Uprzedzenia wobec „obcych” nie powstają w wyniku racjonalnego rozumowania, lecz z potrzeby budowania tożsamości przez kontrast z gorzej ocenianą grupą zewnętrzną. Więc logika, fakty i statystyki nie wystarczą, by rozmontować lęk i niechęć, które nie zostały zbudowane na logice
Kraków, maj 2026. Dzień ukraińskiej Wyszywanki po raz pierwszy od 10 lat odbywa się bez udziału wydarzeń dla dzieci. Powód? Względy bezpieczeństwa. Obok odbywa się „patriotyczna kontrmanifestacja”: grupa prorosyjskich prowokatorów przyniosła ze sobą rosyjskie flagi i zagłusza potężnymi głośnikami i agresywną muzyką ukraińskie wydarzenie.
Organizatorzy od miesięcy urządzają też prorosyjskie wydarzenia pod płaszczykiem dyskotek na Rynku Głównym. Miasto jest bezradne.
Lipiec 2026. Federacja Gromda – po brutalnym ataku na ukraińską parę ze strony jednego z jej członków – zyskuje ogólnopolską uwagę. W materiałach publikowanych przez jej współwłaściciela Mariusza Grabowskiego wielokrotnie pojawiały się wypowiedzi wymierzone w obywateli Ukrainy, migrantów i cudzoziemców.
Na jednym z nagrań Grabowski, odnosząc się do Ukraińców przebywających w Polsce, stwierdził: „Jak im się tam bardzo nudzi, to wynocha do siebie walczyć za swój kraj”. Chwilę później, gdy jego rozmówca użył wobec Ukraińców obraźliwego określenia i powiedział o konieczności „prostowania chochołów”, Grabowski odpowiedział: „To jest konkretny temat. Za to możemy wypić”.
Jest tego dużo więcej. Co ważne, tego typu materiały zaczęły się pojawiać już wiosną 2025 – w okresie kampanii przed wyborami prezydenckimi.
Dziś śledczy sprawdzają, czy publikowane treści mogły stanowić publiczne nawoływanie do nienawiści oraz znieważanie grup ludności ze względu na ich przynależność narodową i rasową.
Idźmy jednak dalej.
„Rosja od lat próbuje skłócić Polaków i Ukraińców. Nie dajmy się podzielić” – pisze Radosław Sikorski na oficjalnym koncie na FB. Pod spodem Artur J-rski: „A ja myślę, że prezydent Ukrainy i jej najwyższe władze swoimi decyzjami więcej dokładają do tych podziałów, niż Putin” (ponad 70 reakcji).
Użytkownik Jim Jim wymienia w komentarzu pod wpisem Sikorskiego 10 zbrodni dokonanych przez przestępców ukraińskiego pochodzenia w Polsce (ponad 20 pozytywnych reakcji, nazwy użytkowników „lubiących” i „serduszkujących” oba komentarze się powtarzają).
Kilka dni wcześniej Sikorski publikuje wpis: „Wrogiem Polski, Ukrainy, Europy jest Putin. Zagrożeniem – jego imperialna polityka”. Pod spodem 20 tysięcy reakcji, w tym ponad 6 tysięcy negatywnych. Najwięcej pozytywnych reakcji otrzymuje komentarz użytkownika „Arkadiusz CH” (ponad 3,5 tysięcy). O ile Jim Jim, Artur czy Arkadiusz CH nie muszą być botami, o tyle użytkownicy lubiący ich wpisy – już tak.
Zero moderacji, zero odpowiedzi ze strony prowadzących profil.
Co łączy te trzy tematy? Późne działanie władz lub w ogóle brak działania.
By to zobaczyć, przenieśmy się teraz do namacalnej rzeczywistości. W ostatnich tygodniach niechęć do Ukraińców wzrosła na tyle, że ataki i przemoc stały się codziennością.
Środowiska nacjonalistyczne w Krakowie testują również przedwyborczo potencjał mobilizacyjny treści antymuzułmańskich: „nielegalny meczet”, „zagrożenie dla mieszkańców”, „konieczne patrole obywatelskie” – ta retoryka pojawiła się w Krakowie kilka tygodni temu, dziś jest wykorzystywana w Katowicach i Warszawie.
