia na świecie.
– Ale czy one powinny się tak oswajać? – martwię się.
– Bardzo mi zależało, żeby wróciły do natury. Wiedziałem, że będzie takie okienko, tylko trzeba dobrze uchwycić moment. Jako maluchy potrzebowały mojej opieki. Kiedy podrosły, dołączyły do grupy przelatków, czyli dzików, które skończyły rok życia. Dzicze matki, kiedy idą rodzić następne pokolenie, zostawiają przelatki same. Młode dziki chodzą po lesie, uczą się radzić sobie bez mamy. To krótki moment, kiedy dziki, które nie mają w lesie przyjaciół, mogą dołączyć do grupy.
Tak Chrumcia i Pumba dołączyły do stada. Dziś to dorosłe dziki, które mają swoje dzieci. Wciąż przychodzą na podwórko. Podjedzą zboże, odpoczną pod krzakiem i wracają do lasu.
Słychać szelest. Dziki wychodzą z lasu ostrożnie, rozglądają się na boki, choć mnie i Marcina jeszcze nie widzą. Marcin tłumaczy szeptem, że mają dość słaby wzrok. Muszą polegać na węchu i słuchu.
Obserwujemy dziczą gromadę. Zza krzaków wychodzi pokaźna locha, za nią pędzą warchlaki. Potem kolejna dzicza mama z maluchami. Próbuję je policzyć. Warchlaki mają rudawą sierść i paski na grzbiecie. Huczka, czyli ruja dzików, przypada na późną jesień i zimę. Lochy przez ponad sto dni są w ciąży, a maluchy rodzą się wiosną. Te, które obserwuję, mogą mieć kilka tygodni. Kiedy podrosną, z ich pleców znikną paski, a sierść stanie się brązowa, dość długa i twarda w dotyku.
Jest coś urzekającego w tych zwierzętach. Wielka głowa, krótka szyja, krępy tułów, a na końcu cienki ogon zakończony pędzelkiem. Do tego krótkie nogi. Można pomyśleć, że ktoś z taką budową nie może być szybki i zwinny – a to przecież nieprawda. Może chodzi o sympatyczny pysk? Sterczące uszy, zabawna grzywka między nimi i wielkie oczy, które właśnie wbijają we mnie wzrok. Dziki są wyraźnie zaniepokojone.
– W takim klanie wybierają jedną lochę jako matkę dowodzącą. Mają do niej pełne zaufanie – wyjaśnia Marcin, a w oddali znów słyszymy ciągnik. Dziki stają. Locha-przewodniczka nasłuchuje, po czym ucieka w krzaki, reszta za nią.
Miałam nadzieję, że dziki zostaną na podwórku Marcina chwilę dłużej. Może wrócą wieczorem, kiedy wszystkie hałasy ustaną.
– Dowodząca zdecydowała, że odchodzą i nikt nie protestował. Mimo że mają tu jedzenie. Taki ma posłuch – mówi Kostrzyński.
Lochy są bardzo opiekuńcze. Kiedy warchlakom grozi niebezpieczeństwo, dorosłe dziki przełamują własny strach. Na zapach drapieżnika reagują zjeżoną sierścią, potrafią podbiec do przeciwnika i gwałtownie zawrócić – by go przestraszyć.
O dzielnych dziczych mamach czytam w „Ilustrowanym samouczku antymyśliwskim” Zenona Kruczyńskiego, byłego myśliwego i założyciela koalicji Niech Żyją!
“Prowadząca warchlaki locha, spłoszona z pola, nie ucieka pierwsza!” – pisze Kruczyński. „Pasiaste stadko drobi przed nią, a ona aż do lasu osłania je przed kulą swoim ciałem. Gdy w końcu w ich leśnym domu ucichną przerażające dźwięki i oddalą się wraz z warkotem silników, odszukają się i warchlaczym stadkiem ruszą w przeciwnym kierunku – oby dalej od miejsca grozy i zapachu krwi matki”.
– Jak zabija się dziki? – pytam Marcina Kostrzyńskiego.
– Są dwie metody polowań: indywidualne i zbiorowe. Polowanie zbiorowe polega na użyciu psów i naganiaczy. Jest to tragiczne i absolutnie powinno być zabronione. Miało to sens 200 lat temu, kiedy nie było tak skutecznej broni palnej, jak teraz.