Co ma to wspólnego ze wpisami szefa polskiego MSZ i dezinformacją oraz nienawiścią, która szerzy się coraz śmielej w komentarzach pod wpisami na oficjalnych, rządowych kontach? I dlaczego ten mechanizm będzie trudno zatrzymać?
Zacznijmy od sytuacji wokół społeczności muzułmańskiej w Polsce, gdzie mamy już do czynienia nie tylko z zorganizowaną dezinformacją w sieci, ale z bezpośrednią presją wywieraną w przestrzeni publicznej.
Najgłośniejszym przykładem ostatnich tygodni są wydarzenia na krakowskim osiedlu Podwawelskim. Od lutego 2026 roku działająca tam Fundacja Al-Fadżr prowadziła w lokalu przy ul. Dworskiej 1 centrum spotkań społeczności muzułmańskiej.
6 lipca krakowscy działacze Ruchu Narodowego zorganizowali pod tym adresem pikietę, w której – według relacji dziennikarskich – wzięło udział około 150 osób, a towarzyszyła jej niewielka, niezgłoszona wcześniej kontrmanifestacja.
Na miejscu pojawili się też przedstawiciele Ruchu Obrony Granic Roberta Bąkiewicza domagający się zamknięcia „nielegalnego meczetu”. Dodajmy, że od dłuższego czasu (jeszcze przed protestami) było wiadomo, że fundacja miała zajmować to miejsce tylko do końca lipca 2026.
Dokładnie ten sam schemat – tworzenie wrażenia zagrożenia, mobilizacja samozwańczych „obrońców porządku”, presja aż do skutku – przenoszony jest teraz do Katowic i Warszawy, gdzie zapowiadane są „patrole obywatelskie” nakierowane m.in. na środowiska muzułmańskie i organizowane przez nie wydarzenia (w Warszawie dotyczy to grupy najbardziej wrażliwej – „obrońcy ojczyzny” uderzają w organizatorki zjazdu muzułmanek).
Perspektywa spotkania w otoczeniu agresywnych mężczyzn w strojach przypominających mundury, z naszywkami „BPG” („Bronimy Polskiej Granicy”), biało-czerwoną flagą i orłem w koronie, zatrzymujących i „legitymujących” osoby o ciemniejszej karnacji czy w hidżabach – skutecznie zniechęca do obecności w meczecie.
Ruch Narodowy i środowiska populistycznej prawicy mają jednak precyzyjny cel: stworzyć wrażenie bezpośredniego zagrożenia, sprowokować incydent, a następnie przedstawić siebie w roli obrońców ładu i bezpieczeństwa.
Prawda i fakty nie mają tutaj znaczenia.
Jak choćby to, że oficjalne organizacje muzułmańskie – szczególnie Liga Muzułmańska RP atakowana aktualnie w Katowicach i Warszawie – od lat współpracują ze służbami i wspólnie z nimi monitorują osoby uczęszczające na spotkania wspólnoty.
Temat najlepiej ujął imam Wajeeh Abdel Fattah z Lublina: „Proszę, niech każdy sobie zada pytanie, czy jeśli OFICJALNE, LEGALNE i ZAREJESTROWANE związki religijne znikną, co się stanie? Czy naprawdę ludzie są tak naiwni, że myślą, że ludzie wyznający islam nagle znikną? A skoro nie znikną, to czy naprawdę wierzą, że te osoby przestaną się spotykać tylko tym razem nie w oficjalnych i otwartych dla wszystkich centrach kultury i salach modlitw, tylko po prywatnych mieszkaniach tworząc jakieś dziwne i niekontrolowane podziemie? Czy naprawdę uważacie, że doprowadzenie do sytuacji, w której legalnie i uczciwie działające związki religijne, które są prześwietlone wzdłuż i wszerz (słusznie z resztą) będą delegalizowane, a jakieś niesformalizowane grupy będą się gdzieś organizować, jest tym, co doprowadzi do bezpieczeństwa Polski?”.
Politycy i działacze prawicy dobrze jednak wiedzą, że najskuteczniejszym paliwem dla algorytmów w social mediach i emocji je podgrzewających jest dezinformacja: w tym przypadku hasło o „nielegalnie działającym meczecie”.