Marcin tłumaczy, że podczas takiego polowania płoszy się wszystkie zwierzęta w lesie, również te chronione. Dziki zaczynają kojarzyć psy z niebezpieczeństwem. Kiedy przenoszą się z lasu pełnego myśliwych do miasta, mogą zaatakować psa na spacerze. Ale to człowiek nauczył je, że pies jest przeciwnikiem.
– To jest też szalenie niebezpieczne dla psów, które często giną podczas polowań. Dzik w obronie własnej jest szybki, sprawny i potrafi przeciwnika szybko zabić – wzdycha.
Polowania indywidualne wyglądają inaczej. Myśliwy idzie do lasu sam, często późnym wieczorem. W ciszy wypatruje swojej ofiary.
– Kiedyś wydawało mi się, że to bardziej etyczne polowanie. Zwierzęta są czujne, kiedy usłyszą człowieka, po prostu uciekną. Ale to się bardzo zmieniło. Poluje się niemal wyłącznie z ambon myśliwskich – wyjaśnia Marcin.
Myśliwi przy ambonach montują kamery i wiedzą dokładnie, o jakich porach pojawiają się zwierzęta. Nie muszą siedzieć i wyczekiwać, przyjeżdżają, kiedy dziki są aktywne. W środku nocy wchodzą na ambonę i oddają śmiertelne strzały.
– A w nocy zwierzęta powinny się czuć najbezpieczniej.
Myśliwi im to poczucie odebrali. To jest pierwsze zło. Drugie wielkie zło jest takie, że nieżyjący już minister Jan Szyszko pozwolił polować z noktowizorami i termowizorami. Cała etyka myśliwska polega na tym, żebyśmy dawali zwierzętom szansę. Jak wilk goni jelenia, a jeleń jest sprawny, to ma szansę uciec. Podobnie było z polowaniem. Jak się podchodziło dzika z dubeltówką, to dzik mógł wyczuć człowieka i uciec. A polowanie z termowizorami nie daje żadnych szans zwierzętom. To już przestało być łowiectwo. To egzekucje.
Polowania zbiorowe – przynajmniej w teorii – muszą być rozpisane z wyprzedzeniem i opublikowane na stronie gminy. Polowania indywidualnego nie trzeba publicznie ogłaszać.
Właśnie w trakcie takiego polowania zginął 16-letni Imanali, chłopiec z Kazachstanu. Myśliwy „pomylił go z dzikiem”.
Chłopak mieszkał w internacie zespołu szkół zawodowych w Kluczkowicach na Lubelszczyźnie. Wymknął się z pokoju z kolegami, poszli do sadu narwać jabłek. Był 1 listopada, po ósmej, ciemno. Nagle usłyszeli silnik samochodu. „Myśleliśmy, że to ochrona sadu” – zeznał podczas procesu jeden z chłopców. „Przez parę minut ktoś świecił, a potem padł strzał. Imanali krzyknął. Miał krew na piersiach i nodze. Zaciągnęliśmy go do internatu. Samochód odjechał” – mówił kolega Imanaliego, przesłuchiwany w styczniu 2022 w Sądzie Okręgowym w Lublinie.
Imanaliego zabił 51-letni Dariusz Ch., były policjant, członek Koła Łowieckiego nr 47 Bekas z Opola Lubelskiego. Towarzyszył mu kolega, 41-letni Marcin B., strażak ochotnik, kościelny i grabarz. To on zauważył Imanaliego pod drzewem i wziął za dzika.
Dariusz Ch. zeznawał: „[Marcin B.] krzyknął »dzik«, więc zatrzymałem samochód i oświetliłem teren. Zobaczyłem czarną plamę bez nóg. Też stwierdziłem, że to dzik. Byłem pewny na tysiąc procent. Ta plama wyglądała na tył odyńca. Nie ruszała się, a one tak czasem robią. Cel był jakieś 70 metrów ode mnie. Oddałem strzał. Wtedy obiekt stanął na dwie nogi".
Sąd skazał go na 4 lata i 9 miesięcy pozbawienia wolności. Prokuratura wnosiła o 15 lat więzienia. Myśliwy musiał zapłacić babci chłopca 110 tys. zł.