Warto zatem wyłożyć fakty: określenie „nielegalny meczet” jest manipulacją. Ośrodki kultu czy centra muzułmańskie działają w oparciu o legalnie zarejestrowane związki religijne lub stowarzyszenia, zgodnie z polskim prawem.
Spory proceduralne czy kwestie wynajmu lokalu – często wyolbrzymiane przez przeciwników – nie czynią z miejsca modlitwy „nielegalnej placówki”. Sam spór o Podwawelskie dotyczył więc nie legalności religii jako takiej, lecz przeznaczenia konkretnego lokalu w bloku mieszkalnym.
Prawica woli kreować mity: użycie słowa „nielegalny” ma na celu skojarzenie danej grupy z przestępczością i bezprawiem. Dla postronnego odbiorcy komunikat jest prosty: „skoro coś jest nielegalne, to należy to zamknąć”. W ten sposób stworzono fałszywy mit, który służy za usprawiedliwienie dla nękania ludzi przychodzących się modlić. Oprócz tego przynosi jednak rekordowe zasięgi mało znanym działaczom nacjonalistycznym.
Nie ma znaczenia, czy publikacje mają charakter antymuzułmański, czy antyukraiński – dezinformacyjne działania prowadzą do przemocy. Dlaczego jednak są tak skuteczne?
Opiszmy to znów na przykładzie muzułmanów, choć dotyczy to tak samo osób pochodzenia ukraińskiego. Muzułmanie w Polsce (jedna z najstarszych społeczności islamskich w UE!) to wysoce zróżnicowana grupa.
Po pierwsze, polscy Tatarzy, obecni na ziemiach polskich od ponad 600 lat, stanowiący integralną część polskiej historii i kultury.
Po drugie, studenci i specjaliści – osoby przyjeżdżające do Polski na studia, pracujący w branży IT, medycynie, nauce czy biznesie.
Po trzecie, przedsiębiorcy i pracownicy: Osoby legalnie żyjące i płacące podatki w Polsce, tworzące tkankę naszych miast (zarówno migranci, jak i konwertyci).
Po czwarte – bardzo widoczni w Krakowie i Zakopanem – turyści z bogatych krajów Zatoki Perskiej.
W przekazie skrajnych ugrupowań cała ta społeczność sprowadzana jest jednak do anonimowego, zagrażającego „obcego”. W ten sposób buduje się panikę moralną, w której każdy człowiek o śniadym odcieniu skóry lub kobieta w chustce stają się obiektem podejrzeń – niezależnie od tego, czy to potomek tatarskiej rodziny osiadłej pod Białymstokiem od XVII wieku, czy turystka z Dubaju.
To sprowadzenie zróżnicowanej społeczności do „obcego” nie jest przypadkowe – to dobrze opisany mechanizm psychologiczny. Zgodnie z teorią tożsamości społecznej, sformułowaną w latach 70. XX wieku przez Henriego Tajfela i Johna Turnera, ludzie mają naturalną tendencję do dzielenia świata na „my” (grupa własna) i „oni” (grupa obca) – i do faworyzowania „swoich” nawet wtedy, gdy podział na grupy jest zupełnie przypadkowy.
W klasycznych eksperymentach Tajfela z tzw. minimalnymi grupami wystarczyło podzielić uczestników na podstawie arbitralnego kryterium (np. rzekomych preferencji estetycznych), by zaczęli faworyzować przydzieloną im grupę kosztem innej – mimo braku jakiegokolwiek realnego konfliktu interesów.
Mechanizm ten wynika z potrzeby budowania pozytywnej tożsamości: łatwiej poczuć się „kimś”, definiując siebie w przeciwieństwie do gorzej ocenianej grupy zewnętrznej.
Z tą teorią wiąże się tzw. efekt jednorodności grupy obcej: mamy skłonność postrzegać „swoich” jako zróżnicowanych indywidualistów, a „obcych” jako jednolitą, nierozróżnialną masę – „oni wszyscy są tacy sami”.
To dokładnie ten mechanizm sprawia, że Tatarka spod Białegostoku, syryjski informatyk czy studentka z Pakistanu znikają w narracji „patroli” jako jednostki, stając się jednym, bezosobowym zagrożeniem.
Warto zauważyć też drugą stronę tego samego mechanizmu: im mocniej grupa – na przykład uczestnicy „patrolu” – definiuje własną tożsamość jako „obrońców” czy „patriotów”, tym silniejszy staje się kontrast wobec rzekomego zagrożenia z zewnątrz. Oba procesy napędzają się nawzajem.