Dzikiem miał być też żołnierz, którego zabił myśliwy prowadzący odstrzał na terenie jednostki wojskowej pod Szczecinem.
Do złudzenia dzika przypominał 14-latek spacerujący z ojcem przy polu kukurydzy. W nogę postrzelił go dyrektor szkoły, do której chodził chłopiec.
Zamiast do dzika, myśliwy z Elbląga strzelił w pierś swojego kolegi, a ten z wielkopolskiej gminy Turek w udo swojego syna.
Przez „pomyłkę z dzikiem” zginął rowerzysta ze wsi Mieściska (woj. wielkopolskie) i mężczyzna stojący przy bramie do własnej posesji w Młyniskach (woj. lubelskie).
Z dzikiem, jak się okazuje, można pomylić nie tylko człowieka, ale też inne zwierzę – na przykład żubra, który zginął w październiku 2022 na poligonie w Drawsku Pomorskim. „Byłem przekonany, że to dzik” – tłumaczył się w sądzie myśliwy, który na polowaniu w powiecie łobeskim zabił żubra. Wykroił z niego 200 kg mięsa.
„Pomyłka z dzikiem” stała się wyjaśnieniem każdego wypadku na polowaniu. Dzik to pierwsze, co przychodzi myśliwym do głowy – bo przecież w związku z wirusem ASF strzela się do tych zwierząt masowo.
– Wszystkie badania wskazują, że dziki chorują na ASF, więc są rezerwuarem wirusa, ale go nie przenoszą – wyjaśnia Marcin Kostrzyński. – One nie wpadają do chlewni na kawkę ze swoimi białymi kuzynami. Wirusa przenosi człowiek. Pierwsze ogniska ASF pojawiły się przy granicy z Białorusią, w okolicy Puszczy Białowieskiej. Niedługo później w Puszczy Kampinoskiej. Grubo ponad 200 km odległości. Okazało się, że działa tam koło łowieckie, które ma dwa obwody. Polują przy Białowieży i przy Kampinosie. No więc kto przywlókł ASF pod Warszawę? – Marcin kilka razy podkreśla: odstrzał nie pomoże w walce z wirusem.
Naukowcy ostrzegali od początku, że to nie zadziała. „Mimo redukcji dzików prowadzonej od pojawienia się u nas choroby co roku występuje coraz więcej przypadków ASF-u” – pisali prof. Henryk Okarma i dr Katarzyna Bojarska z Instytutu Ochrony Przyrody PAN w Krakowie w magazynie „Brać Łowiecka” (nr 8/2018).
W 2022 roku Najwyższa Izba Kontroli w raporcie “Zaraza poza kontrolą” wyliczyła, że na ponad milion zabitych dzików tylko 2,6 proc. było nosicielami ASF. NIK brał pod uwagę dane z lat 2019-2021.
Zwracał uwagę, że Inspekcja Weterynaryjna w tym czasie wydała na odstrzał ponad 282 tysiące złotych. Na kontrolę bioasekuracji – czyli zabezpieczenia chlewni przed wnoszeniem wirusa – dziesięciokrotnie mniej, bo 28 tysięcy. „Większość skontrolowanych organów Inspekcji Weterynaryjnej sprawowała niedostateczny nadzór nad przestrzeganiem zasad bioasekuracji w gospodarstwach utrzymujących trzodę chlewną” – pisze NIK. Corocznych obowiązkowych kontroli w gospodarstwach nie wykonał co drugi Powiatowy Lekarz Weterynarii.
Dwa lata później Państwowa Rada Ochrony Przyrody, czyli eksperci doradzający resortowi klimatu i środowiska, podała jeszcze gorsze wyniki walki z ASF: „Od marca 2019 r. do końca lutego 2023 r. (cztery sezony łowieckie) zabito w Polsce ponad 1 milion 316 tysięcy dzików. Według Głównego Inspektoratu Weterynarii (GIW) w latach 2019-2023 potwierdzono 12 169 ognisk ASF u dzików. Większość tych ognisk dotyczyła odnalezionych dzików padłych z powodu ASF, a tylko 27 proc. (niecałe 5 tys.) stanowiły dziki odstrzelone, u których (...) stwierdzono obecność wirusa ASF. Zatem zaledwie 0,4 proc. z 1 miliona 316 tysięcy zastrzelonych dzików było zarażonych ASF”.