Drugim narzędziem, które pomaga zrozumieć, dlaczego bierność wobec pozornie niegroźnych zachowań bywa tak kosztowna, jest piramida uprzedzeń i dyskryminacji, opisana w 1954 roku przez amerykańskiego psychologa Gordona Allporta.
Allport wyróżnił pięć poziomów, na których uprzedzenie może się przejawiać, podkreślając, że każdy poziom toruje drogę do kolejnego:
Kluczowa teza Allporta nie mówi, że każdy żart prowadzi prostą drogą do ludobójstwa – lecz że klimat społeczny tolerujący niższe poziomy tej drabiny tworzy warunki, w których wyższe poziomy stają się możliwe do pomyślenia, a z czasem – do zrealizowania.
Z tej perspektywy szczególnie niepokojące jest to, że opisane tu polskie przypadki sięgają już poziomu czwartego – i to niejednokrotnie. Co gorsza, mechanizmy, które przynoszą rozgłos medialny, raz użyte przeciw jednej grupie mniejszościowej łatwo dadzą się przenieść na kolejną.
To, że dziś celem stają się muzułmanie / Ukraińcy oznacza, że jutro może się nim stać jakakolwiek inna grupa, która nie mieści się w wizji „prawdziwego Polaka” głoszonej przez organizatorów tych działań.
Eskalacja takich zachowań rodzi realne, dewastujące konsekwencje – przede wszystkim dla mniejszości, ale też dla całego społeczeństwa. Poczucie zagrożenia w codziennym życiu wpływa na najzwyklejsze decyzje – czy bezpiecznie jest pójść do centrum kulturalnego, czy posłać dziecko do szkoły, czy ubrać się w określony sposób.
I w tym znaczeniu sprawa krakowskiego meczetu i warszawskich „patroli” to nie jest odosobniony problem marginalnej grupy wyznaniowej, to sprawdzian z dojrzałości polskiego społeczeństwa i sprawności państwa.
Przede wszystkim – reagujmy. Nagrywajmy dowody przemocy. Informujmy służby.
Władze na szczęście nie okazują pobłażliwości wobec „patroli” i samozwańczych szeryfów. Bowiem brak zdecydowanej reakcji na przestępstwa oraz zastraszanie są odczytywane przez agresorów jako zielone światło do kolejnych działań. To „zarządzania przez zaniechanie” – państwo nie musi aktywnie popierać przemocy wobec mniejszości, wystarczy, że biernie na nią przyzwala, a odpowiedzialność rozmywa się między instytucjami.
Bardzo ważna jest rola samorządów. W Krakowie pełnomocniczka prezydenta miasta ds. polityki równościowej Ewelina Pytel jeszcze przed protestem na os. Podwawelskim oceniła, że organizatorzy sztucznie podsycają lęki mieszkańców, i zapowiedziała spotkanie z przedstawicielami miejscowej społeczności muzułmańskiej, przekonując, że „nie ma lepszej drogi, by poznać sąsiada, niż z nim albo nią porozmawiać”. To pokazuje, że możliwa jest reakcja instytucjonalna oparta na dialogu, a nie na biernym czekaniu.
W perspektywie narracji medialnych bardzo ważne jest to, by nie popełniać podstawowego błędu: czyli dać się wciągnąć w spektakl urządzany przez politycznych prowokatorów. Czas przestać robić im darmową reklamę. Zamiast budować narrację na cytatach z agresorów, należy oddać podmiotowość i głos tym, którzy doświadczają przemocy.
To historie atakowanych studentów, pracujących tu lekarzy czy przestraszonych rodzin muszą stać się centrum debaty – tylko tak przywrócimy współczucie i podważymy dehumanizację.
Te jednak reakcje wydają się oczywiste. Wróćmy zatem do profilu ministra Radosława Sikorskiego, właściciela Gromdy Mariusza Grabowskiego czy organizatorów antyukraińskich kontrmanifestacji.
Po pierwsze, źródłem przemocy wobec mniejszości są także rozprowadzane w komentarzach fake newsy o „nielegalnych obiektach” czy „niewdzięcznych Ukraińcach”.