Naukowcy mają więcej danych: 98 proc. ognisk ASF u świń pojawiło się w dużych hodowlach, z których zwierzęta nie są wypuszczane na zewnątrz. Nie ma więc szans na zarażenie się od dzika. Świnie zachorowały przez człowieka. W latach 2018-2020 zamknięto wybudowane za miliony złotych przejścia dla zwierząt nad autostradą A1, żeby dziki nie przenosiły wirusa ze wschodu na zachód. Dziś na zachodzie, pod niemiecką granicą, daleko od A1, mamy wiele ognisk ASF. Wolna od wirusa jest za to strefa w bezpośrednim sąsiedztwie autostrady. Naukowcy widzą w tym dowód, że głównym wektorem przenoszącym ASF są ludzie. „Gdyby było inaczej, występowanie ognisk ASF u dzików kończyłoby się na linii przebiegu autostrady A1 (od jej strony wschodniej), a w razie nieszczelności tej blokady pierwsze ogniska na zachodzie pojawiałyby się w bliskim sąsiedztwie autostrady” – piszą.
– Dziki, gdy zachorują na ASF, to albo umierają, albo zdrowieją i się uodparniają. Chore osobniki nie będą szukały kontaktu z innymi zwierzętami. Trzymają się na dystans od innych, jakby czuły instynktownie, że mogą zarażać – wyjaśnia Kostrzyński. -Trzeba skoncentrować się na odnajdywaniu padłych dzików w lasach. Przecież jeśli taki dzik leży martwy i dobiorą się do niego puszczone ze smyczy psy, a potem wrócą do gospodarstwa z krwią chorego dzika na pyskach i łapach, to zarażenie świń ASF-em gotowe.
Państwo powinno płacić za szukanie martwych dzików i zlecać ich utylizację.
A robi coś zupełnie odwrotnego – zleca polowania i rozganianie dzików. One potrafią po takich polowaniach przebiec dziesiątki kilometrów, szukając bezpiecznego miejsca. Do lasu już nie wracają.
Czytajcie jutro: Dzik spał w piaskownicy, nie zdając sobie sprawy z walki o jego życie. Policja odgrodziła teren taśmą i zagroziła obrońcom Henia, że użyje wobec nich siły. Musieli odpuścić.
„Dwudziestu policjantów na jednego Henia”. To druga część reportażu Katarzyny Kojzar „Jak zabija się dziki”.
Dziennikarka, reporterka, redaktorka, współkierowniczka działu społeczno-gospodarczego (razem z Jakubem Szymczakiem). Zarządza również pracą zespołu klimatycznego. W OKO.press zajmuje się przede wszystkim prawami zwierząt, ochroną rzek, lasów i innych cennych ekosystemów, a także sprawami dotyczącymi łowiectwa, energetyki i klimatu. Absolwentka Uniwersytetu Jagiellońskiego i Polskiej Szkoły Reportażu, laureatka Polsko-Niemieckiej Nagrody Dziennikarskiej im. Tadeusza Mazowieckiego za reportaż o Odrze i nagrody Fundacji Polcul im. Jerzego Bonieckiego za "bezkompromisowość i konsekwencję w nagłaśnianiu zaniedbań władz w obszarze ochrony środowiska naturalnego". Urodziła się nad Odrą, mieszka w Krakowie.
Dziennikarka, reporterka, redaktorka, współkierowniczka działu społeczno-gospodarczego (razem z Jakubem Szymczakiem). Zarządza również pracą zespołu klimatycznego. W OKO.press zajmuje się przede wszystkim prawami zwierząt, ochroną rzek, lasów i innych cennych ekosystemów, a także sprawami dotyczącymi łowiectwa, energetyki i klimatu. Absolwentka Uniwersytetu Jagiellońskiego i Polskiej Szkoły Reportażu, laureatka Polsko-Niemieckiej Nagrody Dziennikarskiej im. Tadeusza Mazowieckiego za reportaż o Odrze i nagrody Fundacji Polcul im. Jerzego Bonieckiego za "bezkompromisowość i konsekwencję w nagłaśnianiu zaniedbań władz w obszarze ochrony środowiska naturalnego". Urodziła się nad Odrą, mieszka w Krakowie.
Komentarze