Skoro są one publikowane bez reakcji na profilach rządowych, a następnie „dopompowywane” sztucznymi lajkami – to znaczy, że gdzie indziej nie jest lepiej.
Skoro od roku szef dużej federacji sportowej mógł – bez jakiejkolwiek reakcji policji – publikować ksenofobiczne wypowiedzi, to znaczy, że można spróbować też fizycznej przemocy, bo może znów będziemy bezkarni.
Rząd musi bardzo pilnie zainwestować w programy, które skanują i moderują sekcje komentarzy – choćby na własnych profilach. Które wyłapują hejterskie, nawołujące do przemocy wypowiedzi. To kwestia bezpieczeństwa nas wszystkich.
Po drugie, trzeba utworzyć fundusz lub realnie działającą komórkę wspierającą organizacje i media dokonujące factcheckingu w czasie rzeczywistym. Wymóc ostre kary na politykach sprawujących funkcje publiczne, którzy podają dalej niesprawdzone informacje. Skutecznie ścigać autorów komentarzy wzywających do przemocy.
Po trzecie, samorządy miejskie powinny monitorować i wspierać dokumentację przejawów dyskryminacji i przemocy motywowanej nienawiścią. Dziś zgłaszanie tych przestępstw jest czymś bardzo rzadkim – głównie ze względu na świadomość, że niewiele się z tym zadzieje, lęk przed problemami oraz niemożliwość zgłaszania tych przestępstw w sposób prosty i szybki. Stworzenie odpowiednich komórek na poziomie samorządów prawdopodobnie ułatwiłoby zgłaszanie, a w konsekwencji – ściganie przestępców.
I po czwarte, najważniejsze. Działania prawne i antydezinformacyjne są konieczne, ale nie wystarczą. Wynika to ze zrozumienia, jak działa efekt grupy: uprzedzenia wobec „obcych” nie powstają w głowach ludzi w wyniku racjonalnego rozumowania, lecz z potrzeby przynależności i budowania tożsamości przez emocjonalny kontrast z gorzej ocenianą grupą zewnętrzną.
A skoro tak, to nie da się kogoś wyprowadzić logicznym rozumowaniem z przekonania, do którego nie doszedł on drogą logicznego rozumowania. Sama logika, nawet poparta faktami, statystykami i wyrokami sądów, nie wystarczy więc, by rozmontować lęk i niechęć, które nigdy nie zostały zbudowane na logice.
Dlatego obok ścigania przestępstw i demaskowania dezinformacji potrzebna jest odpowiedź w postaci dobrej, pozytywnej komunikacji – historii, obrazów i okazji do spotkania, które budują ciepłą narrację o wspólnym „my”, obejmującym również sąsiadów w hidżabach, z ukraińskim akcentem czy innym kolorem skóry.
Potrzebne są głosy autorytetów, polityków i polityczek, którzy tym razem nie będą truli nas toksycznym przekazem, ale być może staną się głosem przedstawicielek i przedstawicieli mniejszości.
Bezpieczeństwo
Nacjonalizm
Uchodźcy i migranci
Radosław Sikorski
mowa nienawiści
muzułmanie
rasizm
Ukraińcy w Polsce
Wykłada islamofobię i migracje na UJ. Od ponad 10 lat działa na rzecz osób z doświadczeniem przymusowej migracji oraz budowania rzetelnej polityki migracyjnej. Współtworzył między innymi Grupę Granica, Centrum Wielokulturowe w Krakowie czy Salam Lab. Od 2023 prowadzi Fundację Pol w ramach której działa agencja social mediowa tworzona przez osoby uchodźcze. Tworzy treści edukacyjne i analizy na swoich kanałach w social mediach oraz w autorskim newsletterze „Inna Perspektywa”.
Wykłada islamofobię i migracje na UJ. Od ponad 10 lat działa na rzecz osób z doświadczeniem przymusowej migracji oraz budowania rzetelnej polityki migracyjnej. Współtworzył między innymi Grupę Granica, Centrum Wielokulturowe w Krakowie czy Salam Lab. Od 2023 prowadzi Fundację Pol w ramach której działa agencja social mediowa tworzona przez osoby uchodźcze. Tworzy treści edukacyjne i analizy na swoich kanałach w social mediach oraz w autorskim newsletterze „Inna Perspektywa”.
Komentarze